coraz bliżej do wiosny

Na pewno jest mi lepiej psychicznie. Dużo lepiej od ostatniej notki. Myślę, że wiele pomaga mi zupełnie przypadkowo stworzone kółko wsparcia ciężarnych, które utworzyło się między mną, Asią i moją dobrą koleżanką z dawnej pracy w banku. Napisała do mnie na fejsie, okazało się, że jest w ósmym tygodniu ciąży i jest dokładnie tak samo przerażona i zagubiona, jak ja byłam w tamtym czasie. I wiedziała o ciąży i tym całym zamieszaniu dokładnie tak samo niewiele, jak ja wtedy. Obecność kobiet w podobnej sytuacji znaczy naprawdę wiele w takim czasie niepewności i niepokoju, ktoś jest dla mnie wsparciem, a ja mogę być wsparciem dla kogoś. I widząc tę moją drogą koleżankę, jak się czasem boi i martwi, sama zyskuję mnóstwo mocy przybywając do niej z pozytywną, wirtualną odsieczą. A do mnie z odsieczą przybywa Asia. I tak się ten krąg zamyka. Dobrze, że mamy z kim pogadać.

Z dobrych wieści, wyniki badań prenatalnych mamy doskonałe, zarówno USG, jak i PAPPA (do którego to testu zmusiłam swojego lekarza, pomimo jego niechęci) wskazują na bardzo nikłe prawdopodobieństwo trisomni, co znacznie poprawiło moje nastawienie psychiczne. Oczywiście nadal schizuję się tym, że nie czuję ruchów swojego dziecka i tak naprawdę nie wiadomo, jak ono się tam ostatecznie ma, ale pocieszam się, że na ruchy jest jeszcze za wcześnie, a ja niepotrzebnie wkręcam sobie złe myśli, bo na bank wszystko jest dobrze. Bo czemu miałoby nie być, skoro jestem zdrowa jak ryba. Trochę gruba, ale jednak zdrowa :) Na razie nie tyję ultra szybko. Przybieram oczywiście na wadze, ale dzieje się to wolniej niż się obawiałam, że będzie. Mimo, że jem sporo i wcale nie dietetycznie, zaspokajam swoje nawet niezdrowe smaki na bieżąco. Pewnie tyłabym szybciej, gdybym nie spalała podczas codziennych treningów około tysiaka kcal, ale między innymi po to ćwiczę, żeby móc sobie jeść i nie robić sobie aż takich wyrzutów, jakie robiłabym, gdybym była nieaktywna.

Brzuszysko rośnie. Dzisiaj po wnikliwych obserwacjach oszacowałam, że za tydzień, góra dwa, moje spodnie się już nie zapną, nawet na siłę. Powzięłam więc kroki i zamówiłam sobie ciążowe jeansy. Oprócz tego jeszcze zamówiłam poduchę dla ciężarnych i karmiących w kształcie litery U, jako że spanie zaczyna być powoli wyzwaniem, bo moja ulubiona pozycja „na brzuchu” robi się niemożliwa do wykonania. Ogólnie coraz gorzej śpię, a podczas którejś nocnej brutalnej zmiany pozycji [gwałtownego przerzucenia się z boku na bok] poczułam, jakby w moim brzuchu ktoś fiknął koziołka razem ze mną. Nie wiem, czy to to, czy nie to, ale podekscytowałam się bardzo. Tak więc ciąża rozkręca się pełną gębą.

Pełną gębą rozkręca się również moje przeziębienie, które rozpoczęło się od niewinnego pobolewania gardła. Gardło bolało dwa dni, teraz rozpoczął się katar, który nie pozwala oddychać i ból głowy taki, że ciężko go przetrwać. Ale dzielnie się trzymam. Dopóki nie gorączkuję, nie będę się fatygować do lekarza. Zresztą mam wrażenie, że choróbsko samo przejdzie bez jakichś specjalnych środków. Mąż mnie skrzyczał, że mimo złego samopoczucia poszłam na siłownię, ale co ja zrobię, że siłownia poprawia mi samopoczucie nawet w chorobie? ;)

Zrobiłam sobie dzisiaj maseczki na twarz, maseczkę na włosy. Zdepilowałam wąsa. Tak, jestem gotowa na Walentynki :D I jak przystało na „zamożną” klasę średnią udamy się z mężem na odświętny posiłek. W KFC :D Restauracja została wybrana ze względu na dietetyczne ograniczenia mojego męża, który aktualnie znowu jest na tłuszczówce, a tam może zjeść posiłek, który jako tako wpisuje się w założenia tej diety. A ja mogę se zjeść cokolwiek i będę zadowolona, szczególnie, jeśli całość zostanie podsumowana lodami. Albo mlecznym szejkiem. Albo jednym i drugim, czego nie wykluczam.

Tak więc jest lepiej. Szczęśliwiej. I mimo śniegów za oknem i mrozów szczypiących w nos, z każdym dniem coraz bliżej do wiosny.

Opublikowano Bez kategorii | 5 komentarzy

Ciążowe osamotnienie w sezonie grypowym

Brakuje mi rodziny. Nie widziałam ich na dłużej niż 5 minut chyba z dwa tygodnie i ciągle dzieje się coś, co uniemożliwia mi wizyty. Mimo, że matka mnie często drażni, to bardzo potrzebuję bliskich, bo teraz w ciąży czuję się samotna i wyobcowana totalnie. Miałam odwiedzić ich wczoraj, ale oczywiście drogi były tak oblodzone, że niebezpiecznie było wsiadać do auta, bo samochody wypadały z zakrętów i kolizja za kolizją… Wcześniej chorowali na grypę, więc musiałam ich unikać, dzisiaj znowu dzwoniłam do mamy i teraz choruje już cały dom, łącznie z Młodym i Dziadkiem, więc znowu nie zobaczymy się kolejny tydzień. Bardzo mi z tym źle. Ciężko mi potwornie. Pocieszeniem jest dla mnie Asia, która odezwała się do mnie na instagramie i bardzo podnosi mnie na duchu swoim doświadczeniem i dobrym słowem. No i wyszukiwanie czegoś dobrego do zjedzenia i jedzenie też poprawia mi humor ;) 

Moi czytelnicy, jeśli macie ochotę pogadać, to ja bardzo chętnie, tylko zostawcie na siebie jakieś namiary, żebym wiedziała, dokąd uderzać. 

Waga zaczęła szybciej rosnąć. Brzuch puchnie i ja puchnę. Chyba naprawdę weszłam już w ten drugi trymestr, mniej sikam, spanie się unormowało, zasypiam o porach odpowiednich dla osób dorosłych wreszcie, a nie między 18.00 a 20.00. Lepiej się czuję i mam trochę więcej energii. Znowu wszystko mi smakuje, łącznie z kawą z cukrem, od której miałam ostre odrzucenie od samego początku ciąży. To na plus. Na minus jest moja cera, moje włosy, które wyglądają źle, ale nie widzę sensu w pójściu do fryzjera przed wiosną, bo ani nie bywam nigdzie, ani bez czapki nie chodzę. Mogę wyglądać jak pryszczaty bej. No i samopoczucie psychiczne na minus, ale sama nie wiem czy to ciąża, czy po prostu parszywa zima, której mam już dość. Jestem więźniem w domu, dobrze, że chociaż siłka jest, moja jedyna ostoja. 

Czytam czasem jakieś podręczniki o ciąży, czasem jakieś artykuły w sieci i wyję za każdym razem, jak czytam, że teraz potrzebuję największego wsparcia bliskich, zrozumienia i pomocy. Bo ja kompletnie nie mam bliskich, nie mam wsparcia. Jestem sama jak palec. To przerażające być samemu w pierwszej ciąży, naprawdę przerażające. Mam męża, robi co może, ale to nie wystarcza mi w tym momencie. Ten czas powinien wyglądać zupełnie inaczej. Takie przynajmniej mam odczucia. Czuję się czasem jak jakaś samotna, nastoletnia matka, bez pojęcia o tym, co z nią będzie. Echh… Dobra, nie narzekam już. Wybaczcie. 

Znowu spadł śnieg, dużo śniegu. Aby do wiosny. 

Opublikowano Bez kategorii | 4 komentarzy

Ciążowa desperacja

Dzień zapowiadał się świetnie. Od wczorajszego kontrolnego usg miałam świetny humor, bo przezierność w normie, Kosmitek ma śliczny, wyraźny kręgosłupek i trochę strasznie wygląda z profilu, bo usg pokazuje, jakby w pełni ukształtowana szczęka świeciła się na biało :D oprócz tego fiknął koziołka, bo znajduje się w dokładnie odwrotnej pozycji w stosunku do ostatnich zdjęć. W każdym razie póki co oboje wyglądamy na zdrowych. Byłam też zadowolona, bo postawiłam na swoim względem mojego lekarza, który jeszcze mocniej próbował mnie naciskać na różne rzeczy, trochę straszyć, ale rzeczowo i stanowczo mu przedstawiłam swoje stanowisko i kompletnie nie dałam się zmanipulować ani sprowokować. Ale też skłamałabym, jakbym napisała, że to nie dlatego, że ćwiczyłam sobie tę rozmowę w głowie przez ostatnie 1,5 tygodnia. Im więcej ideologii w pracy, tym bardziej nieprofesjonalnie i niegodnie zaufania prezentuje się taki specjalista. Poza tym poczułam się już drugi raz potraktowana jak taka bezrozumna istota, która przecież i tak nic nie zrozumie z tego, co szanowny Pan doktor ma do powiedzenia. No przykre to. W każdym razie test pappa zrobiłam sobie dzisiaj rano, na wynik będę czekać dwa tygodnie. Trzymajcie kciuki, żeby był dobry :) 

Miałam wrażenie, że weszłam wreszcie w ten magiczny moment, o którym piszą w internetach, że rozpoczyna się w drugim trymestrze, gdzie pojawia się świetny nastrój, wracają siły, nabiera się wiary w to, że wszystko pójdzie dobrze, a pęcherz przestaje być ciągle pełny po brzegi (dzisiaj w nocy wstawałam tylko 3 razy, dzięki czemu wyspałam się perfekcyjnie). Bo rzeczywiście spłynął na mnie spokój i jakby radość. Do czasu, aż nie zaczęłam czytać książki o ciąży i porodzie. Niech doświadczone matki mi powiedzą, czy mogę wydać na świat dziecko i kompletnie nie mieć świadomości, jak to przebiega? Pójść na spontan? Bo ja od samego czytania mam mdłości i ogarnia mnie przerażenie. A co mówić o zagłębieniu się w temat i nauce… Moje marzenie to narkoza i przebudzenie po fakcie. Nic nie wiedzieć, nic nie czuć. Super by było, ale to się raczej nie zdarza, więc czeka mnie piekło, co kompletnie popsuło mi humor. Dziękuję bardzo, nie chcę wiedzieć nic więcej! 

Moja ciąża póki co przebiega super w porównaniu do tego, co opowiadały mi koleżanki. Mdłości szybko ustąpiły i nie dokuczają mi już wcale, nie przytyłam w pierwszym trymestrze więcej niż zakłada zdrowy przebieg ciąży, a nawet mniej niż się spodziewałam. Nie przejadam się i nie czuję wilczego apetytu, raczej smaczki od czasu do czasu na trochę mniej oczywiste niż zwykle rzeczy. Ale i też wcale sobie nie żałuję. Liczę na to, że częste sikanie też już się skończyło, chociaż to pierwsza noc, kiedy zauważyłam spadek częstotliwości. Weszłam gładko w drugi trymestr,  bo Kosmitek nadrobił zaległości i prawie zrównał się wiekiem z długości ciałka z wiekiem z ostatniej miesiączki. Tak więc najniebezpieczniejszy czas za nami. 

Nadal nie mam z kim pogadać. Matka, choć próbuje, nie zdaje egzaminu na bycie przyjaciółką, bo niby słucha, ale tak naprawdę ma gdzieś, co do niej mówię, co więcej zawsze podejrzewa mnie o wszystko, co najgorsze. Sis nie była nigdy w ciąży, więc mam świadomość, że ma głęboko w dupie takie tematy i wcale nie chce o tym gadać, poza tym sama przeżywa małą rewolucję w życiu. Z nadzieją czekam na odnowienie kontaktu z moim internetowym znajomym, który może wniesie trochę świeżości w moją codzienność i da mi poczucie, że chociaż minimalnie interesuje go to, co u mnie. Fantazjuję czasem o spotkaniu z jakąś fajną młodą mamą, kiedy już moje dziecko się urodzi, że się poznamy na spacerku i magicznie będziemy nadawać na tych samych falach a ja nie będę zwyczajowo chorobliwie nieufna i wpuszczę ją do swojego świata, bo będzie godna zaufania. Czuję autentyczne zażenowanie własnymi wynurzeniami i problemami społecznymi :D 

Na koniec napiszę, że miło mi się dzisiaj budziło, bo całą noc padał deszcz, więc w myślach miałam już wiosnę. Rzeczywistość brutalnie mnie spoliczkowała, kiedy musiałam spacerować po lodowisku i modlić się o to, żeby nie upaść. Tragedia. 

Na koniec jeszcze pytanie do wszystkich. Znacie jakieś fajne miejsca w internecie, jakieś grupy na fejsie, fora, gdzie można fajnie pogadać i poczuć namiastkę życia towarzyskiego? Tak, jestem zdesperowana. 

Opublikowano Bez kategorii | 10 komentarzy

brak profesjonalizmu wśród lekarzy

Jestem zdrowa, a Kosmitek mniejszy niż na to wskazuje data ostatniej miesiączki. Ostatnia kontrola u mojego lekarza była dla mnie dość nieprzyjemnym doświadczeniem. Poinformowałam go, że zamierzam zrobić badania prenatalne PAPPA, a on mnie zapytał DLACZEGO. Bardzo mnie to zaskoczyło, bo wydawało mi się zupełnie naturalne, że kobiety chcą i wykonują to badanie, wykonują też inne, droższe badania, bo po prostu chcą wiedzieć. Dla siebie. A potem już potoczyła się rozmowa, podczas której poczułam się jak morderczyni, kilkukrotnie zadano mi pytanie, czy zamierzam TERMINOWAĆ CIĄŻĘ, USUNĄĆ CIĄŻĘ jeśli coś pójdzie nie tak, a potem zastosowano wobec mnie szereg manipulacji mających odwieść mnie od zamiaru przeprowadzania badań prenatalnych. Bardzo zawiodłam się na swoim lekarzu. Wierzę, że każdy może mieć swoje poglądy, ale uważam, że absolutnie nikt nie ma prawa przenosić ich na innych i wmuszać w nich swojej moralności. Poczułam się bardzo źle z tą rozmową, bo wydawało mi się, że chęć badania się, sprawdzania dowodzi raczej dojrzałości i odpowiedzialności, a okazuje się, że dla niektórych szukam powodów do przerwania ciąży i jestem potencjalną dzieciobójczynią. Uważam, że to bardzo nie fair wykorzystywać swoją pozycję lekarza wobec kobiety w ciąży, która z zasady jest słaba, targana emocjami, powodowana strachem. Bardzo to wszystko było nieprofesjonalne, przez myśl przeszła mi nawet zmiana lekarza, ale wiem, że to najlepszy ginekolog-położnik w mieście, więc przymknę oko na jego obrzydliwe zachowanie z ostatniej wizyty, wykonam wszystkie badania, jakie sobie wymarzę na własną rękę, a jemu pozwolę poprowadzić swoją ciążę do końca.

Wierzę, że Kosmitek ma się dobrze, oby badania również to potwierdziły. Na dniach idę na test PAPPA oraz na badanie przezierności karkowej. Mocno się denerwuję, ale że jeszcze muszę poczekać parę dni, to staram się odwracać swoją uwagę od tego, co może być.

Najświeższe zdjęcie USG dowodzi, że Kosmitek jest już zupełnie człekokształtny. Nie wiem czy to możliwe, żeby płód szyderczo się uśmiechał, ale mój się tak właśnie uśmiecha. Wygląda też, jakby miał fikuśnego loczka nad czołem. Zresztą sami zobaczcie.

Za oknem roztopy, temperatura minimalnie na plusie, marzy mi się, żeby śnieg całkowicie zginął, mogłabym wtedy bezpiecznie chodzić na spacery. Cierpię na brak pokrewnej kobiecej duszy w moim życiu. Nie sądziłam, że kiedyś to poczuję.

Opublikowano Bez kategorii | 5 komentarzy

Za dużo siedzę w domu 

Bardzo piękna zima rozhulała się nam w styczniu. To była chyba sobota, kiedy śnieg sypał już któryś dzień z kolei, drzewa oblepione, cały świat biały, a pomimo mocno ujemnych temperatur serce gorące. Tego dnia świat szeroko się do mnie uśmiechał za pomocą śnieżnych balwanów, które spotykałam co 100 metrów w drodze na siłownię. Trzy z nich – najbardziej fantazyjne moim zdaniem – ulepili okoliczni sprzedawcy papierosów z przemytu, którzy na co dzień budzą we mnie nieco mniej pozytywnych emocji. Ale tego dnia wydali mi się – choć jak zwykle nietrzeźwymi i głośnymi – to jednak dobrymi duchami. Kawałek szłam z nie mającą więcej niż 17 lat dziewczyną, która zrobiła mi dzień i totalnie rozkleiła swoim dialogiem z psem. Raczej monologiem, ale przysięgam, że niemal słyszałam w głowie jego odpowiedzi. Nigdy nie widziałam nikogo tak szczęśliwego z posiadania psiego przyjaciela, jak ona. Może ruszyło mnie to tak dlatego, że ja też gadam ze zwierzętami. A potem mijałam górki saneczkowe, pełne dzieci z rodzicami, ojców, którzy pomagają swoim małym córeczkom toczyć jeszcze większe kule na bałwana giganta. Dzień wcześniej z okna widziałam, jak pod blokiem grupka nastolatek po lekcjach rzuciła plecaki na ławkę i prowadziła regularną wojnę na śnieżki. Pomyślałam sobie wtedy, że wcale nie jest tak źle z tym naszym światem pełnym komputerów i wirtualnych rzeczywistości. Ta rzeczywista rzeczywistość ma się dobrze, naprawdę dobrze. Pośród tych nastolatek, dzieci na górce saneczkowej nikt nie bawił się telefonem. Wystarczy trochę śniegu i bliskich ludzi dookoła. Tego nie przebije nawet demonizowany przez specjalistów  internet. 

Zima nie sprzyja kobietom w ciąży. Ciężko jest wlec się na dalsze dystansy po nieodśnieżonych i niejednokrotnie bardzo śliskich powierzchniach. Ale chodzę powoli, ostrożnie, tak wolno, że gdybym nie była w ciąży to prędzej by mnie szlag trafił niż dałabym radę w takim tempie kiedykolwiek się poruszać. Ale staram się na siebie uważać, a jednocześnie wychodzić z domu, chociażby na tę siłownię. 

Każdy mój dzień wygląda aktualnie tak samo. Budzę się rano, jem śniadanie, idę na siłownię, wracając robię drobne zakupy, wracam do domu, sprzątam, biorę prysznic i resztę dnia spędzam na kanapie zwykle na jednym, dość bezproduktywnym zajęciu, czyli oglądaniu seriali. I jedzeniu. I piciu. A potem idę spać i budzę się dosłownie co godzinę na sikanie, przez co mimo długiego czasu w łóżku spędzonego, budzę się wcale nienajlepiej wyspana. I tak to się kręci. A jedynymi ważnymi punktami w harmonogramie są dni, kiedy idę do lekarza albo na badania. 

Brzuch mi rośnie. Dzisiaj poczułam, że zapięte na guzik dżinsy uciskają mnie nieprzyjemnie i chyba trzeba będzie zacząć niebawem korzystać z metody na gumkę do włosów, bo nie zamierzam kupować nowej garderoby na te parę miesięcy i resztkę zimy. Na wiosnę pomyślę, ale zimę zamierzam przebiedować w tych samych spodniach. 

Pierwszy raz również użyto wobec mnie  absolutnie obrzydliwego argumentu w dyskusji , że wygaduję głupoty przez hormony. I zrobiła to kobieta. Moja matka. Tym to mnie dopiero rozjuszyła tak, że nasza różnica poglądów to przy tym pikuś. Wstyd mi czasem, że kobieta kobiecie umie powiedzieć coś takiego. Jak można nie widzieć w takim stwierdzeniu nic złego? Może muszę moją matkę oświecić światłem feminizmu, może ona po prostu nie wie? 

Po nocach śnią mi się bardzo realistyczne sny, w których występują ludzie, których ostatni raz znałam jako dzieci. A w tych snach są dorośli, ja wiem, że to oni, a oni wiedzą, że to ja. I jest to bardzo niezwykłe przeżycie, mieć tyłu znajomych. Co z tego, że w snach i co z tego, że dzisiaj na ulicy nie wiedzielibyśmy nawet o czym ze sobą rozmawiać. Tyle spalonych mostów i tylu zapomnianych ludzi. Za dużo siedzę w domu. 

Mam nadzieję, że wiosna przyjdzie szybko i wyrwie mnie z tej smutnej rutyny. 

Opublikowano Bez kategorii | 2 komentarzy

Grubas w ciąży 

Prawie całkowicie skończyły mi się mdłości. Chyba miałam dużo szczęścia, bo nie wymiowałam ani razu. Za 2 dni wchodzę w 10 tydzień i tak się zaczęłam zastanawiać, czy mam już jakiś brzuch. Zrobiłam internetowy research i wychodzi na to, że gdybym była normalną, szczupłą kobietą, to całkiem możliwe, że miałabym całkiem pokaźny ciążowy brzuch. Ale że jestem bulwą z dużą nadwagą, to mój brzuch ukryty jest pod zwykłym tłuszczowym brzuchem, więc sama nie wiem tak naprawdę, jaki jest jeśli jest. Obserwuję się uważnie w lustrze, widzę, że mam duży bęben, większy niż był, ale z drugiej strony również przytyłam, więc wiecie. Mąż mówi, że ciążowy brzuch zdecydowanie już jest i to całkiem widoczny. Dziwnie mnie to ekscytuje i cieszy, bo to dowód na to, że życie we mnie się rozwija. 

Generalnie mam problem ze swoim ciążowym ciałem, trudno mi je kochać i akceptować. Nigdy nie kochałam swojego ciała, ale teraz proces jest jeszcze bardziej utrudniony. Nie pomaga też mąż, który czasem jakby zapomina, że nie ćwiczę tyle co wcześniej, bo tak jest bezpieczniej i że pozwalam sobie na nieco inny sposób odżywiania nie bez powodu. Raz trochę mi dowalił, zabolało tak, że przepłakałam cały wieczór, ale ostatecznie próbujemy znaleźć w tym wszystkim złoty środek. Choruję na otyłość, znam swojego wroga, ale próbuję się też w jakiś tam sposób cieszyć aktualnym etapem mojego życia. Ciągłe myślenie o moim tyciu i przyjętych kaloriach bardzo mnie dołuje, jak dodać do tego ogólne skłonności do depresji i mój dość depresyjny pierwszy trymestr to mieszanka może być słaba. Ciężko być grubasem w ciąży. 

Oczywiście nadal chodzę na siłkę, codziennie po godzinie, z wyłączeniem niedziel i świąt. Ale mimo tego waga rośnie i proces jest raczej nie do powstrzymania. Mam nadzieję, że Kosmitek w moim brzuchu ma się dobrze, żyje i jest zdrów. Zdecydowaliśmy z mężem, że zrobimy badanie prenatalne PAPP-A, dla spokoju ducha, ale poczekam jeszcze z tydzień czy dwa, może zrobię je gdzieś w okolicach usg na 12 tydzień. 

Ostatnio obchodziliśmy 2 rocznicę ślubu i 9 lat znajomości. Kupa czasu. To fascynujące, że mimo upływu lat nasza relacja nie pogarsza się, a wręcz polepsza. Znamy się coraz lepiej, kochamy coraz mocniej. Wciąż nie mogę sobie wyobrazić spędzania życia z nikim innym niż mój mąż. Nasze małżeństwo będzie teraz w zupełnie nowym miejscu. Jest ciąża, związane z nią obawy i lęki, a potem najprawdopodobniej będzie dziecko, które wywróci nasz świat do góry nogami. Szczerze mówiąc czekam na to z ogromną ciekawością. 

Mój kocur non stop przytula mi się do brzucha. Zastanawiam się, czy on już może coś czuje, a może coś słyszy. Za oknem zamieć śnieżna. Już powoli mam dość zimy, szczególnie po przeziębieniu, z którego wychodziłam ponad tydzień. Czuję się ostatnio osamotniona, bo niezbyt mam z kim pogadać, niewielu znajomych też odzywa się do mnie. Z drugiej strony mam trochę dość Matki, która dzwoniła ostatnio codziennie i za bardzo wtrącała się w moje życie. Ale chyba zrozumiała błąd, bo ja przestałam się do niej odzywać i trochę zluzowała. 

Czas się zbierać na siłkę, potem szybkie porządki, żeby spędzić resztę dnia na kanapie objadając się jabłkami. Nie mówiłam chyba, że mam ostrą fazę na owoce? 

Opublikowano Bez kategorii | 9 komentarzy

brak pomysłu na tytuł

Wstrzymywałam się z pisaniem czegokolwiek do kontroli, ponieważ jestem nałogowym czarnowidzem i zawsze zakładam absolutnie najgorsze scenariusze. Ale kontrola się odbyła. Żelek ma już 1,5 cm, rozpoczyna swój ósmy tydzień życia, na USG wygląda jeszcze bardziej niewyraźnie, niż kiedy miał mniej niż pół cm, także zdjęcia nie wstawiam, bo szczerze mówiąc sama nie wiem, co tam widać. Bloba na czarnym tle przepastnej macicy. Serce puka żelkowi szybko i miarowo, czym mnie niepomiernie ucieszył. Lekarz założył mi kartę ciąży, jestem w dobrym zdrowiu, wyniki są dobre, ale ciśnienie jak u trupa 97/70. Teraz już wiem, dlaczego ciągle chce mi się spać. O wagę zapytał, może nie chciał ważyć, że niby temat drażliwy dla kobiet, ale dla mnie temat zupełnie neutralny, dopóki nie leci jak szalona w górę. Szalone lecenie w górę powstrzymałam karnetem na siłkę i codziennym kręceniem na orbitreku po godzince. Od kiedy ćwiczę, znowu czuję, że żyję, mam w sercu więcej radości i trochę mniej boję się jedzenia.

Czasem patrzę na swoje ciało w lustrze siłowni, jakie zmiany w nim zachodzą. Że niby w pierwszych tygodniach niewielkie. A dla mnie przeogromne, bo ja swoje ciało znam bardzo dobrze. Po pierwsze biust. Z – obwisłego, ale jednak – dziewiczego biustu zrobiły się totalne, ciężkie giganty, największy kaliber, niech mnie ktoś jeszcze postraszy, że urośnie większy w okresie laktacji, jak ja już teraz nie mogę bez stanika chwili wytrzymać, bo plecy mnie zaraz bolą. O dziewczęcych różowych malutkich suteczkach można też zapomnieć, bo zmutowały i przypominają już zupełnie takie, którymi karmi się niemowlęta… Poza tym moje ciało się wypełniło. Obwisła skóra jakby napełniła się, wypełniła, nie wiem jak to nazwać, ale nabrałam jakiejś takiej podskórnej tkanki, moje kształty wyglądają zupełnie inaczej. W pewnym sensie jędrniej, skoro obwisła skóra już nie wisi. Mąż mówi, że się zaokrągliłam w ładny sposób, miło owszem, ale mężom w tych kwestiach lepiej nie ufać. Nie wiem, czy to ładne. Na pewno inne niż było. Moja skóra twarzy stała się przetłuszczająca, ropne pryszcze na twarzy i nie tylko nieco wprawdzie złagodniały, ale i tak pojawiają się co jakiś czas. Gęba wydaje się okrąglejsza.

Co do zmian psychicznych, to na razie tylko odkryłam, że kompletnie nie identyfikuję się z innymi, spotykanymi na mojej drodze ciężarnymi. Przed ostatnią kontrolą zmuszona byłam przysłuchiwać się rozmowie kilku ciężarówek i po pierwsze, poczyniło to w mojej psychice wielkie spustoszenie, bo ja wcale nie chcę słuchać o porodach, komplikacjach i braku znieczulenia. Po drugie, mimo że dzielimy wspólny los, choć ja na początku swojej drogi jestem dopiero, to jakoś odstaję spojrzeniem na to wszystko. I po cichu mam nadzieję, że nie dostanę takiego odpału. Że mnie hormony nie poniosą w te szalone, macierzyńskie tereny, w których już nie ma mnie zupełnie. To pewnie dziwne, bo noszę ten fasolkowy zarodek w swoim łonie, ale daleko mi do rozanielonych ciężarnych, rozpływających się nad swym błogosławionym stanem, które cierpliwie znoszą cierpienie i nie straszne im piekło porodu, bo przecież cud życia. Ja jestem po przeciwnej stronie tej barykady, tego kija, czy czego tam. Bardzo, bardzo się boję. Przed postradaniem zmysłów chroni mnie tylko to, że wiem, że do porodu to jeszcze kupa czasu i że może uda mi się uzyskać od lekarza jakieś uspokajające informacje. Coś kojącego. Zaczęłam też rozważać poród w prywatnej klinice. Być może za granicą. Czas pokaże.

Co do innych zmian psychicznych, to niestety jestem wredna dla męża i czasem wypuszczam swoim otworem gębowym słowa, których wcale tak naprawdę nie myślę i nie chcę powiedzieć. Ale zaraz po chwili go za to przepraszam i przypominam o swoim stanie i żeby mi darował, bo plotę, co ślina na język przyniesie. Wybucham też czasem taką złością straszną, ale dosłownie na dwie sekundy. Co te hormony robią z człowiekiem. Nie zauważyłam natomiast żadnych stanów euforycznych, moje pierwsze miesiące określiłabym raczej jako depresyjne :) Częściej jestem smutna bez powodu niż cokolwiek innego. I tak o.

Zakończmy już może trudne tematy. Miałam bardzo udane święta. Wigilia była najlepszą wigilią chyba w całym moim życiu. Taka na luzie, z dobrym jedzeniem i wielką radością w rodzinie, bo jakoś wszyscy nie mogą się otrząsnąć z wiadomości o naszym nienarodzonym. Snucie planów i refleksja, że za rok o tej porze, jak wszystko pójdzie dobrze, będziemy tu razem z czteromiesięcznym potomkiem. Daliśmy z ojcem nawet koncert, mocno fałszowany, bo gitara się popsuła i nie dała nastroić, ale i tak było śmiesznie. Ojciec też porobił mi trochę ładnych zdjęć, na których zupełnie nie wyglądam jak ja, czyli ładnie. On potrafi złapać taki kąt, że człowiek zyskuje +50 do wyglądu. Jakoś jak sama sobie próbuję zrobić selfika, to wyglądam paskudnie i zdjęcie nie nadaje się nawet, żeby mężowi wysłać do pracy, że niby ma fajną żonę. Wieczór zleciał błyskawicznie. W pierwszy dzień świąt już aż tak super nie było, ale też przyzwoicie, najadłam się dobrości. A w drugi dzień świąt odwiedziła nas Sis, która nie mogła się nadziwić moim samodzielnie ugotowanym i upieczonym daniom. A ja nie mogłam się nadziwić, jak mało ją znałam tak naprawdę. Filtrowałam do tej pory tę relację przez nasz dziecięcy filtr znajomości od podstawówki, który najwyraźniej absolutnie stracił na aktualności. I chyba trochę się przeraziłam tym, kim jest Sis dzisiaj. Tego wieczoru nie rozmawiałyśmy o tym, co ja o tym wszystkim myślę. Ale jak już wróciła do siebie, napisała do mnie z prośbą o szczerość, więc tę szczerość dostała i to chyba była pierwsza, aż tak bezpośrednia szczerość z mojej strony od wielu lat w jej kierunku.

Sylwestra spędziłam sama, ale szczerze wyznam, że było mi dobrze. Rano posprzątałam dom, poszłam na siłkę [full ludzi, pewnie niektórzy postanowili rozpocząć noworoczne postanowienie jeszcze przed zakończeniem starego roku:D] i na zakupy różnych dobrości dla rozpieszczenia samej siebie. Apetyt sprzyjał mi od rana, więc tego dnia miałam dietę 10 000 kcal w produktach mało wartościowych, ale za to przepysznych. Całe popołudnie oglądałam seriale, odcinek za odcinkiem, drzemałam sobie, jak mnie zmogło, a nawet pozwoliłam sobie na kawę, bo stwierdziłam, że padnę o 18.00 spać, jak czegoś z tym nie zrobię. I ta jedna cienka kawka utrzymała mnie w przytomności do północy. Fajerwerki spłoszyły do szafy moje koty, mnie znudziły po chwili, więc wróciłam do serialu do czasu, aż skończą strzelać i poszłam spać. Tak właśnie przywitałam Nowy Rok. A dzisiaj boli mnie gardło. Możliwe, że lody w takich ilościach nie były najlepszym pomysłem ;) Apetyt dopisuje nadal i jestem już po dwóch bułkach i czekoladzie… Zatęskniłam za mdłościami…

2016 rok był dla mnie ekstremalnie łaskawy. Dobry w pracy, dobry w życiu osobistym. A pod koniec udało nam się stworzyć Nowe. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, 2017 może być jeszcze lepszy. Może być. Trzymam za to kciuki i mocno w to wierzę. Że wszystko, wszystko będzie dobrze. A dla Was, blogowi przyjaciele, samych wspaniałości. Ciepłe uściski od grubasa na Nowy Rok :)

Opublikowano Bez kategorii | 9 komentarzy