dopóki jest o co

Po kontroli jest mi trochę mniej pozytywnie. Wiele wskazuje na to, że czeka mnie daleka droga do wyzdrowienia. A z fatalnym samopoczuciem muszę nauczyć się żyć, bo leki muszę brać nadal. Muszę też zrobić kolejne badania, żeby sprawdzić, czy do mojego aktualnego zestawu nie dodamy czegoś jeszcze. Już się kurna boję. Na pobranie krwi wybiorę się chyba dopiero na urlopie, do którego już ostatnia prosta, czyli kilka ciężkich dni w pracy.

Czuję się czasem bardzo samotna w tym wszystkim. Wiem, że nie powinnam niczego od nikogo oczekiwać, tylko dzielnie znosić to, co znosić trzeba, ale czasem chciałabym, żeby ktoś się nade mną pochylił, pogłaskał, powiedział, jaka jestem biedna i cierpiąca. Hehe. Ciężko mi w tym, że nikt nic nie wie, że nie mogę dać sobie nawet żadnej taryfy ulgowej, bo jak niby. Każdy dzień to walka, żeby otworzyć oczy, wstać z łóżka mimo huczącego w uszach, rozsadzającego głowę bólu. Żeby ogarnąć się, wybrać do pracy, a w pracy być miłą, uśmiechniętą i skupioną na celu, mimo tego samego bólu, który nie chce osłabnąć. Nie biorę leków przeciwbólowych, bo musiałabym jeść ich po kilka dziennie, codziennie, a tego nie zafunduję z kolei swojej wątrobie i żołądkowi.

Ciężko mi, bo oddalamy się od siebie, bo ja cierpię, a on tego nie rozumie. Nie rozumie, bo i ja niewiele o tym mówię. Ale mam wrażenie, że kiedy powiem, zostaję bardzo źle odebrana i odechciewa mi się rozmawiać. Ciężko mi, bo nie mogę realizować swoich planów związanych z aktywnościami fizycznymi, bo czasem boli tak, ze prawie wymiotuję. I słabość łapie. Płakałam też trochę, bo czasem gdzieś rozmijamy się w naszych rozmowach i wydaje się, że każde mówi o czym innym, a potem wychodzi z tego nieporozumienie. Płakałam, bo czuję się czasem bezsilna, tak po ludzku. Oczywiście nieporozumienia w naszym związku zawsze szybko się kończyły, tak też było i tym razem, ale to nie oznacza, że jest chociaż trochę łatwiej.

Na pocieszenie mogę napisać sobie, że dzięki reverse diet rosnę chociaż w siłę. Dzisiaj był pierwszy dzień od jakichś dwóch tygodni, kiedy rano nie rozsadzało mi mózgu, więc zrobiłam pełny trening i przysiady z 50 kg i wyciskanie żołnierskie 27,5 kg. Rekordy życiowe.

Taka trochę smutna notka, ale walka trwa. Dopóki jest o co walczyć.

Opublikowano Bez kategorii | 7 komentarzy

i wczesna jesień

Pigułki, które od paru tygodni łykam sprawiają, że codziennie budzę się z bólem głowy. Zanim uda mi się wstać z łóżka i wytrzeźwieć, mija sporo czasu. Poranne treningi stały się bardzo przykrą koniecznością, ponieważ pierwsze kilka serii kończy się dla mnie mdłościami, potwornym rozsadzaniem czaszki i ogromną słabością. Jest mi naprawdę bardzo ciężko motywować się do ruchu przez te dolegliwości, ale staram się nie poddawać. Nie biegam, ponieważ od czasu zatrzymania mojego schudnięcia próbuję reverse diet, co oznacza zwiększenie kalorii i ograniczenie cardio w celu pobudzenia uśpionego roczną redukcją metabolizmu i wyłączenia dla organizmu opcji oszczędzania zapasów. O dziwo nie tyję. Nie chudnę, ale też nie tyję, pomimo podbicia kaloryczności o tysiąc na dobę. Czasem po pracy myślę, że z przyjemnością kolejnego ranka pójdę na bieganie, ale potem z rana budzę się, głowa pęka, a ja marzę tylko o tym, żeby przestała boleć. Senność po pierwszym tygodniu ustąpiła, więc ciało zaczyna przywykać do przyjmowanej substancji. Ale nadal czuję się źle. Po tych miesiącach wspaniałego samopoczucia to co teraz odczuwam jest jak cios obuchem w potylicę. Trudno mi się z tym pogodzić, ale nie mam wyjścia, coś za coś i tyle.

Pisałam kiedyś o szowinizmie i seksizmie u mnie w pracy. Wszedł ostatnio na zupełnie nowy poziom. Dzięki zmianie systemu wynagrodzenia na moim stanowisku [w moim oddziale obsadzonym wyłącznie kobietami] kobiety mają szansę zarabiać tyle, co mężczyźni. I nam się [kobietom] udało w tym miesiącu dostać bardzo, bardzo przyzwoite wypłaty za osiągane wyniki. Takie same, jak mężczyznom, ba, wyższe niż niektórym kolegom. Nie mogłam uwierzyć, w jakiej pogardzie mogą być kobiety, które do tej pory zarabiały ochłapy w porównaniu z mężczyznami. Okazuje się, że to nie do przeżycia dla kolegów, że możemy zarabiać tyle co oni albo lepiej. Nie do przeżycia, że dla nas pieniądze mogą być tak samo ważne, jak dla nich. Ba, okazuje się, że nasze 50 zł ma dużo mniejszą wagę niż ich 50 zł. I taka walka się rozpętała, wojna płci, bo ja jestem bardzo zadowolona, że nareszcie moja ciężka praca zostaje należycie opłacona, czuję się wreszcie doceniona i aż się chce wkładać więcej wysiłku w codzienne obowiązki, bo wiesz, że na koncie pojawi się satysfakcjonująca kwota. Wojna płci i stanowisk bardzo mnie męczy, ale z drugiej strony nie mam zamiaru zgadzać się na to, żebym była traktowana gorzej z jakiegokolwiek względu. Oglądam więc codziennie to samo przedstawienie i uwierzyć nie mogę, w jakim kraju żyję. Szowinizm i brak równouprawnienia to nie jest bajka, to nie wymysł „feministek” [tych mitycznych telewizyjnych „feministek”, bo ja feministką taką prawdziwą jestem w stu procentach], to realia i rzeczywistość większości kobiet, tylko czasem po prostu kobiety żyją w tym syfie całe życie i przestają widzieć w tym coś nienaturalnego.

Nachodzi mnie wiele wątpliwości związanych z podjętymi decyzjami. Wiele lęków. Im więcej rozmawiam z ludźmi, tym bardziej się boję. No i też to, że naprawdę nieźle teraz zarabiam sprawia, że boję się podjąć ostateczną decyzję właśnie teraz, bo co będzie, jak po powrocie ze zwolnienia lekarskiego nie będzie już dla mnie miejsca? A tu hipoteka i drugi kredyt do spłacenia. I kanapa nowa by się przydała i stół z krzesłami, którego jeszcze nie udało nam się dorobić. Martwi mnie to, bo perspektywa bezrobocia po powrocie mnie przeraża. Ubóstwo nie jest mi obce. Wszystko tak dobrze się układało, a tu może się nagle dobra passa boleśnie zakończyć. A zegar tyka, tyka coraz głośniej.

Dzisiaj mam wolne. Pierwszy dzień od nie wiem kiedy, który zamierzam spędzić siedząc na kanapie. Obok siedzi mąż, gra w ulubioną grę, a ja oglądam durności w internecie, piję kolejną kawę, a ból głowy powoli mija. Jest mi tak błogo w tym lenistwie i półleżącej pozycji. Człowiek nie zdaje sobie sprawy, jak jest wykończony, dopóki rzeczywiście nie pozwoli sobie tego poczuć. Jak ja dzisiaj. Mam za sobą maraton w pracy, a przed sobą kolejny. Ale po tym najdłuższym maratonie, który zaczynam od jutra, będzie dla mnie parę dni wolnego, więc będzie trochę czasu na poukładanie myśli, domu i życia. Mam nadzieję. Będę potrzebowała tego spokojnego czasu również na rozmowę z mężem, bo potrzebuję jego rady i spojrzenia na to wszystko. A wiem, że on zawsze chce dla nas najlepiej. W środę mam kontrolę u lekarza. Jestem ciekawa, jak działają leki. Czy będzie pożądany efekt. I co to będzie dla mnie oznaczać.

A póki co, to chciałam podziękować za każde dobre, miłe słowo. Wasze miłe komentarze wywołują zawsze szeroki uśmiech na mojej pełnej twarzy. Sierpień jest bardzo jesienny tego roku, nie sądzicie? Nie mam nic przeciwko temu, kocham wczesną jesień. Ściskam.

Opublikowano Bez kategorii | 4 komentarzy

krótka notka o tym, że nie jest źle

Się przeziębiłam. W środku lata się przeziębiłam, kaszlę, boli mnie głowa i miewam katar. Ale myślę, że musiało do tego dojść, jako że prowadzę bardzo aktywne życie, pełne stresu, więc osłabienie organizmu jest tu naturalną koleją rzeczy, szczególnie w minionym okresie. Od dwóch dni nie ćwiczę, jem więcej, a przez moje nowe leki spuchłam potwornie i na myśl o tym, że taka napuchnięta muszę iść jutro do pracy, ulatuje ze mnie cała pewność siebie. Ale coś za coś. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, to już wkrótce opuchlizna będzie najmniejszą z moich dolegliwości ;)

Po piątkowej wizycie u lekarza odrosły mi skrzydła. Wiem, że czeka mnie daleka i długa droga do celu, wiem, że po drodze będzie trochę bólu i dyskomfortu, ale generalnie jest raczej dobrze. Od wczoraj łykam jakieś kapsułki, a za 2-3 tygodnie mam się pojawić na kontroli. Jestem zdeterminowana i pozytywna.

Nie wiem, co napisać więcej, więc może na razie tyle wystarczy. Pewnie wkrótce rozpiszę się szerzej i otwarciej. A może i nie. Nie jestem typem człowieka, który w każdym możliwym miejscu dzieli się z jak najszerszym gronem swoimi prywatnymi przeżyciami [piję tu trochę do facebooka, gdzie znajomi czasem opisują tak intymne szczegóły z życia, że czuję się lekko zażenowana, kiedy czytam…]. Zobaczymy, co będzie i jak ta cała sytuacja się rozwinie. Jeśli po mojej myśli, to pewnie dam znać. Jeśli nie, to nie wiadomo ;) Pozdrawiam wszystkich ciepło i życzę dużo zdrowia!

Opublikowano Bez kategorii | 7 komentarzy

Grubas zawsze będzie grubasem

Najadłam się dzisiaj tak, jak ten wielki, uzależniony od żarcia grubas we mnie najeść się lubi, żeby poczuć spokój. Dużo kalorii, cukru i tłuszczu. Grubas wraca co jakiś czas, ale przed tyciem chroni mnie stała aktywność fizyczna i pilnowanie kalorii na co dzień. Nie licząc tych dni, kiedy tego nie robię. Ale to stosunkowo rzadkie dni. 

W ostatnim czasie miałam w życiu dużo emocji. Za dużo. Począwszy od różnych decyzji, które zapadły, przez zdrowie, aż po pracę. 

W związku ze zdrowiem sprawa się toczy, ale z części badań, jakie już mam za sobą wynika, że najprawdopodobniej nie mam nowotworu złośliwego. W piątek dowiem się, czy będę musiała przejść operację.I czy będzie to jedna operacja, czy jeszcze do tego zabieg. Trochę płaczliwa byłam w tym okresie oczekiwania na wynik, teraz też jestem trochę nadwrażliwa, ale to pewnie dlatego, że za punkt honoru postawiłam sobie nie obciążenie nikogo swoim strachem i ewentualną chorobą. Więc o podejrzeniu raka nie wie nikt oprócz małżonka, a małżonek również nie poznał skali mojego przerażenia i napięcia w oczekiwaniu. Nawet na badania uparłam się pójść sama, bo chciałam mu pokazać, że dam sobie radę co by się nie działo i ma się niczym nie przejmować. Tak więc w piątek urywam się z pracy i idę stanąć twarzą w twarz z decyzją lekarza. 

A w pracy też dużo stresu i emocji. Rywalizacja między pracownikami osiąga absurdalne rozmiary, przez co coraz bardziej nieznosne staje się spędzanie tam tak wielkiej części życia. Chodzą mi po głowie myśli o szukaniu nowej pracy, ale wstrzymam się jeszcze, jako że znajduje się obecnie w pewnym życiowym zawieszeniu. 

Za to z małżonkiem układa się nam wspaniale. Mieliśmy cudowny wspólny urlop, pojezdzilismy w kilka ładnych okolicznych miejsc, poplywalismy w czystym jeziorze i porobilismy sobie trochę zdjęć, żeby uwiecznić, jacy jesteśmy aktualnie szczęśliwi. Snujemy plany i czekamy na ich realizację. 

Odswiezylam kolor na włosach, bo małżonek zauważył, że przybyło mi dużo siwych włosów, fryzurę jeszcze bardziej skrocilam, a kolor jest bardziej jaskrawy, przez co bardziej zwracam na siebie uwagę. I czasem nie wiem czy to dobrze. Koleżanki ze studiów twierdzą, że nic się nie starzeję, ale coś mi się wydaje, że to tylko efekt długiego nie widzenia się na żywo. 

Z dieta różnie bywa, ale trenuje dzielnie i osiagam widoczne sukcesy. Najładniej wyrzezbiona częścią mojego ciała są barki i górna część ramion. Resztę pokrywa warstwa tłuszczu, ale czuję moc i ostatnio nawet udało mi się zrobić pierwsza w życiu pompkę. Robię sobie na razie jedną – dwie dziennie, oczywiście pojedynczo, ale uważam to za jeden ze swoich największych sukcesów i pracuje nad tym, żeby robić ich więcej. Moje ciało jest silne i sprawne, a do szczuplosci jeszcze dojdę. 

Martwię się o pieniądze, jako że lecze się prywatnie. W tym miesiącu na moje leczenie, a właściwie diagnozowanie, poszło już ponad 400 zł, a to dopiero początek drogi. I nie wiem, co będzie dalej. Staram się nie myśleć o tym za dużo, bo i tak nic nie wymyślę. 

A nocami nachodzą mnie myśli, że mam w życiu wszystko i nic. Ale skupiam się raczej na tej wersji optymistycznej. 

Opublikowano Bez kategorii | 4 komentarzy

Nocne słów kilka

Nie mogę zasnąć. Dzisiaj jest ten dzień, w którym wszystko ma swój nowy początek. Klamka zapadła, decyzja powzięta.  W poniedziałek moje pierwsze w życiu markery nowotworowe. I wiem, że na pewno nie ma nic, z czym nie mogłabym się zmierzyć. W pewnym sensie nawet się cieszę, że muszę pracować w weekend. Spróbuję zasnąć. Dobranoc. 

Opublikowano Bez kategorii | 6 komentarzy

w zdrowym ciele zdrowe ciele

Życie płynie sobie całkiem przyjemnie i harmonijnie. Jest czas pracy i czas odpoczynku. Czas obcowania z ludźmi i czas samotności [tej pożądanej i przyjemnej]. Czas aktywności i leniuchowania, czas pilnowania diety i łamania diety. Jest mi dobrze i szczęśliwie wciąż.

Na wadzę chudnę niewiele, prawie wcale, ale za to ubrania i otoczenie mówią mi, że moje ciało rzeźbi się ku smukłości. Spodnie, które skracałam i zwężałam u krawcowej jakiś czas temu nie nadają się już do noszenia bez paska, albowiem z tyłka zjeżdżają. A jedyne spodnie dobre są w takim rozmiarze, że uwierzyć nie mogę, bo chyba nigdy tak małego nie nosiłam. Co lepsze biustonosze po kolei odkładam do reklamówki, by oddać mamie, a co gorsze ładuję prosto w śmietnik, bo dziwnym trafem prawie wszystkie są już znacząco za duże.

Kierownik podziwia zmiany, jakie dokonują się w moim wyglądzie, podziwia mnie i co jakiś czas komentuje, że robię się coraz mniejsza i niknę w oczach. Szkoda, że nie widzi mułów, jakie mi rosną na ramionach i nie czuje mięśni ud twardych jak skała ;) A poważnie, to dźwigam coraz cięższe ciężary, a ciary podniecenia przebiegają mi po plecach, kiedy widzę, jak spod warstwy tłuszczu na moich wyjątkowo tłuściutkich ramionach zaczynają przebijać mięśnie. Jak nietoperzowe skrzydła zmniejszają się, bo wypełniają tricepsem. Jak na udach wychodzą na powierzchnię mięśnie, o których istnieniu nie miałam pojęcia. A brzuch pod warstwą skóry i tłuszczu jest twardy i słodko napina się przy każdym ruchu. Tak, podniecam się własnym ciałem, bo czuję, jak bardzo jest zdrowe i silne. I gdyby ktoś nazwał mnie teraz grubaską [a mógłby to zrobić], mogłabym spokojnie powiedzieć, że ta grubaska jest zdrowsza i sprawniejsza niż niejeden szczuplak.

Moja dieta jest raczej w kierunku zdrowej, choć cheatmeale zdarzają mi się dość często i być może przez ich istnienie tak powoli spada waga sama w sobie. Ale teraz, po takim sukcesie wiem, że żeby dojść tam, dokąd zmierzam, trzeba długiego czasu i cierpliwości, a łasuch nie wytrzyma długo bez swoich pyszności. Więc na pyszności sobie pozwalam od czasu do czasu. Czasem ten czas jest krótszy, czasem dłuższy. Czasem przekroczę zapotrzebowanie kaloryczne o 300, a czasem o 1000 kcal. I żyję. Ciało smukleje, mięśnie rosną, siła rośnie. Cieszę się życiem i nie mam poczucia, że odmawiam sobie tego, co najlepsze. Zachowuję zdrową równowagę. I jestem przekonana, że ta równowaga wynika ze zrównoważonej psychiki. A ta z kolei pozostaje zdrowsza dzięki regularnie dostarczanym z ruchu endorfinom. Wlazłam w krąg samonapędzającej się szczęśliwości i obym z niego nie wyszła.

Dzięki rozbuchanej zmianami zewnętrznymi pewności siebie, dużo lepiej radzę sobie w pracy. Nie tylko jeśli chodzi o wyniki, ale też relacje międzyludzkie. Nauczyłam się, jak postępować z osobami, które nie są mi przychylne i jak radzić sobie z ich negatywnymi emocjami. W większości przypadków udaje mi się mieć na wszystko wywalone, dzięki czemu żyje mi się lżej i lepiej śpi. Do pracy chodzę odbębnić swoje, a nie przejmować się tym, co robię źle. Przestałam się bać jutra, a raczej staram się cieszyć tym, co jest dziś. I niech to trwa.

Moja rudzizna trochę zbladła, ale już teraz wiem, że rudości to moje kolory, wyglądam w nich świetnie, bo mam jasną cerę i jakby zielone oczy, a do tego w lecie wyłażą mi piegi, więc kompozycja niemalże idealna. Mam już pomysły na dalsze zmiany na mojej głowie w kierunku coraz krótszych włosów, które są tak kosmicznie wygodne… I rozmyślam poważnie nad tym, czy ja mam w ogóle jakiś styl. Ubierania. Wiem na pewno, że nie lubię się i nie polubię z sukienkami i spódnicami, bo są dla mnie niewygodne i zbyt dziewczęce, bym mogła czuć się dobrze. A co dalej, to pojęcia nie mam. Ale myślę, że kwestia się wyklaruje, bo w związku z ciągłymi zmianami rozmiaru ciała, moja szafa pozostaje strefą płynną i niestałą.

Mój mąż z każdym dniem staję się coraz seksowniejszy. Ma dużo więcej zacięcia i zapału do tego całego fit życia niż ja, bardzo dużo czyta na ten temat, ma silniejszą wolę i jak coś sobie postanowi, to się tego trzyma. W związku z czym osiąga niesamowite wyniki. Jego sprawność jest niebywała, a rzeźba ciała… mrrr…. Jestem pełna podziwu, jak wiele udało mu się w tym polu osiągnąć, a widzę, że ma ochotę na dużo, dużo więcej. Kiedy schodzimy razem po schodach, stare sąsiadki, które wcześniej były obojętne, uśmiechają się do niego tak szeroko, że od razu widać, że serduszka biją mocniej. Zaczepiają go, chichoczą. Jezu. Co się dzieje. Jeszcze mi przyjdzie zazdrość poczuć i co wtedy? :D W ogóle śmiejemy się, że jesteśmy piękni i młodzi po trzydziestce dopiero.

A mnie znowu zaczepiła kasjerka, w Biedrze tym razem, ja jej nie kojarzę zupełnie, a ona do mnie mówi, że niesamowicie się zmieniłam na plus. Że się taka malutka na twarzy zrobiłam i na ciele. Że ładnie wyglądam. Wiem, że to miał być komplement, ale mimo wszystko dziwnie się poczułam ;) Wolałabym usłyszeć po prostu, że świetnie wyglądam. Bez wspominania o tym, że to dlatego, że schudłam. Ale ja to ja. Ja zresztą też często komplementuję obcych ludzi. I bardzo lubię to robić. Najczęściej kobiety, bo mężczyzn to się trochę obawiam, że sobie pomyślą, że flirtuję czy próbuję poderwać, a ja od tego baaaardzo daleka. Ale lubię, kiedy kobiety uśmiechają się, kiedy im powiem, że mają piękne rzęsy albo perfumy. Mam ostatnio dużo refleksji o tym, że moja praca nie czyni świata lepszym, że jest niewdzięczna, ale wierzę, że takie drobne gesty mogą chociaż poprawić komuś humor, a mi na pewno, jeśli tylko ktoś się do mnie uśmiechnie. Łatwiej mi wtedy iść przez dzień.

Z życia towarzyskiego to byliśmy z Sis i jej nowym partnerem na koncercie The Cranberries, gdzie może nie bawiłam się wybitnie, ale zawsze to ciekawy sposób na spędzenie wieczoru. Coś innego. Trochę grillowaliśmy z rodzicami. A poza tym to bawię się w oszczędną kuchnię i zużywam zapasy wszystkiego co było w zamrażarce i szafce kuchennej i całkiem nieźle mi to idzie. A dzięki świeżej zieleninie z działki u mamy jest też kolorowo, smacznie i zdrowo. Dzisiaj postawię kolejny krok w fit-życiu i zrobię koktajl z JARMUŻEM. Dokąd to wszystko zmierza… Ale od razu mówię, weganką i wegetarianką na pewno nie będę ;)

Opublikowano Bez kategorii | 6 komentarzy

zajebistość już tu jest

Dziś jest ten dzień, pamiętniczku. Kończę 30 lat. Zleciało, biorąc pod uwagę, że swoją przygodę z blogowaniem rozpoczęłam na kilka dni przed 16. urodzinami. I tak to trwa do dziś. Dużo refleksji mam w sobie. O czasie, najmniejszych decyzjach, które zaważają o reszcie naszego życia. O przekonaniu, że nigdy-nic-dobrego-mi-się-nie-przydarzy, jakie miałam mając naście, a potem przez chwilę też i dzieścia lat. A potem przydarzył mi się Niedźwiadek [dziś Monsz], praca, mieszkanie, przeprowadzka, koty. Wzloty i wielkie upadki, a potem jeszcze większe wzloty. I tak w kółko, choć aktualnie wspinam się wciąż pod sporą górkę dobra w moim życiu. Jestem najszczęśliwsza od kiedy żyję i chyba to będzie najlepszym podsumowaniem na rozpoczęcie 30. roku mojego życia. Chcę, by to trwało. Są plany, są marzenia, dla kogoś żadne, dla mnie wielkie, ogromne i przez swą wielkość przerażające. Ale są, będziemy próbować je realizować, bo warto o coś w życiu walczyć. A póki co trwać, iść do przodu, małymi kroczkami, ku samodoskonaleniu. Oby tak dalej.

Dzień zaczął się bardzo wcześnie, jak każdy. Zbudził mnie ból mięśni po wczorajszym treningu [próbowałam dorzucić sobie 2,5 kg do wyciskania stojąc, ale okazało się to niemożliwe po całym dniu ostrego sprzątania w domu]. Poodkurzałam, poskładałam wyschnięte pranie, nastawiłam kolejne. Rozpoczął się sezon suszenia na balkonie, co mnie cieszy, bo pranie pachnie wtedy zupełnie inaczej. W międzyczasie odezwała się Sis z życzeniami, nie mogłyśmy znaleźć dogodnego terminu na dłuższe spotkanie, więc wybędziemy na godzinkę na kawę dzisiaj, tak w ramach moich urodzin. Z mężem poczyniłam zakupy, w ramach urodzin również opędzluję dzisiaj pół litra amerykańskich pysznych lodów w pięknych okolicznościach przyrody, bo pojedziemy nad jezioro z Młodym, tak w ramach przyjemnego spędzania czasu. A za chwil kilka wybywamy zrobić parę kilometrów truchtem po lesie. Takie mam ostatnio aktywne życie :D Jutro wybiorę się do rodziców, bo z kolei urodziny ma Ojciec, a kolejnego dnia Dzień Matki. Więc może coś poświętujemy.

A na koniec tej notki chciałam jeszcze napisać, że czasem podczas treningów nagrywamy się z mężem wzajemnie, żeby ocenić swoją technikę wykonywania poszczególnych ćwiczeń. I zaprawdę, zaprawdę powiadam Wam, jak nieraz patrzę na te nagrania, to zastanawiam się, czy to na pewno ja. Czy te prężne, szczupłe uda i krągły jędrny tyłek na pewno należą do mnie. Czy ten brzuch, którego ledwo co zostało też na pewno jest mój. Mąż nazywa mój tyłek brazylijskimi pośladami, że niby tak się ładnie zaokrąglił, a ja czasem idąc po mieście zerkam w szyby witryn i odbija się tam ciało tak dalekie od tego, jakie siedzi w głowie, że naprawdę aż dziwnie. I żeby sobie nikt nie pomyślał, że buk wie co się ze mnie zrobiło, przypomnę, że wciąż mam 20 kg nadwagi i sporo tłuszczu do zrzucenia. Zachwycam się swoim ciałem razem z mężem, ponieważ bardzo się zmieniło od momentu, kiedy miałam prawie 60 kg nadwagi ;) Nigdy nie będzie to ciało modelki, bo zostanie mi sporo luźnej skóry, ale to nie jest dla mnie ważne. Dla mnie ważne jest moje świetne samopoczucie, to jak leżą na mnie ubrania i jak swobodnie się w nich czuję [a biegałam ostatnio w nowych letnich sportowych ciuszkach i maj gad, ale mam zgrabne uda i tyłek!]. A przede wszystkim moja sprawność fizyczna na tak wysokim poziomie, jakiego nie miałam nigdy w życiu. Zdrowie i sprawność to jest to, co najbardziej mnie kręci i zachęca do dalszej pracy nad sobą. Podsumowując, czuję się dużo bardziej atrakcyjna niż kiedykolwiek, pewniejsza siebie niż kiedykolwiek i pełna wiary w siebie. Bo skoro potrafiłam poddać swoje ciało takiej metamorfozie [której rocznica rozpoczęcia wybije za jakiś miesiąc], poddać się takim rygorom, takiemu wysiłkowi i takim wyrzeczeniom, to nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych. Taką optymistyczną myślą zakończę ten wpis i życzę sobie, by kolejne 30 lat mojego życia było co najmniej tak zajebiste, jak ostatni rok. Buzi.

Opublikowano Bez kategorii | 10 komentarzy