Archiwum autora: innam

Happy birthsday to me. Happy birthsday to me. Happy birthsday dear InnaM… Happy birthsday to meeeeeeee!

I hepi birsdej tu maj blog. Kolejny rok razem, blogusiu. Szkoda tylko, że spory kawał naszej wspólnej historii poszedł się paść wraz z upadkiem blogi.pl… A nie zdążyłam wszystkiego przekopiować. Strasznie mi tego szkoda, bo może kiedyś miałabym córkę, może ona chętnie poczytałaby, kim była mama jak miała 16, 18, 20 czy 25 lat… No ale cóż. Z bólem serca będę pisać dalej i mieć nadzieję, że ktoś mi zwróci moje zapiski jednak. Choćby to i rok miało trwać.

Właśnie skończyłam 26 lat. I tak sobie myślę, że niegłupim pomysłem byłoby powoli zacząć przestawiać się na kremy przeciwstarzeniowe. Bez śmiacia! Niby gęba gładka, jak pupa niemowlaka, ale o szyję i strefę wokół oczu warto by zadbać już nieco poważniej, bo zaczynam dostrzegać niepokojące sygnały, hehehe.

Mam te 26 lat i uświadamiam sobie, że będąc dziesięciolatką byłam pewna, że w tym wieku będę już mężatką z dwójką dzieci co najmniej. A tu zonk. Ani mężatka, ani matka. Co więcej, w duchu to mi bliżej do osiemnastki niż do trzydziestki.

W weekend był grill na cześć moją i Taty, jako że urodziny mamy dzień po dniu. Zaspokoiłam swoje pierwotne instynkty, najadłszy się mięcha do pełna. Do takiego pełna, że mój brzuch a’la ósmy miesiąc ciąży pretendował do stanu przedporodowego. W międzyczasie prawie zaliczyłam omdlenie [czym sprowokowałam dyskusje na temat mej domniemanej i nieuświadomionej ciąży ;)], a omdlenie spowodowane było tym, że uparłam się rąbać drewno stojąc akurat w miejscu, w które leciał dym z ogniska. Tak się nawdychałam, że nieomal padłam i byłam o krok od zwrócenia Matce Naturze całego pożartego przeze mnie mięsa. Na szczęście usiadłam, porozpinałam się, pooddychałam, łyknęłam zimnej wody i jakoś przeszło bez brudzenia. Nic nie może się równać relaksowi na łonie przyrody :)

W związku z urodzinami dokonała się dyspensa dietowa, a co za tym idzie wczoraj zamiast trzech posiłków zjadłam dużo, dużo lodów :) Fajnie było. Może jeszcze dzisiaj udzielę sobie podobnej dyspensy i basta znowu. Szczególnie, że trzeba trochę przyoszczędzić na jedzeniu, albowiem może być cienko przez okres wakacji.

Wkurzyłam się na maksa sprawą Młodego. Bo jeździ do tego profesora, płaci za każdym razem 200 zł w łapę i gówno z tego ma. Wczoraj właśnie była wizyta w związku z niepełną diagnozą. I co usłyszał? Że wyczerpał wszystkie możliwości badań i trzeba CZEKAĆ NA KOLEJNE POGORSZENIE. No chyba ich wszystkich popieprzyło. Chłopak 22 lata, najpierw odjęło mu oczy, potem ręce i nogi, a oni chcą czekać na następne pogorszenie? Co musi mu się stać, żeby ktoś na poważnie podjął się jego leczenia? Nie mogę tego zrozumieć. Całe szczęście rodzice mają w planach skonsultować sprawę z innym lekarzem, ale czemu dopiero teraz? Zobaczę, jak sprawa się będzie toczyć, ale razem z Bro mamy plan: ja zbiorę dokumentację Młodego, wyślę Bro do stolicy a on pochodzi po specjalistach. Może w Warszawie znajdzie się ktoś bardziej oświecony, kto nie będzie kazał czekać, aż mojemu bratu stanie się coś gorszego.

Wczoraj odwiedziła mnie Sis i wręczyła mi jak zawsze trafiony prezent, dzięki któremu z mojej listy “co bym chciała mieć” zniknął jeden podpunkt:) Cieszyłam się jak dziecko.

Byłam też u fryzmajstra, ale szczerze mówiąc pani się nie popisała. Chyba miała gorszy dzień czy coś. Poprzednim razem kiedy się u niej strzygłam, zrobiła to dużo fajniej. No ale mam w sumie swoją w miarę standardową, niesymetryczną fryzurę. Nie jest źle. Do tego rozpoczął się sezon na moje najlepsze ciuchy, hehe. Najbrzydsze ubrania mam na jesien i zimę, a najładniejsze na wiosnę i lato, jakoś tak się składa. Więc co i rusz słyszę, że ładnie wyglądam. Miłe to. Tyle że na moje kacze stopy znowu nie mogę znaleźć letnich butów. Tyle ładnych sandałów w sklepach, a ja 3/4 nawet nie włożę, bo za ciasne, a ta 1/4, na tyle szeroka, by moje stopy pomieścić, odkształca się obrzydliwe i traci cały swój urok. Więc może nie tak głupio zrobiłam nie wyrzucając kilkusezonowych sandałów, bo teraz chodzę tylko w nich. I tracę nadzieję i chęci na kupno czegokolwiek innego. Nienawidzę kupować butów, uch.

Niedźwiadek idzie jak burza przez szkołę, którą rozpoczął parę miesięcy temu. Pozaliczał już większość przedmiotów, egzaminy pozdawał, dumna jestem, że znalazł w sobie tyle siły i samozaparcia, żeby w tym wieku wracać do edukacji. Widzę, że tym razem skończy, co zaczął. Co więcej, ma plany na przyszłość, poważnie przemyśliwuje opcje szkół policealnych, no pękam z dumy. Jeszcze żeby praca się jakaś dla niego znalazła, to by było bosko. Samochód jest, prawko jest, zawsze to szersze pole manerwu, ale co, jak ofert pracy niewiele… Trzeba wierzyć, że w końcu coś zmieni się na lepsze w tym temacie.

Mam ostatnio tendencję do przemilczania gorszych chwil. To chyba dobrze :)


jesień w środku maja

Brak mi ostatnio “natchnionych momentów”, w których z radością i pasją zasiadam do pisania. Kiedy cisza, ja i czas. Trochę zmuszam się, żeby dzisiaj poklepać, bo rano poczułam zew, ale wydarzenia poskładały się tak, że mi się odechciało totalnie. Nie żeby coś niedobrego, ale wiecie, a to klient, a to rozmowa z kimś i człowiek rozbity na resztę dnia. I się nie chce już. No ale piszę, bo potem będę zła na siebie, że moje notki znów są zbyt obfite :D

W pracy pracowicie. Szykuje się kolejna akcja, bardzo bym chciała, żeby była udana, bo przyda mi się zastrzyk gotówki przed wakacjami. Napracowałam się trochę przy niej i nadenerwowałam, ale to już takie standardy. Objechaliśmy z Niedźwiadkiem całe miasto i parę podmiejskich miejscowości w ramach promocji, samochód spisał się dobrze, a my nawet całkiem fajnie spędziliśmy ten czas. Czasem, w całym tym bezwzględnym świecie, zaskakuje mnie jeszcze ludzka życzliwość.

U Młodego jakieś dziwy. Pojechał na wlew leku z USA, a został odprawiony z kwitkiem, że niby niepełna diagnoza. I teraz znowu po profesorach jeździj i płać pieniądze. I skoro niepełna diagnoza, to znaczy, że brak diagnozy, a to z kolei znaczy, że wciąż nikt nie wie, co Młodemu jest. Sama nie wiem, czy się cieszyć, że może to jednak nie SM, czy raczej przeżywać, że dalej nikt go nie leczy. W każdym razie czekamy.

Ciotka z USA była, owszem, nawet jej nie widziałam. W sumie jakoś nie bardzo mi na tym spotkaniu zależało, jej najwidoczniej też, bo jakoś szczególnie nie nalegała na zobaczenie się ze mną :D Jedyna decyzja, jaka zapadła, to że chcieliby zabrać do siebie Dziadzia na wakacje. Czy to wyjdzie, czy nie wyjdzie, nie wiadomo. Wiadomo natomiast, że Dziadzio dalej będzie mieszkał z rodzicami.

Pogoda ostatnio nie rozpieszczała. Jesień w środku maja. Wymarzłam i wymokłam. Mam nadzieję, że temperatury nie spadną już poniżej 15 stopni… Tak se myślę, że przydałyby mi się jakieś buty na lato. Sandały czy coś. Bo moje stare są już w takim stanie, że nie ma mowy, żeby czwarty sezon wytrzymały, skoro podeszwa popękana, a wnętrze takie zjechane, że mi stopy kaleczy :D Właściwie to powinnam je wyrzucić w tamtym roku, ale zdrowy rozsądek podpowiadał, że może nie być na nowe i lepiej zachować. Hehe. Pewnie nie mówiłam, że znowu się odchudzam? 3 kilo w dół jak do tej pory. I proszę się nie śmiać, doskonale wiem, że to tysięczne podejście, doskonale wiem, że pewnie i tak nie dotrwam do celu, ale jakoś się trzymam. 2 tygodnie bez słodyczyyyyy… Każde wyjście do marketu to jak tortura. Tylko myśl o moim wielkim brzuchu, wypływającym nieestetycznie spod obcisłych bluzek, powstrzymuje mnie przed rzuceniem się na regał ze słodyczami. I te moje ramiona, fatalne. I te uda, łydy jak kolumny… Fuj. InnaM, nie żryj, boś paskudna.

I straciłam nadzieję, że blogi.pl jeszcze wstaną i odzyskam swoje notki z wielu lat. Mi już nawet nie odpisali na maila z pytaniem, czy serwis jeszcze odżyje.

Nie skłamię, jeśli napiszę, że od 3 miesięcy nie przespałam całej nocy cięgiem. Nasz młody kocurek bowiem wysypia się, kiedy nas nie ma, a nocą budzi się do życia i dokazuje. Zawsze budził mnie minimum 3 razy. A to pazurował pufę, a to wskakiwał na szafę zrzucając z niej coś hałaśliwego, a to bawił się czymś zrzuconym i szurał tym po podłodze, a to po mnie skakał i traktował moje nogi jak ofiarę :D Wyrzucony za drzwi, dobijał się do nich do skutku. Aż go wpuszczę. Dopiero wczoraj poszłam po rozum do głowy i kupiłam stopery. I dzisiaj spało mi się cudnie. Naprawdę. A do tego Kocizna docenił chyba fakt, że nikt go za harce nie wywalał za drzwi i jak się zmęczył, to nawet z nami spał! Jak za dzieciaka :D Bo on to się ostatnio taki chłopak zrobił. Przytulasów to on nie lubi tak zwyczajnie, on lubi tylko, jak się wraca po całym dniu do domu, jak stęskiony, to sam się łasi. Dlatego jak nabroi, to sprzedajemy mu karne przytulasy i całusy, ehehehe. I w ogóle to silnie walczę z rządami Kocizny w naszym domu. Przegrałam bitwę o jedzenie. Po kolejnej próbie podania mu innej mokrej karmy niż ta, którą lubi, odpuściłam. Kupione zaszetki, wzgardzone przez mojego kota, przekazałam już na rzecz głodujących działkowych dzikusów. Teraz druga batalia. Próba wprowadzenia innej suchej karmy niż ta, którą do tej pory akceptował. Zauważyłam, że coś tam chrupnął na początku, ale od wczoraj micha stoi nie ruszona, a po nocce “standardowej” karmy zawsze pół michy było mniej. No ale tym razem w walce wspiera mnie Niedźwiadek, któremu też nie podoba się grymaszenie Wąsatego. Jak zgłodnieje to zje, takie nasze aktualne hasło. Mam taką nadzieję w każdym razie :D Bo jak się Perski Książę okaże prawdziwym księciem, to gotów z głodu zdechnąć niż splamić się inną karmą :D Planuję też dać mu wątróbki na spróbunek, wszak koci przysmak, no ale Księciuniowi już wiele kocich przysmaków podstawiałam i z przykrością stwierdzam, iż albo mój kot nie jest kotem, albo ma coś z psychiką. Je tylko wybrane przez siebie kocie żarcie i nic więcej. NIC. Ani mięska, ani jajeczka, ani mleczka, śmietanki, jogurciku, serka, NIIIIIC. Nie idzie nawet tego kota rozpieścić albo tresować w jakiś sposób nagradzając smakołykami, bo on nie ma swoich smakołyków! Się nam trafiło :D No ale co tu dużo mówić – kocham Wąsatego, nie wyobrażam sobie bez niego mojego domu. A każdy, kto twierdził, że persy są nakolannymi kotami, może sobie włożyć to między bajki. Mój pers skacze jak akrobata, wspina się na najwyższe meble, robi salta i mnóstwo innych figur, którymi poszczycić się mogą tylko drzewne wiewiórki. Niestrudzenie zrywa też w sypialni firanki. Do firanek robiłam już dwa podejścia, za każdym razem lądowały na podłodze zerwane w niecałą godzinę, więc wiszą tylko zasłony, które jak widać nie szeleszczą i nie ekscytują swoją teksturą Wąsatego na tyle, by chciał je zerwać. Doszliśmy do wniosku, że mamy kota z ADHD, pozostaje nadzieja, że kiedyś z tego wyrośnie :D


poweekendowo-majowa aktualizacja

Może czas by było coś wreszcie napisać. Jakoś ostatnio nie miałam weny. Prawda jest taka, że ostatnio niewiele mam chwil, kiedy sobie siedzę leniwie na dupsku, jeśli się lenić, to wolę na łonie przyrody, niż przy komputerze.

Jeszcze tego samego wieczoru, kiedy kupiliśmy auto, pojechaliśmy wieczorem na przejażdżkę. Niedźwiadek nie miał odwagi ruszać przed zmrokiem, bo nie jeździł od stycznia, więc zaczekaliśmy na obniżony ruch. Była taka panika, że szok, hehehe. Ale jakoś dawał sobie radę :D Mnie z tego stresu i napięcia rozbolała głowa i zesztywniał kark :D Ale uczucie było naprawdę niesamowite. Taka… wolność. Kolejne dni jazdy były coraz lepsze, ale wciąż lekki stresik z prowadzenia samochodu jest, bo to i rozmiar inny samochodu, i skrzynia biegów inna, i na gaz. Mam wrażenie, że więcej nerwów u Niedźwiadka powoduje myśl, że coś się może w samochodzie nagle zepsuć, niż sama sytuacja na drodze. W każdym razie radzi sobie całkiem nieźle. Pojechaliśmy na zakupy samochodowe, trzeba było uzupełnić braki typu gaśnica, trójkąt, kamizelki, apteczka, no i zakupy do domu. I wiecie co… Poczułam się nareszcie jak NORMALNY CZŁOWIEK. Który wchodzi do sklepu i robi zakupy nie biorąc pod uwagę, czy da radę nieść je na własnych plecach przez całe miasto do domu. Strasznie mnie to wzruszyło. A jeszcze bardziej wzruszyło mnie, kiedy Niedźwiadek szepnął mi w alejce sklepu, że ma wrażenie, że na to wszystko nie zasługuje. Na tę NORMALNOŚĆ. Szybko wyprowadziłam go z błędu, ale teraz sama widzę, jak wiele to dla niego znaczy. W każdym razie wzruszenie, duża radość, pewna nawet podniosłość tej chwili wryła mi się w pamięć.

Samochód to też więcej zachodu niż mi się śniło. Ktoś ostatnio rzucił mi hasłem: nie miała baba kłopotu, kupiła sobie prosiaka. Jakie to prawdziwe! Dopiero od paru dni najważniejsze sprawy związane z autem są już pozałatwiane. I jeśli będę kiedykolwiek jeszcze kupować auto, to ominę te kilkanaście popełnionych tym razem błędów, oszczędzając sobie nerwów i kłopotów. Dobrze, że mamy znajomego, który zna się na autach i za grosze pomaga nam ze wszystkim. Aż mi sie nie chce opisywać… Nie było wprawdzie jakichś wielkich awarii, standardowe wymiany, ale kto ma auto, ten pewnie wie, ze każda taka wymiana jednak kosztuje. Grosz do grosza i kurka poszło na to więcej kasy, niż planowałam. No ale auto chodzi ładnie, sprawnie, nie strach nim jeździć. Jeszcze tylko instalację gazową do sprawdzenia trzeba dać, może do regulacji, bo trochę za dużo pali. A jakie cyrki były z rejestracją i ubezpieczenieeeem… Łooooo… Ile się człowiek nawściekał, to szok. SZOK!!! Te urzędy niedorobione, te baby niekompetentne, po tysiąc razy łaź człowieku, bo jedna z drugą tępa i jeszcze za własną tępotę traktuje petenta jak śmiecia i margines. Dość urzędów, dość!

Na tydzień przed majem, kiedy chłopaki cudowali przy samochodzie, ja postanowiłam nie gnić sama w domu, tylko udać się do rodziców. Ale rodzice okazali się nie gnić w domu, a wybrali się na działkę, na którą mnie serdecznie zaprosili. No więc pojechałam. I nie żałuję, spędziłam czas tak przyjemnie jak dawno. Wiecie, wiosna się budzi, skowronki gniazdka wiją i śpiewają przy tym jak szalone, trawa się zieleni, drzewka puszczają pierwsze pąki, tulipany rozchylają główki, świeżo rozkopana ziemia pachnie życiem sianym przez mamę. Do tego ognisko, grill, kawałek karkówki i dobrze wypieczona kiełbaska w bułce. Coś pięknego. Dużo rozmawialiśmy, Tata uczył mnie rąbać drewno, ale nauka szła mi niesamowicie opornie, bo rąbanie drwa wydaje mi się dość brutalnym zajęciem i mam jakieś blokady psychiczne, bo jak zamachnę się siekierą, to zupełnie nieświadomie hamuję ją przy samym uderzeniu, tak jakbym chciała uczynić komuś mniejsze obrażenia :D No i nie ukrywam, że rąbiac, miałam w głowie obraz, co by się stało, jakbym przypadkiem kogoś/siebie uderzyła tą siekierą. Druga rzecz jest taka, że w ogóle nie mogłam trafić w to, co miałam rozrąbać, hehehe. Ale jeszcze się wprawię, zobaczycie!

Od tamtej ostatniej soboty kwietnia rodzice niemal co tydzień zapraszali nas na działkę na grilla. Teraz już przyroda w pełnym rozkwicie, jabłonie i wiśnie okwiecone, trawa pnie się w górę jak szalona, tulipany rażą w oczy kolorami. No i te weekendowo-majowe temperatury jak w lipcu. Spaliłam się na raka :) Tyle relaksu, ile ostatnio na działeczce zaznałam to nie miałam dawno. Piwa nawet z ojcem popiłam, czego zazdrościła mi Większa Połówka, bo jest kierowcą :D Pozwoliliśmy Mamie przejechać się naszym autem, była taka podniecona, że aż mnie to śmieszyło :D Moja mama jest filigranową kobietą, 150cm w kapeluszu, jak zasiadła w naszym aucie i utonęła w maksymalnie odsuniętym na rzecz Niedźwiadka – wielkiego chłopa – fotelu, to wyglądało to przekomicznie. No i kiedy poczuła moc silnika, to aż się zarumieniła z wrażenia. Przejechałyśmy się we dwie kawałek, jedynym problemem było to, że Mama nie mogła wyczuć, jak się wrzuca wsteczny, hehehehehe. Męczyła się z 5 minut, aż w końcu odpuściła i musiałam wypychać samochód z parkingu :D A potem zostawiła włączone światła, czego sama nie zauważyłam, dobrze, że akumulator nie padł. No i przyjemnie było bardzo, Mama dla nas obojga była ekstremalnie miła, oboje chcemy wierzyć, że tak już zostanie. Coś tam przebąkiwała też o zafundowaniu mi prawa jazdy. Ciekawe, ciekawe…

Weekend majowy był doprawdy piękny i długi. Chociaż gorąco jak pierun, to jednak fajnie było się powylegiwać na trawce z piwuszkiem w dłoni i rozmawiać z bliskimi. Jeśli o znajomych idzie, to totalna klapa. Mąż Sis odmówił wszelkich spotkań przy piwie, tudzież grillu, czym zniszczył nam wszystkie plany. Żebyście wiedzieli dlaczego… Ale rozpisywać się nie będę, nie mój biznes. I w ogóle nie wiem czego to wina, czy hormonów, czy czego, ale tak mnie wszyscy znajomi wkurzali ostatnio, że to sie w pale nie mieści. A to ktoś powiedział coś nie tak, a to ktoś inny coś nie takiego ode mnie chciał. Gotowa byłam niemal kończyć znajomości. Nic na to nie poradzę no. Uważam, że niektóre osoby niesprawiedliwie mnie oceniają i tak samo traktują. Taka np. Sis. Mam wrażenie, że totalnie drwi sobie z mojej pracy, traktuje to, jakbym sobie przychodziła posiedzieć i ponudzić się, że taka praca to nie praca. Dodatkowo mam wrażenie, że wychodzi z założenia, że ja nie mam życia poza pracą i domem, że  z nikim innym niż z nią się nie spotykam, nic ciekawego nie robię, generalnie się nudzę. I że powinnam być na każde zawołanie. Strasznie mnie to zabolało. I bolą mnie też jej uwagi dotyczące mnie, Niedźwiadka, dotyczące naszego związku. Nie chcę się z nią kłócić, bo czuję się na razie na przegranej pozycji z racji tego, że jestem jej coś winna za ogromną pomoc, której jakiś czas temu mi udzieliła – dopóki tego długu nie spłacę, nie chcę zaczynać trudnych tematów, bo to byłoby dla mnie dyskomfortem. Ale trochę już zaczynam się buntować na niektóre rzeczy i uświadamiać jej, że 5 lat moich studiów bardzo mnie zmieniło, że nie jestem już tą samą osobą, którą wydawało jej się, że zna.

Wstyd się przyznać, ale nawrzeszczałam na Niedźwiadka bardzo brzydko i przy ludziach. Nie wiedziałam, że to przy ludziach, ale okazało się, że miał włączony telefon na głośnomówiącym i jego koledzy to słyszeli. W swojej złości zezłościło mnie dodatkowo to, że ktoś mój wybuch słyszał i mimo prób pojednania ze strony Niedźwiadka, wczoraj cały dzień byłam sfochowana. Jak gupia. Już w 3 godziny po fakcie było mi bardzo źle z tym milczeniem, ale wiecie jak to jest… Chora duma. I doszłam do wniosku, że nie odzywając się do niego, próbuję ukarać nie jego, tylko samą siebie. Bo bardzo mi źle, kiedy między nami nie jest normalnie. W ogóle ostatnio dużo na niego krzyczę, chyba za dużo. Nie potrafię radzić sobie z emocjami inaczej, coś mi się poprzestawiało. A może jakaś miarka we mnie się przebrała i już nie potrafię inaczej? Jak sobie przypomnę siebie jeszcze sprzed roku, w życiu bym nie podniosła głosu na Niedźwiadka, w ogóle chyba na nikogo, a teraz? Zaczynam bać się sama siebie. Jeszcze trochę i dojdą rękoczyny! :D W każdym razie dzisiaj, jak to zwykle u tchórzy bywa, przeprosiłam go przez komunikator. Przeprosiny chyba przyjął, ale prawdziwy efekt wyjdzie w bezpośrednim kontakcie.

W pracy podejmuję nowe wyzwania, ale czy uda się je zrealizować, to już nie ode mnie tylko zależy. Dzisiaj na ten przykład, z samego rana, dostałam potężnego kopa w dupę i zaczęłam się bać, że poważną przeszkodą w mojej dalszej “karierze”, jest brak papierka. W kontakcie bezpośrednim z klientem bardzo się już wyrobiłam, na tyle, że ten brak papierka dla nikogo nie stanowi przeszkody, bo wypowiadam się chyba już na tyle profesjonalnie i ze znajomością tematu, że nikt mojego zdania jeszcze nie zakwestionował. Ba! Moja skuteczność sprzedaży wynosi jakieś 90% :P No ale teraz planuję coś większego i nagle ten papierek dla kogoś stał się nad wyraz ważny… Dodam, że dla kogoś na stanowisku, kto może uniemożliwić mi działanie w taki sposób, jak bym chciała. Ale tak sobie myślę, że jeśli nie tak, to zawsze mogę spróbować inaczej. Nie wolno się poddawać. I trzeba walczyć o siebie. Tak. TAK! Doszłam do wniosku też, że jak na razie wstrzymam próby zaczynania od góry, a podziałam sobie trochę od dołu. Zobaczymy, co nam to wszystko przyniesie :)

Jeszcze Wam nie opowiedziałam o pierwszym w sezonie wypadzie do lasu na nordic walking. Oboje bardzo się napaliliśmy, obraliśmy kurs na moją ulubiona leśną miejscówkę, ubraliśmy się na sportowo, spakowaliśmy kije i w drogę. Rozochoceni wbiegliśy do lasu, zaczęliśmy rozkładać kije i… Zaatakowała nas chmara komarów taka, że udało sie wytrzymać 15 minut w ruchu. Biegiem wracaliśmy do samochodu. Coś trzeba będzie wymyślić, bo kurde nie da się do lasu wejść, zaraz rzucają się ci wygłodniali ludożercy. Może zna ktoś jakiś naprawdę skuteczny środek odstraszający komary? Byłam trochę zawiedziona, bo poczułam prawdziwy zew i wielką chęć na trochę przyjemnego ruchu, a tu nic z tego. Na pocieszenie zajechaliśmy jeszcze nad pobliskie stawy, gdzie było sporo ludzi i tak nawet z lekko romantycznym zadęciem posiedzieliśmy na ławeczce patrząc na schowany za chmurami zachód słońca, hehe. W ogóle marzy mi się taki romantyczny wypad gdzieś na łono przyrody, jak pogoda się unormuje [u Was też temperatury jesienne i deszcze?], to pomyślę o czymś konkretnym.

Przyjechała siostra Mamy z Ameryki. Będą obrady na temat tego, co zrobić z Dziadziem. Czuję, że rodzice nie dadzą już rady dalej się nim opiekować. Więc jeśli nie będzie opcji, żeby druga córka zabrała go do siebie, to możliwe, że rozważą wspólnie jakiś dom opieki. Ciekawa jestem, co z tego wyjdzie. Dziadzio z dnia na dzień staje się coraz trudniejszy. Chyba w ogóle nie pamięta wielu rzeczy, ma jakieś urojenia i omamy, czasami kłótnie rozpoczyna od kłótni ze swoją nieżyjącą żoną, a moją babcią. Taka decyzja na pewno łatwa nie będzie, cieszę się, że nie spoczywa na mnie.

Młodego muszę stawiać do pionu. Nieraz jak się spotykamy, to się maże. I wiecie, ja to rozumiem. Pewnie sama na jego miejscu mazałabym się tak samo. Ale myślę, że teraz jest ten moment, kiedy zamiast mazania się, trzeba przyjąć postawę wojownika. Jutro jedzie do szpitala na pierwsze podanie sprowadzonego leku. Musi wierzyć, że ten lek mu pomoże. Więc go motywuję. Może trochę brutalnie czasem. Ale myślę, że on sobie doskonale zdaje sprawę z tego, że mam rację. Będziem walczyć!

A kotek jest naszym oczkiem w głowie i promyczkiem radości co dnia. Jedynie w ten sposób mogę go podsumować :))


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.