szukaj mnie

Nigdy nie zostanę rekinem. Biznesu czy czegokolwiek. Żeby zostać rekinem, trzeba mieć niepodważalną wiarę w siebie i własne siły, a oprócz tego niezachwianą pewność oraz przekonanie, że ja i moje cele jesteśmy najważniejsi. Brzmi głupio, ale taka jest prawda, przynajmniej patrząc na moje aktualne życie zawodowe. Mimo tego, że wiele rzeczy robię dobrze, mam mnóstwo debilnych skrupułów wobec ludzi, którzy wobec mnie nie mają ich za grosz. Co gorsza idiotycznie [i mam świadomość tego idiotyzmu] pałuję się myślami, że może z czymś przesadziłam, że mogłam odpuścić, że niepotrzebnie o coś walczyłam, bo teraz KTOŚ TAM pomyśli COŚ TAM, a ja wyjdę na KOGOŚ TAM. I nawet nie chodzi o to, co myślą inni, bo to przecież mało ważne, najgorsze, że to JA myślę o sobie źle. I nie wiem dlaczego, bo nie robię nic złego, robię to, co robią wszyscy wokół mnie, czyli próbuję dbać o swoje interesy. A mimo wszystko ciągle czuję, że może jednak przesadzam, że przecież to nie jest aż tak ważne. Nawet kiedy już poczuję zew, podejmę walkę, to potem żałuję, bez względu na to, czy wygrałam, czy nie. Zastanawiam się też nieraz, czy gdzieś na świecie jest dla mnie miejsce. Zawodowo. Miejsce, w którym byłabym po prostu szczęśliwa. Robiła coś istotnego, coś więcej niż sprzedawanie gówna w papierku. Gdzie otaczaliby mnie ludzie choć odrobinę podobni do mnie, a nie tacy, którzy są moim całkowitym przeciwieństwem w większości fundamentalnych spraw. Gdzie nie będę musiała gryźć się w język za każdym razem, kiedy ktoś powie coś naprawdę niefajnego o kimś ciemnoskórym/grubym/INNYM w dowolnym słowa znaczeniu, kiedy ktoś pogardliwie wypowie się o kobietach, kiedy ktoś będzie mi mówił, żebym tylko NIE ZACIĄŻYŁA [koleżanka z pracy właśnie zaszła w ciążę i poszła na zwolnienie] i żeby żadna z nas NIE ZACIĄŻYŁA, bo BĘDZIE TRAGEDIA i żebyśmy może trochę popracowały i SIĘ DOROBIŁY zanim ZACIĄŻYMY. Bulwersuję się czasem tak bardzo, że aż czerwienieję na twarzy ze złości i zażenowania, jak można być takim prostakiem i tak bardzo nie wiedzieć, że tego typu wypowiedzi w dzisiejszych czasach są już piętnowane przez duże korporacje [podobno]. Że tak mówić nie wypada i nie wolno. Dotyka mnie to wszystko, przyprawia o mdłości i wiem, wiem, niejeden oddałby wiele za moją pracę i moją płacę, ale to bardzo smutne, że za pieniądze trzeba się w tym kraju wyzbyć godności, sumienia, a przekonania schować do kieszeni. Jedyne, co mogę, to nie być takim człowiekiem jak oni. Być dobrym dla ludzi, miłym dla ludzi, otwartym dla INNYCH w każdym tego słowa znaczeniu, pielęgnować swój własny ogródek i nie zatracić do końca tego, co uważam, że czyni mnie względnie porządnym człowiekiem. Mówię względnie, bo do bycia porządnym i uczciwym człowiekiem brakuje mi porządnej i uczciwej pracy. Ale dosyć o pracy.

Moje zdrowie ma się lepiej. Lekarz zmniejszył mi dawkę mocno mulącego leku, dodał mi drugi, jestem bardzo ciekawa efektów. Czuję się lepiej. Ćwiczę mniej, ale robię to z nieco większą radością niż wcześniej. Znowu ograniczyłam dość mocno kalorie, spadły 2 kg, czyli straciłam to, co przybrałam na reverse diet i walczę wciąż. Obawiam się, że może być ciężko. O męża też się trochę obawiam, czy nie wpada w jakąś męską odmianę anoreksji czy innej obsesji na punkcie dążenia do doskonałości cielesnej, ale regularnie wbijam mu do głowy, że dopóki jest zdrowy i tak piękny jak zawsze, to nie musi niczego zmieniać. Oczywiście nie działa, bo na obsesje kilka komplementów [choćby najszczerszych] nie pomoże, no ale robię co mogę. Ostatnio zdradza objawy wyjałowienia i przetrenowania organizmu, uświadomił to sobie i trochę próbuje modyfikować myślenie i działanie, o tyle dobrze. W każdym razie siedzimy w tym razem.

Znowu przyszły duże wydatki. Zamówiliśmy nowe okna do salonu, bo od pół roku bardzo poważnie przeciekają nam drzwi od balkonu, parę razy przy zacinającym deszczu nas zalało, więc trzeba przed zimą się zabezpieczyć. Zamówiliśmy też nową kanapę, bo nasza jest już tak obleśna, że jak na nią patrzę, to mi się robi niedobrze. Zakupy oczywiście czynią nas szczęśliwymi, ale ja już boję się, jak przeżyjemy najbliższe trzy miesiące obciążeni tymi poważnymi wydatkami. Jakoś trzeba będzie.

Znowu zmieniłam fryz. Na jesień zrobiłam sobie na włosach brąz zbliżony do mojego naturalnego, pozbyłam się jeszcze więcej włosów, zostało mi ich trochę z prawej strony i nie ukrywam, że świetnie się czuję w takiej fryzurze, która oprócz tego, że jest efektowna, to jeszcze najłatwiejsza na świecie w utrzymaniu. Myję rano głowę, włosy schną same i wyglądają świetnie. Trochę lakieru i lecę w świat.

Po ostatniej kontroli u ginekologa uświadomiłam sobie, że nienawidzę poczekalni ginekologicznych. Czuję się tam, jakbym grała w teatrze. Te wszystkie kobiety z wielkimi ciążowymi brzuchami rozszczebiotane o swoich ciążach, porodach, dzieciach. I ja między nimi, bo mnie zagadują. Udaję, że wiem o czym mówią i rozumiem je świetnie. A tak naprawdę czuję ogromny dyskomfort i odliczam minuty do mojego wejścia do gabinetu, żeby uwolnić się z potrzasku. Wiem, nie jestem matką, dla niektórych pewnie nie jestem nawet prawdziwą kobietą, bo nie rodziłam, ale naprawdę… Ciekawa jestem, jak wygląda kolejka do urologa. Jak rozmawiają i czy w ogóle rozmawiają ze sobą mężczyźni.

Czuję się ostatnio trochę mniej szczęśliwa, niż być powinnam teoretycznie. Czasami w nocy nie mogę spać, napadają mnie moje własne myśli, czy w życiu robię i sięgam po to, co naprawdę bym chciała. I czego tak naprawdę chcę. I chyba nawet nie wiem, czego tak naprawdę chcę. Nie mam pomysłu na życie, choć jeszcze parę miesięcy temu miałam już całą wizję. Gdzieś zagubiłam sens i kierunek dążenia, plan przestał być tak wyrazisty i oczywisty. Znowu mam lęki, obawy i wątpliwości. Znowu wydaje mi się, że unieszczęśliwiam jedynego człowieka, który jest dla mnie naprawdę ważny. I łapię się na tym, że ja naprawdę, ale to naprawdę siebie nie lubię. I wcale tak z serca sobie dobrze nie życzę. Ciężko jest być bezwzględnie mną. Dlatego jestem mną coraz rzadziej. Nie wiem nawet, kiedy bywam sobą. Jestem mieszaniną tego, kim muszę być, żeby wytrwać w codzienności. Tym dziwadłem, którym staję się w pracy. Niemalże latającą na skrzydłach radości przy rodzicach, żeby nie być dla nich zmartwieniem. Zupełnie zadowolona z życia przy znajomych. Gdzieś zgubiłam siebie i nie wiem, jak się odnaleźć. Jak to śpiewała Pani Geppert:

Szukaj mnie
Cierpliwie dzień po dniu
Staraj się podążać moim śladem
Szukaj mnie
Bo sama nie wiem już
Bo nie wiem kiedy sama się odnajdę.

Opublikowano Bez kategorii | 4 komentarzy

Już lepiej 

Wielki kryzys zażegnany. Po kilku tygodniach fatalnego samopoczucia wróciłam do świata żywych. Od kilku dni nie boli mnie głowa, wyniki najświeższych badań są zadowalające. Pozostaje więc tylko czekać, obserwować i nie zastanawiać się za dużo. 

Właśnie kończy się mój urlop. Miałam kilka dni wolnego, które spędziłam na nadrabianiu zaległości porządkowych w mieszkaniu, załatwianiu różnych mieszkaniowych spraw, robieniu badań, a także jedzeniu pierogów pierwszy raz od 1,5 roku :D dzięki podniesieniu kalorii zrobiłam nowe rekordy: podnoszę 52.5 kg w przysiadzie, 60 kg w martwym ciągu, 30 kg w wyciskaniu żołnierskim i 40 kg na ławce. Progres zauważyłam również w bieganiu, w którym ze  względu na bardzo złe samopoczucie miałam ponad 20 dni przerwy. Ale pierwsze dwa km z przebieganych pięciu schodzą mi w dużo lepszym tempie. Niestety wszystko co dobre szybko się kończy i faza redukcji powróciła, co od razu jest odczuwalne podczas treningów. Nie ma paliwa, więc i nie ma mocy. Ale taka kolej rzeczy. Barki, górną część pleców i ramion wciąż mam zajebiste :D ciekawa jestem czy zabieg odwróconej diety pozwoli mi dalej zrzucac kilogramy. Czas pokaże. 

Byliśmy też na wycieczce w ładnym miejscu z moimi rodzicami, którzy są dla nas ostatnio coraz milsi i nazywają nas oboje dziećmi, co może dowodzić, że wreszcie staliśmy się rodziną. 

Bardzo źle się czuję na myśl o pracy, bo przed samym urlopem weszłam w konflikt ze współpracownikiem. Bardzo to przeżywałam przez kilka dni, miałam trudności ze spaniem. Teraz trochę nabrałam dystansu, ale mimo wszystko spotkanie się z nim będzie nieprzyjemne i obciążające psychicznie. Nie pozostaje mi nic innego, jak uzbroić się w siłę i z podniesioną głową tam wrócić. Przez takie akcje upewniam się, że ta praca to nie jest miejsce dla mnie na zawsze. Mimo dobrych zarobków i przyzwoitych warunków zatrudnienia. Często podczas oglądania amerykańskich filmów marzę sobie, że pracuje w takiej małej knajpce, takiej typu śniadaniowego, gdzie miły Pan właściciel smaży pankejki, a ja jestem zwykłą Panią, która rozlewa kawę, roznosi tosty i się uśmiecha. Dzień płynie spokojnie, ludzie są mili. A ja nie muszę z nikim walczyć, o nic kłócić, bo świat jest miłym i przyjaznym miejscem. Czy są w Polsce firmy, w których praca nie oznacza walki z całym światem i skakania sobie do oczu? 

Oddałam ostatnio lodówkę. Miałam na zbyciu, więc ogłosiłam się na stronie, wstawiłam zdjęcia. W ciągu 10 minut odezwało się do mnie 6 osób. Pierwszej zaklepałam lodówkę na następny dzień do odbioru. Ucieszyłam się bardzo, kiedy zgłosili się po nią studenci. Nie chciałam oddać jej za darmo jakiemuś Januszowi Biznesu, który by ją potem sprzedał, żeby zarobić. Wolałam, żeby posłużyła komuś potrzebującemu. I tak się na szczęście stało, więc nie dość, że pozbylam się zalegajacego sprzętu, to jeszcze poczułam dobrze, bo komuś pomogłam. 

Zaprosiliśmy też na piwo Młodego, bo wrócił z wycieczki do Anglii i nadziwić się nie mogłam, jak ta podróż pozytywnie na niego wpłynęła. Aż miło posłuchać i popatrzeć na jego entuzjazm. Oby tak dalej, oby wszystko szło w jak najlepszą stronę. 

I tak płynie sobie czas, ekspresowo. Tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu, odliczanie czasu wizytami u lekarza i terminami badań. Następne za dwa tygodnie. Nie zdążę nawet mrugnąć. 

Tak jak nie zauważyłam, że już wrzesień za dzień. Jesień poczułam już na początku sierpnia, ale dzisiaj na porannym joggingu jesienne wrażenie dopełnił unoszący się wszędzie zapach gnijących na chodnikach jabłek. Kocham jesień. 

Opublikowano Bez kategorii | 4 komentarzy

dopóki jest o co

Po kontroli jest mi trochę mniej pozytywnie. Wiele wskazuje na to, że czeka mnie daleka droga do wyzdrowienia. A z fatalnym samopoczuciem muszę nauczyć się żyć, bo leki muszę brać nadal. Muszę też zrobić kolejne badania, żeby sprawdzić, czy do mojego aktualnego zestawu nie dodamy czegoś jeszcze. Już się kurna boję. Na pobranie krwi wybiorę się chyba dopiero na urlopie, do którego już ostatnia prosta, czyli kilka ciężkich dni w pracy.

Czuję się czasem bardzo samotna w tym wszystkim. Wiem, że nie powinnam niczego od nikogo oczekiwać, tylko dzielnie znosić to, co znosić trzeba, ale czasem chciałabym, żeby ktoś się nade mną pochylił, pogłaskał, powiedział, jaka jestem biedna i cierpiąca. Hehe. Ciężko mi w tym, że nikt nic nie wie, że nie mogę dać sobie nawet żadnej taryfy ulgowej, bo jak niby. Każdy dzień to walka, żeby otworzyć oczy, wstać z łóżka mimo huczącego w uszach, rozsadzającego głowę bólu. Żeby ogarnąć się, wybrać do pracy, a w pracy być miłą, uśmiechniętą i skupioną na celu, mimo tego samego bólu, który nie chce osłabnąć. Nie biorę leków przeciwbólowych, bo musiałabym jeść ich po kilka dziennie, codziennie, a tego nie zafunduję z kolei swojej wątrobie i żołądkowi.

Ciężko mi, bo oddalamy się od siebie, bo ja cierpię, a on tego nie rozumie. Nie rozumie, bo i ja niewiele o tym mówię. Ale mam wrażenie, że kiedy powiem, zostaję bardzo źle odebrana i odechciewa mi się rozmawiać. Ciężko mi, bo nie mogę realizować swoich planów związanych z aktywnościami fizycznymi, bo czasem boli tak, ze prawie wymiotuję. I słabość łapie. Płakałam też trochę, bo czasem gdzieś rozmijamy się w naszych rozmowach i wydaje się, że każde mówi o czym innym, a potem wychodzi z tego nieporozumienie. Płakałam, bo czuję się czasem bezsilna, tak po ludzku. Oczywiście nieporozumienia w naszym związku zawsze szybko się kończyły, tak też było i tym razem, ale to nie oznacza, że jest chociaż trochę łatwiej.

Na pocieszenie mogę napisać sobie, że dzięki reverse diet rosnę chociaż w siłę. Dzisiaj był pierwszy dzień od jakichś dwóch tygodni, kiedy rano nie rozsadzało mi mózgu, więc zrobiłam pełny trening i przysiady z 50 kg i wyciskanie żołnierskie 27,5 kg. Rekordy życiowe.

Taka trochę smutna notka, ale walka trwa. Dopóki jest o co walczyć.

Opublikowano Bez kategorii | 9 komentarzy

i wczesna jesień

Pigułki, które od paru tygodni łykam sprawiają, że codziennie budzę się z bólem głowy. Zanim uda mi się wstać z łóżka i wytrzeźwieć, mija sporo czasu. Poranne treningi stały się bardzo przykrą koniecznością, ponieważ pierwsze kilka serii kończy się dla mnie mdłościami, potwornym rozsadzaniem czaszki i ogromną słabością. Jest mi naprawdę bardzo ciężko motywować się do ruchu przez te dolegliwości, ale staram się nie poddawać. Nie biegam, ponieważ od czasu zatrzymania mojego schudnięcia próbuję reverse diet, co oznacza zwiększenie kalorii i ograniczenie cardio w celu pobudzenia uśpionego roczną redukcją metabolizmu i wyłączenia dla organizmu opcji oszczędzania zapasów. O dziwo nie tyję. Nie chudnę, ale też nie tyję, pomimo podbicia kaloryczności o tysiąc na dobę. Czasem po pracy myślę, że z przyjemnością kolejnego ranka pójdę na bieganie, ale potem z rana budzę się, głowa pęka, a ja marzę tylko o tym, żeby przestała boleć. Senność po pierwszym tygodniu ustąpiła, więc ciało zaczyna przywykać do przyjmowanej substancji. Ale nadal czuję się źle. Po tych miesiącach wspaniałego samopoczucia to co teraz odczuwam jest jak cios obuchem w potylicę. Trudno mi się z tym pogodzić, ale nie mam wyjścia, coś za coś i tyle.

Pisałam kiedyś o szowinizmie i seksizmie u mnie w pracy. Wszedł ostatnio na zupełnie nowy poziom. Dzięki zmianie systemu wynagrodzenia na moim stanowisku [w moim oddziale obsadzonym wyłącznie kobietami] kobiety mają szansę zarabiać tyle, co mężczyźni. I nam się [kobietom] udało w tym miesiącu dostać bardzo, bardzo przyzwoite wypłaty za osiągane wyniki. Takie same, jak mężczyznom, ba, wyższe niż niektórym kolegom. Nie mogłam uwierzyć, w jakiej pogardzie mogą być kobiety, które do tej pory zarabiały ochłapy w porównaniu z mężczyznami. Okazuje się, że to nie do przeżycia dla kolegów, że możemy zarabiać tyle co oni albo lepiej. Nie do przeżycia, że dla nas pieniądze mogą być tak samo ważne, jak dla nich. Ba, okazuje się, że nasze 50 zł ma dużo mniejszą wagę niż ich 50 zł. I taka walka się rozpętała, wojna płci, bo ja jestem bardzo zadowolona, że nareszcie moja ciężka praca zostaje należycie opłacona, czuję się wreszcie doceniona i aż się chce wkładać więcej wysiłku w codzienne obowiązki, bo wiesz, że na koncie pojawi się satysfakcjonująca kwota. Wojna płci i stanowisk bardzo mnie męczy, ale z drugiej strony nie mam zamiaru zgadzać się na to, żebym była traktowana gorzej z jakiegokolwiek względu. Oglądam więc codziennie to samo przedstawienie i uwierzyć nie mogę, w jakim kraju żyję. Szowinizm i brak równouprawnienia to nie jest bajka, to nie wymysł „feministek” [tych mitycznych telewizyjnych „feministek”, bo ja feministką taką prawdziwą jestem w stu procentach], to realia i rzeczywistość większości kobiet, tylko czasem po prostu kobiety żyją w tym syfie całe życie i przestają widzieć w tym coś nienaturalnego.

Nachodzi mnie wiele wątpliwości związanych z podjętymi decyzjami. Wiele lęków. Im więcej rozmawiam z ludźmi, tym bardziej się boję. No i też to, że naprawdę nieźle teraz zarabiam sprawia, że boję się podjąć ostateczną decyzję właśnie teraz, bo co będzie, jak po powrocie ze zwolnienia lekarskiego nie będzie już dla mnie miejsca? A tu hipoteka i drugi kredyt do spłacenia. I kanapa nowa by się przydała i stół z krzesłami, którego jeszcze nie udało nam się dorobić. Martwi mnie to, bo perspektywa bezrobocia po powrocie mnie przeraża. Ubóstwo nie jest mi obce. Wszystko tak dobrze się układało, a tu może się nagle dobra passa boleśnie zakończyć. A zegar tyka, tyka coraz głośniej.

Dzisiaj mam wolne. Pierwszy dzień od nie wiem kiedy, który zamierzam spędzić siedząc na kanapie. Obok siedzi mąż, gra w ulubioną grę, a ja oglądam durności w internecie, piję kolejną kawę, a ból głowy powoli mija. Jest mi tak błogo w tym lenistwie i półleżącej pozycji. Człowiek nie zdaje sobie sprawy, jak jest wykończony, dopóki rzeczywiście nie pozwoli sobie tego poczuć. Jak ja dzisiaj. Mam za sobą maraton w pracy, a przed sobą kolejny. Ale po tym najdłuższym maratonie, który zaczynam od jutra, będzie dla mnie parę dni wolnego, więc będzie trochę czasu na poukładanie myśli, domu i życia. Mam nadzieję. Będę potrzebowała tego spokojnego czasu również na rozmowę z mężem, bo potrzebuję jego rady i spojrzenia na to wszystko. A wiem, że on zawsze chce dla nas najlepiej. W środę mam kontrolę u lekarza. Jestem ciekawa, jak działają leki. Czy będzie pożądany efekt. I co to będzie dla mnie oznaczać.

A póki co, to chciałam podziękować za każde dobre, miłe słowo. Wasze miłe komentarze wywołują zawsze szeroki uśmiech na mojej pełnej twarzy. Sierpień jest bardzo jesienny tego roku, nie sądzicie? Nie mam nic przeciwko temu, kocham wczesną jesień. Ściskam.

Opublikowano Bez kategorii | 4 komentarzy

krótka notka o tym, że nie jest źle

Się przeziębiłam. W środku lata się przeziębiłam, kaszlę, boli mnie głowa i miewam katar. Ale myślę, że musiało do tego dojść, jako że prowadzę bardzo aktywne życie, pełne stresu, więc osłabienie organizmu jest tu naturalną koleją rzeczy, szczególnie w minionym okresie. Od dwóch dni nie ćwiczę, jem więcej, a przez moje nowe leki spuchłam potwornie i na myśl o tym, że taka napuchnięta muszę iść jutro do pracy, ulatuje ze mnie cała pewność siebie. Ale coś za coś. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, to już wkrótce opuchlizna będzie najmniejszą z moich dolegliwości ;)

Po piątkowej wizycie u lekarza odrosły mi skrzydła. Wiem, że czeka mnie daleka i długa droga do celu, wiem, że po drodze będzie trochę bólu i dyskomfortu, ale generalnie jest raczej dobrze. Od wczoraj łykam jakieś kapsułki, a za 2-3 tygodnie mam się pojawić na kontroli. Jestem zdeterminowana i pozytywna.

Nie wiem, co napisać więcej, więc może na razie tyle wystarczy. Pewnie wkrótce rozpiszę się szerzej i otwarciej. A może i nie. Nie jestem typem człowieka, który w każdym możliwym miejscu dzieli się z jak najszerszym gronem swoimi prywatnymi przeżyciami [piję tu trochę do facebooka, gdzie znajomi czasem opisują tak intymne szczegóły z życia, że czuję się lekko zażenowana, kiedy czytam…]. Zobaczymy, co będzie i jak ta cała sytuacja się rozwinie. Jeśli po mojej myśli, to pewnie dam znać. Jeśli nie, to nie wiadomo ;) Pozdrawiam wszystkich ciepło i życzę dużo zdrowia!

Opublikowano Bez kategorii | 7 komentarzy

Grubas zawsze będzie grubasem

Najadłam się dzisiaj tak, jak ten wielki, uzależniony od żarcia grubas we mnie najeść się lubi, żeby poczuć spokój. Dużo kalorii, cukru i tłuszczu. Grubas wraca co jakiś czas, ale przed tyciem chroni mnie stała aktywność fizyczna i pilnowanie kalorii na co dzień. Nie licząc tych dni, kiedy tego nie robię. Ale to stosunkowo rzadkie dni. 

W ostatnim czasie miałam w życiu dużo emocji. Za dużo. Począwszy od różnych decyzji, które zapadły, przez zdrowie, aż po pracę. 

W związku ze zdrowiem sprawa się toczy, ale z części badań, jakie już mam za sobą wynika, że najprawdopodobniej nie mam nowotworu złośliwego. W piątek dowiem się, czy będę musiała przejść operację.I czy będzie to jedna operacja, czy jeszcze do tego zabieg. Trochę płaczliwa byłam w tym okresie oczekiwania na wynik, teraz też jestem trochę nadwrażliwa, ale to pewnie dlatego, że za punkt honoru postawiłam sobie nie obciążenie nikogo swoim strachem i ewentualną chorobą. Więc o podejrzeniu raka nie wie nikt oprócz małżonka, a małżonek również nie poznał skali mojego przerażenia i napięcia w oczekiwaniu. Nawet na badania uparłam się pójść sama, bo chciałam mu pokazać, że dam sobie radę co by się nie działo i ma się niczym nie przejmować. Tak więc w piątek urywam się z pracy i idę stanąć twarzą w twarz z decyzją lekarza. 

A w pracy też dużo stresu i emocji. Rywalizacja między pracownikami osiąga absurdalne rozmiary, przez co coraz bardziej nieznosne staje się spędzanie tam tak wielkiej części życia. Chodzą mi po głowie myśli o szukaniu nowej pracy, ale wstrzymam się jeszcze, jako że znajduje się obecnie w pewnym życiowym zawieszeniu. 

Za to z małżonkiem układa się nam wspaniale. Mieliśmy cudowny wspólny urlop, pojezdzilismy w kilka ładnych okolicznych miejsc, poplywalismy w czystym jeziorze i porobilismy sobie trochę zdjęć, żeby uwiecznić, jacy jesteśmy aktualnie szczęśliwi. Snujemy plany i czekamy na ich realizację. 

Odswiezylam kolor na włosach, bo małżonek zauważył, że przybyło mi dużo siwych włosów, fryzurę jeszcze bardziej skrocilam, a kolor jest bardziej jaskrawy, przez co bardziej zwracam na siebie uwagę. I czasem nie wiem czy to dobrze. Koleżanki ze studiów twierdzą, że nic się nie starzeję, ale coś mi się wydaje, że to tylko efekt długiego nie widzenia się na żywo. 

Z dieta różnie bywa, ale trenuje dzielnie i osiagam widoczne sukcesy. Najładniej wyrzezbiona częścią mojego ciała są barki i górna część ramion. Resztę pokrywa warstwa tłuszczu, ale czuję moc i ostatnio nawet udało mi się zrobić pierwsza w życiu pompkę. Robię sobie na razie jedną – dwie dziennie, oczywiście pojedynczo, ale uważam to za jeden ze swoich największych sukcesów i pracuje nad tym, żeby robić ich więcej. Moje ciało jest silne i sprawne, a do szczuplosci jeszcze dojdę. 

Martwię się o pieniądze, jako że lecze się prywatnie. W tym miesiącu na moje leczenie, a właściwie diagnozowanie, poszło już ponad 400 zł, a to dopiero początek drogi. I nie wiem, co będzie dalej. Staram się nie myśleć o tym za dużo, bo i tak nic nie wymyślę. 

A nocami nachodzą mnie myśli, że mam w życiu wszystko i nic. Ale skupiam się raczej na tej wersji optymistycznej. 

Opublikowano Bez kategorii | 4 komentarzy

Nocne słów kilka

Nie mogę zasnąć. Dzisiaj jest ten dzień, w którym wszystko ma swój nowy początek. Klamka zapadła, decyzja powzięta.  W poniedziałek moje pierwsze w życiu markery nowotworowe. I wiem, że na pewno nie ma nic, z czym nie mogłabym się zmierzyć. W pewnym sensie nawet się cieszę, że muszę pracować w weekend. Spróbuję zasnąć. Dobranoc. 

Opublikowano Bez kategorii | 6 komentarzy