Bez ładu i składu

Miałam dużo pisać, a nie piszę nic. No jakoś tak się składa, że się nie składa.

Złocista skończyła pół roku, zleciało to nie wiadomo kiedy. Jest fantastyczna, roześmiana, pogodna. Jak siedzi mi na rękach, to klepie mnie jak kobyłę, piszcząc przy tym jak mazowszanka. Ząbkowanie nam przebiega ze wzlotami i upadkami, od czasu ząbkowania też wzięła się moja decyzja, żeby spać z dzieckiem i była to najlepsza decyzja mojego życia. Teraz wszyscy są szczęśliwsi. Mamy już dwa zęby, czarownicujące dolne jedynki, idą teraz dwie górne, ale chyba coś zelżało na chwilę, bo dziecko mi się trochę uspokoiło.

Spanie z dzieckiem stało się moim ukochanym sposobem relaksu. Jeśli noc jest normalna, budzimy się tylko raz na jedzenie, a poza tym rozkoszujemy się tymi chwilami. Ja to się normalnie rozpływam, jak te małe rączki szukają mnie w nocy, żeby zasnąć. Jak miziamy się palcami po dłoniach wzajemnie. A kiedy noc jest ciężka, nic tak nie pomaga zasnąć jak mama chuchająca prosto w twarz ;) W nocy czuję tak ogromną miłość do mojego dziecka, że nie da się tego opisać słowami. A kiedy rano otwierasz oczy i widzisz roześmianą na Twój widok szczerbatą paszczę, to choćby była 5, ciemno i zimno, Ty też się uśmiechniesz i zaczniesz ściskać tego małego stwora, bo jest najlepszy na świecie. Trochę cierpi na tym moje spanie z mężem, bo on z kolei wyniósł się na kanapę na większość nocy, bo tak jest nam wszystkim wygodniej, ale wiem, że sytuacja nie będzie trwała wiecznie. Dla mnie to komfort, bo nieporównywalnie więcej śpię.

I lepiej trenuje. Wróciła siła sprzed ciąży, w martwym ciągu podnoszę 65 kg, w przysiadzie 50. 35 biorę na klatę, a 30 na bary. Jest moc, były zakwasy giganty, że nie mogłam po schodach chodzić. Jedyne, co mi nie idzie, to trzymanie kaloryki. No żreć mi się chce ciągle i ciągle samo najbardziej kaloryczne. Dwa dni się trzymam, a na trzeci napcham po kokardy. Takie to i odchudzanie kulawe.

Z plusów mogę wreszcie powiedzieć, że czuję się w pełni sił po wydobęcinach mojej córki. Odrastają mi włosy, nic nie ciągnie w brzuchu, mam dużo sił. I mam pryszcze. Jak w ciąży. WTF?

Odwiedziła nas mama Niedźwiadka, czym sprawiła mi dużo radości, bo często martwię się tym, że Złocista praktycznie nie ma żadnej rodziny, nikt jej nie odwiedza. Babcia była zachwycona, mówiła, że to wyjątkowo grzeczne dziecko, hehe. A niedługo potem moja mama pozazdrościła i też do nas przyszła. Ja się tak trochę obraziłam wcześniej , bo nie odwiedziła nas przez 2 miesiące ani razu, przestała dzwonić, więc i ja przestałam. Ale już odpuściłam.

Nie mam już tyle serca do tego pisania, bo nie mam czasu, by spokojnie usiąść, zastanowić się, pomyśleć. Nie mówiąc już o tym, że uwielbiałam kiedyś pisać pod wpływem impulsu, wyrzygiwać się emocjonalnie. A teraz? Teraz jest jak jest. Myślę, że moje pisanie może jeszcze kiedys powróci w dawnej formie, może w lepszej. Ale to za kilka lat. Tylko czy uda mi się podtrzymać to choćby minimalnie?

Chciałam tylko napisać, że absolutnie i ponad wszystko kocham moje dziecko, chociaż czasem nienawidzę samej siebie. Że czasem wydaje mi się, że mam depresję i boję się, że nie poradzę sobie z życiem i zarażę tymi uczuciami córkę. Że nadal nie zawsze wiem, czego chcę. Czasem, jak nie mogę zasnąć, czuję irracjonalny niepokój, próbuję myśleć o czymś dobrym, pozytywnym. I nic oprócz mojej Złocistej nie przychodzi mi do głowy. Trochę to smutne, nieprawdaż?

A teraz już idę spać. Miałam to zrobić godzinę temu, wykorzystać, że mąż w pracy, a dziecko śpi i też się wyspać. A gdzie tam! Ściskam wszystkich ciepło, wybaczcie, że nie czytam.

Reklamy
Opublikowano Bez kategorii | 1 komentarz

2018

Witam noworocznie. Ostatnie dwa tygodnie były najtrudniejszymi od okresu noworodkowego naszej córki. I chociaż wiem, że mam anioła, a moje „trudne chwile” są codziennością niektórych kobiet, to i tak przeżywałam załamanie, czułam się złą matką, która nie potrafi zrozumieć potrzeb dziecka, która doprowadza je do płaczu. Śmialiśmy się z mężem, że dziecko nam się popsuło, bo takiego marudzenia, trudności w zasypianiu, rozdrażnienia, problemów z jedzeniem i spaniem nie widzieliśmy jeszcze chyba nigdy u Złocistej. Podejrzenie padło albo na zęby, albo na skok rozwojowy, albo na przestymulowanie, albo coś z brzuchem, bo jesteśmy w trakcie rozszerzania diety. Najprawdopodobniej był to taki długi i nieprzyjemny skok, bo od dwóch dni moje dziecko zachowuje się jak śliczne bobasy z filmów. Zero marudzenia, sama zapada w drzemki, je chętnie, jest cudowna, spokojna i uśmiechnięta jak dawniej. Aż się boję o tym tak pisać i się tym cieszyć, bo zawsze jak to zrobię, to potem znowu jest ciężko. W każdym razie ja od dwóch dni znowu mam dobry humor, jestem lepiej wypoczęta i nastawiona do życia optymistyczniej.

Rozszerzanie diety idzie bez rewelacji, Złocista nie jest wielkim smakoszem papek, jedynie kaszki są dla niej na tyle podobne do mleka, że całkiem chętnie zjada. Ale myślę, że na wszystko przyjdzie czas. Ja oczywiście muszę pokonywać własną frustrację, bo wraz z jedzeniem papek, cała ja i całe dziecko nieraz jest upaprane, nie mówiąc o ubrankach i leżaczku. Ćwiczę cierpliwość ;)

Święta nie były fajne. U nas w mieszkaniu tylko choinka. Na wigilię poszliśmy do rodziców, była tragedia, dziewczynka źle znosiła odwiedziny, była rozdrażniona, dużo płakała, więc uciekliśmy stamtąd po dwóch godzinach. To samo było w pierwszy i drugi dzień świąt. Poddałam się presji rodziny i poszliśmy tam pomimo tego, że Złocista miała kiepski czas i to był błąd. Żałuję. Ani ja się nie czułam dobrze, ani dziecko, nie było mowy o przyjemnym spędzaniu czasu. Do tego wszystkiego denerwowała mnie moja matka, która myśli, że dziecko zaakceptuje ją i pokocha po 20 minutach. Od jej urodzenia spędziła z nią może w sumie z dwie godziny, a i to nie jestem pewna. Kiedy jej tłumaczę, że musi brać udział w życiu dziecka, ona się irytuje. Wielokrotnie zapraszałam ją do nas. A ona tylko mówi, że się umówimy. I tak się już umawiamy od dwóch miesięcy. Więc już nie zapraszam. Świąt mam dość na kilka lat, odwiedzin u rodziców też.

W Sylwestra posprzątałam ładnie dom, kupiliśmy alkohol jaki lubimy [ja miałam wino musujące, bo miałam na nie ochotę od Sylwestra zeszłego roku, kiedy to byłam w ciąży ze Złocistą], dużo czipsów, lody. Złocista poszła ślicznie spać o swojej porze, a my spędzaliśmy czas jak dawniej. Siedzieliśmy sobie, oglądaliśmy seriale, ja zrobiłam sobie SPA, włosy, maseczki, depilacje, stopy, te sprawy. Moje wino okazało się strzałem w dziesiątkę, byłam ciągle w bardzo lekkim, przyjemnym stanie upojenia, ale bez żadnych przykrych konsekwencji. Przed północą poszłam do Złocistej ją przewinąć, nakarmić, tak żeby fajerwerki jej nie przestraszyły. Nowy rok przywitał mnie z pijącą mleko córką na rękach. Jaki Sylwester, taki cały rok. Nie mam nic przeciwko.

Mijający rok postawił mnie w zupełnie nowej roli. Zostałam mamą i jest to absolutnie największe wyzwanie mojego życia. Bardzo trudno jest zrezygnować z siebie i swoich potrzeb tak z dnia na dzień, być może dla niektórych kobiet to naturalne i proste, ale dla mnie nie było. Dziś już mogę powiedzieć, że nie wyobrażam sobie powrotu do przeszłości. Jest mi dobrze w tej naszej malutkiej rodzince. Wprawdzie nie wiem, co będzie za rok o tej porze. Boję się mnóstwa rzeczy. Ale wiem też, że zrobię dla tej ślicznej istotki wszystko.

Wraz z pojawieniem się dziecka na świecie, pojawiają się w głowie nowe myśli. O własnej, przedwczesnej śmierci. Albo chorobie. Teraz największym moim lękiem jest to, żeby zdążyć wychować dziecko, żeby udało mi się z nią być chociaż do osiemnastki. Są lęki o zdrowie dziecka. Dużo, dużo nowych obaw. Ale i dużo nowej miłości. Kocham Cię, córeczko, bardzo się cieszę, że jesteś z nami.

Nowy Rok może przynieść kolejne zmiany. Mamy nowe marzenia, nowe nadzieje. Czy marzenia się spełnią, czy nie, życzę sobie, żebyśmy byli szczęśliwi. Co najmniej tak, jak jesteśmy teraz. Czego i Wam życzę :)

Opublikowano Bez kategorii | 2 Komentarze

stanowczo za rzadko piszę

Blogi, w postaci jaką znałam i lubiłam, umierają. Pozostały tylko te takie, co żyją reklamą i trudno w nich rozróżnić, co jest prawdziwym życiem, a co fantazją, spisaną na potrzeby podpisanego z firmą kontraktu. Mój też zdaje się umierać. Jednym z głównych powodów, jakie powstrzymują mnie przed porzuceniem mojej pisaniny jest moja córka i pewien sentyment. Córka, bo być może kiedyś pokażę jej te zapiski, jak już będzie pannicą, może dorosłą kobietą. Zobaczy, jakim śmiesznym człowieczkiem była jej matka, może nawet prześledzi jak dorastałam. Wszak jest co śledzić. Sentyment w końcu wynika stąd, że mam zapisane w internetowych odchłaniach 15 lat mojego życia! W większych i mniejszych szczegółach. Jak do tej pory samej mi brakło czasu, żeby siąść i przeczytać to wszystko od deski do deski. Przeglądałam wpisy wyrywkowo i nieraz rumieniec na me lico wyskoczył ze wstydu, co za durnoty pisałam. Ale tak myślę, że to ciekawa spuścizna dla dziecka. Dla wnuków. Może warto kontynuować, by za 5 lat obchodzić dwudziestolecie blogowania. Brzmi dumnie, nieprawdaż?

Siedzę w dużym pokoju, obok bardzo agresywnie mrugają lampki na choince. Ubrałam ją i włączam specjalnie dla Złocistej, lubi na nią patrzeć. A samo ubieranie ile sprawiło jej radości. W ogóle uśmiech mojej córki jest głównym sensem mojego codziennego istnienia, czego to ja nie robię… Tańczę, śpiewam, recytuję, czytam wierszyki, wydaję śmieszne dźwięki, zjadam stópki, robię jej na brzuszku pierdzioszki, noski eskimoski, huśtam na rękach… A ona czasem po prostu cieszy się, że mnie widzi. O trzeciej rano, jak się budzi głodna. Nie płacze, nie krzyczy, uśmiecha się szeroko i szczerze, że aż mruży te swoje roziskrzone oczka.

Na podłodze stoi bujak, w bujaku ulubiona maskotka Złocistej. Druga leży na ławie, na półce gryzak. Pod ławą poradniki dotyczące rozszerzania diety, witaminy i niemowlęca obcinaczka do paznokci. A za ścianą śpi moja przepiękna córka. Kiepsko spałam tej nocy. Od czasu do czasu Złocista ma cięższe chwile i bardzo kiepsko śpi, a ja razem z nią. Przeczuwam, że i dzisiaj jeszcze będzie niespokojnie. Mało jadła cały dzień. Zębów o dziwo nie widać, nie wiem czy idą, czy nie. Ale wciąż jestem zwarta i gotowa. Rozszerzamy też dietę, co jest bardzo zabawne. Mała nie lubi marchewki, nie przepada za brokułem, dobrze wchodzi jej dynia. Na dniach wchodzą już obiadki i owocki, nie mogę się doczekać. Po doświadczeniu oplutych marchewką ubranek zamówiłam z Chin wodoodporne śliniaczki, bo z odplamianiem mi nie po drodze. I tak sobie żyjemy z dnia na dzień, gdzie każdy dzień prawie identyczny, czasami się czuję jak uwięziona w pętli czasu. Ale z uwięzi wyrywają mnie nowe umiejętności Złocistej, nowe dźwięki, nowe głoski, stópki w buzi i rączki, które szczypią.

Próbowałam zaprogramować moje dziecko, zmęczona niedospanymi nocami, wiecie, kombinować z planem dnia, drzemkami, porami snu. Ale ona jest silniejsza ode mnie i bardzo szybko uświadomiła mi, że dziecko to nie komputer i nie da się go zmusić do realizacji planu. W ogóle dziecko to dla mnie jedna wielka nauka cierpliwości i budowanie od podstaw spontaniczności, godzenia się ze zmianami. Jestem człowiekiem-planem. Planuję wszystko i bardzo, baaardzo źle znoszę, kiedy coś nie idzie tak, jak ma. Przy dziecku prawie nic nie idzie zgodnie z planem, serio. Frustrujące kosmicznie i zastanawiam się, kiedy do tego przywyknę i się z tym pogodzę ;)

Nigdy też nie sądziłam, że będę w stanie funkcjonować na takiej ilości snu, którą teraz mam. 5-7 godzin z półgodzinną przerwą w środku na karmienie, a czasem takie noce, gdzie tego snu jest 3 godziny. I żyję. Gdzie przed ciążą 8 godzin to było absolutne minimum. Żyję, wróciłam do ćwiczeń na siłowni, z aerobów to tylko codzienne 1-2 godzinne spacery z wózkiem. Coś tam chyba nawet schudłam. Nie są to kosmiczne wyniki, bo nie umiem zbyt mocno odmawiać sobie jedzenia dobrych rzeczy, ale ważne, że cokolwiek ruszyło. Byłam u fryzjera, odświeżyłam włosy, wyrzuciłam dwie pary butów, w których czułam się okropnie, to już jakiś początek. Po ciąży czuję się jak pani pasztetowa, ubrania jeszcze chwilę temu przyciasne, teraz za luźne, a te sprzed ciąży dużo za małe. Nie mogę się jakoś wpasować w to swoje ciało, wymiana garderoby nie wchodzi w grę, więc noszę się trochę jak lump, ale cóż zrobić. Muszę wrócić do siebie, ale jest to dużo trudniejsze niż myślałam.

Złocista za dwa tygodnie kończy 5 miesięcy. Szok, co? W naszym życiu zapanowała już jakaś harmonia, doba ma swój rytm, powtarzalny, miarowy, z chwilowymi niespokojnymi wtrętami. A ja wciąż nie mam czasu na wszystko, co chciałabym zrobić. I boję się, że będę miała jakiś czas dla siebie dopiero za kilka lat ;) Pewnie tak będzie. Nie narzekam jednakowoż, bo wiem, jak wiele mam szczęścia, że udało mi się sprowadzić na świat taką piękną, zdrową dziewczynkę. Co przecież wcale nie jest oczywistością.

Szkoda, że nie daję rady pisać częściej. Czuję, że wiele mi umyka. Wiele rzeczy, które chciałabym zachować. Chciałabym napisać takie oklepane zdanie, które widziałam już wiele razy. Ale może to dlatego, że jest nie tylko moją prawdą. Nie wiedziałam, że może istnieć taka miłość, jaką czuje się do dziecka. To zupełnie inna miłość niż wszystkie, które czułam w swoim życiu. Uczucie, które rozsadza Ci serce i rozpływa się po całym ciele, kiedy przytulasz to małe ciałko do swojego. Kiedy mała rączka mocno trzyma Twój palec. Zdarza mi się rozpłakać ze wzruszenia, kiedy tak na nią patrzę. Na tę małą doskonałość.

Nie mam w tym roku kompletnie świątecznego nastroju, nie chce mi się nic szykować, nic piec i gotować, więc nie będę tego robić. Mąż zapowiedział, że upiecze ze dwa ciasta, ale to tylko dlatego, że wstyd iść na Wigilię do rodziców z pustymi rękami. Nie kupiłam nawet mandarynek. Jedynym znakiem w naszym domu, że święta tuż tuż jest ubrana choinka.

Korzystając z okazji, że być może mnie czytacie, chciałam Wam złożyć serdeczne życzenia. Żeby było ciepło, spokojnie, leniwie i z pełnym brzuszkiem. Niechaj barszcz będzie czerwony, a uszka z grzybami!

Opublikowano Bez kategorii | 7 Komentarzy

3 miesiące Złocistej 

Złocista drzemie, ja kradnę tę chwilę dla siebie na kawę tylko dlatego, że właściwie wszystko mam zrobione (coś by się znalazło, ale szczerze mówiąc jestem padnięta). Mamy kolejny skok rozwojowy, dosyć brutalny, dziecko marudne i kiepsko w nocy śpi, przez co i ja nie mam spania, bo dzień czasem zacznie się o 3.00, czasem już o 1.00 w nocy, więc udaje mi się pospać 4-5 godzin z przerwą na karmienie, hehe. Ale po cichu liczę, że może już koniec, bo dzisiaj jakaś spokojniejsza jest i pogodniejsza. Na dodatek chyba zaczynamy ząbkowanie. Na początku nie połączyłam kropek, że mała zjada rączki w całości i zaczęła się obficie ślinić, ale teraz non stop przygryza dolną wargę, więc to raczej to. Już zrobiłam zamówienie w aptece internetowej na żel przeciwbólowy, szczoteczkę silikonową do masażu, a czopki przeciwbólowe jeszcze mam od pierwszego szczepienia (nigdy nie użyte). Przy okazji kupiłam też miękką silikonową łyżeczkę, bo za miesiąc zaczynamy rozszerzanie diety! Jestem w szoku, jak ten czas leci.

Upływ czasu udowadniają mi też zdjęcia, którymi zajęłam się, kiedy skok rozwojowy się dopiero szykował i Złocista przespała prawie dwa dni. Zrobiłam dwie książeczki ze zdjęciami: jedna sprzed dziecka i druga ilustrująca 3 pierwsze miesiące jej życia. Wywołałam też kilka najładniejszych i oprawię je w ramki i zrobię wystawkę. To, jak dziecko się zmienia jest po prostu niezwykłe, jeszcze niedawno była takim małym robaczkiem, a teraz śmieje się, grucha, zaczyna świadomie używać rączek, rozmawia ze zwierzątkami z karuzelki i rozumie, że jak zapłacze czy zamarudzi, to zaraz dostanie, co chce. Ładnie podnosi już głowę i wierzga tak, że czuję, że jak zacznie raczkować, to będzie nie do zatrzymania :D strasznie jestem dumna.

Trochę ciągle jeszcze panikuję na myśl o trudnościach, jakie przed nami. Ząbkowanie, które potrwa kilka lat, pierwsze choroby, zastrzyki, badania. Płacz mojego dziecka trwający dłużej niż 3 minuty. Powrót do pracy po macierzyńskim. Do tego ciągle prześladuje mnie wspomnienie porodu i pobytu w szpitalu, ciekawe czy kiedyś mi przejdzie. I ciekawe czy moje ciało kiedyś wróci do normy. A może to, co się z nim teraz dzieje to już jest norma? 

Odwiedziła nas Sis z mamą, bardzo to było miłe spotkanie. Złocista stanęła na wysokości zadania, była bardzo grzeczna, do mamy Sis śmiała się wesoło i generalnie zrobiła dobre wrażenie. Dostała wspaniałe prezenty, a ja sobie pomyślałam, że fajnie, że będzie miała takie ciotki. Zawsze to „rodzina”. Nie ma między nami więzów krwi, ale jest wieloletnia przyjaźń. Mam nadzieję, że jej dobre działanie spłynie też na moją córkę.

No i nie zaraziłam jej ostatecznie. Miała lekki katarek, ale coś mi się wydaje, że to bardziej przez centralne ogrzewanie niż moje przeziębienie, bo po kilku dniach z wilgotnymi ręcznikami na kaloryferach jak ręką odjął. Ja za to kaszlę do dzisiaj, boję się, że to moje nadreaktywne oskrzela i znowu będę się męczyć całą zimę… Ych.

A co poza dzieckiem i życiem mamy? W sumie niewiele. Bycie matką na tym etapie pochłania niemal całkowicie, czasem mam tak dość, że tylko czekam na moment, aż Złocista zaśnie wieczorem i będę mogła przez chwilę poczuć się znów jednostką indywidualną, choćby po to, żeby poczytać internety czy ogolić pachy. Od czasu do czasu wyskoczę sama do sklepu i czuję się wtedy 30 kilo lżejsza bez wózka :D co nie zmienia faktu, że jak Złocista zaśnie mi na klacie, jej mała rączka ugniata przez sen moją skórę, czuję się z nią jednym ciałem, jednym organizmem, zupełnie jak w ciąży, kiedy spała w tym samym miejscu, ale pod skórą. To są chwile, kiedyś czuję tak wielką miłość, jakiej nie czułam nigdy w życiu.

Miłość miłością, ale dzisiaj to bym się chciała wyspać. I tego mi życzcie :) 

Opublikowano Bez kategorii | 2 Komentarze

W koło Macieju

Każdy mój dzień wygląda bardzo podobnie. Zaczyna się między 4.00 a 6.00 popłakiwaniem mojej córki. Zmieniamy pieluchę, witamy się, gadamy, karmimy i chwilę bawimy. Potem ona bawi się chwilę sama, ja przeprowadzam chociaż częściowy poranny obrządek i zaczynam „taniec ze Złocistą”, czyli naprzemiennie karmienie, pielucha, przytulanie, zabawa, drzemka, spacerek. W koło Macieju. Matka ostatnio zapytała mnie, jak mi się podoba takie życie w domu, z dzieckiem. Hehe. Raz bardziej, raz mniej, zależy jak bardzo jestem niewyspana i zmęczona. Może byłoby łatwiej, gdybym nie stawiała sobie tak wysoko poprzeczki, że oprócz zadbanego dziecka muszę mieć zadbany dom i w miarę zadowolonego męża. Oczywiście większość wszystkiego biorę na siebie, bo jakoś tak logicznie wynika, że skoro on pracuje, to po pracy odpoczywa. A ja w trakcie drzemek Złocistej zamiast samej odpoczywać, sprzątam, piorę, gotuję. Czy nawet się kurna myję, bo czasem i tego nie ma czasu zrobić, jak jest gorąca atmosfera i napięty grafik ;) Mój dzień się właściwie nie kończy, przynajmniej ja tak tego nie odczuwam. Wieczorem mamy rytuał kąpieli i usypiania, w nocy karmienie lub dwa. Mam to przeogromne szczęście, że moje dziecko częściej śpi dobrze niż kiepsko, ostatnio nawet nauczyła się właściwie sama zasypiać, po kąpieli robi się hiperaktywna i zamiast bezwładnie opadać z każdym łykiem mleka, ona się aktywizuje. Więc odkryłam, że od kiedy tak ma, trzeba ją po prostu odłożyć do łóżeczka, dać smoka, puścić biały szum i w 3 minuty dziecka nie ma. Przypuszczam, że bez szumu też da radę, ale daję go na wszelki wypadek, jakby zdarzyło nam się narobić wieczorem hałasu. Ja zaś powoli uczę się normalnie spać, kiedy mogę. Bo do tej pory moje spanie to było głównie czuwanie między karmieniami. Teraz udaje mi się zapaść w głęboki sen, czym ratuję swój przemęczony mózg.

Zdarzyło nam się też wylądować na dziecięcym sorze. Złocista z dnia na dzień kompletnie przestała jeść, więc kiedy w ciągu 22 godzin wciągnęła na raty równowartość jednego normalnego posiłku zadzwoniłam do swojej położnej i zapytałam, czy powinnam się już mocno martwić. Szczególnie, że dziecko bardzo senne, prawie się nie budzi. Kazała mi iść do pediatry, a pediatra wysłała nas na sor. Teraz z perspektywy czasu wiem, że niepotrzebnie, ale pewnie nie chciała brać na siebie odpowiedzialności, gdyby się okazało, że to jednak nie gwałtowny skok rozwojowy. Na sorze nas przyjęli na oddział, zrobili badania, podali kroplowke, przy czym się dziecko strasznie nacierpiało, a ja tam prawie wyłam razem z nim. Jeszcze w trakcie przyjmowania na oddział zaczęła jeść, wyniki były w normie, dla świętego spokoju zostaliśmy do rana, do obchodu, a potem wyszliśmy na żądanie. Oczywiście, że chcieli nas zatrzymać, bo szpital biedny, ale nie ma sensu narażać zdrowego dziecka na choroby dla widzimisię ordynatora. To były okropne 24 godziny, mimo że moje dziecko nie cierpiało (oprócz tego upuszczania krwi i wenflonu), ale nigdy więcej nie chcę musieć być z dzieckiem w szpitalu. Coś okropnego. W nocy przy dziecku czuwał Niedźwiadek, bo chciał, żebym się wyspała, ale to przecież niemożliwe. Oka w nocy nie zmrużyłam, a cisza i puste dziecięce łóżeczko ściskały za gardło. Nie chcę nawet wyobrażać sobie, co czują rodzice naprawdę chorych dzieci. Losie uchowaj.

Dzisiaj już wiem, że skoki rozwojowe mogą się objawiać w najróżniejszy sposób, więc aż tak nie panikuję. Teraz za to schizuję się, że Małą zaraziłam. Od kilku dni walczę z ostrym przeziębieniem, jestem już na końcówce, ale potwornie kaszlę jeszcze, no i pewnie nadal zarażam. Wątpię, że moje pilnowanie higieny, mycie rąk, staranie się, żeby Złocista miała jak najmniejszy kontakt z wirusem coś dało, dlatego podejrzliwie nasłuchuję oddechu, liczę kichnięcia, częściej czyszczę nosek, zastanawiam się czy to zakrztuszenie śliną czy może jednak kaszel. No nic. Będę się schizować dalej, gorączki w każdym razie nie ma.

Jak na codzień jestem osobą raczej skromną, tak moje dziecko jest moją dumą i się nim chwalę otwarcie, jeśli tylko ktoś chce słuchać. Taka madka ze mnie typowa. Moja córka jest najpiękniejsza na świecie, no co Wam będę ściemniać ;) gdzie nie pójdę, tam się każdy rozpływa nad jej śliczną buzią (ostatnio ktoś użył sformułowania „klasycznie piękna, jak z reklamy” :D) i rozbrajającym bezzębnym uśmiechem. Jest też oczywiście najmądrzejsza, ale tym się jeszcze nie chwalę za mocno, bo dla normalnych ludzi to, że dziecko chwyciło grzechotkę raczej nie świadczy o mądrości, ale dla mnie owszem. Jest genialna i kropka :D Nie wyobrażam sobie już bez niej życia i wyobrażać sobie nie chcę, chociaż wcale nie jest zawsze kolorowo i cudownie. Zresztą, dzietne koleżanki wiedzą o co chodzi, a bezdzietnym tylko powiem, że ja narzekam, a mam anioła a nie dziecko, a pomyślcie jak to jest mieć dziecko trudne ;) Mózg w kawałkach. Zawsze podkreślam, że ja się na matkę niezbyt nadaję, dlatego pewnie Matka Natura (niech jej będzie chwała!) dała mi takie dziecko, żebym była w stanie jakoś podołać. Odpukać w niemalowane. I splunąć przez lewe ramię.

Czeka mnie niebawem kilka towarzyskich spotkań. Czekam na nie bardzo, bo dawno takich spotkań nie miałam, ale też będą to pierwsze takie spotkania przy dziecku. I nie wiem jak to wyjdzie. Jak tu dzielić uwagę i czas i samą siebie. Jest to dla mnie stres, ale z drugiej strony jakoś trzeba wracać do normalnego życia, inni ludzie mają życie mając dziecko, więc czemu ja miałabym nie mieć. Myślę, że to kwestia nastawienia. Pracuję też nad tym, żeby nie mieć takiego poczucia winy, kiedy podczas dnia ze Złocistą nie poświęcam jej ciągle dużo uwagi, tylko np. zostawiam pod karuzelką albo w bujaczku, żeby trochę zajęła się sobą sama. Mam takie dziwne uczucie wtedy, że słaba ze mnie matka, że dziecko mnie potrzebuje, a ja je tak zostawiam same sobie, żeby tylko mieć chociaż chwilę od niej wolną. Wiem, że to głupie, bo przecież tak trzeba robić, bo inaczej by człowiek utonął w chlewie, sikał pod siebie i nie jadł, ale i tak mam takie dziwne odczucia wtedy. Muszę wrzucić na luz. Powoli się tego uczę.

I nie mogę schudnąć. No normalnie nie idzie i już. A tak się staram…

Opublikowano Bez kategorii | 2 Komentarze

miłość rośnie wokół nas

Siedzę przy stole w dużym pokoju, na stole stoi duża butelka pepsi bez cukru – po jakimś litrze kawy wypitej dzisiaj wchłaniam kofeinę w innej postaci. Uzależniłam się totalnie od kawy, jakby mi ktoś teraz zabronił ją pić, to siadłabym i płakała. Obok na kanapie siedzi mój mąż, a na kolanach ma naszą córkę, która z rozkoszą spija mleko z butelki. Telewizor gra, bo podczas karmienia na coś patrzeć trzeba. Mam chwilę dla siebie.

Nasza córka kończy jutro 8 tygodni i uroczyście – choć ze strachem – stwierdzam, że jest wymarzonym dzieckiem. Ze strachem, bo najczęściej jest tak, że jak czymś się pochwalę, to jeszcze tego samego dnia dostaję sprostowanie swojej wersji od losu ;) Złocista prawie nie płacze (chociaż już nauczyła się płakać „dojrzale”, żywymi łzami, rozpaczliwie, z pełnym żalu grymasem na twarzy), całkiem ładnie śpi w nocy (no chyba, że akurat było szczepienie albo skok rozwojowy), a w dzień marudzi, ale nie na tyle, by odechciewało się żyć. Ładnie rośnie, zdrowo przybiera na wadze, zyskała nowe miano Bulbazaura. Ślicznie się uśmiecha, Niedźwiadek twierdzi, że jest to już świadome, ja jeszcze nie wiem, ale nawet jeśli nie, to nic mi tak nie poprawia nastroju o 4.30 jak promienny, bezzębny uśmiech znad zmienianej pieluchy i najsłodsze na świecie pojedyncze gulgnięcie, które zapowiada niechybnie zbliżające się guganie. Położna stwierdziła, że mała ma skazę białkową albo uczulenie na laktozę, więc trzeba było przestawić się na hipoalergiczne mleko. Trochę chłoszcze po kieszeni, ale skóra zaczęła się bardzo poprawiać, więc niechaj chłoszcze, byle dziecko dobrze się czuło. Powoli zaczynam dostrzegać, że umie spędzać czas sama ze sobą, potrafi patrzeć spokojnie na świat albo leżeć pod karuzelką i obserwować z zainteresowaniem, z widoczną radością na twarzy. Uwielbia spacerki, mam wrażenie, że trochę się ich domaga, marudząc rano dopóki nie wyjdziemy. Niedźwiadek jest totalnie zakochany, non stop rozpływa się nad dzieckiem, spędza z nim dużo czasu. Jest fajnie, szczególnie, kiedy jesteśmy we troje.

Ja jeszcze jestem trochę sfrustrowana. Np. tym, że nie mam czasu zrobić wszystkiego, co muszę, nie mówiąc już o tym, co bym zrobić CHCIAŁA. Nie mam pojęcia, jak to zrobić, żeby w ciągu dnia znaleźć czas na wszystkie obowiązki, a przy tym zadbać o siebie choćby w jakimś procencie tak, jak przed dzieckiem. Próbuję, ale jeśli zrobię jedno, to drugie kuleje. Pocieszam się, że im dziecko będzie starsze, tym może więcej jakiejś regularności będzie w tym wszystkim i będę mogła coś planować. Póki co zaplanować cokolwiek jest bardzo ciężko. Mimo tego raz udało mi się wyjść na bieganie. Po 10 miesiącach przerwy i 7,5 tygodnia od cesarki zrobiłam 5,5 km marszo-truchtem, było bardzo ciężko, ale przyjemnie. Od tamtego momentu nie udało się tego powtórzyć… Nie ma łatwo. Poza tym coś mi waga nie chce spadać, mimo że weszłam na lekką redukcję, wręcz trochę podskoczyła, ale może to woda, bo zaczęłam brać antykoncepcję hormonalną. No i tak staram się walczyć o znośną codzienność, w której jest miejsce i na mnie, i na dziecko, i na dom, i na koty, i na męża. Ale tak jak mówiłam, łatwe to nie jest, zawsze coś kosztem czegoś.

Zupełnym przypadkiem wyszły nam pogańskie chrzciny Złocistej. Śmieję się z tymi chrzcinami, ale rodzina nam się zjechała, żeby poznać Małą, dostała jakieś prezenty, było dobre jedzenie i dobry alkohol, więc stwierdziliśmy, że impreza podobna ;) Miałam też przedsmak starszego dziecka: siostrzenica poplamiła zabawki Złocistej, zalała kanapę, porozrzucała po podłodze paprykę i ser… Już niedługo będzie u nas tak wesoło na co dzień ;) Ja za to z przemęczenia pocięłam sobie ręce szklanką, nawet nie wiem jak to się stało, wiem tylko, że opróżniałam zmywarkę, szklanka się stłukła, ale jak stłuczone szkło trafiło mnie w rękę – pojęcia nie mam. Rana wyglądała bardzo kiepsko, miałam już jechać na pogotowie, żeby zszyć, ale po jakimś czasie przestało krwawić, więc postanowiłam spróbować bez szycia. No i zaczęło się zrastać na szczęście. Wprawdzie boli do dziś, a opieka nad maluchem była przez pierwsze parę dni mocno utrudniona, ale jeszcze z dwa tygodnie i będzie po wszystkim.

Regularnie śmigamy ze Złocistą na spacery i co mnie najbardziej zaskoczyło, to ludzie. Obcy ludzie albo sąsiedzi, z którymi na co dzień wymieniamy tylko pozdrowienia zaczęli sprzedawać mi setki dobrych rad i zadawać bardzo intymne pytania. A mi języka w gębie braknie, żeby czasem odpowiedzieć i dać do zrozumienia, że dana osoba zdecydowanie przekracza granicę. Nagle moje dziecko staje się dobrem wspólnym, a każdy specjalistą od wychowania i opieki nad niemowlęciem. Dramat po prostu. Jeszcze parę razy i może nauczę się odpowiadać na te teksty tak, jak rzeczywiście powinnam. A dzisiaj to w ogóle znajoma starsza pani mi spluwała „na psa urok” nad dzieckiem, nie żartuję. Zrozumiałam, że to taki zabieg dla dobra niemowlęcia, masakra co? Nie wiedziałam nawet jak mam na to zareagować :D Zabobon w naszym katolickim kraju ma się naprawdę świetnie. Ile razy słyszałam pytanie, gdzie czerwona wstążka przy wózku…

Mamy za sobą pierwsze szczepienie, moje serce matczyne pękło w pół od płaczu, który widziałam, hehe. Nieukojony taki, a żal, jakby ją matka własna zdradziła :D Na szczęście poza lekkim niepokojem nie mieliśmy żadnych skutków ubocznych. Codziennie z mężem cieszymy się z tego, że urodziło nam się zdrowe dziecko, dziecko, które nie sprawia ogromnych problemów, bo całkiem możliwe, że nie dalibyśmy rady poradzić sobie z takim o specjalnych potrzebach. Moja koleżanka urodziła miesiąc po mnie i jak opowiada mi o dziecku płaczącym niemal non stop, na które absolutnie nic nie działa, to aż przechodzą mnie ciary. Nie dałabym rady, serio. Szczególnie, że nie mamy nikogo do pomocy. A w ogóle od kiedy jestem matką, cierpienie dzieci jest dla mnie nie do zniesienia. Zupełnie zmienił mi się punkt widzenia. Nie zmieniło się tylko moje spojrzenie na aborcję. Jako kobieta, która przeszła 9 miesięcy ciąży, rodziła w ogromnym bólu z powikłaniami stwierdzam z całą pewnością, że nikt nie powinien być na to skazany, jeśli rzeczywiście nie chce. To za dużo cierpienia, za dużo wyrzeczeń, nie wyobrażam sobie, żeby ktoś miał przez to przechodzić dla dziecka, którego nigdy nie chciał. Sama nie wiem czy zrobiłabym to (zdecydowała się na dziecko) , gdybym wiedziała, jak będzie wyglądać poród ;)

Dni lecą mi jak szalone, pomimo że właściwie codziennie tak samo. Jedyne, co się zmienia, to moja piękna córka. W ekspresowym tempie. Cieszę się widząc każdą nową umiejętność, słysząc każdy nowy dźwięk czy widząc nowy grymas.

Ani się obejrzałam, a zaczął się październik. Studenci dzisiaj opanowali miasto, ubrani na galowo. Pogoda cudowna, piękna jesień. Ale przed południem jest naprawdę zimno. Czuć podmuch nadchodzącej, srogiej zimy. Bardzo chciałabym pisać częściej. Zatrzymać trochę tych dobrych, ciepłych uczuć, które rodzą się wraz z miłością do dziecka.

Opublikowano Bez kategorii | 9 Komentarzy

Rodzinka w komplecie

Mam córkę. Jestem mamą. Ile razy bym sobie tego nie powtarzała, ciągle jeszcze nie dociera do mnie, że ta mała przecudowna istotka zostaje ze mną na zawsze. Że to nie jest stan przejściowy, że za miesiąc będzie po wszystkim i wrócę do swojego życia. Mojego życia – dawnego życia – już nie ma. Teraz jest nowe, do którego ciężko jest się zaadaptować. Ale przyznaję, że z każdym dniem jest lepiej, łatwiej.

Najgorsze były pierwsze dwa tygodnie. Potem powoli zaczynałam ogarniać co i jak, a dzisiaj wiem już, że jak Złocistą ze snu wyrywa płacz, to trzeba odbekać, że jak płacze i czerwienieje to kupa, że jak przestaje się ruszać z takim pustym wzrokiem to siki, że jak ssie łapkę to głodna. A czasem kompletnie nie wiem co robić, żeby to dziecko uspokoić albo uśpić, ale w końcu się udaje, tylko nie wiem czy moja w tym zasługa, czy zmęczenia dzidzioka. Czasami jak zostaję z dzieckiem sama na więcej niż 12 h, a ono w dodatku jest marudne, a ja za mało się prześpię i nie jem czternastą godzinę, a potem jeszcze popatrzę w lustro, a podczas porządków w szafie zmierzę spodnie sprzed ciąży, które są tak małe, że mam wrażenie, że już nigdy w nie nie wejdę, to mam dużo złych myśli, denerwuję się, wpadam w popłoch, wspominam swoje życie sprzed dziecka i myślę sobie, że nie powinnam być matką, bo robię to źle, bo te inne matki takie wspaniałe, szczęśliwe cały czas, zadbane (nie wiem jak to robią i kiedy), nigdy nie tracą cierpliwości i zimnej krwi, a ja to szkoda słów. I jeszcze to karmienie. Czy raczej produkcja. Bo przystawianie dziecka do piersi stało się dla mnie stresujące od czasu szpitala, kiedy dziecko wyło bez przerwy podczas karmienia, bo nie miałam pokarmu. A teraz wyje, bo jej niewygodnie, bo jakieś mam te cycki niewymiarowe, jakby zupełnie nie były przeznaczone do karmienia, muszę się gimnastykować, wyginać, trzymać, więc zamiast relaksować się podczas karmienia, mam napięte wszystkie mięśnie, które drżą z wysiłku. Bez sensu. Zarzuciłam przystawianie dziecka, zaczęłam tylko i wyłącznie ściągać pokarm laktatorem. A i tu nie jest wesoło, bo ciągle mam go bardzo mało i ściąganie zajmuje mi co najmniej 4 h dziennie, odbierając mi czas na cokolwiek innego poza dzieckiem i spuszczaniem mleka.

Moja matka nadal ma na nas wywalone, tak ją czasem próbuję podejść psychologicznie, sprawdzić czy ją sumienie czasem nie gryzie, ale najwyraźniej skutecznie ucisza je kupowaniem prezentów dla wnuczki, której zbytnio nie chce oglądać i pieniędzmi na chrzest, którego nie będzie. Kompletnie nie potrafię zrozumieć, jak to możliwe, że moja matka tak bardzo nie chce mieć z nami nic wspólnego, ojciec nie jest lepszy, ale jednak wydawałoby się, że kobieta lepiej kobietę rozumie, że młoda matka potrzebuje pomocy, wsparcia, choćby ciepłego słowa, obecności. A ja, jak to przez całe moje życie, znowu jestem sama. Ale powiedziałam sobie, że nie pojadę więcej do rodziców, skoro oni nie chcą mnie odwiedzić choćby na pół godziny. Dobrze, że chociaż męża mam. Rzadziej to rzadziej, bo pracuje, ale dobre i tyle. Sytuacja z moją rodziną jest dla mnie bardzo przykra, czasem trochę płaczę, czasem nie śpię w nocy, jak spać powinnam, zachodzę w głowę o co tu chodzi i dlaczego tak jest, ale odpowiedzi raczej nie poznam. Wiem, że powinnam w końcu odpuścić ten temat, bo nie jestem w stanie nic na to poradzić, no ale to naprawdę bolesne.

***

Oczywiście, że te notki piszę na raty. Nie ma takiej opcji, żeby siąść sobie na godzinę z kawusią i ze spokojem poopowiadać, co u mnie.

No więc Złocista, którą nazywamy też Krakenem albo Oreo, skończyła już 5 tygodni, przestała być noworodkiem, wyrosła z całkiem pokaźnej ilości ciuszków, a włosy na głowie wytarły się tak, że wygląda jak Trevor z GTA. Do tego zaczęła się uśmiechać szeroko, ale nie mam pewności, czy to rzeczywiście uśmiech, czy tylko taki grymas. Od kiedy wyczailiśmy, że ma problemy z brzuszkiem i wprowadziliśmy środki zaradcze, nasze dziecko dużo mniej marudzi, prawie nie płacze, jest spokojniejsze i w ogóle widać, że szczęśliwsze. Zaczęłam też wreszcie czuć więź między nami, czuję też realny wpływ mojej bliskości na jej samopoczucie, zaczynam lubić wspólne chwile i mniej panikować, jak dziecko nagle i intensywnie sygnalizuje swoje potrzeby.

Nie bez znaczenia jest fakt, że po miesiącu uroczyście zakończyłam karmienie piersią, czy raczej produkcję mleka. Już dawno nic nie dało mi takiej radości i poczucia wolności. Moja laktacja i tak była śmiechu warta, więc bez żalu zakończyłam tę farsę, przestałam ściągać mleko, a ono w 3 dni znikło na amen. Teraz wszyscy są szczęśliwsi: ja, bo naprawdę odzyskałam ciało na własność i mam więcej czasu; dziecko, bo mam lepszy humor i dużo więcej czułości w sobie, bo nie stresuję się głupim mlekiem; mąż, bo mam lepszy nastrój i więcej czasu na cokolwiek innego. Bez karmienia piersią macierzyństwo cieszy mnie dużo bardziej.

Drugim ważnym aspektem mojego lepszego samopoczucia jest fakt, że wreszcie mogę wychodzić na spacery również sama. Mąż zrobił miejsce w piwnicy na wózek i teraz jak on jest w pracy, to i tak mogę zabierać dziecko na świeże powietrze i sama przy tym poczuć się jak człowiek. Bo wiecie, siedzenie w domu źle robi na głowę, szczególnie kiedy nie ma się nawet motywacji, żeby się przebrać z koszuli nocnej ;) spacery popchnęły mnie do zadbania o siebie. Musiałam kupić nowe spodnie, bo zanim ciążowy brzuch się wchłonie i zanim zrzucę przybrane kilogramy to jednak trochę potrwa, a chodzić w czymś trzeba. Wybrałam się też wreszcie do fryzjera, więc od razu lepiej. Zaczęłam się nawet malować znowu, więc to znak, że sprawy obrały właściwy kierunek.

Byłyśmy już ze Złocistą na dwóch wizytach u lekarzy, jest zdrowa jak rydz, a u lekarza bardzo spokojna. Oby tak dalej.

W wolnych chwilach, czyli kiedy mała śpi albo tata jest w domu, żeby małą zabawić, ja sprzątam i gotuję, więc wnioskuję jednak, że skoro na ogół wielkiego bajzlu w domu nie ma, to nie mogę być taką znowu najgorszą gospodynią. Radzę sobie. Wprawdzie kosztem snu nieraz, ale zawsze.

A poza tym jestem standardową matką z internetów. Cieszy mnie każda kupa mojego dziecka, każde beknięcie i bąki, których nie powstydziłby się stary chłop. Jestem nieraz obrzygana, obsikana, kupa też mnie nie omija, pachnę kwaśnym mlekiem (tak mi się wydaje), bo mnie dziecko opluje, ale w sumie nie jest źle. Jest inaczej, ale nie jest źle. A dziecko stało się centrum mojego świata, sama nie wiem czy to dobrze, czy nie.  Czekam na każdy kolejny dzień, bo ona z każdym dniem się zmienia, nabiera nowych umiejętności, wydaje nowe dźwięki, robi nowe grymasy. Trochę tylko jestem niewyspana, chociaż właściwie przyzwyczaiłam się już do nocnego wstawania i do snu w stanie czuwania mimo zatyczek w uszach (dzieci przez sen są baaaaardzo głośne). Jeszcze trochę i ponadrabiam blogowe zaległości, jestem na dobrej drodze do wyjścia na prostą :)

Ściskam serdecznie blogowych przyjaciół i dziękuję za dobre słowo w chwilach kryzysu :*

Opublikowano Bez kategorii | 6 Komentarzy