Ostatnie 4 tygodnie w duecie

Łojeżusiu słodki. Prawie nie zasiadam do laptopa, bo mi niewygodnie. Internety ogarniam w telefonie, a seriale puszczam na telewizorze. Mój duży brzuch absolutnie odmawia współpracy w pozycji siedzącej zrelaksowanej i wpółsiedzącej z komputerem na kolanach, bo nie widzę klawiatury. Tak. Teraz usiadłam przy jadalnianym stole na małym krześle i siedzę wyprostowana jak struna, bo inaczej się nie da. Dziecko prostuje mnie od środka.

Jestem w 36 tygodniu ciąży i weryfikuję swoje o ciąży wyobrażenia. Dobra, nadal jestem super zdrowa. Mam świetne wyniki badań, ciśnienie w większości w normie [chociaż na ostatniej wizycie jak zaczęliśmy z lekarzem gadać o porodzie, a ja się prawie z emocji popłakałam, to skoczyło mi tak, że mierzył 3 razy aż spadło, bo początkowo było takie, że tylko do szpitala jechać:D], wylot szczelnie zamknięty, pozycja główkowa, a doktór wróży, że dzidziok nie będzie gigantem [w co szczerze wątpię, bo ja i mąż byliśmy mocno przerośniętymi noworodkami…]. Nie dowiedziałam się nic o tym, jak urodzę, natomiast w przyszłą niedzielę jadę do szpitala, w którym zamierzam dziecko powić, by dać się szczegółowo przebadać, pooglądać dzidzioka i może wreszcie czegoś się dowiedzieć. Umówiliśmy się też na ostatnią wizytę przed rozwiązaniem [!!!!!!] i jakieś takie realne się to wszystko stało, że w niedzielę właściwie ciąża donoszona i moja córka może się śmiało rodzić, bo da sobie radę na świecie.

Nie tak sobie ciążę wyobrażałam. Prawdopodobnie mam dużo szczęścia, bo nadal nie zaznałam zgagi [wciąż nie wiem, co to jest, bo w życiu nie miałam], puchnę tylko od czasu do czasu i to dość nieznacznie [ale na to może jeszcze przyjść czas], taka totalna bezsenność noc w noc mnie nie dotyka, tylko od czasu do czasu. No i wciąż mogę chodzić, chociaż jest to często ogromna trudność i dyskomfort. Czego się za to nie spodziewałam, to tego, w jaki sposób się ten dyskomfort odczuwa. Myślałam, że trudności w poruszaniu będą wynikać z ogólnej ociężałości dodatkowo obciążonego dzieckiem i kilogramami ciała, ale nie, nieeeeeee… Tu chodzi o ten brzuch. Ten doskonale wyczuwalny balon z wodą, guz, nowotwór, no pęcherz z dzieckiem no. To ciało obce, kosmitę, samonapinające się mięśnie i niekontrolowane ruchy nie z tego świata. Że tu coś ciągnie, tu szarpie, tam rozdziera. Piecze i kłuje. Boli i ciąży. I czasem iść się nie da, ale trzeba, to wtedy tak drobię jak gejsza, kroczek za kroczkiem, w ślimaczym tempie. Dostałam raz takich skurczy, w domu na szczęście, że śmiałam się i płakałam jednocześnie, bo bolało jak jasna cholera i nie przechodziło przez 20 minut. Już myślałam, że urodzę wcześniaka. Ale jakoś rozchodziłam, rozruszałam. I ten ból niemały dał mi pogląd na to, jak bardzo będzie bolał poród właściwy. Będzie bolał bardzo. BARDZO.

Z takich spodziewanych negatywnych ciążowych atrakcji mogę wymienić zerowy komfort snu, podczas którego nieraz więcej się nacierpię niż wypocznę, bo biodra bolą niesamowicie, ból pleców, ból nóg i stóp jak za długo postoję. No i całkiem bolesne ruchy dziecka. Ej, serio, to boli :D Czasami mała tłucze się tak mocno, że nie mogę tego znieść. No ale co zrobić, żywiołowe dziecko ;) Depilacja jest prawdziwym wyzwaniem, golenie stało się niemożliwe już parę tygodni temu, więc przerzuciłam się na krem do depilacji. Efekty działania muszę dawać do oceny mężowi, bo nawet z pomocą lusterka nie widzę kompletnie nic.

Wbrew temu, co sobie obiecywałam na początku ciąży, i tak czytam jakieś ciążowe fora i nie mogę się od tego uwolnić. Dziewczyny z terminem na mój miesiąc już rodzić zaczęły. I z jednej strony uzależniłam się od dobrych wieści, bo lubię poczytać, że urodziło się szczęśliwie jakieś dziecię, takie to budujące, ale z drugiej strony jak się naczytam o porodach z komplikacjami, to mnie ogarnia lęk i przerażenie, co to ze mną, z nami będzie. Jak moje biedne, trochę starawe jak na rodzenie pierwszego dziecka ciało, da sobie radę. Co rano budzę się myśląc o porodzie, ale też i o mojej córce, którą mam nadzieję zobaczyć już wkrótce całą i zdrową i liczę na to, że nie poszarpie mi za mocno wnętrzności, że może coś jeszcze ze mnie po tej naszej wspólnej akcji zostanie.

No i tyję sobie miarowo. Mogłoby mnie pewnie bardziej dołować to, że tyję sporo, bo przed ciążą w cholerę dużo schudłam i teraz jest to jak by nie patrzeć odzyskane, ale jakoś tak od 30 tygodnia mniej mnie to martwi, bo mam inne zmartwienia i obawy. Więc pozwalam sobie na bycie grubasem teraz, pozwalam sobie na jedzenie bez żalu, bo wiem, że są aktualnie na świecie problemy większe niż poziom tkanki tłuszczowej w moim organizmie. Poza tym mam niezłe przeczucia co do utraty wagi po ciąży. Tak po prostu. Czuję, że nie będzie wcale tak źle. Najważniejsze jest to, że ja nie mam obsesji na punkcie perfekcyjnego ciała, bo nigdy takiego nie miałam, ba, jest dość zniszczone chudnięciem i tyciem przez całe życie. Bardziej chodzi mi o osiągniętą sprawność i dobre samopoczucie. Ale myślę, że wrócę do tego w ciągu roku.

Wyprawka dla malucha skompletowana, jestem gotowa do porodu. Torby spakowane. W drodze jest pierwsza przytulanka dla mojej córki, którą skrupulatnie wybierałam szukając takiej, która będzie ją maksymalnie rozwijać. Wiem, że nie przyda się przez pierwsze tygodnie, ale chciałam, żeby ją miała. Na pamiątkę. Od pierwszych dni życia. Dom względnie sprzątnięty. Robię generalne porządki po jednym pomieszczeniu za każdym razem, jak mój mąż ma dyżur, co poważnie mnie wykańcza, ale i daje spokój ducha. Czymś trzeba zajmować ręce i myśli, kiedy czekasz na coś ekscytującego, a i niepokojącego zarazem. Podczas sprzątania słucham treści wątpliwych, bo materiałów na temat tajemniczych zbrodni czy seryjnych morderców, ale co zrobię, że mnie to interesuje :D Staram się też wychodzić na spacery, ale mój maksymalny dystans spadł do 4 km, a najchętniej robię nie więcej niż 3 jednorazowo. Jest mi naprawdę ciężko czasami. No i jak przychodzą upały, to nigdzie się nie ruszam, bo strach.

Odwiedziła nas ciotka z Ameryki. Przyjechał też Bro z żoną i córką. Zjazd można by uznać za udany, gdyby nie moja matka. Ale szczerze mówiąc chyba chcę zapomnieć o tym wydarzeniu, bo siedzi mi dużą drzazgą w sercu, nie mogłam z matką rozmawiać ani na nią patrzeć przez 3 tygodnie potem. Wyłam trzy dni po nocach, bo taki mam teraz sposób na emocje, było mi przykro, że rodzina wystawia mnie na taki poziom stresu w ostatnich tygodniach ciąży i nie widzi w tym nic złego, a matce to myślałam, że nigdy nie wybaczę. No ale minęło parę tygodni, sprawy ucichły, a ja próbuję pogodzić się z faktem, że moja rodzina to jedna wielka popieprzona patologia, w której nigdy nie będzie normalnie i jedyne, co mogę zrobić, to spróbować uchronić przed tym wszystkim moje dziecko. Na tyle, na ile się da, bo przecież moi rodzice to jedyni dziadkowie, jakich będzie miała blisko, bo na rodzinę męża też zupełnie nie można liczyć. Zupełnie jakby jej nie było. Ale z ciekawych i milszych rzeczy. Ciotka z Ameryki po kilku ładnych latach bez kontaktu okazała się być fajną osobą, zapraszała nas do siebie zarówno turystycznie, jak i na stałe, gdybyśmy kiedyś chcieli zacząć nowe życie z zieloną kartą wygraną na loterii. Zabraliśmy ją na obiad, a ona obdarowała nas prezentami. I jeszcze wysłała paczkę z prezentami dla małej, która prawdopodobnie jest już w drodze. Jeszcze nigdy nie dostałam paczki ze Stanów, hehe, takie emocjonujące oczekiwanie jak na Mikołaja :D Generalnie ucieszyłam się z odnowionego kontaktu. Ja też wyślę paczkę do Stanów, ale z rzeczami, na których ja się znam, czyli polskimi kosmetykami wartymi przetestowania i polskimi słodyczami, które ciotka uwielbia. Ale to już po porodzie, jak pierwsze emocje trochę opadną.

No i co, no i czekamy. Teraz już tylko czekanie pozostało. Staram się względnie organizować sobie czas i poza sprzątaniem dużo też piekę. Robię domowe pieczywo, które naprawdę świetnie mi wychodzi i chciałabym robić je nadal po porodzie i tylko takim pieczywem karmić w przyszłości córkę, piekę też ciasta, smażę naleśniki, robię kotlety. Taka trochę oszczędna pani domu się we mnie odezwała, bo robię zapasy, mrożę, kombinuję, żeby było taniej i ciekawiej. Czasem, jak sił brak, to przesiedzę cały dzień na kanapie, grając w Wiedźmina albo oglądając seriale. Wszystko, byle za dużo nie rozmyślać. Pewną przykrość stanowi też dla mnie Sis, która zupełnie nie cieszy się z perspektywy narodzin mojego dziecka, ba, nawet nie udaje radości. Wiem, że nie każdy się musi tym ekscytować, ale od najbliższych oczekuje się minimalnego zaangażowania w najważniejsze życiowe sprawy. A tu nic. No cóż. Pozostaje mi radość własna i ojca mojego dziecka. Musi nam wystarczyć :)

Opublikowano Bez kategorii | 6 komentarzy

7 tygodni jak 7 życzeń

Jutro wchodzę w 33 tydzień ciąży. Co oznacza, że najdalej za 7 tygodni urodzi się nasza córka. Gdy to sobie uświadamiam, łapie mnie taka mała panika, że to już, a ja jeszcze mam tyyyyle roboty. Tak naprawdę „robota” oznacza, że w moim domu jest wiecznie na tyle „nieczysto”, że można by jeszcze coś poprawić. Okna zdążyły się ubrudzić, prysznic też ma nowy osad z kamienia, pościel w łóżku i tak za tydzień muszę znowu zmienić, a na szafkach leży zupełnie świeży, trzydniowy kurz. Kiedy się stresuję, taki zwykły codzienny bałagan urasta do totalnego syfu i jeszcze bardziej się wtedy przejmuję, co ze mnie za matka, że chałupy głupiej ogarnąć nie potrafię. A rzeczywistość jest taka, że będę tak sprzątać jak szalona, w jakimś amoku, szczególnie na tydzień-dwa przed rozwiązaniem, a jak pójdę do szpitala, to się będę wkurzać, że w domu pewnie bajzel, bo mój mąż nie jest w stanie utrzymać pożądanego standardu i przyjadę z niemowlęciem do brudu :D Tak działa moja spaczona psychika. A prawda jest taka, że jak wrócimy do domu ze szpitala, to ten „brud” będzie musiał zejść na dużo dalszy plan, bo prawdopodobnie totalnie przytłoczy mnie ilość obowiązków związanych z samym noworodkiem. Bo jestem noworodkowym laikiem.

Za to jestem całkiem niezła w organizacji noworodkowej wyprawki. Nie byłoby to takie oczywiste, gdyby nie realne wsparcie od wirtualnych mateczek, bo dostałam dużo dobrych rad, a także zupełnie materialnych prezentów od Iwci, mnóstwo wsparcia od Asi. Gromadzenie tego wszystkiego to naprawdę kupa kasy, a tak było trochę łatwiej, choć przyznam, że kupno wózka i tak zrujnowało mnie w tym miesiącu i niecierpliwie czekam na kolejną wypłatę, żeby uzupełnić kilka brakujących drobiazgów. Ale tak generalnie to jestem gotowa na nadejście pierwszej dziedziczki majątku, wszystko poprane, poprasowane i poskładane.

Na ostatnim USG okazało się, że dziewczynkę mamy bardzo dorodną, przekroczyła już 2 kg, ma bardzo „twarzowe” zdjęcie udowadniające płeć na 100%. Ułożyła się w pozycję główkową, a tyłek przerzuca mi to na jeden, to na drugi bok, co jest tak samo urocze, jak czasem niekomfortowe w odczuciu :D Do ruchów dziecka nie da się przyzwyczaić w żaden sposób i chociaż lubię te dowody życia, bo mówią, że wszystko ok, to jak mała śpi, to prawie zapominam, że jestem w ciąży i jest to naprawdę miłe uczucie :D Nie wiadomo jak urodzę, jak na razie nie da się niczego przewidzieć, więc do następnej wizyty co najmniej mam niespodziankę. A że następna wypada na 36 tydzień, to może wtedy coś się już wyjaśni. Pozytywne jest na pewno to, że mój lekarz określił mnie, jako bardzo zdrową kobietę i że nie przypuszcza, żeby do porodu miało zdarzyć się coś złego :)

Ktoś, kto mnie zna, mógłby zapytać, jak moje nastawienie do porodu, który od zawsze jest jednym z największych moich lęków i obaw. Nastawienie mam takie, że nie mam wyjścia i muszę to przeżyć, a martwienie się tym zawczasu jest marnowaniem mojej energii. Jest coś zwierzęcego i instynktownego w odczuwaniu świata w ciąży, jakby nagle większość działań skupiała się na ochronie życia, które nosi się w łonie. Strach przed nieznanym ma inny wymiar, nawet dotychczasowe fobie zmieniają swój kształt. Chcecie dowodu? Mam kosmiczną arachnofobię. A ostatnio zgniotłam w ręku przez papier toaletowy dużego czarnego pająka, który wędrował po ścianie mojej sypialni. A serce wcale nie zabiło mi dużo szybciej niż normalnie. Coś się rzeczywiście dzieje innego w głowie, w mózgu, ta cała ciążowa chemia działa tak, żebyś się mamuśko aż tak nie bała, żebyś miała odwagę i siłę. Z drugiej jednak strony dzisiaj prawie się rozpłakałam ze złości, że lodówka pusta, a ja jestem głodna i zmęczona, bo pół dnia sprzątałam :D Tak więc taka to siła pół na pół ze słabością.

Obawą napawa mnie ostatnio fakt, że moja jedyna rodzina – która może ewentualnie pomóc w sytuacji kryzysowej, gdyby coś tam podczas porodu poszło nie tak i wymagałabym dłuższej rekonwalescencji czy specjalnej pomocy – ma bogate plany na ostatnie tygodnie mojej ciąży. I trochę tak mi przykro, że mama niezbyt mnie uwzględnia w tych swoich zamierzeniach, mimo swoich licznych deklaracji, że będzie ze mną, dla mnie i przy mnie w tym trudnym czasie. Zaczynam też bać się, że licząc na nich się pomylę i zamiast rodzić w wybranym przez siebie szpitalu, urodzę w tej mojej miejscowej rzeźni i będę tego bardzo żałować. Ale ciągle powtarzam sobie, że będzie co będzie. Tymczasem torba do szpitala spakowana, no, oprócz kosmetyków dla dziecka, bo tylko tego mi brak.

Pogoda dzisiaj jesienna, cały dzień leje, ale to nawet dobrze. Wolę, jak jest chłodno, bo czuję, że upały nie do wytrzymania wejdą na dniach i odbiorą mi resztkę energii, która jeszcze się we mnie od czasu do czasu budzi i pozwala ogarnąć chaos wokół. I tak jestem obrzydliwym, obślizgłym słoniątkiem, nawet bez upału.

Ogarnęłam się u fryzjera po raz ostatni przed porodem, jak zwykle jestem zadowolona, już czuję się trochę mniej zaniedbana. Strzyżenie mam jeszcze bardziej męskie niż ostatnio, coś czuję, że jeszcze parę wizyt i będę się strzygła na zapałkę :P A włosy marchewkowe.

Śnił mi się raz poród, sen był o tyle realistyczny, że wszystko wyglądało tak obrzydliwie, jak rzeczywiście, ale za to ból był zaledwie uszczypnięciem. I jak mi podali dziecko, to pomyślałam sobie, że tak to ja rodzić mogę i następne :D Niechaj to będzie dobra wróżba na niedaleką przyszłość ;)

Opublikowano Bez kategorii | 4 komentarze

update wagi ciężkiej

Trzeci trymestr już się rozhulał. Jestem duża, coraz częściej miewam bezsenne albo niedospane noce, których przyczyną jest nadaktywność dziecięcia bądź niemożność uzyskania pozycji do spania na tyle komfortowej dla mnie, żeby dziecię również odpuściło harce. Czasem budzi mnie w nocy uczucie mdłości bez przyczyny.

Mój mąż jest niesamowicie zaangażowany w całą ciążową sprawę. Czyta, dokształca się, edukuje. Dzięki temu nabiera dla mnie więcej wyrozumiałości. I – jakkolwiek by to nie brzmiało – zaczął zwracać szczególną uwagę na małe dziewczynki na ulicach ;) Zawsze jak jakąś spotkamy, patrzy na mnie znacząco i wraca do wnikliwej obserwacji z uśmiechem na ustach, a potem mówi, że my też będziemy taką mieli. Że nie może się doczekać, kiedy będzie mógł zabierać ją na spacery i pokazywać świat. Nie będę kłamać, że ja tak nie mam. Dzieci w ogólności zaczęły zwracać moją uwagę, najbardziej chyba dlatego, że próbuję psychicznie przygotować się na to, co mnie czeka. Więc zaglądam do cudzych wózeczków, uśmiecham się do maluchów i próbuję ogarnąć umysłem, ile nowych doświadczeń przede mną. Ile etapów rozwoju do przejścia. Raczkowanie, pierwsze kroki, pierwszy rowerek, pierwsze rolki, pierwsze wspólne wypady na bieganie. Prawie co rano oglądam do śniadania angielską Supernianię i biorę sobie do serca różne własne obserwacje, próbuję zakodować sobie to, jaki kontakt chciałabym mieć z moją córką, jak ją wychować. Wiem, że to takie teoretyzowanie, bo życie jest życiem, ale samo to, że się nad tym zastanawiam, jest chyba niezłym znakiem.

W oczach innych wychodzę na lekko nadgorliwą. Mój lekarz zabrania mi czytać internety, bo za dużo wiem, a położna środowiskowa, do której poszłam sama, bo chciałam wiedzieć co i jak, podśmiechiwała się ze mnie, że mam już kupiony octenisept, a to przecież jeszcze tyyyyle czasu do terminu [dla niej dwa miesiące to tyyyyle, a dla mnie jak nic!]. Wyprawki mam już naprawdę dużo, już jestem nieco spokojniejsza, bo brakuje mi już naprawdę niewielu elementów. Nasza położna zrobiła na nas świetne wrażenie, była żywo zainteresowana i zaangażowana w naszą ciążę i naszą córkę, dała nam sporo rad [które ja oczywiście już dawno miałam obcykane, ale doceniam, że poświęciła nam tyle czasu], a przede wszystkim dodała mi otuchy i odwagi. Samo jej nastawienie mnie podbudowało, dało poczucie, że wszystko, co przed nami, jest absolutnie do przejścia i przeżycia.

Gorzej z nastawieniem ma się moja matka, która co raz podkreśla swoją bezsilność i zagubienie w świecie nowoczesnego położnictwa, mam wrażenie, że chętnie uciekłaby z miasta na czas mojego porodu i połogu. Obawia się też naszego malucha, że będziemy wymagać od niej dużo pomocy, mimo że wielokrotnie podkreślałam, że chcę do sprawy podejść w miarę możliwości ambitnie i poradzić sobie przy wsparciu li tylko położnej. Ojciec trochę lepiej, bo on z kolei nie zakłada, że będę wymagała pomocy, ale jest przerażony, bo to on prawdopodobnie będzie mnie wiózł do szpitala, tak więc ma już lekki niepokój, bo czas się zbliża i widzę w jego oczach strach przed presją czasu, wodami płodowymi i głośnymi bolesnymi skurczami. W takich chwilach mam wrażenie, że oni mają gorsze wizje tego wszystkiego niż ja.

Z wszystkich dotykających mnie ostatnio niedogodności ciążowych dokucza mi najbardziej uczucie, że nigdy nie jestem sama. Mam tu na myśli to, iż moje dziecko jest naprawdę bardzo aktywne, a czasem chciałabym pobyć np. sam na sam z mężem w sytuacji bardzo intymnej. Moja psychika niestety nie radzi sobie z obecnością kosmity w brzuchu podczas miłosnych uniesień, więc oboje jesteśmy minimalnie sfrustrowani w obrębie alkowy. Zauważyłam, że mało kto o tym mówi, może mało kto odczuwa to w taki sposób jak ja. Wyobrażam sobie jednak, jak wspaniałe musi być uczucie „odzyskania” swojego ciała po urodzeniu dziecka. W każdym możliwym aspekcie.

Wczoraj skończyłam 31 lat. Od męża na urodziny dostałam torbę łakoci i wyjście do kina na późny seans. Bliscy nawet w miarę pamiętali, co jest miłe. Poza tym, że jestem zwykle najstarszą ciężarną w poczekalni, a na bank będę najstarszą ciężarną na porodówce, nie odczuwam, że ząb czasu kąsa coraz głębiej. No, może jeszcze jak mi prawie 10 lat młodszy kolega wysyła zdjęcia z młodziutką żoną, co wygląda jak dziecko oraz półroczną córeczką, no to wtedy. Wtedy tak, hehe.

Dostałam też pierwszy raz coś w ramach prezentu po innym dziecku, a mianowicie mama przyjaciółki dostała od matki swojej chrześnicy pudło dzieckowych ubranek do oddania. A że mama mojej przyjaciółki cieszy się na moje dziecko prawie jakby to jej córka była w ciąży, to mi się to pudło dostało. Miło mi się bardzo zrobiło, naprawdę. I to takie przyjemne uczucie robić przegląd, co się przyda, a co trzeba puścić w obieg dalej. Tutaj dla mnie została 1/3, a to i tak bardzo dużo :) Kupiliśmy już komodę, która czeka na poskładanie [pewnie jutro, jak mąż z pracy wróci], a jak tylko będzie stała, to zabieram się za pranie ubranek i wkładanie ich do szuflad, bo jak na razie to dziecięcy kącik to pobojowisko rzeczy rzuconych w kupie na łóżeczko, pudła pod biurkiem i zapchana górna półka mojej szafy. Najbliższe tygodnie będę pewnie zbierać rzeczy do szpitalnej torby dla mnie i dziecka, bo to w sumie warto mieć naszykowane wcześniej, a mi zostało w tej chwili 10 tygodni do terminu. Szok i niedowierzanie.

No i co. No i jutro mam wizytę kontrolną, badania jak do tej pory wychodzą ciągle super, oby tak dalej. No i rosnę, rosnę, rosnę. Położna na mój wielki bebzon powiedziała, że to jeszcze wcześnie. Mi się wydaje, że on już większy być nie może, a większy będzie dużo… Przerażające. A, no i pierwszy raz doświadczyłam specjalnego traktowania w Rossmannie. Było to naprawdę miłe, być poproszonym z końca kolejki. W żadnym innym sklepie chyba nie zwraca się takiej uwagi na obsługę ciężarnych poza kolejnością. To był jak do tej pory jedyny raz.

Nie chodzę na szkołę rodzenia. Zrealizowałam sobie jedną online, mam jeszcze do zrobienia drugą. Dowiedziałam się sporo nowości głównie w zakresie karmienia piersią i rozwoju dziecka. Reszta była mi raczej znana. Mąż od czasu do czasu widząc moje zaangażowanie w różne sprawy mówi, że będę dobrą matką. I jest to jedyna osoba, od której lubię te słowa słyszeć, bo inni mam wrażenie uprawiają tylko myślenie życzeniowe. A on zna mnie jak nikt inny i naprawdę wierzy w to, co mówi. Mam nadzieję, że go nie zawiodę. I naszej córki też.

Opublikowano Bez kategorii | 4 komentarze

strachy, głupotki, niepokoje

Po ostatniej kontroli córeczka wciąż pozostaje córeczką, wciąż niepewną na 100%, ale trzy badania u dwóch różnych lekarzy mówią, że raczej córka, tak więc już nie poddaję jej płci w wątpliwość. Córeczka waży około kilograma i jest zdrową, małą kopaczką, która żywo reaguje na dotyk, dźwięk i dobre jedzenie. No więc już na wstępie coś oprócz pępowiny i krwi nas łączy. Rozwija się normalnym tempem, ale mój brzuch rośnie tempem nienormalnym i już przypominam kawał hipopotamka, któremu zmienił się chód na takie baryłkowe toczenie się. Szczególnie, kiedy mała rozłoży się na pęcherzu. Z mojej hiperaktywności niewiele zostało, staram się spacerować, ale nijak się to ma do poziomu, który reprezentowałam choćby miesiąc temu. Tyję. Mam sprawdzone, że ile kcal dziennie bym nie jadła, waga rośnie równomiernie, ile bym się nie ruszała w ciągu tygodnia, waga rośnie bez zmian, więc po co się katować i zamartwiać – i tak przytyję tyle, ile przytyję, nie mam na to wpływu, to się po prostu dzieje. Więc staram się wybaczyć sobie te wałki tłuszczu na plecach i rozlane ramiona, spojrzeć z większą miłością na brzuch, który nosi nowe życie i nie dawać się aż tak bardzo łamać kilogramom. Mój mąż też nabrał wyrozumiałości dla mojej rosnącej masy, bo widział, jak walczyłam od początku, żeby jej nie nabrać, a nic to nie dawało. Staram się nie nienawidzić tych zmian, bo to nie pomaga.

Na dniach wchodzę w trzeci trymestr. Szokujące, bo mnie się wydaje, że dopiero co robiłam test ciążowy i pierwsze USG z bezkształtnym żelkiem w ciemnej plamie na zdjęciu. Moje myśli regularnie z obawą wędrują w kierunku porodu. Mnogość znaków zapytania popycha mnie do lektur, a lektury stresują mnie do tego stopnia, że zbiera mnie na wymioty i skacze ciśnienie. Pocieszam się tylko tym, że wkrótce tak bardzo nienawidzić będę stanu błogosławionego ze względu na miliony niedogodności, dolegliwości i warunki atmosferyczne, że poród może zacznie jawić mi się jako wybawienie. Może nawet zacznę go pragnąć [już czasem teraz wydaje mi się, że nie mogę się doczekać, bo mam gorszą chwilę]. Oby tak było, bo póki co moje reakcje na czytanie o porodzie są bardzo niezdrowe i przerażają mi męża.

A mnie przeraża seksizm, którego doświadczają dziewczynki już w życiu płodowym. Nie wiem, czy któraś matka doświadczyła tego tak jak ja, ale mnie np. ta sytuacja niesamowicie smuci, bo nie zdawałam sobie sprawy, że kobieta jest gorszym człowiekiem jeszcze zanim się urodzi. Zapytacie: ale jak to? A tak to. Kiedy ktoś znajomy pyta się mnie, „co się urodzi”, a ja odpowiadam, że córeczka, dostaję taką reakcję: aaaa, nieważne co się urodzi, ważne, żeby zdrowe było! W domyśle jest to takie pocieszenie: oj no trudno, że to nie syn, ale i córka ujdzie w tłoku. Dziewczynka jest gorszym dzieckiem. Od samego początku. Syn to materiał wartościowy, inwestycja w przyszłość, dowód na siłę rozrodczą matki i możliwości jurnego ojca. Córka to produkt wtórny, przypadkowy, jakiś błąd systemu. Czeka nas długa walka o godność kobiety, córciu. O przekonanie o własnej wartości, która jest Ci odbierana jeszcze zanim tak naprawdę pojawisz się na świecie. Ale damy radę. Bo ja – w przeciwieństwie do mojej matki i babki – mam świadomość społecznej nierówności i nie godzę się na nią, chociaż nikt mnie tego nie uczył. A ja uczyć Cię będę od samego początku. Razem z Twoim ojcem, który jest takim samym feministą jak ja :)

Chodzę ostatnio wściekła, i to tak poważnie. Było parę tygodni spokoju, to teraz na nowo się rozkręcam z bezpardonowym okazywaniem złości. Mąż mnie chyba nie znał od tej strony, bo z natury jestem raczej dość powściągliwa w emocjach, a tu obudził się we mnie diabeł. Sama nie wiem, co to powoduje. Czy hormony, czy frustracja gorszym samopoczuciem psychicznym i fizycznym, niepokój i obawy, wieczne zmęczenie i brak zrozumienia ze strony otoczenia, uwaga którą zaczęłam zwracać w miejscach publicznych [z którą to uwagą średnio mi komfortowo…]. Jedno jest pewne: takie ujawnianie złości bez powstrzymywania się jest bardzo oczyszczające. Nigdy tego w życiu nie doświadczyłam, takiego katarktycznego wybuchu, po którym coś z serducha spada i jest lżej. Śmiałam się ostatnio, że najgorzej jak mi tak zostanie na „po porodzie”, bo za bardzo mi się spodoba :D Ale w tym wszystkim zachowuję jeszcze człowieczeństwo. Ostatnio byłam tak wściekła w dzień wizyty u lekarza, darłam się na męża od rana, więc kiedy zmysły mi na chwilę wróciły, powiedziałam mu, że idę dzisiaj sama, bo nie chcę się na nim cały dzień wyżywać i w ogóle chyba potrzebuję samotności. Długo ze mną nie dyskutował, pozwolił mi iść. I to była dobra decyzja. Pogadałam z kobietami w poczekalni [byłam w najbardziej zaawansowanej ciąży, matko, bliżej niż dalej], zmęczyłam się trochę i po powrocie do domu byłam innym człowiekiem.

A propos tego zwracania uwagi. Dziwne uczucie, kiedy nagle Twój brzuch zaczyna być osobnym bytem. Spotykasz kogoś dawno niewidzianego, w oczy zajrzy Ci tylko w momencie powitania, a potem istnieje już tylko BRZUCH. Spojrzenia się na nim zatrzymują, jakby ludzie samych siebie pytali, czy to na pewno ciąża, czy może znowu się tak upasła. W kolejkach w sklepie patrzą bykiem, żebyś tylko nie domagała się specjalnego traktowania, pchają się do kasy udając, że Cię nie widzą, bo przecież jak by wyszło, że widzą, to wyszliby na chamów, że się przed ciężarną wpychają. Jak do tej pory nie uzyskałam nigdzie specjalnego traktowania ze względu na swój stan, chociaż nie. Kłamię. Panie kasjerki z mojego ulubionego Lidla są dla mnie jeszcze milsze niż wcześniej, co mnie każdorazowo tak samo wzrusza. Ale poza tym nic, na nic zresztą nie liczę, póki trzymam się na nogach, bo wstyd by mi było w ogóle czegoś się domagać.

Sezon grillowy w tym roku z trudem otwarty w dwa dni wyrwane brzydkiej pogodzie. Jednego dnia całość imprezy zamknęła się w godzinie, bo zaczęło padać, drugiego dnia było pięknie, słonecznie i cudownie jak w wakacje, ale zaraz następnego znowu deszcz i zimno. Kwiecień i początek maja nie są najpiękniejsze pogodowo jak na razie. Ale co tam, najadłam się mnóstwo mięsiwa z grilla, bagietek z masłem czosnkowym i opiłam sokiem pomarańczowym, od którego moja córka dostaje motorka i kopie matkę jak automat. Nie mam zgagi nic a nic, a nie jem według zaleceń dużo malutkich posiłków, tylko raczej trzy ale bardzo, bardzo konkretne :D Oby jak najdłużej, bo w sumie nie sądzę, żeby zgaga mnie ominęła, jako że to raczej anatomicznie niemożliwe. Napisałabym jeszcze parę niesmacznych objawów zaawansowanej ciąży, których teraz doświadczam, ale taki naturalizm może komuś obrzydzić pitą właśnie kawę czy przegryzanego czipsa, poza tym nie każdego musi fascynować biologia ciąży. Ale z ciałem dzieją się różne dziwne rzeczy, z którymi czasem trudno przejść do porządku dziennego.

W sprawie wyprawki nic się nie ruszyło, dalej czekam na łóżeczko, ale wypłata lada dzień, to może dokonam kolejnej porcji niezbędnych zakupów dla niemowlęcia i do szpitala dla siebie. Jak dobrze, że większość rzeczy można z łatwością zamówić przez internet i czekać na dostawę pod same drzwi. Szczególnie, że zepsuło nam się auto i dwóch mechaników już nie umiało go naprawić, teraz auto powędruje do trzeciego i nie wiadomo, co z tego będzie. Trochę mnie stresuje ta sytuacja, ale szczerze mówiąc ostatnio przerasta mnie absolutnie wszystko, wszystko jest powodem niepokoju i przeżywania, wrażliwość na stresy mi skoczyła mocno i głupie sprawy wysysają ze mnie zdecydowanie za dużo energii.

Ale założyłam pierwszy raz ciążowe legginsy i poczułam, czym jest komfort. Wyglądam w nich wstrętnie, bo jestem gruba, ale wygoda którą dają sprawia, że mam daleko w poważaniu, co se kto pomyśli, jak na mnie patrzy. Legginsy dla każdego! Wolność tkanki tłuszczowej! Cellulit w miękkiej bawełnie! Jeżu, najchętniej bym ich wcale nie zdejmowała.

Same głupoty. Ale o czym ma pisać kobita bez życia towarzyskiego i pracy? Może jeszcze o tym, że czasem łapie mnie to uczucie, taki potężny strach, coś jak atak paniki. Że niedługo moje słodkie, egoistyczne życie na własnych zasadach odejdzie w niepamięć. Że już nigdy nie będę mogła robić tylko tego, na co mam ochotę, bo ja i moje „chcę” nie będzie miało większego znaczenia. Pojawi się na świecie mały człowieczek, który odwróci bieguny, zmieni tor życia, zatrzyma pęd i swoim małym istnieniem odmieni nasze. A co będzie, jak pożałuję? Jak się okaże, że to nie jest to, czego pragnęłam? Swój atak paniki i te pytania uciszam jedyną słuszną odpowiedzią: to jest właśnie życie. Nigdy nie jesteś gotowa na to, co przyniesie. Nigdy nie jest odpowiednia pora na wielkie zmiany, ale one nadchodzą, czy tego chcesz czy nie. I adaptujesz się do nich, a potem odkrywasz, że te zmiany to najlepsze, co mogło Cię w życiu spotkać. Teraz też tak będzie, zobaczysz.

Opublikowano Bez kategorii | 5 komentarzy

Notka z poczekalni w przychodni 

Siedzę sobie w poczekalni w przychodni, wyssali mi jedną porcję krwi, wypiłam glukozę i czekam. Pomyślałam, że czas zleci mi szybciej, jeśli czymś się zajmę. A co lepszego niż użalanie się nad sobą na blogusiu?

Przeżywam ostatnio gorsze ciążowe dni. I mimo że cieszę się na powiększenie rodziny, to stan ciąży stał się dla mnie frustrujący. Wszędzie piszą, że powinnam teraz kwitnąć, czuć się świetnie, mieć dużo energii i być w szeroko rozumianej euforii, a ja nie czuję nic z tego. Budzę się rano, widzę na wadze kolejne kilogramy, jest mi przykro, że zamieniam się w wieloryba, że nie potrafię tego zatrzymać, a przecież są kobiety, które przez całą ciążę nabywają tylko wagę dziecka, łożyska i płynu owodniowego. Ja do nich nie należę, tyję równomiernie tyle samo od początku ciąży, popłakuję sobie czasem, bo zupełnie już nie czuję się sobą. Jak patrzę na swoje aktualne zdjęcia robi mi się niedobrze. Poza tym czuję już dolegliwości ciążowe związane z brzuchem, bóle podbrzusza, miednicy, pleców. Gorzej ze spaniem, z chodzeniem. Denerwuje mnie to, że ciągle muszę chodzić do lekarza, robić badania, już mi się to wszystko przykrzy. I nachodzi mnie refleksja, związana z tymi wszystkimi bezwzględnymi zakazami aborcji. Skoro ja dla własnego dziecka, które kocham i będę kochać, czuję, że mocno się poświęcam, że oddałam swoje ciało na 9 miesięcy w wynajem i kompletnie nie mam nad nim władzy i kontroli, że jest to uciążliwe, czasem przykre i trudne, to jak – na wszystkich bogów Olimpu – kobieta po gwałcie może kiedykolwiek chcieć męczyć się tak samo dla dziecka, którego nie chce i nie kocha. Chora akcja, żeby chcieć kogoś zmuszać do takich przeżyć. 

Ciąża trwa, dziecko rośnie, jest bardzo ruchliwe i już mu wszystko jedno, czy stoję, leżę czy idę – rozkopuje się gdzie chce i kiedy chce. Przynajmniej wiem, że tam jest i jak mam poważniejsze załamanie to przypomina mi, po co to wszystko. Dużo fantazjujemy z mężem o tym, jak to będzie. Jak będzie z porodem, z noworodkiem, z całą resztą naszego życia. Są to miłe plany i fantazje, nasza – prawdopodobnie – córka jest niesamowicie wyczekiwana. 

Święta wielkanocne minęły szybko i bezboleśnie, mój mąż pochwalił się kunsztem cukiernika i upiekł dwa doskonałe ciasta, które znikły w 3 dni. Ja tylko posprzatalam dom, co było nie lada wyczynem, bo całość porządków trwała ponad tydzień, jako że to już nie te czasy, kiedy potrafiłam sprzatnąć dokładnie cały dom razem z myciem okien w 14 godzin. Teraz co chwila trzeba usiąść, posiedzieć, coś przekąsić, bo to się w głowie kręci i nogi bolą. Ale plus jest taki, że wygospodarowałam w naszej sypialni kącik na dziecięce łóżeczko. I od tego się wszystko zaczęło. 

Najpierw zamówiłam łóżeczko z materacem, podkłady nieprzemakalne i trzy prześcieradła, do tego przewijak i wanienkę ze stelażem (termin realizacji zamówienia to miesiąc, więc trochę jeszcze poczekam).  Potem przyjanuszowałam w Lidlu pierwszego dnia akcji od samego otwarcia i upolowałam trochę dobrej jakości ciuszków. Moja mama robiła to równolegle w drugim sklepie, ale na nic prośby, żeby nie kupowała dużo różowych ubranek, bo płeć dziecka niepewna, a poza tym nie jestem zbytnio zwolenniczką oznaczania płci dziecka poprzez odpowiednie kolory. Dzięki temu mam połowę ubranek żółtą i szarą, a resztę różową :) Potem mama wpadła w zakupowy szał i zaczęła polować na inne przecenione dziecięce rzeczy, tak więc mam już pokaźną kupkę dziecięcych rzeczy, a do tego siatę sentymentalnych wspomnień sprzed 30 lat w postaci niezłych dziecięcych ubranek, które nosiłam ja i moi bracia. Siata do weryfikacji, ale nie chciałam sprawiać rodzicom przykrości i przyjęłam. W tym miesiącu w kwestii przygotowania do narodzin dziecka udało mi się jeszcze zredagować listę wyprawkową, a kolejnym krokiem będzie odhaczanie tego, co już mam. Dobrze, że zebrałam się w sobie, żeby w ogóle zacząć, bo to było najtrudniejsze. 

Dużo spacerujemy po lesie, oczywiście dużo jak na mnie aktualnie, moje limity spadły do 5-7 km jednorazowo. Pogoda trochę się popsuła, kilka dni ciągle padało, a potem zrobiło się zimno. Ale nawet to mnie nie powstrzymuje i działam, jak mogę i na ile mogę. 

Ciekawe, jak wyjdzie mi ta nieszczęsna glukoza. Chciałabym nie mieć cukrzycy ciążowej, bo jeśli będę ją miała, to do mojej ogromnej ogólnej frustracji dojdzie jeszcze konieczność trzymania ścisłej diety, co może mnie dobić :D na pocieszenie to wszystkie inne wyniki badań i ciśnienie stawiają mnie w opozycji do stereotypowej otyłej w ciąży. Jestem zdrowa jak ryba. 

Pobrali mi drugą strzykawę, a notka skończona. Idę poczytać, co u innych. A tym czasem dziękuję za towarzystwo w tych trudnych chwilach i ściskam Was mocno :*

PS: Są wyniki, jestem absolutnie zdrową otyłą w ciąży, po 2 godzinach od obciążenia cukier 71 :D moja radość nie ma granic, hehe. 

Opublikowano Bez kategorii | 5 komentarzy

spacery, zmiany, sentymenty

Bycie aktywną fizycznie ciężarną to duże wyzwanie. Po pierwsze przychodzi w końcu ten moment, kiedy brzuch rzeczywiście ciąży i człowiek zaczyna bujać się jak pingwin spacerując. Zaczyna się bardziej męczyć, nogi bolą już nie po dziesięciu czy piętnastu kilometrach, a po siedmiu. Po pięciu zaczynają boleć plecy, a od trzeciego czuje się, że brzuch u dołu podlega grawitacji i ciągnie z lekka boleśnie. Po drugie, każde wyjście na spacer to jedna wielka kalkulacja. Czy doniosę. Mocz. W pęcherzu. Do najbliższego punktu z publiczną toaletą. Jak idziemy do lasu, nie ma to większego znaczenia, znajdzie się zawsze jakieś ustronne miejsce w dole wyoranym przez dziki czy za zwalonym drzewem. Gorzej, gdy spaceruje się po mieście. Jak przypili, to człowiek nagle organizuje sobie w głowie mapę miejsc publicznych z ewentualną toaletą, a potem zastanawia się, czy to tak wypada z ulicy wpaść, nic nie kupić i się wysikać. Nie zastanawiam się zwykle długo, bo parcie na pęcherz jest silniejsze niż wszelkie skrupuły.

Pogoda na szczęście rozpieszcza od kiedy skończył mi się karnet na siłkę, więc codziennie robię sobie długi spacer, czy to z mężem, czy sama. Dobrze mi to robi, chociaż jak wracam to jestem tak wykończona, że trochę się martwię, kiedy ja się wezmę za te wiosenne porządki, które sobie obiecałam. Że cały dom na błysk, że wypoleruję wszystko, a fugi podłogi szczotą wyszoruję. Jakoś oddala się ta perspektywa. Mówię sobie, że przecież jeszcze do lata będzie trochę deszczowych wiosennych dni, kiedy nie będzie pogody na spacery, to wtedy się za to wezmę :D

Nie umiem się też kompletnie zmusić do porządnego researchu w sprawach poważniejszych zakupów dla dziecka. Boru, jak mnie się nie chce w ogóle tych zakupów robić. Ze mną jest chyba coś nie tak, bo kompletnie nie czuję tego instynktu do „urządzania”. Wiecie, szykowania choćby kącika dziecięcego. Koleżanki wyszukują gadżety, ozdoby, plakaty do dziecięcych pokoików, przeglądają pod tym kątem internety, a mnie to kompletnie nie jara i nie chce mi się nawet o tym myśleć. Jeno lękam się, że ciągle nie mam wózka, fotelika i łóżeczka, bo te zakupy wydają mi się najbardziej czasochłonne i najważniejsze, bo te takie dziecięce pierdółki mogłabym pewnie zorganizować w jeden dzień. Byliśmy już z mężem w kilku sklepach stacjonarnych, ale mnogość możliwości wyboru oraz ceny kompletnie spoza naszego zakresu finansowego osłabiły początkowy zapał. Najchętniej zwaliłabym na kogoś odpowiedzialność za zakup wózka, żeby był tylko w miarę dobry, nie za drogi i uniseks. Nie ma tak łatwo.

Parę dni temu przeżyliśmy z mężem wspaniałe doświadczenie pierwszego wspólnego USG. Było fantastycznie. Poszliśmy do innego lekarza, do przychodni, gdzie mają nowoczesny sprzęt i pooglądaliśmy nasze dziecko od góry do dołu. Mąż był oczarowany i przerażony jednocześnie, za każdym razem, jak lekarz coś mierzył i opowiadał, ten bał się, że usłyszy, że coś nie tak. Ale wszystko w super porządku. Dziecko nadal jest prawdopodobnie dziewczynką, nadal płeć do potwierdzenia, bo nie chciała nam się córeczka ustawić tak, żeby rozwiać wszelkie wątpliwości. Ale za to zsikała się na wizji :D Nie wiedziałam, że takie rzeczy w ogóle widać, a tu proszę. Widzieliśmy też kawałek jej buźki. Z dzieckiem wszystko super, ze mną też, jak na razie moja budowa wewnętrzna w kwestii ciąży jest wręcz wzorcowa. Oby tak dalej.

Po wyjściu z badania poszliśmy na lody, a ja zauważyłam, że do męża dopiero dotarło, że to tak serio-serio, że dziecko naprawdę się urodzi za parę miesięcy, że będziemy rodzicami. I powiedział, że skoro tak ładnie nam idzie [mając na myśli zdrową ciążę] od razu zróbmy sobie całą piątkę, bo to cudownie musi być mieć piątkę dzieci :D Wzruszające to było bardzo, widzieć go takiego szczęśliwego i zaangażowanego.

Brzuchol mam już ogromny, coraz większy każdego dnia. Rozpoczął się etap intensywnego rozrostu. A dzieciak w środku jest bardzo aktywny i ruchliwy. Jego kopniaki i uderzenia widoczne są już gołym okiem na zewnątrz, robi tam taką imprezę, że nieraz cały brzuch skacze. Małe waży już prawie pół kilo, a rano lubi zwinąć się w kłębek tyłkiem na zewnątrz po lewej stronie brzucha. Lubię budzić ją głaskaniem, po niedługiej chwili się rozciąga i układa poprzecznie.

Matka dalej jest matką. Czasem mam wrażenie, że mnie wspiera, a czasem, że jedynym jej celem życia jest krytykowanie mnie i moich wyborów. W ostatnim czasie nie podobały jej się już moje nowe włosy, moje brwi, moja koszula, moja opinia o moim lekarzu, moje oczekiwania co do opieki szpitalnej, a ostatnio – najostrzejsza szpila – imię mojej córki. Że dziwne, że ona nikogo o tym imieniu nie zna, że do kogo się dziecko będzie porównywało, że krzywdę dziecku zrobię… No cóż, jakby znała mnie choć trochę to wiedziałaby, że takim gadaniem tylko utwierdza mnie w wyborze. Czemu mam wrażenie, że mojemu starszemu bratu nigdy nie ośmieliłaby się robić takich uwag, tylko z zachwytem wykrzykiwałaby imię wnuczki, że takie piękne? Ale ja to ja, to gorsze dziecko, można mu podokuczać. Różnica jednak między dawniejszą mną a teraźniejszą jest taka, że mówię matce głośno, że wygaduje głupoty i że nie będę tego słuchać, bo jest śmieszna. Jako kobieta spodziewająca się potomstwa zaczynam dostrzegać, że moje czucie się nikim wyniosłam prosto z domu i prosto od mamy, która potrafi nawet z imienia zrobić powód do wstydu czy niepewności. Nie można nie mieć zaburzonego obrazu siebie wychowując się w otoczeniu takiej osoby, która krytykuje absolutnie wszystko. Obiecuję Ci, córeczko, że będę lepszą matką niż moja matka. Pewnie niewiele lepszą, ale spróbuję wychować Cię na pewną siebie, silną kobietę. Spróbuję dać Ci oparcie, jakiego ja nigdy nie miałam.

Po pamiętnym badaniu USG siedzieliśmy z mężem na zalanej zachodzącym słońcem ławce deptaku, jedząc pierwsze lody z maszyny tego sezonu i zrobiło się jak w filmie. Bo mąż powiedział, że nie może uwierzyć, ile lat już jesteśmy razem, jak wiele przeszliśmy i jak daleko zaszliśmy w naszym wspólnym życiu. Że gdyby tak spotkać starych znajomych, to nikt by nie uwierzył, że dzisiaj jesteśmy małżeństwem i spodziewamy się dziecka. Tak wiele się zmieniło od mojego pierwszego wyjazdu na Podkarpacie do chłopaka z internetu :) Tak bardzo się zmieniliśmy. Nie mam już za wiele wspólnego z dziewczyną ze zdjęcia na jednym z bieszczadzkich szczytów, a mój mąż z tym pucołowatym chłopakiem. Po prawie 10 latach od tamtego momentu, czuję, że ewolucja poszła w dobrą stronę. Mamy się dobrze, mamy siebie.

Opublikowano Bez kategorii | 8 komentarzy

it’s a girl!

Wiosna od czasu do czasu pokazuje rumiany policzek poprzez słoneczne ciepłe przedpołudnia, kiedy ćwierkają ptaszki, a gołębie wygrzewają się na trawie jak kokoszki, gdzieniegdzie spółkując parami bezgłośnie i spokojnie. Na krzewach nieśmiało rozwijają się pierwsze listki, a trawa świeżo zielenieje. Łyse drzewo zza okna zdaje się mieć już jakieś pączki, tylko czekam aż gałęzie zaczną machać mi na wietrze nowym życiem. Słońce wprawdzie częściej jest za chmurami, a wiatr jeszcze zimny, ale to już. Już prawie. Czuję, że to kwestia dwóch-trzech tygodni, kiedy będzie można wyjść na dwór bez kurtki.

Nie lubię pisać, kiedy się czegoś boję i na coś oczekuję z niepokojem. Dlatego nie odzywam się do nikogo, nie piszę na blogu, nie odpisuję na maile, kiedy zbliżam się np. do wizyty kontrolnej. Teraz czekałam na badanie połówkowe, oczywiście w pełnym przerażeniu jak zawsze. Może trochę innym, bo już od dłuższego czasu czuję w moim brzuchu całkiem żwawe życie, ale istnieje ciągle ten niepokój, że USG pokaże coś strasznego. Mąż miał ze mną wejść, ale pech chciał, że lekarz się spóźnił, a Niedźwiadek musiał wracać do pracy. Czas oczekiwania w kolejce umilały mi przezabawne pacjentki, z którymi śmiałam się głośno i gadałam wesoło i nawet pomyślałam sobie, że ta pani w wieku mojej mamy byłaby dla mnie świetną koleżanką. Przez myśl przemknęło mi zaproponowanie jakiejś wymiany kontaktów, ale poczucie niestosowności propozycji wzięło górę.

Badanie przebiegło sprawnie, lekarz nie widzi nieprawidłowości, dziecię rozwija się idealnie zgodnie z wiekiem ciąży. Moje parametry zdrowotne też w normie. No i prawdopodobnie będziemy mieć córeczkę. Płeć jeszcze do potwierdzenia, niespodzianki się wszak zdarzają, ale na razie przyjmujemy, że dzidziok w moim brzuchu to dziewczynka. Nie mogłam nie podzielić się tą informacją niemal z całym światem, wszyscy bliscy bardzo się cieszą, mój ojciec przede wszystkim, bo ja byłam córeczką tatusia, a teraz będzie jeszcze wnusia dziadziusia. Czego jej życzę, bo ojca mam naprawdę fajnego i myślę, że dziadkiem będzie jeszcze lepszym. Z Niedźwiadkiem planujemy i przewidujemy z coraz większym zaangażowaniem, bo nadaliśmy córce imię i stała się dla nas pełnoprawną osobą z własną tożsamością, szczególnie, że jest już fizycznie namacalna zarówno dla mnie, jak i męża, który często łapie się na jej kopniaki i nasłuchuje ruchów w brzuchu. Zapisałam nas też na jeszcze jedno USG, tym razem wybierzemy się wspólnie i pooglądamy dzidzioka razem, może upewnimy się na sto procent co do płci. Nasza dziewczynka ostro kotłuje się w brzuchu, coraz silniej i wyraźniej, czasem ustawi się tak, że wiem, że prawdopodobnie to twarde, co czuję pod dłonią to jej plecy albo pupa. Zrzuca mi kota z brzucha, jak ten za długo leży w niewygodnej dla niej pozycji. I mimo że czasem te kopniaki i rozpychanki bywają już lekko nieprzyjemne, to lubię czuć te ruchy. Uspokajają mnie.

Ostatnio zrobiłam się podejrzanie wylewna, chyba brakuje mi kontaktów z ludźmi. Na siłowni zagadała mnie pani, którą widuję regularnie, że chyba codziennie przychodzę. Odpowiedziałam, że owszem, ale że raczej już niedługo, bo już powoli nie daję rady. Zapytała dlaczego. I wtedy mi się zaczęło chcieć śmiać, bo bęben już mam spory, ale w sumie jestem też gruba, to może ktoś mógł nie skojarzyć, że to nie taki zwykły brzuch. Więc się roześmiałam i mówię, że jestem w piątym miesiącu ciąży i już powoli robi mi się za ciężko na taki wysiłek każdego dnia. Bardzo się zdziwiła, że ja w ogóle na tę siłownię chodzę w ciąży, gratulowała mi i mówiła, żeby się teraz wagą nie przejmować, bo to nie czas. Jakoś po tej rozmowie głupio mi się zrobiło, bo to do mnie bardzo niepodobne tak się dzielić z obcymi swoim życiem, ale potem sobie pomyślałam, że tak robią normalni ludzie, a ja po prostu jestem zryta. Tak samo po wizycie u gina wyszłam do tych fajnych babeczek do poczekalni i mnie pytały, jak tam, czy wszystko w porządku i też nie mogłam się powstrzymać, żeby im nie powiedzieć, że będę miała córkę. Taka wylewność to naprawdę nie w moim stylu, a jednak mi się ulewa.

Urodziny bratanicy się udały, całkiem fajne rodzinne spotkanie, a mój pierwszy kontakt z małym dzieckiem był bardzo nieśmiały i pełen obaw. Wzięłam małą na ręce tylko raz, co mnie zaskoczyło to to, jaka gładka i miękka jest dziecięca skóra. Teściowie brata wywróżyli mi syna, bo podobno wypiękniałam w ciąży [ach, te ciążowe zabobony…]. Generalnie czuję, że będę dla bratanicy taką daleką ciotką, co to się jej prawie nie zna, ale gdzieś tam istnieje. Mojej wizyty na swoich pierwszych urodzinach nie będzie nawet pamiętać. Za to kompletnie rozłożył mnie na łopatki widok mojego męża z małą dziewczynką na rękach, aż miałam łzy w oczach. Rola ojca u niego to +100 do seksowności :D

Świeże wiadomości z pracy, które uzyskałam podczas ostatniego dostarczania zwolnienia, nie napawają optymizmem. Kierownik złożył wypowiedzenie, regionalny odchodzi, tak więc jak wrócę z macierzyńskiego nie będzie komu wstawić się za moim przedłużeniem umowy. Najprawdopodobniej nie mam do czego wracać. Ale na razie nie chcę o tym myśleć i się przejmować. Jakieś plany zapasowe mamy już naszykowane, więc co by nie było, to jakoś to zawsze będzie. Na razie skupiam się na rodzinie i sobie. Zaczynamy rozglądanie się za wózkiem, łóżeczkiem, wanienką i przewijakiem.

Niestety robię się coraz większa, cięższa i ociężała. Szybciej się męczę, mam zawroty głowy, zdarza mi się osłabnąć, jak za długo nic nie zjem. Od wczoraj też już zaczynam czuć plecy, co do tej pory mi się nie zdarzało. Nie da się ukryć, że podążam już w kierunku, gdzie trzeba jednak zwolnić. A ja sobie tak do końca zwalniać nie pozwalałam do tej pory, bo ciągle mam poczucie, że marnuję czas. Ale jak ja sobie nie pozwolę, to ciało mnie zmusi, czasem się po prostu nie da pokonać słabości. Trudno mi uwierzyć, że nie daję rady już spędzać 6 godzin na nogach bez przerwy, że muszę dużo odpoczywać, siadać, poleżeć. Bo jak nie, to ból i zawroty głowy. Duża zmiana w bardzo aktywnym fizycznie życiu. Od poniedziałku zaczynam ostatni tydzień na siłowni, potem przerzucam się na spacerki, może spróbuję jeszcze wspinaczki po schodach, ale mam raczej słabe przeczucie co do własnych możliwości w tak intensywnym treningu. Pogorszył mi się też wzrok, czuję to wyraźnie, ale może po porodzie wróci do normy.

Czekam na rozpoczęcie sezonu grillowego, kiedy to wcielę się w rolę leniwej królowej, rozsiądę się na działkowym leżaku i pozwolę się obsługiwać :D Będzie cudownie!

Opublikowano Bez kategorii | 4 komentarze