coffee water tea

Wszystko, co ostatnio dzieje się w moim życiu, stanowi jedną wielką szkołę. Szkołę pokory niestety też. Nie żeby mi pokory brakowało, ale bywają takie dni, jak na przykład wczoraj. Kiedy od rana każdy się do mnie uśmiecha, kiedy czuję we włosach powiew cieplejszego wiatru, jest odwilż i mam namiastkę bycia idealnie stworzoną cząstką tego świata. I jeszcze przychodzi do mnie przypadkowa pani, posiedzieć i pogadać, bo czeka na kogoś, a ten ktoś nie przychodzi. Gadamy o życiu, planach, sukcesach i porażkach. I że jestem dobrą osobą, bo pozwoliłam nawet usiąść, skorzystać z toalety i podładowałam telefon własną ładowarką, a oprócz tego mam śliczną twarz, śliczny sweterek, i że chude kobiety są wredne, a te pulchne takie sympatyczne i wesołe. Hehe. Mijają dwie godziny, pani wychodzi, podtrzymuje mi się ten miły nastrój panujący między nami, a tu nagle, na dwie godziny przed wyjściem z pracy… I cały humor poszedł się paść. Spodziewałam się, że łatwo nie będzie, ba, spodziewałam się nawet, że będzie ciężko! Ale wiele jeszcze takich trudnych lekcji przede mną, zanim stanę się pełnowartościową Szefową Samej Siebie, która radzi sobie w każdej sytuacji. Muszę być twardsza i odporniejsza. Bo przyjdzie mi się jeszcze nieraz mierzyć z ludzką niewiedzą, głupotą, nieufnością i niechęcią. Z kłodami, które pod nogi rzucać mi będą osoby, których nigdy nie zobaczę na oczy. Oto i wyzwanie.

W ogóle muszę nabrać jakiejś ogłady… Bo wystarczy większa publiczność, żeby mnie wytrącić z równowagi. Zaraz drżą mi ręce, na ryju buraczeję, zaczynam bełkotać i nie wiem, co gdzie, jak i kiedy. A potem, nawet jeśli wszystko zakończy się sprzedażą, czuję się, jakby mnie stratowało stado koni i przez resztę dnia nie mogę dojść do siebie. Czeka mnie dokładnie tyle pracy nad sobą, ile się spodziewałam. A jestem gdzieś u początków swojej dłuuuuugiej drogi, prowadzącej ku byciu SSSS [Super Szefową Samej Siebie].

W ramach odskoczni zabraliśmy się z Sisami na wystawę kotów w niedalekim miasteczku. Żałuję, że nie miałam aparatu. Taaaaaakie kociska. Przepiękne. A potem posiadówka u nas. Za szybko zdecydowanie mija mi weekend. I zdecydowanie denerwuje przyszły/niedoszły pracodawca Niedźwiadka… Niesłowność dobrze nie wróży. Czasem się niepokoję, że może oni wcale nie chcą go przyjąć. Ale z drugiej strony, jeśli nie chce się kogoś zatrudnić, to nie mówi się o podpisywaniu umowy na miesiąc w przyszłym tygodniu… Przynajmniej taką mam nadzieję.

Czy Wy też widzicie, że dorośli ludzie wcale niczym nie różnią się od dzieci? Wszystkie zagrywki, wszystkie taktyki, zachowania, motywy są te same, z tą różnicą, że naczelnym celem są pieniądze. Pozostaje tylko pytanie, czy to dzieci są takie dorosłe, czy dorośli nigdy nie przestali być dziećmi.

Idę zara do domu się ogrzać, wytulić i dać się pogryźć Kocimiętkowi. Zaczynam się lękać przyszłego tygodnia, kolejne wielkie wyzwanie, od którego wiele zależy. Ponad 50 osób w jeden dzień na mojej jednej, małej, biednej głowie. I czas, co do minuty zaplanowany. I martwienie się, żeby każdemu było dobrze. Uch…


mam spierzchnięte dłonie, bo nie dbam o nie.

Zaczęło się. Praca po 12 godzin na dobę, bycie pod telefonem świątek, piątek. Jest czad :) Uśmiecham się do siebie, bo jak na razie wiele wskazuje na to, że za moją ciężką pracę czeka mnie jakaś nagroda. Może nie kosmiczna, ale jeśli będzie się działo tak, jak na to wskazuje odzew, to… będę happy. Ciekawe w mojej pracy jest to, że nie jestem tylko sprzedawcą w sklepie. Jestem też specjalistą od marketingu, przedstawicielem handlowym, specjalistą w swojej dziedzinie, sprzątaczką, księgową [przynajmniej dopóki nie zaczną się schody... czyli nie zacznę zarabiać :P], kolporterem materiałów reklamowych i sama jeszcze nie wiem czym. Oczywiście wszystko w miarę moich skromnych możliwości, ale ileż zawodów liznę przy okazji własnej firmy ;) Zbliżamy się wielkimi krokami do pierwszego finału moich starań, wielki to będzie dzień, zaprawdę Wam powiadam. A jeśli jeszcze zakończy się sukcesem, to… oooooj będzie bal, oj będzie bal!

Powodów do radości i satysfakcji jest więcej. Wygląda na to, że Niedźwiadek dostał pracę. Jakoś na dniach będzie miał szkolenie, więc pewnie niebawem zacznie. Aż boję się w to uwierzyć, bo to oznaczałoby, że… jakoś damy sobie radę. Jakoś popchniemy ten wózek i przetrwamy po długich miesiącach samych przeciwności. Może ruszymy z miejsca po dwóch latach stagnacji. Wierzę, że tak właśnie będzie. Smutne w tym wszystkim jest tylko to, że nigdy by się nawet nie dowiedział, że w tej firmie szukają pracowników, gdyby nie mąż Sis. Gdyby nie jego wstawiennictwo, jakiś inny „znajomy” zająłby miejsce Niedźwiadka. Szkoda, że ten kraj jest taki popieprzony, a praca tylko dla wybranych. Ale wiecie co? Najważniejsze dla mnie teraz jest to, że to ON został tym razem wybrany :) Należy mu się jak nikomu!

Z ciekawostek, to któraś stara złożyła na nas donos do spółdzielni mieszkaniowej. W skrzynce znalazłam list z pouczeniem, odnoszący się do iluś tam paragrafów regulaminu, dotyczących głównie przestrzegania ciszy nocnej i poszanowania spokoju współmieszkańców. Rozjuszyłam się nie lada, bo nie dość, że żyję jak emerytka, chodzę spać o 22.00 i całymi dniami nie ma mnie w domu, to jeszcze jakaś głupia starucha będzie wysysać z palca takie oszczerstwa. Nie wiem, może to po ostatniej naszej awanturze ten donos, ale to przecież pierwsza taka awantura w naszym domu i jedyna, żeby od razu jakieś skargi pisać? Imprez nie robię, jedynymi moimi gośćmi jest Sis z mężem, a list napisany, jakbyśmy byli kurde parą meneli, którzy całymi dniami piją, a nocami się awanturują. Grrrr… Niedźwiadek zadzwonił do spółdzielni, ale z konkretów dowiedział się tylko, że donos złożyła jedna osoba i że jeśli to są faktycznie kłamstwa, to należy napisać list o takiej treści do nich i oni wtedy nie będą nam pisać takich listów więcej, jeśli skarga wpłynie od tej samej osoby. Aktualnie pałam do tych bab obrzydliwymi emocjami. Ta zza ściany podsłuchuje nas bez cienia zażenowania, kiedy mamy gości albo rano zbieramy się do pracy, rozmawiając, ta ma otwarte drzwi na całą szerokość i nasłuchuje. A potem zadaje pytania do naszych rozmów, tak jakby brała w nich udział. Ta z dołu już nie przychodzi ani nie komentuje, ale pewnie z rozkoszą donosi na nas do spółdzielni, triumfując w duchu, kiedy znów nie odpowiada mi na „dzień dobry”. Jeszcze trochę i nie wytrzymam, powiem jednej, żeby zamykała te swoje pieprzone drzwi i przestała mnie inwigilować, a drugiej, że jeśli ma jaja, to niech dzwoni na policję, kiedy jej tak zakłócamy ciszę. I wtedy zobaczymy, kto będzie miał przesrane. Może to okrutne, ale pociesza mnie myśl, że one są już takie stare – w tym nadzieja, że taki stan nie będzie trwał wiecznie.

A drugie okrutne z mojej strony jest to, że zmęczyły mnie już cudze problemy. No normalnie zmęczyły. Wyssały ze mnie wszelkie siły i całą energię. I nie chce mi się też już słuchać o tym, co kto o kim powiedział, co powiedział o mnie, o mojej matce, dziadku czy ojcu. Mam dość tego otoczenia, które pokazuje mi, że na świecie nie ma nic dobrego i szczerego, jest tylko chciwość, kłamstwo i okrucieństwo. Nie chcę utonąć w tym bagnie, chcę zachować w sobie swoją wiarę w wartości i chcę je sobą reprezentować. Ale to naprawdę ciężkie, kiedy z każdej strony bombardują Cię informacje o tym, kto kogo okłamuje, kto z kim jest dla pieniędzy, kto chce komuś odebrać wszystko, a kto przepija babciną rentę i cofa w rozwoju swoje kilkuletnie dziecko. I żeby to były tylko informacje… To namacalne fakty. Boję się skażenia tym chorym spojrzeniem, nie chcę nosić w sercu tego śmierdzącego trądu, nie chcę stać się zgniłym od środka człowiekiem. Nieraz po takim spotkaniu mam ochotę wejść pod prysznic i szorować się z brudu tych wszystkich wiadomości, żeby tylko usunąć je z mojej głowy, która nie jest w stanie objąć i zaakceptować pewnych rzeczy. I nawet w Walentynki ktoś się komuś oświadczył z powodów totalnie innych niż miłość. Przygniata mnie świat.

Byłam u alergologa, w Walentynki tak w ogóle. Romantyczne okoliczności przyrody, my dwoje w poczekalni, no scena prawie jak z romansu. Za dwa tygodnie mam testy, a Niedźwiadek za tydzień. Doktórka zasugerowała mi badanie hormonów tarczycy i dziwiła się, że nikt mnie wcześniej na nie nie skierował. Oczywiście skierowanie musiałabym sobie dopiero załatwić… Na razie się nie wybieram, ale gdzieś tam z tyłu głowy będzie mi się tliła ta myśl.

Odwiedzili mnie w sklepie Bro z żoną. Pogadaliśmy trochę, nieco czasu mi zeszło, a wieczorem spotykamy się u rodziców w domu. Nawet Niedźwiadek się zdecydował przyjść, a to ci nowina. Ale chyba jest taki szczęśliwy z powodu pracy, że ma gdzieś nieprzewidywalne zachowania mojej mamy. A mi to się tak średnio chce iść, najchętniej poszłabym spać, już teraz. Jeszcze kilka godzin i mogłabym być w swoim łóżeczku i sobie rozkosznie zasnąć… Mmm… Jednakże takie frykasy to nie dla mnie. Znowu późny powrót do domu, a w sobotę praca od samego rana. A potem znowu sprzątanie. A w niedzielę wyjazd z Sisami na wycieczkę :D Na jaką, to się dowiecie w następnej notce :)

Straszliwie szwankuje mi internet z komórki :( Ale wytrzymam jeszcze parę dni, we czwartek będzie już normalny i nie będę się wkurzać tym, że nic nie mogę zrobić, a muszę zrobić tak dużo.

Zimo… idź se już.

PS: Przed chwilą miałam pierwszego klienta! Takiego co przyszedł i kupił :D Chyba dobrze sobie poradziłam, bo klientka zadowolona i powiedziała, że będzie polecać innym. A był to klient z gatunku “głęboka woda”. Jestem z siebie zadowolona. Łiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii!!! :D


krowa łakomczucha, burczy krowie z brzucha, może by co zjadła? więc dobiera się do wędlin, więc dobiera się do saaaadła

Dom pozbawiony prawowitej gospodyni jest w stanie ruiny niemalże. Fakt faktem, obiadki mam codziennie gorące i pyszne, ale ten syf… Jeśli ja się nie wezmę za sprzątanie, to tam czysto nie będzie nigdy. Bo Niedźwiadek niby sprząta. Naczynia niby pozmywanie, kuchnia niby ogarnięta. Ale to są standardy studenta w akademiku, ja dla psychicznego komfortu potrzebuję czystości na wyższym szczeblu :D Niestety ów komfort wprowadzić sobie będę zmuszona sama, tylko nie wiem kiedy… Może w sobotę po pracy? Hmmm… No chyba, że stanie się cud i Niedźwiadek pojmie, co naprawdę znaczy słowo CZYSTOŚĆ. Wierzę w cud i pomogę mu się spełnić potęgą mojego marudzenia :)

Powinnam zdać relację z wizyty u alergologa, ale nie zdam, bo NFZ zakpił ze mnie i chyba nawet mu nie wstyd. Od 3 miesięcy czekałam na wizytę, dzień wcześniej zadzwoniłam potwierdzić, że lekarz na pewno jest, że na pewno mnie przyjmie. Rozplanowałam taktykę na ten dzień łącznie z zamknięciem sklepu na parę godzin i transportem do przyszpitalnej przychodni. Zabrałam wszystkie wyniki badań i Niedźwiadka. Przychodzimy na miejsce, idę do rejestracji, mówię co i jak, kierują mnie pod gabinet. A na drzwiach gabinetu kartka, że poradnia nieczynna, bo sobie ekipa urlop wzięła od wczoraj aż do przyszłego tygodnia. Myślałam, że to jakiś żart. Nie dowierzałam, bo przecież w rejestracji mi nic nie mówili. No ale dla pewności wróciłam do okienka, nieco przestraszona opowiadam, a ta kobieta patrzy na mnie zdziwiona. No bo ona nic nie wiedziała! Im tu nikt nic nie mówił! No to się pytam, czy ten lekarz będzie czy nie. Nie będzie, bo skoro kartka wisi, to nie będzie. Rozjuszyłam się. Na moje możliwości oczywiście, bo moje rozjuszenie to po prostu wzburzony głos. Mówię jej, że tyle czekałam na tę wizytę, że wczoraj dzwoniłam się upewniać, że specjalnie z pracy się urwałam – wzrusza ramionami, bo ona nic nie wie. To się pytam, kto ma wiedzieć, jak nie pani? Wzrusza ramionami. Zero reakcji na opieprz. Pytam się, co ja mam robić teraz, kiedy mam się zapisać, mam znowu czekać 3 miesiące na następny termin? – Pani przyjdzie za tydzień o tej samej porze. Jakie to proste! To teraz już nie muszę czekać. A co będzie z ludźmi zapisanymi za tydzień? Wpuszczą mnie w kolejkę? Hahahaha. Ręce mi opadły, a z ręcami cyce, zawsze ja, ZAWSZE JA mam takie szczęście. NIC nie może się odbyć tak po prostu, zawsze coś staje na przeszkodzie i muszę dwa razy tracić na bilety, muszę dwa razy zamykać sklep w ciągu dnia w najbardziej „ruchliwej” godzinie. Do dupy taka opieka zdrowotna. Co za życie, jak nie ja zrobię z siebie idiotkę, to inni zrobią ją ze mnie!

I albo coś się we mnie zmienia, nabieram pewności siebie, albo mam wyjątkowo ostry PMS, albo po prostu za dużo rzeczy nie idzie po mojej myśli i jestem wściekła, ale ostatnio mam odwagę zwrócić komuś uwagę. Na ten przykład stoję w sklepie w kolejce po mięso. Stoję długo, przychodzi moja kolej, ale pani ze stoiska musi na chwilę odejść. Więc czekam dalej, minuty lecą. Ludzie za mną zrezygnowali z zakupów, zostałam sama, ale twardo stoję. Widzę z daleka, że pani wraca, a przede mnie wbija się jakiś typek koło czterdziestki i jak tylko babeczka wraca, ten od razu mówi co chce. Jak się wkurzyłam! Nieprzyjemnym głosem mówię do niego: przepraszam, czy tu obowiązują jakieś kolejki? Bo ja tu już trochę stoję. Puścił mnie bez słowa. Parę miesięcy temu nic bym z taką sytuacją nie zrobiła. A dzisiaj nie mam z tym żadnego problemu.

Wkurzają mnie już pytania o firmę. Każdy znajomy, który wie, za każdym spotkaniem, w każdej wiadomości pyta mnie jak firma, czy są klienci, jaki utarg. Szlag mnie trafia, bo odpowiedź jest zawsze taka sama, bo na razie nic się kurna nie zmienia. Czasami nachodzi mnie zwątpienie, strach przed tym, co będzie, kiedy skończą się pieniądze. A strach to niebylejaki, kto przeżył ten go zna. Ale z drugiej strony taki teraz sezon, nie ma się co spodziewać nie wiadomo czego po tygodniu od otwarcia, szczególnie, że swoje wici dopiero rozpuszczam. Wiem, że im bliżej do wiosny, tym będzie lepiej, nie wolno wątpić, bo przecież najlepsze smaczki i asy w rękawie będą wyciągnięte pod koniec tego miesiąca, ale znacie mnie już i wiecie, że jestem pesymistką. Pesymistka kopnie się teraz w duchu w poślady, da sobie w myślach z placka i się opanuje. O. Od razu lepiej :) Odwiedzili mnie dzisiaj panowie techniczni z tepsy i wykazali zainteresowanie moim biznesem, nawet sobie chwilę pogadaliśmy. A potem dałam im ulotki z nadzieją, że przyprowadzą do mnie swoje rodziny i znajomych :D Możliwe, że na dniach będę miała już normalny internet, może wtedy wrzucę Wam jakieś zdjęcia Kociszcza. Bo póki co, za wolno mi to pójdzie i za dużo pakietu zeżre. A w domu to mi się nie chce bawić.

Chciałabym, żeby zima wreszcie odpuściła. Niby i tak w tym roku późno przyszła, ale te mrozy mnie masakrują. Jak siedzę w sklepie, to piję herbatę za herbatą, co chwila wstaje, podskakuję na rozgrzewkę, grzeję tyłek na kaloryferze. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że ciągle chce mi się jeść. Może po prostu nieustające zimno zmusza mój organizm do spalania większej ilości energii, potrzebnej do jego ogrzania, kto wie, może jeszcze schudnę :D Pod warunkiem, że nie będę żarła, a jest to doprawdy trudne. Brrrr… Jeszcze tylko parę godzin.

Czekanie mnie męczy. A czekam teraz na kilka wiadomości, od których dużo zależy, a ktoś kto decyduje, jak na złość nie ma zamiaru się skontaktować i po prostu powiedzieć, jak jest. Chciałabym już wiedzieć: tak czy nie? I działać w zależności od decyzji. Po co trzymać kogoś w niepewności i kręcić, wykręcać się, wić jak piskorz, żeby tylko nie powiedzieć, jaka jest prawda?

Nucky mnie codziennie budzi, skuteczniej niż jakikolwiek budzik. Punkt 7.00 siada mi na klacie i albo paca łapą po twarzy, wącha mnie świszczącym oddechem i wala się po brzuchu, albo atakuje moje ręce, łokcie i stopy, a potem… wala się po brzuchu. W wyniku takich zabiegów jestem przytomna na długo przed budzikiem. Wysypiam się, wcześnie chodzę spać, a Nucky śpi razem z nami. Wcześniej bałam się trochę, że nigdy nam nie zaufa tak, jak powinny ufać koty. Ale teraz myślę, że wszystko jest kwestią czasu. Błędem też było myśleć o nim, jako spokojnym kanapowcu. Szaleje niesamowicie, a moje ręce – mimo że dobrze chronione – są poharatane pazurami nie mniej niż uda i łydki. Od paru dni czaję się, żeby poobcinać młodemu pazury, ale inaczej niż podczas snu to nie ma się nawet co brać :D Zajada się już normalną karmą. Wstyd mi będzie znowu prosić – ale pewnie poproszę, bo jakie mam wyjście – żeby Sis zawiozła nas do weterynarza, chcę, żeby go skontrolował, a jeśli wszystko ok, to zaszczepił. A jak nie wszystko ok, to niech nawet nie próbuje dawać mu tabletek. Wolę codziennie go wozić na zastrzyk niż przez kolejny tydzień leczyć sraczkę :) Życie matki jest takie trudne… :D

I czy każdy, kto jest z zawodu/wykształcenia psychologiem to taki zarozumialec i przemądrzalec? Bo kurde poznaję już kolejnego psychologa i za każdym razem to samo. Chyba naprawdę nie lubię psychologów.

Mam wrażenie, że powinnam napisać coś jeszcze, ale pamięć mnie zawodzi. Może następnym razem. Aha. Iwono, jeśli mnie czytasz, to bardzo dziękuję Ci za przemiły komentarz dwie notki wstecz. Serce mnie urosło. Dzięki :*


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.