Dom pozbawiony prawowitej gospodyni jest w stanie ruiny niemalże. Fakt faktem, obiadki mam codziennie gorące i pyszne, ale ten syf… Jeśli ja się nie wezmę za sprzątanie, to tam czysto nie będzie nigdy. Bo Niedźwiadek niby sprząta. Naczynia niby pozmywanie, kuchnia niby ogarnięta. Ale to są standardy studenta w akademiku, ja dla psychicznego komfortu potrzebuję czystości na wyższym szczeblu :D Niestety ów komfort wprowadzić sobie będę zmuszona sama, tylko nie wiem kiedy… Może w sobotę po pracy? Hmmm… No chyba, że stanie się cud i Niedźwiadek pojmie, co naprawdę znaczy słowo CZYSTOŚĆ. Wierzę w cud i pomogę mu się spełnić potęgą mojego marudzenia :)
Powinnam zdać relację z wizyty u alergologa, ale nie zdam, bo NFZ zakpił ze mnie i chyba nawet mu nie wstyd. Od 3 miesięcy czekałam na wizytę, dzień wcześniej zadzwoniłam potwierdzić, że lekarz na pewno jest, że na pewno mnie przyjmie. Rozplanowałam taktykę na ten dzień łącznie z zamknięciem sklepu na parę godzin i transportem do przyszpitalnej przychodni. Zabrałam wszystkie wyniki badań i Niedźwiadka. Przychodzimy na miejsce, idę do rejestracji, mówię co i jak, kierują mnie pod gabinet. A na drzwiach gabinetu kartka, że poradnia nieczynna, bo sobie ekipa urlop wzięła od wczoraj aż do przyszłego tygodnia. Myślałam, że to jakiś żart. Nie dowierzałam, bo przecież w rejestracji mi nic nie mówili. No ale dla pewności wróciłam do okienka, nieco przestraszona opowiadam, a ta kobieta patrzy na mnie zdziwiona. No bo ona nic nie wiedziała! Im tu nikt nic nie mówił! No to się pytam, czy ten lekarz będzie czy nie. Nie będzie, bo skoro kartka wisi, to nie będzie. Rozjuszyłam się. Na moje możliwości oczywiście, bo moje rozjuszenie to po prostu wzburzony głos. Mówię jej, że tyle czekałam na tę wizytę, że wczoraj dzwoniłam się upewniać, że specjalnie z pracy się urwałam – wzrusza ramionami, bo ona nic nie wie. To się pytam, kto ma wiedzieć, jak nie pani? Wzrusza ramionami. Zero reakcji na opieprz. Pytam się, co ja mam robić teraz, kiedy mam się zapisać, mam znowu czekać 3 miesiące na następny termin? – Pani przyjdzie za tydzień o tej samej porze. Jakie to proste! To teraz już nie muszę czekać. A co będzie z ludźmi zapisanymi za tydzień? Wpuszczą mnie w kolejkę? Hahahaha. Ręce mi opadły, a z ręcami cyce, zawsze ja, ZAWSZE JA mam takie szczęście. NIC nie może się odbyć tak po prostu, zawsze coś staje na przeszkodzie i muszę dwa razy tracić na bilety, muszę dwa razy zamykać sklep w ciągu dnia w najbardziej „ruchliwej” godzinie. Do dupy taka opieka zdrowotna. Co za życie, jak nie ja zrobię z siebie idiotkę, to inni zrobią ją ze mnie!
I albo coś się we mnie zmienia, nabieram pewności siebie, albo mam wyjątkowo ostry PMS, albo po prostu za dużo rzeczy nie idzie po mojej myśli i jestem wściekła, ale ostatnio mam odwagę zwrócić komuś uwagę. Na ten przykład stoję w sklepie w kolejce po mięso. Stoję długo, przychodzi moja kolej, ale pani ze stoiska musi na chwilę odejść. Więc czekam dalej, minuty lecą. Ludzie za mną zrezygnowali z zakupów, zostałam sama, ale twardo stoję. Widzę z daleka, że pani wraca, a przede mnie wbija się jakiś typek koło czterdziestki i jak tylko babeczka wraca, ten od razu mówi co chce. Jak się wkurzyłam! Nieprzyjemnym głosem mówię do niego: przepraszam, czy tu obowiązują jakieś kolejki? Bo ja tu już trochę stoję. Puścił mnie bez słowa. Parę miesięcy temu nic bym z taką sytuacją nie zrobiła. A dzisiaj nie mam z tym żadnego problemu.
Wkurzają mnie już pytania o firmę. Każdy znajomy, który wie, za każdym spotkaniem, w każdej wiadomości pyta mnie jak firma, czy są klienci, jaki utarg. Szlag mnie trafia, bo odpowiedź jest zawsze taka sama, bo na razie nic się kurna nie zmienia. Czasami nachodzi mnie zwątpienie, strach przed tym, co będzie, kiedy skończą się pieniądze. A strach to niebylejaki, kto przeżył ten go zna. Ale z drugiej strony taki teraz sezon, nie ma się co spodziewać nie wiadomo czego po tygodniu od otwarcia, szczególnie, że swoje wici dopiero rozpuszczam. Wiem, że im bliżej do wiosny, tym będzie lepiej, nie wolno wątpić, bo przecież najlepsze smaczki i asy w rękawie będą wyciągnięte pod koniec tego miesiąca, ale znacie mnie już i wiecie, że jestem pesymistką. Pesymistka kopnie się teraz w duchu w poślady, da sobie w myślach z placka i się opanuje. O. Od razu lepiej :) Odwiedzili mnie dzisiaj panowie techniczni z tepsy i wykazali zainteresowanie moim biznesem, nawet sobie chwilę pogadaliśmy. A potem dałam im ulotki z nadzieją, że przyprowadzą do mnie swoje rodziny i znajomych :D Możliwe, że na dniach będę miała już normalny internet, może wtedy wrzucę Wam jakieś zdjęcia Kociszcza. Bo póki co, za wolno mi to pójdzie i za dużo pakietu zeżre. A w domu to mi się nie chce bawić.
Chciałabym, żeby zima wreszcie odpuściła. Niby i tak w tym roku późno przyszła, ale te mrozy mnie masakrują. Jak siedzę w sklepie, to piję herbatę za herbatą, co chwila wstaje, podskakuję na rozgrzewkę, grzeję tyłek na kaloryferze. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że ciągle chce mi się jeść. Może po prostu nieustające zimno zmusza mój organizm do spalania większej ilości energii, potrzebnej do jego ogrzania, kto wie, może jeszcze schudnę :D Pod warunkiem, że nie będę żarła, a jest to doprawdy trudne. Brrrr… Jeszcze tylko parę godzin.
Czekanie mnie męczy. A czekam teraz na kilka wiadomości, od których dużo zależy, a ktoś kto decyduje, jak na złość nie ma zamiaru się skontaktować i po prostu powiedzieć, jak jest. Chciałabym już wiedzieć: tak czy nie? I działać w zależności od decyzji. Po co trzymać kogoś w niepewności i kręcić, wykręcać się, wić jak piskorz, żeby tylko nie powiedzieć, jaka jest prawda?
Nucky mnie codziennie budzi, skuteczniej niż jakikolwiek budzik. Punkt 7.00 siada mi na klacie i albo paca łapą po twarzy, wącha mnie świszczącym oddechem i wala się po brzuchu, albo atakuje moje ręce, łokcie i stopy, a potem… wala się po brzuchu. W wyniku takich zabiegów jestem przytomna na długo przed budzikiem. Wysypiam się, wcześnie chodzę spać, a Nucky śpi razem z nami. Wcześniej bałam się trochę, że nigdy nam nie zaufa tak, jak powinny ufać koty. Ale teraz myślę, że wszystko jest kwestią czasu. Błędem też było myśleć o nim, jako spokojnym kanapowcu. Szaleje niesamowicie, a moje ręce – mimo że dobrze chronione – są poharatane pazurami nie mniej niż uda i łydki. Od paru dni czaję się, żeby poobcinać młodemu pazury, ale inaczej niż podczas snu to nie ma się nawet co brać :D Zajada się już normalną karmą. Wstyd mi będzie znowu prosić – ale pewnie poproszę, bo jakie mam wyjście – żeby Sis zawiozła nas do weterynarza, chcę, żeby go skontrolował, a jeśli wszystko ok, to zaszczepił. A jak nie wszystko ok, to niech nawet nie próbuje dawać mu tabletek. Wolę codziennie go wozić na zastrzyk niż przez kolejny tydzień leczyć sraczkę :) Życie matki jest takie trudne… :D
I czy każdy, kto jest z zawodu/wykształcenia psychologiem to taki zarozumialec i przemądrzalec? Bo kurde poznaję już kolejnego psychologa i za każdym razem to samo. Chyba naprawdę nie lubię psychologów.
Mam wrażenie, że powinnam napisać coś jeszcze, ale pamięć mnie zawodzi. Może następnym razem. Aha. Iwono, jeśli mnie czytasz, to bardzo dziękuję Ci za przemiły komentarz dwie notki wstecz. Serce mnie urosło. Dzięki :*