3 miesiące Złocistej 

Złocista drzemie, ja kradnę tę chwilę dla siebie na kawę tylko dlatego, że właściwie wszystko mam zrobione (coś by się znalazło, ale szczerze mówiąc jestem padnięta). Mamy kolejny skok rozwojowy, dosyć brutalny, dziecko marudne i kiepsko w nocy śpi, przez co i ja nie mam spania, bo dzień czasem zacznie się o 3.00, czasem już o 1.00 w nocy, więc udaje mi się pospać 4-5 godzin z przerwą na karmienie, hehe. Ale po cichu liczę, że może już koniec, bo dzisiaj jakaś spokojniejsza jest i pogodniejsza. Na dodatek chyba zaczynamy ząbkowanie. Na początku nie połączyłam kropek, że mała zjada rączki w całości i zaczęła się obficie ślinić, ale teraz non stop przygryza dolną wargę, więc to raczej to. Już zrobiłam zamówienie w aptece internetowej na żel przeciwbólowy, szczoteczkę silikonową do masażu, a czopki przeciwbólowe jeszcze mam od pierwszego szczepienia (nigdy nie użyte). Przy okazji kupiłam też miękką silikonową łyżeczkę, bo za miesiąc zaczynamy rozszerzanie diety! Jestem w szoku, jak ten czas leci.

Upływ czasu udowadniają mi też zdjęcia, którymi zajęłam się, kiedy skok rozwojowy się dopiero szykował i Złocista przespała prawie dwa dni. Zrobiłam dwie książeczki ze zdjęciami: jedna sprzed dziecka i druga ilustrująca 3 pierwsze miesiące jej życia. Wywołałam też kilka najładniejszych i oprawię je w ramki i zrobię wystawkę. To, jak dziecko się zmienia jest po prostu niezwykłe, jeszcze niedawno była takim małym robaczkiem, a teraz śmieje się, grucha, zaczyna świadomie używać rączek, rozmawia ze zwierzątkami z karuzelki i rozumie, że jak zapłacze czy zamarudzi, to zaraz dostanie, co chce. Ładnie podnosi już głowę i wierzga tak, że czuję, że jak zacznie raczkować, to będzie nie do zatrzymania :D strasznie jestem dumna.

Trochę ciągle jeszcze panikuję na myśl o trudnościach, jakie przed nami. Ząbkowanie, które potrwa kilka lat, pierwsze choroby, zastrzyki, badania. Płacz mojego dziecka trwający dłużej niż 3 minuty. Powrót do pracy po macierzyńskim. Do tego ciągle prześladuje mnie wspomnienie porodu i pobytu w szpitalu, ciekawe czy kiedyś mi przejdzie. I ciekawe czy moje ciało kiedyś wróci do normy. A może to, co się z nim teraz dzieje to już jest norma? 

Odwiedziła nas Sis z mamą, bardzo to było miłe spotkanie. Złocista stanęła na wysokości zadania, była bardzo grzeczna, do mamy Sis śmiała się wesoło i generalnie zrobiła dobre wrażenie. Dostała wspaniałe prezenty, a ja sobie pomyślałam, że fajnie, że będzie miała takie ciotki. Zawsze to „rodzina”. Nie ma między nami więzów krwi, ale jest wieloletnia przyjaźń. Mam nadzieję, że jej dobre działanie spłynie też na moją córkę.

No i nie zaraziłam jej ostatecznie. Miała lekki katarek, ale coś mi się wydaje, że to bardziej przez centralne ogrzewanie niż moje przeziębienie, bo po kilku dniach z wilgotnymi ręcznikami na kaloryferach jak ręką odjął. Ja za to kaszlę do dzisiaj, boję się, że to moje nadreaktywne oskrzela i znowu będę się męczyć całą zimę… Ych.

A co poza dzieckiem i życiem mamy? W sumie niewiele. Bycie matką na tym etapie pochłania niemal całkowicie, czasem mam tak dość, że tylko czekam na moment, aż Złocista zaśnie wieczorem i będę mogła przez chwilę poczuć się znów jednostką indywidualną, choćby po to, żeby poczytać internety czy ogolić pachy. Od czasu do czasu wyskoczę sama do sklepu i czuję się wtedy 30 kilo lżejsza bez wózka :D co nie zmienia faktu, że jak Złocista zaśnie mi na klacie, jej mała rączka ugniata przez sen moją skórę, czuję się z nią jednym ciałem, jednym organizmem, zupełnie jak w ciąży, kiedy spała w tym samym miejscu, ale pod skórą. To są chwile, kiedyś czuję tak wielką miłość, jakiej nie czułam nigdy w życiu.

Miłość miłością, ale dzisiaj to bym się chciała wyspać. I tego mi życzcie :) 

Reklamy
Opublikowano Bez kategorii | 2 Komentarze

W koło Macieju

Każdy mój dzień wygląda bardzo podobnie. Zaczyna się między 4.00 a 6.00 popłakiwaniem mojej córki. Zmieniamy pieluchę, witamy się, gadamy, karmimy i chwilę bawimy. Potem ona bawi się chwilę sama, ja przeprowadzam chociaż częściowy poranny obrządek i zaczynam „taniec ze Złocistą”, czyli naprzemiennie karmienie, pielucha, przytulanie, zabawa, drzemka, spacerek. W koło Macieju. Matka ostatnio zapytała mnie, jak mi się podoba takie życie w domu, z dzieckiem. Hehe. Raz bardziej, raz mniej, zależy jak bardzo jestem niewyspana i zmęczona. Może byłoby łatwiej, gdybym nie stawiała sobie tak wysoko poprzeczki, że oprócz zadbanego dziecka muszę mieć zadbany dom i w miarę zadowolonego męża. Oczywiście większość wszystkiego biorę na siebie, bo jakoś tak logicznie wynika, że skoro on pracuje, to po pracy odpoczywa. A ja w trakcie drzemek Złocistej zamiast samej odpoczywać, sprzątam, piorę, gotuję. Czy nawet się kurna myję, bo czasem i tego nie ma czasu zrobić, jak jest gorąca atmosfera i napięty grafik ;) Mój dzień się właściwie nie kończy, przynajmniej ja tak tego nie odczuwam. Wieczorem mamy rytuał kąpieli i usypiania, w nocy karmienie lub dwa. Mam to przeogromne szczęście, że moje dziecko częściej śpi dobrze niż kiepsko, ostatnio nawet nauczyła się właściwie sama zasypiać, po kąpieli robi się hiperaktywna i zamiast bezwładnie opadać z każdym łykiem mleka, ona się aktywizuje. Więc odkryłam, że od kiedy tak ma, trzeba ją po prostu odłożyć do łóżeczka, dać smoka, puścić biały szum i w 3 minuty dziecka nie ma. Przypuszczam, że bez szumu też da radę, ale daję go na wszelki wypadek, jakby zdarzyło nam się narobić wieczorem hałasu. Ja zaś powoli uczę się normalnie spać, kiedy mogę. Bo do tej pory moje spanie to było głównie czuwanie między karmieniami. Teraz udaje mi się zapaść w głęboki sen, czym ratuję swój przemęczony mózg.

Zdarzyło nam się też wylądować na dziecięcym sorze. Złocista z dnia na dzień kompletnie przestała jeść, więc kiedy w ciągu 22 godzin wciągnęła na raty równowartość jednego normalnego posiłku zadzwoniłam do swojej położnej i zapytałam, czy powinnam się już mocno martwić. Szczególnie, że dziecko bardzo senne, prawie się nie budzi. Kazała mi iść do pediatry, a pediatra wysłała nas na sor. Teraz z perspektywy czasu wiem, że niepotrzebnie, ale pewnie nie chciała brać na siebie odpowiedzialności, gdyby się okazało, że to jednak nie gwałtowny skok rozwojowy. Na sorze nas przyjęli na oddział, zrobili badania, podali kroplowke, przy czym się dziecko strasznie nacierpiało, a ja tam prawie wyłam razem z nim. Jeszcze w trakcie przyjmowania na oddział zaczęła jeść, wyniki były w normie, dla świętego spokoju zostaliśmy do rana, do obchodu, a potem wyszliśmy na żądanie. Oczywiście, że chcieli nas zatrzymać, bo szpital biedny, ale nie ma sensu narażać zdrowego dziecka na choroby dla widzimisię ordynatora. To były okropne 24 godziny, mimo że moje dziecko nie cierpiało (oprócz tego upuszczania krwi i wenflonu), ale nigdy więcej nie chcę musieć być z dzieckiem w szpitalu. Coś okropnego. W nocy przy dziecku czuwał Niedźwiadek, bo chciał, żebym się wyspała, ale to przecież niemożliwe. Oka w nocy nie zmrużyłam, a cisza i puste dziecięce łóżeczko ściskały za gardło. Nie chcę nawet wyobrażać sobie, co czują rodzice naprawdę chorych dzieci. Losie uchowaj.

Dzisiaj już wiem, że skoki rozwojowe mogą się objawiać w najróżniejszy sposób, więc aż tak nie panikuję. Teraz za to schizuję się, że Małą zaraziłam. Od kilku dni walczę z ostrym przeziębieniem, jestem już na końcówce, ale potwornie kaszlę jeszcze, no i pewnie nadal zarażam. Wątpię, że moje pilnowanie higieny, mycie rąk, staranie się, żeby Złocista miała jak najmniejszy kontakt z wirusem coś dało, dlatego podejrzliwie nasłuchuję oddechu, liczę kichnięcia, częściej czyszczę nosek, zastanawiam się czy to zakrztuszenie śliną czy może jednak kaszel. No nic. Będę się schizować dalej, gorączki w każdym razie nie ma.

Jak na codzień jestem osobą raczej skromną, tak moje dziecko jest moją dumą i się nim chwalę otwarcie, jeśli tylko ktoś chce słuchać. Taka madka ze mnie typowa. Moja córka jest najpiękniejsza na świecie, no co Wam będę ściemniać ;) gdzie nie pójdę, tam się każdy rozpływa nad jej śliczną buzią (ostatnio ktoś użył sformułowania „klasycznie piękna, jak z reklamy” :D) i rozbrajającym bezzębnym uśmiechem. Jest też oczywiście najmądrzejsza, ale tym się jeszcze nie chwalę za mocno, bo dla normalnych ludzi to, że dziecko chwyciło grzechotkę raczej nie świadczy o mądrości, ale dla mnie owszem. Jest genialna i kropka :D Nie wyobrażam sobie już bez niej życia i wyobrażać sobie nie chcę, chociaż wcale nie jest zawsze kolorowo i cudownie. Zresztą, dzietne koleżanki wiedzą o co chodzi, a bezdzietnym tylko powiem, że ja narzekam, a mam anioła a nie dziecko, a pomyślcie jak to jest mieć dziecko trudne ;) Mózg w kawałkach. Zawsze podkreślam, że ja się na matkę niezbyt nadaję, dlatego pewnie Matka Natura (niech jej będzie chwała!) dała mi takie dziecko, żebym była w stanie jakoś podołać. Odpukać w niemalowane. I splunąć przez lewe ramię.

Czeka mnie niebawem kilka towarzyskich spotkań. Czekam na nie bardzo, bo dawno takich spotkań nie miałam, ale też będą to pierwsze takie spotkania przy dziecku. I nie wiem jak to wyjdzie. Jak tu dzielić uwagę i czas i samą siebie. Jest to dla mnie stres, ale z drugiej strony jakoś trzeba wracać do normalnego życia, inni ludzie mają życie mając dziecko, więc czemu ja miałabym nie mieć. Myślę, że to kwestia nastawienia. Pracuję też nad tym, żeby nie mieć takiego poczucia winy, kiedy podczas dnia ze Złocistą nie poświęcam jej ciągle dużo uwagi, tylko np. zostawiam pod karuzelką albo w bujaczku, żeby trochę zajęła się sobą sama. Mam takie dziwne uczucie wtedy, że słaba ze mnie matka, że dziecko mnie potrzebuje, a ja je tak zostawiam same sobie, żeby tylko mieć chociaż chwilę od niej wolną. Wiem, że to głupie, bo przecież tak trzeba robić, bo inaczej by człowiek utonął w chlewie, sikał pod siebie i nie jadł, ale i tak mam takie dziwne odczucia wtedy. Muszę wrzucić na luz. Powoli się tego uczę.

I nie mogę schudnąć. No normalnie nie idzie i już. A tak się staram…

Opublikowano Bez kategorii | 2 Komentarze

miłość rośnie wokół nas

Siedzę przy stole w dużym pokoju, na stole stoi duża butelka pepsi bez cukru – po jakimś litrze kawy wypitej dzisiaj wchłaniam kofeinę w innej postaci. Uzależniłam się totalnie od kawy, jakby mi ktoś teraz zabronił ją pić, to siadłabym i płakała. Obok na kanapie siedzi mój mąż, a na kolanach ma naszą córkę, która z rozkoszą spija mleko z butelki. Telewizor gra, bo podczas karmienia na coś patrzeć trzeba. Mam chwilę dla siebie.

Nasza córka kończy jutro 8 tygodni i uroczyście – choć ze strachem – stwierdzam, że jest wymarzonym dzieckiem. Ze strachem, bo najczęściej jest tak, że jak czymś się pochwalę, to jeszcze tego samego dnia dostaję sprostowanie swojej wersji od losu ;) Złocista prawie nie płacze (chociaż już nauczyła się płakać „dojrzale”, żywymi łzami, rozpaczliwie, z pełnym żalu grymasem na twarzy), całkiem ładnie śpi w nocy (no chyba, że akurat było szczepienie albo skok rozwojowy), a w dzień marudzi, ale nie na tyle, by odechciewało się żyć. Ładnie rośnie, zdrowo przybiera na wadze, zyskała nowe miano Bulbazaura. Ślicznie się uśmiecha, Niedźwiadek twierdzi, że jest to już świadome, ja jeszcze nie wiem, ale nawet jeśli nie, to nic mi tak nie poprawia nastroju o 4.30 jak promienny, bezzębny uśmiech znad zmienianej pieluchy i najsłodsze na świecie pojedyncze gulgnięcie, które zapowiada niechybnie zbliżające się guganie. Położna stwierdziła, że mała ma skazę białkową albo uczulenie na laktozę, więc trzeba było przestawić się na hipoalergiczne mleko. Trochę chłoszcze po kieszeni, ale skóra zaczęła się bardzo poprawiać, więc niechaj chłoszcze, byle dziecko dobrze się czuło. Powoli zaczynam dostrzegać, że umie spędzać czas sama ze sobą, potrafi patrzeć spokojnie na świat albo leżeć pod karuzelką i obserwować z zainteresowaniem, z widoczną radością na twarzy. Uwielbia spacerki, mam wrażenie, że trochę się ich domaga, marudząc rano dopóki nie wyjdziemy. Niedźwiadek jest totalnie zakochany, non stop rozpływa się nad dzieckiem, spędza z nim dużo czasu. Jest fajnie, szczególnie, kiedy jesteśmy we troje.

Ja jeszcze jestem trochę sfrustrowana. Np. tym, że nie mam czasu zrobić wszystkiego, co muszę, nie mówiąc już o tym, co bym zrobić CHCIAŁA. Nie mam pojęcia, jak to zrobić, żeby w ciągu dnia znaleźć czas na wszystkie obowiązki, a przy tym zadbać o siebie choćby w jakimś procencie tak, jak przed dzieckiem. Próbuję, ale jeśli zrobię jedno, to drugie kuleje. Pocieszam się, że im dziecko będzie starsze, tym może więcej jakiejś regularności będzie w tym wszystkim i będę mogła coś planować. Póki co zaplanować cokolwiek jest bardzo ciężko. Mimo tego raz udało mi się wyjść na bieganie. Po 10 miesiącach przerwy i 7,5 tygodnia od cesarki zrobiłam 5,5 km marszo-truchtem, było bardzo ciężko, ale przyjemnie. Od tamtego momentu nie udało się tego powtórzyć… Nie ma łatwo. Poza tym coś mi waga nie chce spadać, mimo że weszłam na lekką redukcję, wręcz trochę podskoczyła, ale może to woda, bo zaczęłam brać antykoncepcję hormonalną. No i tak staram się walczyć o znośną codzienność, w której jest miejsce i na mnie, i na dziecko, i na dom, i na koty, i na męża. Ale tak jak mówiłam, łatwe to nie jest, zawsze coś kosztem czegoś.

Zupełnym przypadkiem wyszły nam pogańskie chrzciny Złocistej. Śmieję się z tymi chrzcinami, ale rodzina nam się zjechała, żeby poznać Małą, dostała jakieś prezenty, było dobre jedzenie i dobry alkohol, więc stwierdziliśmy, że impreza podobna ;) Miałam też przedsmak starszego dziecka: siostrzenica poplamiła zabawki Złocistej, zalała kanapę, porozrzucała po podłodze paprykę i ser… Już niedługo będzie u nas tak wesoło na co dzień ;) Ja za to z przemęczenia pocięłam sobie ręce szklanką, nawet nie wiem jak to się stało, wiem tylko, że opróżniałam zmywarkę, szklanka się stłukła, ale jak stłuczone szkło trafiło mnie w rękę – pojęcia nie mam. Rana wyglądała bardzo kiepsko, miałam już jechać na pogotowie, żeby zszyć, ale po jakimś czasie przestało krwawić, więc postanowiłam spróbować bez szycia. No i zaczęło się zrastać na szczęście. Wprawdzie boli do dziś, a opieka nad maluchem była przez pierwsze parę dni mocno utrudniona, ale jeszcze z dwa tygodnie i będzie po wszystkim.

Regularnie śmigamy ze Złocistą na spacery i co mnie najbardziej zaskoczyło, to ludzie. Obcy ludzie albo sąsiedzi, z którymi na co dzień wymieniamy tylko pozdrowienia zaczęli sprzedawać mi setki dobrych rad i zadawać bardzo intymne pytania. A mi języka w gębie braknie, żeby czasem odpowiedzieć i dać do zrozumienia, że dana osoba zdecydowanie przekracza granicę. Nagle moje dziecko staje się dobrem wspólnym, a każdy specjalistą od wychowania i opieki nad niemowlęciem. Dramat po prostu. Jeszcze parę razy i może nauczę się odpowiadać na te teksty tak, jak rzeczywiście powinnam. A dzisiaj to w ogóle znajoma starsza pani mi spluwała „na psa urok” nad dzieckiem, nie żartuję. Zrozumiałam, że to taki zabieg dla dobra niemowlęcia, masakra co? Nie wiedziałam nawet jak mam na to zareagować :D Zabobon w naszym katolickim kraju ma się naprawdę świetnie. Ile razy słyszałam pytanie, gdzie czerwona wstążka przy wózku…

Mamy za sobą pierwsze szczepienie, moje serce matczyne pękło w pół od płaczu, który widziałam, hehe. Nieukojony taki, a żal, jakby ją matka własna zdradziła :D Na szczęście poza lekkim niepokojem nie mieliśmy żadnych skutków ubocznych. Codziennie z mężem cieszymy się z tego, że urodziło nam się zdrowe dziecko, dziecko, które nie sprawia ogromnych problemów, bo całkiem możliwe, że nie dalibyśmy rady poradzić sobie z takim o specjalnych potrzebach. Moja koleżanka urodziła miesiąc po mnie i jak opowiada mi o dziecku płaczącym niemal non stop, na które absolutnie nic nie działa, to aż przechodzą mnie ciary. Nie dałabym rady, serio. Szczególnie, że nie mamy nikogo do pomocy. A w ogóle od kiedy jestem matką, cierpienie dzieci jest dla mnie nie do zniesienia. Zupełnie zmienił mi się punkt widzenia. Nie zmieniło się tylko moje spojrzenie na aborcję. Jako kobieta, która przeszła 9 miesięcy ciąży, rodziła w ogromnym bólu z powikłaniami stwierdzam z całą pewnością, że nikt nie powinien być na to skazany, jeśli rzeczywiście nie chce. To za dużo cierpienia, za dużo wyrzeczeń, nie wyobrażam sobie, żeby ktoś miał przez to przechodzić dla dziecka, którego nigdy nie chciał. Sama nie wiem czy zrobiłabym to (zdecydowała się na dziecko) , gdybym wiedziała, jak będzie wyglądać poród ;)

Dni lecą mi jak szalone, pomimo że właściwie codziennie tak samo. Jedyne, co się zmienia, to moja piękna córka. W ekspresowym tempie. Cieszę się widząc każdą nową umiejętność, słysząc każdy nowy dźwięk czy widząc nowy grymas.

Ani się obejrzałam, a zaczął się październik. Studenci dzisiaj opanowali miasto, ubrani na galowo. Pogoda cudowna, piękna jesień. Ale przed południem jest naprawdę zimno. Czuć podmuch nadchodzącej, srogiej zimy. Bardzo chciałabym pisać częściej. Zatrzymać trochę tych dobrych, ciepłych uczuć, które rodzą się wraz z miłością do dziecka.

Opublikowano Bez kategorii | 9 Komentarzy

Rodzinka w komplecie

Mam córkę. Jestem mamą. Ile razy bym sobie tego nie powtarzała, ciągle jeszcze nie dociera do mnie, że ta mała przecudowna istotka zostaje ze mną na zawsze. Że to nie jest stan przejściowy, że za miesiąc będzie po wszystkim i wrócę do swojego życia. Mojego życia – dawnego życia – już nie ma. Teraz jest nowe, do którego ciężko jest się zaadaptować. Ale przyznaję, że z każdym dniem jest lepiej, łatwiej.

Najgorsze były pierwsze dwa tygodnie. Potem powoli zaczynałam ogarniać co i jak, a dzisiaj wiem już, że jak Złocistą ze snu wyrywa płacz, to trzeba odbekać, że jak płacze i czerwienieje to kupa, że jak przestaje się ruszać z takim pustym wzrokiem to siki, że jak ssie łapkę to głodna. A czasem kompletnie nie wiem co robić, żeby to dziecko uspokoić albo uśpić, ale w końcu się udaje, tylko nie wiem czy moja w tym zasługa, czy zmęczenia dzidzioka. Czasami jak zostaję z dzieckiem sama na więcej niż 12 h, a ono w dodatku jest marudne, a ja za mało się prześpię i nie jem czternastą godzinę, a potem jeszcze popatrzę w lustro, a podczas porządków w szafie zmierzę spodnie sprzed ciąży, które są tak małe, że mam wrażenie, że już nigdy w nie nie wejdę, to mam dużo złych myśli, denerwuję się, wpadam w popłoch, wspominam swoje życie sprzed dziecka i myślę sobie, że nie powinnam być matką, bo robię to źle, bo te inne matki takie wspaniałe, szczęśliwe cały czas, zadbane (nie wiem jak to robią i kiedy), nigdy nie tracą cierpliwości i zimnej krwi, a ja to szkoda słów. I jeszcze to karmienie. Czy raczej produkcja. Bo przystawianie dziecka do piersi stało się dla mnie stresujące od czasu szpitala, kiedy dziecko wyło bez przerwy podczas karmienia, bo nie miałam pokarmu. A teraz wyje, bo jej niewygodnie, bo jakieś mam te cycki niewymiarowe, jakby zupełnie nie były przeznaczone do karmienia, muszę się gimnastykować, wyginać, trzymać, więc zamiast relaksować się podczas karmienia, mam napięte wszystkie mięśnie, które drżą z wysiłku. Bez sensu. Zarzuciłam przystawianie dziecka, zaczęłam tylko i wyłącznie ściągać pokarm laktatorem. A i tu nie jest wesoło, bo ciągle mam go bardzo mało i ściąganie zajmuje mi co najmniej 4 h dziennie, odbierając mi czas na cokolwiek innego poza dzieckiem i spuszczaniem mleka.

Moja matka nadal ma na nas wywalone, tak ją czasem próbuję podejść psychologicznie, sprawdzić czy ją sumienie czasem nie gryzie, ale najwyraźniej skutecznie ucisza je kupowaniem prezentów dla wnuczki, której zbytnio nie chce oglądać i pieniędzmi na chrzest, którego nie będzie. Kompletnie nie potrafię zrozumieć, jak to możliwe, że moja matka tak bardzo nie chce mieć z nami nic wspólnego, ojciec nie jest lepszy, ale jednak wydawałoby się, że kobieta lepiej kobietę rozumie, że młoda matka potrzebuje pomocy, wsparcia, choćby ciepłego słowa, obecności. A ja, jak to przez całe moje życie, znowu jestem sama. Ale powiedziałam sobie, że nie pojadę więcej do rodziców, skoro oni nie chcą mnie odwiedzić choćby na pół godziny. Dobrze, że chociaż męża mam. Rzadziej to rzadziej, bo pracuje, ale dobre i tyle. Sytuacja z moją rodziną jest dla mnie bardzo przykra, czasem trochę płaczę, czasem nie śpię w nocy, jak spać powinnam, zachodzę w głowę o co tu chodzi i dlaczego tak jest, ale odpowiedzi raczej nie poznam. Wiem, że powinnam w końcu odpuścić ten temat, bo nie jestem w stanie nic na to poradzić, no ale to naprawdę bolesne.

***

Oczywiście, że te notki piszę na raty. Nie ma takiej opcji, żeby siąść sobie na godzinę z kawusią i ze spokojem poopowiadać, co u mnie.

No więc Złocista, którą nazywamy też Krakenem albo Oreo, skończyła już 5 tygodni, przestała być noworodkiem, wyrosła z całkiem pokaźnej ilości ciuszków, a włosy na głowie wytarły się tak, że wygląda jak Trevor z GTA. Do tego zaczęła się uśmiechać szeroko, ale nie mam pewności, czy to rzeczywiście uśmiech, czy tylko taki grymas. Od kiedy wyczailiśmy, że ma problemy z brzuszkiem i wprowadziliśmy środki zaradcze, nasze dziecko dużo mniej marudzi, prawie nie płacze, jest spokojniejsze i w ogóle widać, że szczęśliwsze. Zaczęłam też wreszcie czuć więź między nami, czuję też realny wpływ mojej bliskości na jej samopoczucie, zaczynam lubić wspólne chwile i mniej panikować, jak dziecko nagle i intensywnie sygnalizuje swoje potrzeby.

Nie bez znaczenia jest fakt, że po miesiącu uroczyście zakończyłam karmienie piersią, czy raczej produkcję mleka. Już dawno nic nie dało mi takiej radości i poczucia wolności. Moja laktacja i tak była śmiechu warta, więc bez żalu zakończyłam tę farsę, przestałam ściągać mleko, a ono w 3 dni znikło na amen. Teraz wszyscy są szczęśliwsi: ja, bo naprawdę odzyskałam ciało na własność i mam więcej czasu; dziecko, bo mam lepszy humor i dużo więcej czułości w sobie, bo nie stresuję się głupim mlekiem; mąż, bo mam lepszy nastrój i więcej czasu na cokolwiek innego. Bez karmienia piersią macierzyństwo cieszy mnie dużo bardziej.

Drugim ważnym aspektem mojego lepszego samopoczucia jest fakt, że wreszcie mogę wychodzić na spacery również sama. Mąż zrobił miejsce w piwnicy na wózek i teraz jak on jest w pracy, to i tak mogę zabierać dziecko na świeże powietrze i sama przy tym poczuć się jak człowiek. Bo wiecie, siedzenie w domu źle robi na głowę, szczególnie kiedy nie ma się nawet motywacji, żeby się przebrać z koszuli nocnej ;) spacery popchnęły mnie do zadbania o siebie. Musiałam kupić nowe spodnie, bo zanim ciążowy brzuch się wchłonie i zanim zrzucę przybrane kilogramy to jednak trochę potrwa, a chodzić w czymś trzeba. Wybrałam się też wreszcie do fryzjera, więc od razu lepiej. Zaczęłam się nawet malować znowu, więc to znak, że sprawy obrały właściwy kierunek.

Byłyśmy już ze Złocistą na dwóch wizytach u lekarzy, jest zdrowa jak rydz, a u lekarza bardzo spokojna. Oby tak dalej.

W wolnych chwilach, czyli kiedy mała śpi albo tata jest w domu, żeby małą zabawić, ja sprzątam i gotuję, więc wnioskuję jednak, że skoro na ogół wielkiego bajzlu w domu nie ma, to nie mogę być taką znowu najgorszą gospodynią. Radzę sobie. Wprawdzie kosztem snu nieraz, ale zawsze.

A poza tym jestem standardową matką z internetów. Cieszy mnie każda kupa mojego dziecka, każde beknięcie i bąki, których nie powstydziłby się stary chłop. Jestem nieraz obrzygana, obsikana, kupa też mnie nie omija, pachnę kwaśnym mlekiem (tak mi się wydaje), bo mnie dziecko opluje, ale w sumie nie jest źle. Jest inaczej, ale nie jest źle. A dziecko stało się centrum mojego świata, sama nie wiem czy to dobrze, czy nie.  Czekam na każdy kolejny dzień, bo ona z każdym dniem się zmienia, nabiera nowych umiejętności, wydaje nowe dźwięki, robi nowe grymasy. Trochę tylko jestem niewyspana, chociaż właściwie przyzwyczaiłam się już do nocnego wstawania i do snu w stanie czuwania mimo zatyczek w uszach (dzieci przez sen są baaaaardzo głośne). Jeszcze trochę i ponadrabiam blogowe zaległości, jestem na dobrej drodze do wyjścia na prostą :)

Ściskam serdecznie blogowych przyjaciół i dziękuję za dobre słowo w chwilach kryzysu :*

Opublikowano Bez kategorii | 6 Komentarzy

Baby blues, czyli o tym, jak urodziła się Złocista 

To już prawie dwa tygodnie, jak Złocista jest na świecie. Od dwóch tygodni jesteśmy razem w domu. I dopiero teraz, powoli, zaczynamy ogarniać nową rzeczywistość. Zastanawiam się, jak ugryźć niełatwy dla mnie temat porodu, samotności w szpitalu, baby bluesa, strachu, poczucia winy, laktoterroru, który przeżyłam. Wiem, że są osoby, które spodziewają się tu wybuchu euforii, bo dla nich poród i pierwsze chwile z dzieckiem były do euforii powodem, no ale dla mnie nie. I było to do przewidzenia. Córko, jeśli to czytasz, to mam nadzieję, że jesteś już na tyle dojrzała, żeby wiedzieć, że takie odczucia nie mają nic wspólnego z miłością czy jej brakiem, że to tylko hormony i trauma związana z ogromem cierpienia. 

Zgodnie z planem pojawiłam się na izbie przyjęć w wybranym przez siebie szpitalu, nic nie wskazywało na to, żeby poród miał rozpocząć się samoczynnie. Szereg badań i trafiłam na trakt porodowy, na cholernie niewygodne porodowe łóżko, na weekend, podczas którego nie działo się nic, oprócz kilku porodów, które słyszałam bardzo wyraźnie. W poniedziałek wreszcie zapadła decyzja o podaniu oksytocyny, napisałam więc do męża radośnie, że dzisiaj wreszcie urodzimy. Cieszyłam się, bo miałam dość czekania, dość szpitala, byłam nawet dobrej myśli, czułam, że wszystko będzie dobrze. Kroplówka zaczęła działać bardzo szybko, akcja porodowa ładnie się rozkręcała, skurcze stały się bardzo bolesne, boleśniejsze niż mogłabym się kiedykolwiek spodziewać, poprosiłam więc o znieczulenie. Mąż, który towarzyszył mi cały czas, podczas kolejnej nieudanej próby wkłucia się w dobre miejsce w kręgosłupie wyszedł, bo nie mógł znieść mojego wycia – w trakcie skurczy i pomiędzy nimi, kiedy igła znowu trafiała nie tam, gdzie trzeba. Na tym etapie z bólu już się cała trzęsłam i zaczęłam podejrzewać, że coś idzie nie tak. Znieczulenie udało się podać, bóle nieco zelżały, dość szybko doszło do pełnego rozwarcia, zaczęły się skurcze parte.  I tu już cierpiałam tak, że myślałam, że umieram. Wyrzuciłam męża z sali, bo nie chciałam, żeby patrzył, jak bardzo się męczę.  Anestezjolog trochę się ze mnie śmiał, że aż tak krzyczę i twierdzę, że aż tak boli, śmiał się, ale potem to wszystko odszczekał… Cierpiałam cierpliwie, bo położne mówiły, że to już prawie koniec, że główka już jest widoczna, więc pełna nadziei darłam się i parłam, a potem darłam i nie parłam. I ciągle nic. Końcowy etap porodu rozpoczął się po 6 godzinach, a kazali mi cierpieć kolejne 2,5, zanim powiedzieli, że coś jest nie tak, że dziecko nie daje się urodzić. Kazali mi jeszcze zmieniać pozycje, że niby może się uda, czułam się jak na najgorszych torturach, jak jakieś zwierzę, wydawało mi się, że ta porodówka takiego ryku jak mój jeszcze nie słyszała. W końcu zaczęłam płakać i krzyczeć, że już nie dam rady, że już wystarczy i wtedy przybiegła lekarka i powiedziała położonym, że to faktycznie nie ma sensu, że dziecko się zaklinowało i nie ma żadnych szans na naturalny poród. Zdecydowali o cesarce. Trzęsłam się jak w konwulsjach, kiedy anestezjolog podawał mi kolejną porcję znieczulenia, już trochę poważniejszy niż wcześniej, zaczął przepraszającym tonem mówić, że teraz rozumie, skąd takie dolegliwości bólowe, ale mnie to kompletnie nie obchodziło, pytałam tylko kiedy przestanę czuć ból. Szybko nie przestałam, czułam parte skurcze jeszcze  na stole operacyjnym. Położne, które wiozły mnie na salę mówiły, że jestem bardzo dzielna, że bardzo długo się męczyłam i że jeszcze mam siłę żartować (tak, żartowałam sobie przez łzy, wyginając się z bólu, bo to moja metoda radzenia sobie z rzeczywistością). Chyba było im mnie żal.  Potem czułam jeszcze ból rozcinanego brzucha i ręki lekarza w moim brzuchu, ale jak się wydarłam, że boli, to anestezjolog szybko przerwał akcję i podał znieczulenie ogólne. Okazało się, że znieczulenie zewnatrzoponowe przestało działać… Obudziłam się zamroczona, jacyś ludzie przychodzili, lekarze coś gadali, potem zajrzał pediatra, że dziecko zdrowe i coś tam jeszcze, ale nie dotarło do mnie. Byłam podpięta pod jakiś  kardiologiczny monitoring, okazało się też potem, że w plecach ciągle mam cewnik i podpiętą do niego pompę. Generalnie wyglądałam jak jakaś ofiara wypadku, tyle tego sprzętu monitorujacego. Potem ktoś zapytał czy podać mi dziecko, czy może wolę odpocząć. Zapytałam tylko, czy zdrowe, usłyszałam, że tak i powiedziałam, że może trochę później, bo na razie nie dam rady. I zasnęłam. Obudziła mnie położna, kładąc mi na piersi tego wielkookiego bobasa. Chyba sama do końca nie wiedziałam, co mam czuć. Poczułam się wtedy pierwszy raz złą matką, bo nie czułam tego, co wszyscy mówili, że będę czuć. Że zapomnę o porodzie, bólu, że będzie tylko ona i miłość. No nie. 

Mój mąż nawet nie wiedział, co się stało. Nikt mu nic nie mówił, dopiero zobaczył, że zabierają mnie na cesarkę, a potem jak wyjeżdżałam pod narkozą to mu powiedzieli, że było awaryjne ogólne znieczulenie. Ja przez kilkanaście godzin nawet nie mogłam do niego zadzwonić, bo nie mogłam ręki wyciągnąć po telefon, a na oddział był zakaz wstępu. Co on przeżył to też strach myśleć. Dziecko i mnie zobaczył po dwóch dniach i mojej ciężkiej walce o pionizację. Bardzo kręciło mi się w głowie przy próbie chodzenia, ale próbowałam, póki się nie udało, bo wiedziałam, że Niedźwiadek bardzo chce zobaczyć dziecko, dotknąć go. Spotkanie było krótkie i dla mnie bardzo bolesne, bo niestety ledwo żyłam po tych porodowych przygodach. Podsumowując rodziłam na trzy sposoby, ponosząc przykre konsekwencje każdego z nich. Dobrze, że mi chociaż krocza nie zdążyli naciąć, bo chyba bym się już całkiem załamała ;) Niedawno też z mężem sobie uswiadomiliśmy, że gdyby nie zaawansowane położnictwo XXI wieku, porodu bym nie przeżyła i nasze dziecko też. Straszna myśl. 

Po pionizacji trzeba było już samemu zająć się dzieckiem, co stanowiło wyzwanie, bo człowiek cały obolały, każdy ruch to ból, na plecach miałam wielkie siniaki, które odkryłam dopiero w domu i przypomniałam sobie, dlaczego nie mogę się schylać. Pierwsze dni połogu to coś strasznego i poniżającego. Już wiem, dlaczego się o tym nie mówi. Ale ja powiem. Krew leje się z człowieka strumieniami, a nie jest w stanie nawet schylić się, żeby umyć kałuże krwi z podłogi, własnych ud, czy nałożyć sobie majtek. Na pierwsze widzenie z ojcem dziecka poszłam w poplamionej krwią szpitalnej koszuli, z plamami krwi na nogach. W międzyczasie zostałam poddana laktoterrorowi, kazano mi karmić piersią, mimo że pokarmu to ja zbytnio nie miałam. W efekcie moje dziecko ciągle płakało, traciło na wadze, a żółtaczka nie ustepowała. Dopiero w przeddzień wypisów, kiedy dowiedziałam się, że mała straciła 100g w dobę i nie puszczą nas do domu, jak waga nie zacznie rosnąć, wpadłam w histerię. Płakałam i nie mogłam się uspokoić, nie rozumiałam, czemu nikt mi nie pozwolił dokarmiać dziecka mlekiem modyfikowanym. Dopiero jak poszłam zapłakana do położnych, że moje dziecko jest głodne, potraktowano mnie poważnie i zaczęłam dokarmianie. Oprócz mleka zaproponowano mi też coś na uspokojenie, widocznie moje załamanie nerwowe wyglądało podejrzanie, ale tak właśnie kończy się pozostawienie samej sobie świeżo upieczonej matki w szpitalu bez pomocy bliskich. Cały dzień i całą noc walczyłam z karmieniem dziecka, w głowie miałam tylko tyle, że jak wyniki będą niezadowalające dla lekarza, to wyjdę na własne żądanie, bo inaczej całkiem stracę zmysły i pożytku ze mnie nie będzie żadnego dla dziecka. Na szczęście się udało, żółtaczka zmalała, badania wyszły dobre, a mała odzyskała w dobę utracone wcześniej 100g. Mogłyśmy jechać do domu. To była najszczęśliwsza chwila od momentu przyjęcia do szpitala. 

A w domu już mój baby blues rozkręcił się na dobre. Byłam wykończona i załamana, a nowy członek rodziny nie ułatwiał sprawy. Dwie pierwsze doby były straszne. Mąż chyba miał w głowie dokładnie te same myśli, co ja. „Na co nam to było?”. Nikt z nas nie mówił tego głośno, ale czytaliśmy to wzajemnie w swoich oczach. Potem było trochę lepiej, mąż na ten moment radzi sobie świetnie z opieką nad dzieckiem, jest mistrzem usypiania, a ja niestety w roli matki odnajduję się bardzo kiepsko. Mam różne absurdalne myśli, że Złocista mnie nie lubi, że woli ojca. Czuję się złą matką, bo nie umiem dziecka uspokoić ani uśpić, czasem się udaje, ale mam wrażenie, że tylko dlatego, że akurat tak się dziecku zachciało. Nie umiem się wyluzować, moja nerwowość na pewno wpływa na bobasa, ona to wyczuwa i też się denerwuje, ale po prostu nie daję rady. Jak słyszę jej płacz, to momentalnie włącza mi się stres, zaczynam się pocić i martwić, co będzie jak ona nie przestanie. Niedźwiadek wrócił już do pracy, więc mam za sobą samotne noce z dzieckiem, bywało różnie. Czasem mam ochotę usiąść i płakać (czasem też to robię), bo czuję, jakby moje życie się skończyło, że teraz służę tylko do produkcji mleka, którego jest wiecznie za mało, że na matkę się nie nadaję i może całe życie miałam rację, że nie chciałam mieć dzieci, że to wszystko to jedna wielka pomyłka. Prawie nie wychodzę z domu, dzisiaj może pierwszy raz pójdę na zakupy sama, bo Niedźwiadek ma dzień wolny i posiedzi ze Złocistą. Poudaję, że nie mam dzieci. Na spacerze byliśmy tylko dwa razy jak do tej pory, bo nie udaje się uśpić dziecka na czas, żeby zdążyć się przejść bez płaczu. Nie mam pojęcia, jak teraz będzie wyglądać nasze życie, jak nauczyć się żyć według nowego porządku, jestem totalnie zagubiona.

***

Powyższa część powstawała przez kilka dni, bo czasu na pisanie jak na lekarstwo. Baby blues powoli odpuszcza, a ja uczę się mojej córki i mojego nowego życia. Powrót męża do pracy był trudny, ale też zmusił mnie do stawienia czoła lękom. Spędzam z dzieckiem całe dnie i noce sama i jakoś sobie radzimy. Czasami nie mam kiedy zjeść, czasem nie udaje się przespać, ale już się nie boję aż tak tej ślicznej dziewczynki. Byłyśmy same na pierwszej wizycie u pediatry i też dałam radę, choć dziecko nie spało i istniała groźba wybuchu płaczu. Od tej wizyty czuję się znacznie lepiej, z większą nadzieją patrzę w przyszłość. Dziecko mamy zdrowe i piękne, ładnie rośnie i przybiera na wadze, apetyt ma po mamie. Zaczęły się już problemy z brzuszkiem, ale próbujemy im zaradzać z różnym skutkiem. Mam bardzo fajną położną środowiskową, która nieraz już podtrzymała mnie na duchu. Nie mam niestety pomocy żadnej oprócz męża, ale w sumie wbijam się już w ten niespokojny dziecięcy rytm i czuję coraz lepiej. Dzisiaj pierwszy raz tak naprawdę uświadomiłam sobie, że jestem matką, kiedy usypiając dziecko na rękach stanęłam przed dużym lustrem. W odbiciu zobaczyłam mamę, taką trochę zaniedbaną, w koszuli nocnej, rozczochraną, z odrostem wołającym o fryzjera, nabrzmiałym od (wciąż za małej) produkcji mleka biustem, sińcami pod oczami, od której na bank czuć lekko kwaśny zapach ulanego na dekolt mleka. Z tym małym stworzonkiem w rękach. Dla którego wprawdzie jeszcze nie liczy się nic poza pełnym brzuchem, suchą pieluchą i spokojnym snem, ale swoim istnieniem topi serce i pozwala odkryć nieznane dotąd pokłady cierpliwości. Myślę, że się zaprzyjaźniamy i dogadamy ostatecznie. 

Wciąż nie czuję się jeszcze dobrą matką, osobą na właściwym miejscu, czasem myślę o wszystkim, co straciłam, a to co zyskałam jeszcze jest dość mgliste przez hormonalną burzę i trudne porodowo-szpitalne przeżycia, ale staram się być dobrej myśli i trzymać się kurczowo widoku mojej pięknej, śpiącej córki, który wiele wynagradza. 

Drażni mnie ciągłe ciśnienie z każdej strony na karmienie piersią. Uważam, że to wybór indywidualny każdej kobiety, ale w naszym kraju jest na to dziwna presja, prowadząca nieraz do poważnych konsekwencji dla matki i dziecka. Szczerze to najchętniej bym piersią nie karmiła, bo ani to przyjemne, ani wygodne, dla mnie wiąże się głównie ze stresem. Ale walczę o ten pokarm ze względu na dobro dziecka, żeby mogło jak najdłużej czerpać ode mnie odporność i zdrowie. Ale szczerze mówiąc nie wiem, na jak długo starczy mi cierpliwości, a mojemu ciału mocy. Ta cała laktacja to strasznie trudna do rozhulania i podtrzymania sprawa. 

Mój mąż jest dla mnie ogromnym wsparciem, świetnie radził sobie w najtrudniejszych pierwszych momentach, kiedy ja nie potrafiłam odnaleźć w sobie miłości do dziecka i sił do życia. Bardzo cieszy się z córki, ciągle mi powtarza, jaki jest teraz szczęśliwy i wykazuje się dużym zrozumieniem dla mojego stanu. Mam nadzieję, że już wkrótce odnajdę się w tym nowym świecie na tyle, żeby umieć się tym cieszyć tak prawdziwie. 

A tak już na marginesie, koty przeżyły depresję podczas mojej nieobecności, po moim powrocie były obrażone dwa dni, a Złocista jest dla nich jak nasza dodatkowa kończyna, nic specjalnie ciekawego. Poza tym Niedźwiadek kupił nam rodzinny samochód, do którego bez problemu zmieści się wózek, ale jeszcze nawet go nie widziałam. Podobno jest super. Moja rodzina nie interesuje się zbytnio nowym członkiem, Młody nawet smsa nie napisał, jak się Złocista urodziła, a matka mimo obietnic wielkiej pomocy wpadła tu może 3 razy na 5 minut. Także po staremu. 

No to teraz pytanie do blogowych koleżanek-matek: jak bardzo patologicznym jestem przypadkiem? ;) 

Opublikowano Bez kategorii | 9 Komentarzy

Ostatni tydzień 

Właśnie zaczęłam ostatni tydzień ciąży. Jeszcze tydzień temu naiwnie wierzyłam, że akcja rozpocznie się sama, ale teraz straciłam nadzieję i czekam na przyjęcie do szpitala w sobotę. W piątek mam jeszcze pojawić się na kontroli u lekarza, a potem oddział i wywołanie. Bardzo się boję tego wywoływania, bo mam przeczucie, że nie pójdzie to wcale szybko, tylko będę się męczyć godzinami. Poza tym perspektywa kilku dni w szpitalu też nie działa mi najlepiej na głowę, ostatni raz był ponad 20 lat temu… No ale pokładam ufność w swoim lekarzu i wierzę, że nie żartował, kiedy obiecywał, że dobrze się mną zajmie i na pewno nie zostawi. I że wszystko pójdzie sprawnie, szybko i do domu. 

Mam doła i wkurwa jednocześnie. Akurat, kiedy mam rodzić, nad regionem rozhulały się upały. Mają dobijać do 36 stopni nawet, a ja tak bardzo upałów nienawidzę… Pogoda w sam raz na trudy porodu i gojenie się ran. I karmienie piersią, no sama rozkosz. Ale co zrobisz, nic nie zrobisz, urodzę i przetrwam, bo innego wyboru nie mam. Poza tym mam mnóstwo obaw, jak rozegramy to wszystko taktycznie. Nie rodzę w swoim mieście, nasz samochód to niepewny gruchot, na samą myśl, że mąż nim jeździ w tę i z powrotem dostaję dreszczy. Do porodu wiezie mnie ojciec, ale co dalej? O innych okołoporodowych lękach nawet nie będę pisać, bo co to da. No boję się wszystkiego i o wszystko. 

Dom wysprzątałam na błysk po raz milionowy i myślę, że to mój sposób na odreagowanie, ale że został już tylko tydzień to mocno postanowiłam sobie, że to już ostatni raz, że muszę wyluzować i zacząć regenerować siły, bo każda taka akcja sprawia, że jestem nie do życia przez co najmniej dobę. Tak więc teraz będę dużo odpoczywać, z porządków tylko takie podtrzymujące efekt, no i czekać. Upały nie pozwalają mi wychodzić z domu, więc oglądam seriale, czytam książki, gram w gry i gotuję. Ostatnie kilka dni specyficznego sam na sam ze sobą. Czuję, że jeszcze nieraz będzie mi tego bardzo brakować. 

Podsumowując tu temat ciąży (i pewnie też porodu i połogu) muszę napisać, że jest to bardzo samotny okres w moim życiu. Nie wiem czy w życiu każdej kobiety, dziś mówię za siebie. Nikt tego nie rozumie, nikt nie współodczuwa, bo nawet nie może. Jest się odrzuconym przez znajomych, bo nagle okazuje się, że ciężarna to inny gatunek człowieka i brakuje tematów do rozmów. Znajomi unikają  spotkań, bo boją się, że jedynym tematem będzie ciąża i porody. Jakoś do głowy im nie przychodzi, że w tym napuchniętym ciele siedzi ta sama osoba, która chętnie pogapiłaby się w znajomą twarz i popieprzyła głupoty. To dość przykre, ale w sumie może i trochę rozumiem. 

Dobrze, że czasem można pogadać (choćby i wirtualnie) z kimś, kto ma podobne doświadczenia, dzieli podobne troski. No i wiedza z pierwszej ręki, która będzie nieocenioną pomocą, kiedy książkowe instrukcje obsługi noworodka okażą się nijak pasujące do rzeczywistości. Że już nie wspomnę o tym, że dzięki wirtualnym mamom moja komoda z ubrankami się nie domyka :D Dziękuję :*

Są chwile, że chciałabym już urodzić, mieć to z głowy, za sobą, a przy sobie świeżego człowieka, którego muszę nauczyć się od podstaw. A są takie, kiedy czuję się tak zmęczona, śpiąca i niechętna, że gdyby akcja niespodzianie ruszyła, to byłabym najpewniej zawiedziona i zła. Ale coś mi się zdaje, że ten poród i tak nie trafi w odpowiedni punkt, ruszy kiedy zechce albo kiedy lekarz mu rozkaże, a moje samopoczucie nie będzie miało zbyt wiele do rzeczy. 

To już prawdopodobnie ostatnia notka przed rozpoczęciem największej przygody mojego życia. Trzymajcie kciuki, życzcie powodzenia, a ja zamelduję się po wszystkim. Buźka! 

Opublikowano Bez kategorii | 12 Komentarzy

Ostatnie 4 tygodnie w duecie

Łojeżusiu słodki. Prawie nie zasiadam do laptopa, bo mi niewygodnie. Internety ogarniam w telefonie, a seriale puszczam na telewizorze. Mój duży brzuch absolutnie odmawia współpracy w pozycji siedzącej zrelaksowanej i wpółsiedzącej z komputerem na kolanach, bo nie widzę klawiatury. Tak. Teraz usiadłam przy jadalnianym stole na małym krześle i siedzę wyprostowana jak struna, bo inaczej się nie da. Dziecko prostuje mnie od środka.

Jestem w 36 tygodniu ciąży i weryfikuję swoje o ciąży wyobrażenia. Dobra, nadal jestem super zdrowa. Mam świetne wyniki badań, ciśnienie w większości w normie [chociaż na ostatniej wizycie jak zaczęliśmy z lekarzem gadać o porodzie, a ja się prawie z emocji popłakałam, to skoczyło mi tak, że mierzył 3 razy aż spadło, bo początkowo było takie, że tylko do szpitala jechać:D], wylot szczelnie zamknięty, pozycja główkowa, a doktór wróży, że dzidziok nie będzie gigantem [w co szczerze wątpię, bo ja i mąż byliśmy mocno przerośniętymi noworodkami…]. Nie dowiedziałam się nic o tym, jak urodzę, natomiast w przyszłą niedzielę jadę do szpitala, w którym zamierzam dziecko powić, by dać się szczegółowo przebadać, pooglądać dzidzioka i może wreszcie czegoś się dowiedzieć. Umówiliśmy się też na ostatnią wizytę przed rozwiązaniem [!!!!!!] i jakieś takie realne się to wszystko stało, że w niedzielę właściwie ciąża donoszona i moja córka może się śmiało rodzić, bo da sobie radę na świecie.

Nie tak sobie ciążę wyobrażałam. Prawdopodobnie mam dużo szczęścia, bo nadal nie zaznałam zgagi [wciąż nie wiem, co to jest, bo w życiu nie miałam], puchnę tylko od czasu do czasu i to dość nieznacznie [ale na to może jeszcze przyjść czas], taka totalna bezsenność noc w noc mnie nie dotyka, tylko od czasu do czasu. No i wciąż mogę chodzić, chociaż jest to często ogromna trudność i dyskomfort. Czego się za to nie spodziewałam, to tego, w jaki sposób się ten dyskomfort odczuwa. Myślałam, że trudności w poruszaniu będą wynikać z ogólnej ociężałości dodatkowo obciążonego dzieckiem i kilogramami ciała, ale nie, nieeeeeee… Tu chodzi o ten brzuch. Ten doskonale wyczuwalny balon z wodą, guz, nowotwór, no pęcherz z dzieckiem no. To ciało obce, kosmitę, samonapinające się mięśnie i niekontrolowane ruchy nie z tego świata. Że tu coś ciągnie, tu szarpie, tam rozdziera. Piecze i kłuje. Boli i ciąży. I czasem iść się nie da, ale trzeba, to wtedy tak drobię jak gejsza, kroczek za kroczkiem, w ślimaczym tempie. Dostałam raz takich skurczy, w domu na szczęście, że śmiałam się i płakałam jednocześnie, bo bolało jak jasna cholera i nie przechodziło przez 20 minut. Już myślałam, że urodzę wcześniaka. Ale jakoś rozchodziłam, rozruszałam. I ten ból niemały dał mi pogląd na to, jak bardzo będzie bolał poród właściwy. Będzie bolał bardzo. BARDZO.

Z takich spodziewanych negatywnych ciążowych atrakcji mogę wymienić zerowy komfort snu, podczas którego nieraz więcej się nacierpię niż wypocznę, bo biodra bolą niesamowicie, ból pleców, ból nóg i stóp jak za długo postoję. No i całkiem bolesne ruchy dziecka. Ej, serio, to boli :D Czasami mała tłucze się tak mocno, że nie mogę tego znieść. No ale co zrobić, żywiołowe dziecko ;) Depilacja jest prawdziwym wyzwaniem, golenie stało się niemożliwe już parę tygodni temu, więc przerzuciłam się na krem do depilacji. Efekty działania muszę dawać do oceny mężowi, bo nawet z pomocą lusterka nie widzę kompletnie nic.

Wbrew temu, co sobie obiecywałam na początku ciąży, i tak czytam jakieś ciążowe fora i nie mogę się od tego uwolnić. Dziewczyny z terminem na mój miesiąc już rodzić zaczęły. I z jednej strony uzależniłam się od dobrych wieści, bo lubię poczytać, że urodziło się szczęśliwie jakieś dziecię, takie to budujące, ale z drugiej strony jak się naczytam o porodach z komplikacjami, to mnie ogarnia lęk i przerażenie, co to ze mną, z nami będzie. Jak moje biedne, trochę starawe jak na rodzenie pierwszego dziecka ciało, da sobie radę. Co rano budzę się myśląc o porodzie, ale też i o mojej córce, którą mam nadzieję zobaczyć już wkrótce całą i zdrową i liczę na to, że nie poszarpie mi za mocno wnętrzności, że może coś jeszcze ze mnie po tej naszej wspólnej akcji zostanie.

No i tyję sobie miarowo. Mogłoby mnie pewnie bardziej dołować to, że tyję sporo, bo przed ciążą w cholerę dużo schudłam i teraz jest to jak by nie patrzeć odzyskane, ale jakoś tak od 30 tygodnia mniej mnie to martwi, bo mam inne zmartwienia i obawy. Więc pozwalam sobie na bycie grubasem teraz, pozwalam sobie na jedzenie bez żalu, bo wiem, że są aktualnie na świecie problemy większe niż poziom tkanki tłuszczowej w moim organizmie. Poza tym mam niezłe przeczucia co do utraty wagi po ciąży. Tak po prostu. Czuję, że nie będzie wcale tak źle. Najważniejsze jest to, że ja nie mam obsesji na punkcie perfekcyjnego ciała, bo nigdy takiego nie miałam, ba, jest dość zniszczone chudnięciem i tyciem przez całe życie. Bardziej chodzi mi o osiągniętą sprawność i dobre samopoczucie. Ale myślę, że wrócę do tego w ciągu roku.

Wyprawka dla malucha skompletowana, jestem gotowa do porodu. Torby spakowane. W drodze jest pierwsza przytulanka dla mojej córki, którą skrupulatnie wybierałam szukając takiej, która będzie ją maksymalnie rozwijać. Wiem, że nie przyda się przez pierwsze tygodnie, ale chciałam, żeby ją miała. Na pamiątkę. Od pierwszych dni życia. Dom względnie sprzątnięty. Robię generalne porządki po jednym pomieszczeniu za każdym razem, jak mój mąż ma dyżur, co poważnie mnie wykańcza, ale i daje spokój ducha. Czymś trzeba zajmować ręce i myśli, kiedy czekasz na coś ekscytującego, a i niepokojącego zarazem. Podczas sprzątania słucham treści wątpliwych, bo materiałów na temat tajemniczych zbrodni czy seryjnych morderców, ale co zrobię, że mnie to interesuje :D Staram się też wychodzić na spacery, ale mój maksymalny dystans spadł do 4 km, a najchętniej robię nie więcej niż 3 jednorazowo. Jest mi naprawdę ciężko czasami. No i jak przychodzą upały, to nigdzie się nie ruszam, bo strach.

Odwiedziła nas ciotka z Ameryki. Przyjechał też Bro z żoną i córką. Zjazd można by uznać za udany, gdyby nie moja matka. Ale szczerze mówiąc chyba chcę zapomnieć o tym wydarzeniu, bo siedzi mi dużą drzazgą w sercu, nie mogłam z matką rozmawiać ani na nią patrzeć przez 3 tygodnie potem. Wyłam trzy dni po nocach, bo taki mam teraz sposób na emocje, było mi przykro, że rodzina wystawia mnie na taki poziom stresu w ostatnich tygodniach ciąży i nie widzi w tym nic złego, a matce to myślałam, że nigdy nie wybaczę. No ale minęło parę tygodni, sprawy ucichły, a ja próbuję pogodzić się z faktem, że moja rodzina to jedna wielka popieprzona patologia, w której nigdy nie będzie normalnie i jedyne, co mogę zrobić, to spróbować uchronić przed tym wszystkim moje dziecko. Na tyle, na ile się da, bo przecież moi rodzice to jedyni dziadkowie, jakich będzie miała blisko, bo na rodzinę męża też zupełnie nie można liczyć. Zupełnie jakby jej nie było. Ale z ciekawych i milszych rzeczy. Ciotka z Ameryki po kilku ładnych latach bez kontaktu okazała się być fajną osobą, zapraszała nas do siebie zarówno turystycznie, jak i na stałe, gdybyśmy kiedyś chcieli zacząć nowe życie z zieloną kartą wygraną na loterii. Zabraliśmy ją na obiad, a ona obdarowała nas prezentami. I jeszcze wysłała paczkę z prezentami dla małej, która prawdopodobnie jest już w drodze. Jeszcze nigdy nie dostałam paczki ze Stanów, hehe, takie emocjonujące oczekiwanie jak na Mikołaja :D Generalnie ucieszyłam się z odnowionego kontaktu. Ja też wyślę paczkę do Stanów, ale z rzeczami, na których ja się znam, czyli polskimi kosmetykami wartymi przetestowania i polskimi słodyczami, które ciotka uwielbia. Ale to już po porodzie, jak pierwsze emocje trochę opadną.

No i co, no i czekamy. Teraz już tylko czekanie pozostało. Staram się względnie organizować sobie czas i poza sprzątaniem dużo też piekę. Robię domowe pieczywo, które naprawdę świetnie mi wychodzi i chciałabym robić je nadal po porodzie i tylko takim pieczywem karmić w przyszłości córkę, piekę też ciasta, smażę naleśniki, robię kotlety. Taka trochę oszczędna pani domu się we mnie odezwała, bo robię zapasy, mrożę, kombinuję, żeby było taniej i ciekawiej. Czasem, jak sił brak, to przesiedzę cały dzień na kanapie, grając w Wiedźmina albo oglądając seriale. Wszystko, byle za dużo nie rozmyślać. Pewną przykrość stanowi też dla mnie Sis, która zupełnie nie cieszy się z perspektywy narodzin mojego dziecka, ba, nawet nie udaje radości. Wiem, że nie każdy się musi tym ekscytować, ale od najbliższych oczekuje się minimalnego zaangażowania w najważniejsze życiowe sprawy. A tu nic. No cóż. Pozostaje mi radość własna i ojca mojego dziecka. Musi nam wystarczyć :)

Opublikowano Bez kategorii | 6 Komentarzy