Znów przyszedł maj, a z majem bzy

Rozwieszając pranie dziecięcych ciuszków któregoś bardzo wczesnego, wiosennego, słonecznego poranka, uderzył mnie zapach detergentu. Przypomniała mi się wiosna rok temu, zaawansowana ciąża i pranie ubranek dla jeszcze nie urodzonej Złocistej. Jakże inne było to życie, jakże ciche, zaplanowane. Jak bardzo nie wiedziałam, co mnie czeka. Miłe to całkiem wspomnienie. Najbardziej relaksuje mnie, kiedy wszyscy w domu śpią, a ja nic nie muszę, bo wszystko zrobiłam i… zastanawiam się, za co zabrać się teraz :)

Ostatnio jest mi ciężko. Wiecie dobrze, że walczę z poporodowymi kilogramami, że zaczęłam walkę bardzo zażartą, z bieganiem, ciężarami i dietą, a mimo tak wielkiego wysiłku nie spadło mi nawet pół kilograma. Patrzyłam na siebie w lustrze z wściekłością, na tę coraz bardziej nalaną gębę i zastanawiałam się, jak to jest w ogóle logicznie możliwe, że robi się coraz bardziej okrągła. W końcu poszłam do lekarza, bo zaczęłam podejrzewać, że coś ze mną nie tak. Okazało się, że mam niedoczynność tarczycy, wartość dwukrotnie przewyższająca normę. W ciągu tygodnia udało mi się zrobić wszystkie badania, wykluczyć hashimoto, dowiedzieć się, że mam guzek, w końcu podjąć leczenie. Guzek to nic strasznego, jest wielkości ziarenka grochu i mam go tylko kontrolować co pół roku czy rok. Zastanawiam się, czy mogę na tę niedoczynność zacząć coś zwalać. Moje zmęczenie, senność, depresyjność. Bo do tej pory zrzucałam to na fakt posiadania małego dziecka. Biorę leki, ale odczuwać różnicę mam zacząć najwcześniej za dwa tygodnie. Bardzo bym chciała, żeby pojawiły się efekty. Żebym mogła zacząć znów chudnąć, może poczuła się lepiej. Póki co jestem bardzo mocno zdemotywowana, jest mi dziwnie przykro. Poluzowałam z dietą i ćwiczeniami, bo nie widzę sensu w zażynaniu się. W ogóle widzę mało sensu. Oby wrócił szybko.

Wyrzuciłam 70% mojej szafy. Nie mogłam już patrzeć na te ciuchy, te parszywe szmaty, ciągle te same od tylu lat. Brzydkie swetry, paskudne sztuczne bluzki, których nienawidzę nosić. Spakowałam, zostawiłam pod śmietnikiem. Na bank znikło w 5 minut. I dobrze. Wyrzuce jeszcze kilka, jak uda mi się uzupełnić braki, zawsze mam lęk, że może kasa przyda się na coś innego niż moje ubrania. Chyba stwierdziłam, że może mi się nie udać schudnąć, a trzeba jakoś wyglądać i jakoś się czuć. A ja się czuję naprawdę źle. Muszę poczuć się lepiej. Będę przynajmniej dobrze wyglądającą grubaską. Zawsze żałuję sobie na wszystko, bo po co wydawać, jak jeszcze mam ubrania, brzydkie, stare i wstrętne, ale dziur nie ma, to można nosić. Wszystko inne ważniejsze. No nie. Koniec tego. InnaM, zasługujesz, żeby czuć się dobrze. Tu i teraz. A nie w bliżej nieokreślonej przyszłości, kiedy będziesz mniej ważyć. Jeśli w ogóle.

Chyba potrzebuję docenienia. Poklepania po ramieniu. Nikt mi nie powie, że dobrze sobie radzę opiekując się samotnie dzieckiem cały tydzień, bo mąż ma w pracy jakiś sajgon. Że dom w miarę posprzątany, a obiad jest. Tylko lodówka pusta, bo nie daje rady wnieść większych zakupów z dzieckiem na rękach. Muszę sobie sama powiedzieć, że jestem niezła. Że staram się każdego dnia przecież. Że jestem wystarczająca.

Złocista ma swoje fazy. Jak czuje się źle, to jest trudna do zniesienia. Ma wybuchy histerii z bliżej nieokreślonych powodów. Raz jeden taki spotkał mnie na spacerze, nie mogłam jej uspokoić, ludzie patrzyli jak na patologię, bo dziecko się drze jak obdzierane ze skóry. Aż padła z wycienczenia własnym wyciem. Dawno mnie tak nic nie zestresowało. Ani nie zmęczyło. Od tamtej pory noszę przy sobie cały arsenał rzeczy, które mogą mi pomóc podczas histerii. Nie wychodzę bez nich z domu. Poza tym buczy, skwierczy, jęczy tak, że boli głowa, a mózg wypływa uszami. Ale żeby nie było, to jak jest dobrze to jest dobrze. Jak chodziłam po lekarzach w związku z tarczycą to ona chodziła że mną, bo mąż pracował, i była bardzo grzeczna, nie sprawiała problemów ani trochę.

A najbardziej mnie cieszy, kiedy szaleje po podłodze. Turla się, pełza, jeździ na brzuchu, wygina, przegina. Wychodzę na 3 sekundy do kuchni, a znajduję dziecko pod stołem. Fajna z niej dziewczynka bardzo, im starsza tym bardziej zajebista.

Słuchałam dzisiaj relacji ojca z wypadku syna, połamał się dzieciak mocno, ale będzie dobrze. I ten ojciec próbował powiedzieć, co czuł na widok cierpiącego dziecka. Kiedyś myślałam, że jestem w stanie wyobrazić sobie, co się czuje w związku z posiadaniem dziecka, w takich sytuacjach np. Myliłam się. Nie miałam pojęcia, z jakimi uczuciami, jak potężnymi wiąże się bycie rodzicem. Jak bardzo relacja matka-dziecko różni się od każdej innej relacji mojego życia. Nie ma porównania. Zastanawiam się czego jest to kwestia. Tego, że to „twój człowiek”? Z Twojej krwi? Czy tego, że jest całkowicie od Ciebie zależny, przypisany do Ciebie. Nie wiem. Ale nigdy wcześniej nic takiego nie czułam do żadnej istoty.

Jakiś nieskładny i średnio czytelny ten ostatni akapit, ale nie mam głowy, żeby go przeredagować. Jakoś mi smutno. I bezsilnie.

Udanej majóweczki wszystkim!

Reklamy
Opublikowano Bez kategorii | 5 Komentarzy

Złocista zaraz kończy 8 miesięcy

Minął luty, minął marzec, za nami kilka dni kwietnia. Złocista zaraz kończy 8 miesięcy, ma cztery zęby, zrobiła się rozgadana, ruchliwa i głośno komunikująca swoje emocje. Zaczęły jej rosnąć włosy, szczypie, a świat bada pazurem palca wskazującego. Do tego wszystkiego uspokoiła się, jest cudowna, grzeczna, cierpliwa. Zadebiutowała w kilkugodzinnych spacerach i zdała egzamin bycia w miejscu publicznym, nie płakała, nie krzyczała, złote dziecko. Jest naprawdę idealna. Dzień po tym, jak pisałam w poprzedniej notce, że mamy jedno karmienie w nocy, Złocista przestała potrzebować nocnego karmienia i zaczęła niemalże przesypiac ładnie całe noce. Niemalże, bo przebudza się z tęsknoty za smokiem, ale i tak jest elegancko. I powiedziała MAMA. Kilka razy, oczywiście bez świadomości, co mówi, ale się starej oczy zeszkliły, no wzruszyłam się jak nie wiem. A jak ją wzięłam na szybkie zakupy w nosidle, to robiła taką furorę. Się ludzie nadziwić nie mogli, jaki spokojny chłopiec. Bo ubrałam ją na niebiesko :D

Ja przez nawracające zimy miałam trochę depresję, bo nie dość, że przez siarczyste mrozy nie można było wyjść z dzieckiem na spacer, śnieg zasypał chodniki po kolana, to jeszcze mąż przechodził bardzo ciężką grypę, chorował poważnie dwa tygodnie, miałam trupa na kanapie, w dodatku antybiotyki nie działały i dopiero trzeci, w zastrzykach, przyniósł poprawę. Ja z dzieckiem na czas jego choroby odizolowałam się w sypialni. Mała też zaczęła gorączkować, myślałam, że się zaraziła i miałam trochę paniki, ale okazuje się, że moje dziecko to twardziel i się nie daje. Nawet kiedy i mnie coś zaraz potem wzięło (nie tak mocno jak Niedźwiadka), to ona nawet katarku nie złapała. Gorączka była od zębów. Ciężki to był dla mnie czas, bo musiałam zajmować się wszystkim sama, tyle dobrego, że mama dwa razy zrobiła mi zakupy. A tak to dwoje bidoków do obsłużenia i jeszcze mnie połamało. Zdałam sobie wtedy sprawę, że skończyły się dla mnie czasy nie tylko nieprzerwanego snu i odpoczynku na żądanie. Skończyło się też chorowanie. Bo choćby skały srały, a mnie wykańczała grypa, ten mały gnom musi być obsłużony i zaopiekowany. Trochę straszne, jak już Cię spotka choćby namiastka.

Przyszła jednak wreszcie ta wytęskniona wiosna. Wielkanoc była deszczowa, więc spędziliśmy ją w domu, nie było żadnego świętowania. Zaprosiłam rodziców na obiad w niedzielę i tyle. Chcieli spędzić trochę czasu z wnuczką, a ona zrobiła psikusa i przespała całą wizytę. Nawet jakiegoś specjalnego jedzenia nie było, tyle co mama mi podarowała. Słoik sałatki, kawałek ciasta. Najlepsza Wielkanoc w życiu, zero spiny i udawania, że kogokolwiek rusza, że to żadne święta właściwie.

Razem z wiosną odzyskałam namiastkę swojego życia. Zaczęły się długie spacery, na których moja córka jest grzeczna i zadowolona, spotkałam się ostatnio z koleżanką, poszłyśmy na kawę. Zaczęłam biegać. Jestem otyłą superbohaterką! :D Ale od początku. Po pierwszej próbie biegania w kilka tygodni po cesarce trochę mi było smutno, że w sumie było mi ciężko, nie aż tak przyjemnie, jak się spodziewałam. Ale teraz wszystko jasne. Ja po prostu byłam jeszcze zmęczona i nie doszłam do siebie po operacji. Teraz, prawie 8 miesięcy od wydobęcin córki wszystko się poskładało: przyszła wiosna, mężowi zmienił się system pracy, córka podrosła, a ja czuję się już w pełni sił, więc wyruszyłam o 7 z nastawieniem, że będzie kiepsko. Zainstalowałam sobie nawet Couch to 5k, bo myślałam, że trzeba będzie zaczynać od podstaw. Okazało się jednak, że z bieganiem jak z jazdą na rowerze. Sama nie wierzyłam, że tak sobie biegnę i nawet zrobiłam przerwę na marsz, bo zależało mi na godzinie aktywności, a martwilam się, czy dam radę. Było cudownie. Endorfinki popłynęły, a ja znów poczułam jedność ze światem, harmonię wewnętrzną, jakbym odnalazła brakujący kawałek puzzli mojego życia :D jaka to ogromna przyjemność pchać do przodu tylko swój ciężki tyłek dla odmiany od wózka :D Wracam do regularnego biegania, w obecnym systemie pracy męża mam szansę na co najmniej 3 dni biegowe w tygodniu. Ale fajnie! Ważę 15 kg więcej niż w momencie przebiegniecia swoich pierwszych 10 km, więc myślę, że można uznać, że jestem w całkiem niezłej formie. Obcinam też kalorie i zobaczymy, czy zacznie coś spadać. Zależy mi, żeby zrzucić chociaż 5 kg zanim wrócę do pracy. A najlepiej 10. Nie zostało mi wiele czasu…

Mój mąż za to jest tytanem odchudzania i zabójczą dietą już schudł dychę. I dobudował masy mięśniowej. Wygląda świetnie. Aż łapię przy nim kompleksy, bo jestem typowym kopciuchem, chodzę w szmatach, włosy nie widziały fryzjera o 8 cm odrostu za długo, pociążowy brzuch ciągle jest, ja obrośnięta tłuszczem. No nie za fajnie się czuję sama ze sobą, ale może będzie lepiej, jak się trochę rozruszam. Mam też chyba kompleksy względem innych matek. Jakie są doskonałe. Gotują dzieciom codziennie nowe obiadki, wszystkie posiłki robią same, stosują wymyślne techniki wszystkiego, a do tego mają piękne domy, same są piękne i nie noszą śladu zmęczenia na gładkim licu. A ja? Gotuję dziecku obiady na tydzień (zupę, do której tylko zmieniam białkowe dodatki), drugie śniadania tak samo (robię jej musy owocowe w wielorazowych saszetkach-tubkach), na śniadanie je sklepowe kaszki… Nie ekscytuję się modnymi metodami wychowawczymi, nawet mi się o nich czytać nie chce. Powiem więcej, na obiad dla rodzicow zrobiłam ziemniaki, kotlet i kupiłam surówkę. Do tego stopnia chujową gospodynią jestem. Z jednej strony mi wstyd i głupio, ale z drugiej byłabym dużo bardziej nieszczęśliwa, gdybym musiała spędzać w garach choćby minutę dłużej niż to absolutnie konieczne. Długie gotowanie to dla mnie jak umieranie.

Niewiele więcej mam do napisania. Czas przecieka mi przez palce. Mimo że całe dni mam zapełnione od świtu do nocy, mam wrażenie, że nic nie robię, nic się nie dzieje. Nie mogę się już doczekać, aż trochę ścieżki w lesie podeschną, zabierzemy Złocistą na pierwszy leśny spacer. I w ogóle tyle wrażeń ją jeszcze czeka. Działka, jezioro. Będzie super.

Idę spać, to jedno z moich ulubionych zajęć ;) ściskam wszystkich, którym chce się czytać te wypociny.

Opublikowano Bez kategorii | 5 Komentarzy

Bez ładu i składu

Miałam dużo pisać, a nie piszę nic. No jakoś tak się składa, że się nie składa.

Złocista skończyła pół roku, zleciało to nie wiadomo kiedy. Jest fantastyczna, roześmiana, pogodna. Jak siedzi mi na rękach, to klepie mnie jak kobyłę, piszcząc przy tym jak mazowszanka. Ząbkowanie nam przebiega ze wzlotami i upadkami, od czasu ząbkowania też wzięła się moja decyzja, żeby spać z dzieckiem i była to najlepsza decyzja mojego życia. Teraz wszyscy są szczęśliwsi. Mamy już dwa zęby, czarownicujące dolne jedynki, idą teraz dwie górne, ale chyba coś zelżało na chwilę, bo dziecko mi się trochę uspokoiło.

Spanie z dzieckiem stało się moim ukochanym sposobem relaksu. Jeśli noc jest normalna, budzimy się tylko raz na jedzenie, a poza tym rozkoszujemy się tymi chwilami. Ja to się normalnie rozpływam, jak te małe rączki szukają mnie w nocy, żeby zasnąć. Jak miziamy się palcami po dłoniach wzajemnie. A kiedy noc jest ciężka, nic tak nie pomaga zasnąć jak mama chuchająca prosto w twarz ;) W nocy czuję tak ogromną miłość do mojego dziecka, że nie da się tego opisać słowami. A kiedy rano otwierasz oczy i widzisz roześmianą na Twój widok szczerbatą paszczę, to choćby była 5, ciemno i zimno, Ty też się uśmiechniesz i zaczniesz ściskać tego małego stwora, bo jest najlepszy na świecie. Trochę cierpi na tym moje spanie z mężem, bo on z kolei wyniósł się na kanapę na większość nocy, bo tak jest nam wszystkim wygodniej, ale wiem, że sytuacja nie będzie trwała wiecznie. Dla mnie to komfort, bo nieporównywalnie więcej śpię.

I lepiej trenuje. Wróciła siła sprzed ciąży, w martwym ciągu podnoszę 65 kg, w przysiadzie 50. 35 biorę na klatę, a 30 na bary. Jest moc, były zakwasy giganty, że nie mogłam po schodach chodzić. Jedyne, co mi nie idzie, to trzymanie kaloryki. No żreć mi się chce ciągle i ciągle samo najbardziej kaloryczne. Dwa dni się trzymam, a na trzeci napcham po kokardy. Takie to i odchudzanie kulawe.

Z plusów mogę wreszcie powiedzieć, że czuję się w pełni sił po wydobęcinach mojej córki. Odrastają mi włosy, nic nie ciągnie w brzuchu, mam dużo sił. I mam pryszcze. Jak w ciąży. WTF?

Odwiedziła nas mama Niedźwiadka, czym sprawiła mi dużo radości, bo często martwię się tym, że Złocista praktycznie nie ma żadnej rodziny, nikt jej nie odwiedza. Babcia była zachwycona, mówiła, że to wyjątkowo grzeczne dziecko, hehe. A niedługo potem moja mama pozazdrościła i też do nas przyszła. Ja się tak trochę obraziłam wcześniej , bo nie odwiedziła nas przez 2 miesiące ani razu, przestała dzwonić, więc i ja przestałam. Ale już odpuściłam.

Nie mam już tyle serca do tego pisania, bo nie mam czasu, by spokojnie usiąść, zastanowić się, pomyśleć. Nie mówiąc już o tym, że uwielbiałam kiedyś pisać pod wpływem impulsu, wyrzygiwać się emocjonalnie. A teraz? Teraz jest jak jest. Myślę, że moje pisanie może jeszcze kiedys powróci w dawnej formie, może w lepszej. Ale to za kilka lat. Tylko czy uda mi się podtrzymać to choćby minimalnie?

Chciałam tylko napisać, że absolutnie i ponad wszystko kocham moje dziecko, chociaż czasem nienawidzę samej siebie. Że czasem wydaje mi się, że mam depresję i boję się, że nie poradzę sobie z życiem i zarażę tymi uczuciami córkę. Że nadal nie zawsze wiem, czego chcę. Czasem, jak nie mogę zasnąć, czuję irracjonalny niepokój, próbuję myśleć o czymś dobrym, pozytywnym. I nic oprócz mojej Złocistej nie przychodzi mi do głowy. Trochę to smutne, nieprawdaż?

A teraz już idę spać. Miałam to zrobić godzinę temu, wykorzystać, że mąż w pracy, a dziecko śpi i też się wyspać. A gdzie tam! Ściskam wszystkich ciepło, wybaczcie, że nie czytam.

Opublikowano Bez kategorii | 1 komentarz

2018

Witam noworocznie. Ostatnie dwa tygodnie były najtrudniejszymi od okresu noworodkowego naszej córki. I chociaż wiem, że mam anioła, a moje „trudne chwile” są codziennością niektórych kobiet, to i tak przeżywałam załamanie, czułam się złą matką, która nie potrafi zrozumieć potrzeb dziecka, która doprowadza je do płaczu. Śmialiśmy się z mężem, że dziecko nam się popsuło, bo takiego marudzenia, trudności w zasypianiu, rozdrażnienia, problemów z jedzeniem i spaniem nie widzieliśmy jeszcze chyba nigdy u Złocistej. Podejrzenie padło albo na zęby, albo na skok rozwojowy, albo na przestymulowanie, albo coś z brzuchem, bo jesteśmy w trakcie rozszerzania diety. Najprawdopodobniej był to taki długi i nieprzyjemny skok, bo od dwóch dni moje dziecko zachowuje się jak śliczne bobasy z filmów. Zero marudzenia, sama zapada w drzemki, je chętnie, jest cudowna, spokojna i uśmiechnięta jak dawniej. Aż się boję o tym tak pisać i się tym cieszyć, bo zawsze jak to zrobię, to potem znowu jest ciężko. W każdym razie ja od dwóch dni znowu mam dobry humor, jestem lepiej wypoczęta i nastawiona do życia optymistyczniej.

Rozszerzanie diety idzie bez rewelacji, Złocista nie jest wielkim smakoszem papek, jedynie kaszki są dla niej na tyle podobne do mleka, że całkiem chętnie zjada. Ale myślę, że na wszystko przyjdzie czas. Ja oczywiście muszę pokonywać własną frustrację, bo wraz z jedzeniem papek, cała ja i całe dziecko nieraz jest upaprane, nie mówiąc o ubrankach i leżaczku. Ćwiczę cierpliwość ;)

Święta nie były fajne. U nas w mieszkaniu tylko choinka. Na wigilię poszliśmy do rodziców, była tragedia, dziewczynka źle znosiła odwiedziny, była rozdrażniona, dużo płakała, więc uciekliśmy stamtąd po dwóch godzinach. To samo było w pierwszy i drugi dzień świąt. Poddałam się presji rodziny i poszliśmy tam pomimo tego, że Złocista miała kiepski czas i to był błąd. Żałuję. Ani ja się nie czułam dobrze, ani dziecko, nie było mowy o przyjemnym spędzaniu czasu. Do tego wszystkiego denerwowała mnie moja matka, która myśli, że dziecko zaakceptuje ją i pokocha po 20 minutach. Od jej urodzenia spędziła z nią może w sumie z dwie godziny, a i to nie jestem pewna. Kiedy jej tłumaczę, że musi brać udział w życiu dziecka, ona się irytuje. Wielokrotnie zapraszałam ją do nas. A ona tylko mówi, że się umówimy. I tak się już umawiamy od dwóch miesięcy. Więc już nie zapraszam. Świąt mam dość na kilka lat, odwiedzin u rodziców też.

W Sylwestra posprzątałam ładnie dom, kupiliśmy alkohol jaki lubimy [ja miałam wino musujące, bo miałam na nie ochotę od Sylwestra zeszłego roku, kiedy to byłam w ciąży ze Złocistą], dużo czipsów, lody. Złocista poszła ślicznie spać o swojej porze, a my spędzaliśmy czas jak dawniej. Siedzieliśmy sobie, oglądaliśmy seriale, ja zrobiłam sobie SPA, włosy, maseczki, depilacje, stopy, te sprawy. Moje wino okazało się strzałem w dziesiątkę, byłam ciągle w bardzo lekkim, przyjemnym stanie upojenia, ale bez żadnych przykrych konsekwencji. Przed północą poszłam do Złocistej ją przewinąć, nakarmić, tak żeby fajerwerki jej nie przestraszyły. Nowy rok przywitał mnie z pijącą mleko córką na rękach. Jaki Sylwester, taki cały rok. Nie mam nic przeciwko.

Mijający rok postawił mnie w zupełnie nowej roli. Zostałam mamą i jest to absolutnie największe wyzwanie mojego życia. Bardzo trudno jest zrezygnować z siebie i swoich potrzeb tak z dnia na dzień, być może dla niektórych kobiet to naturalne i proste, ale dla mnie nie było. Dziś już mogę powiedzieć, że nie wyobrażam sobie powrotu do przeszłości. Jest mi dobrze w tej naszej malutkiej rodzince. Wprawdzie nie wiem, co będzie za rok o tej porze. Boję się mnóstwa rzeczy. Ale wiem też, że zrobię dla tej ślicznej istotki wszystko.

Wraz z pojawieniem się dziecka na świecie, pojawiają się w głowie nowe myśli. O własnej, przedwczesnej śmierci. Albo chorobie. Teraz największym moim lękiem jest to, żeby zdążyć wychować dziecko, żeby udało mi się z nią być chociaż do osiemnastki. Są lęki o zdrowie dziecka. Dużo, dużo nowych obaw. Ale i dużo nowej miłości. Kocham Cię, córeczko, bardzo się cieszę, że jesteś z nami.

Nowy Rok może przynieść kolejne zmiany. Mamy nowe marzenia, nowe nadzieje. Czy marzenia się spełnią, czy nie, życzę sobie, żebyśmy byli szczęśliwi. Co najmniej tak, jak jesteśmy teraz. Czego i Wam życzę :)

Opublikowano Bez kategorii | 2 Komentarze

stanowczo za rzadko piszę

Blogi, w postaci jaką znałam i lubiłam, umierają. Pozostały tylko te takie, co żyją reklamą i trudno w nich rozróżnić, co jest prawdziwym życiem, a co fantazją, spisaną na potrzeby podpisanego z firmą kontraktu. Mój też zdaje się umierać. Jednym z głównych powodów, jakie powstrzymują mnie przed porzuceniem mojej pisaniny jest moja córka i pewien sentyment. Córka, bo być może kiedyś pokażę jej te zapiski, jak już będzie pannicą, może dorosłą kobietą. Zobaczy, jakim śmiesznym człowieczkiem była jej matka, może nawet prześledzi jak dorastałam. Wszak jest co śledzić. Sentyment w końcu wynika stąd, że mam zapisane w internetowych odchłaniach 15 lat mojego życia! W większych i mniejszych szczegółach. Jak do tej pory samej mi brakło czasu, żeby siąść i przeczytać to wszystko od deski do deski. Przeglądałam wpisy wyrywkowo i nieraz rumieniec na me lico wyskoczył ze wstydu, co za durnoty pisałam. Ale tak myślę, że to ciekawa spuścizna dla dziecka. Dla wnuków. Może warto kontynuować, by za 5 lat obchodzić dwudziestolecie blogowania. Brzmi dumnie, nieprawdaż?

Siedzę w dużym pokoju, obok bardzo agresywnie mrugają lampki na choince. Ubrałam ją i włączam specjalnie dla Złocistej, lubi na nią patrzeć. A samo ubieranie ile sprawiło jej radości. W ogóle uśmiech mojej córki jest głównym sensem mojego codziennego istnienia, czego to ja nie robię… Tańczę, śpiewam, recytuję, czytam wierszyki, wydaję śmieszne dźwięki, zjadam stópki, robię jej na brzuszku pierdzioszki, noski eskimoski, huśtam na rękach… A ona czasem po prostu cieszy się, że mnie widzi. O trzeciej rano, jak się budzi głodna. Nie płacze, nie krzyczy, uśmiecha się szeroko i szczerze, że aż mruży te swoje roziskrzone oczka.

Na podłodze stoi bujak, w bujaku ulubiona maskotka Złocistej. Druga leży na ławie, na półce gryzak. Pod ławą poradniki dotyczące rozszerzania diety, witaminy i niemowlęca obcinaczka do paznokci. A za ścianą śpi moja przepiękna córka. Kiepsko spałam tej nocy. Od czasu do czasu Złocista ma cięższe chwile i bardzo kiepsko śpi, a ja razem z nią. Przeczuwam, że i dzisiaj jeszcze będzie niespokojnie. Mało jadła cały dzień. Zębów o dziwo nie widać, nie wiem czy idą, czy nie. Ale wciąż jestem zwarta i gotowa. Rozszerzamy też dietę, co jest bardzo zabawne. Mała nie lubi marchewki, nie przepada za brokułem, dobrze wchodzi jej dynia. Na dniach wchodzą już obiadki i owocki, nie mogę się doczekać. Po doświadczeniu oplutych marchewką ubranek zamówiłam z Chin wodoodporne śliniaczki, bo z odplamianiem mi nie po drodze. I tak sobie żyjemy z dnia na dzień, gdzie każdy dzień prawie identyczny, czasami się czuję jak uwięziona w pętli czasu. Ale z uwięzi wyrywają mnie nowe umiejętności Złocistej, nowe dźwięki, nowe głoski, stópki w buzi i rączki, które szczypią.

Próbowałam zaprogramować moje dziecko, zmęczona niedospanymi nocami, wiecie, kombinować z planem dnia, drzemkami, porami snu. Ale ona jest silniejsza ode mnie i bardzo szybko uświadomiła mi, że dziecko to nie komputer i nie da się go zmusić do realizacji planu. W ogóle dziecko to dla mnie jedna wielka nauka cierpliwości i budowanie od podstaw spontaniczności, godzenia się ze zmianami. Jestem człowiekiem-planem. Planuję wszystko i bardzo, baaardzo źle znoszę, kiedy coś nie idzie tak, jak ma. Przy dziecku prawie nic nie idzie zgodnie z planem, serio. Frustrujące kosmicznie i zastanawiam się, kiedy do tego przywyknę i się z tym pogodzę ;)

Nigdy też nie sądziłam, że będę w stanie funkcjonować na takiej ilości snu, którą teraz mam. 5-7 godzin z półgodzinną przerwą w środku na karmienie, a czasem takie noce, gdzie tego snu jest 3 godziny. I żyję. Gdzie przed ciążą 8 godzin to było absolutne minimum. Żyję, wróciłam do ćwiczeń na siłowni, z aerobów to tylko codzienne 1-2 godzinne spacery z wózkiem. Coś tam chyba nawet schudłam. Nie są to kosmiczne wyniki, bo nie umiem zbyt mocno odmawiać sobie jedzenia dobrych rzeczy, ale ważne, że cokolwiek ruszyło. Byłam u fryzjera, odświeżyłam włosy, wyrzuciłam dwie pary butów, w których czułam się okropnie, to już jakiś początek. Po ciąży czuję się jak pani pasztetowa, ubrania jeszcze chwilę temu przyciasne, teraz za luźne, a te sprzed ciąży dużo za małe. Nie mogę się jakoś wpasować w to swoje ciało, wymiana garderoby nie wchodzi w grę, więc noszę się trochę jak lump, ale cóż zrobić. Muszę wrócić do siebie, ale jest to dużo trudniejsze niż myślałam.

Złocista za dwa tygodnie kończy 5 miesięcy. Szok, co? W naszym życiu zapanowała już jakaś harmonia, doba ma swój rytm, powtarzalny, miarowy, z chwilowymi niespokojnymi wtrętami. A ja wciąż nie mam czasu na wszystko, co chciałabym zrobić. I boję się, że będę miała jakiś czas dla siebie dopiero za kilka lat ;) Pewnie tak będzie. Nie narzekam jednakowoż, bo wiem, jak wiele mam szczęścia, że udało mi się sprowadzić na świat taką piękną, zdrową dziewczynkę. Co przecież wcale nie jest oczywistością.

Szkoda, że nie daję rady pisać częściej. Czuję, że wiele mi umyka. Wiele rzeczy, które chciałabym zachować. Chciałabym napisać takie oklepane zdanie, które widziałam już wiele razy. Ale może to dlatego, że jest nie tylko moją prawdą. Nie wiedziałam, że może istnieć taka miłość, jaką czuje się do dziecka. To zupełnie inna miłość niż wszystkie, które czułam w swoim życiu. Uczucie, które rozsadza Ci serce i rozpływa się po całym ciele, kiedy przytulasz to małe ciałko do swojego. Kiedy mała rączka mocno trzyma Twój palec. Zdarza mi się rozpłakać ze wzruszenia, kiedy tak na nią patrzę. Na tę małą doskonałość.

Nie mam w tym roku kompletnie świątecznego nastroju, nie chce mi się nic szykować, nic piec i gotować, więc nie będę tego robić. Mąż zapowiedział, że upiecze ze dwa ciasta, ale to tylko dlatego, że wstyd iść na Wigilię do rodziców z pustymi rękami. Nie kupiłam nawet mandarynek. Jedynym znakiem w naszym domu, że święta tuż tuż jest ubrana choinka.

Korzystając z okazji, że być może mnie czytacie, chciałam Wam złożyć serdeczne życzenia. Żeby było ciepło, spokojnie, leniwie i z pełnym brzuszkiem. Niechaj barszcz będzie czerwony, a uszka z grzybami!

Opublikowano Bez kategorii | 7 Komentarzy

3 miesiące Złocistej 

Złocista drzemie, ja kradnę tę chwilę dla siebie na kawę tylko dlatego, że właściwie wszystko mam zrobione (coś by się znalazło, ale szczerze mówiąc jestem padnięta). Mamy kolejny skok rozwojowy, dosyć brutalny, dziecko marudne i kiepsko w nocy śpi, przez co i ja nie mam spania, bo dzień czasem zacznie się o 3.00, czasem już o 1.00 w nocy, więc udaje mi się pospać 4-5 godzin z przerwą na karmienie, hehe. Ale po cichu liczę, że może już koniec, bo dzisiaj jakaś spokojniejsza jest i pogodniejsza. Na dodatek chyba zaczynamy ząbkowanie. Na początku nie połączyłam kropek, że mała zjada rączki w całości i zaczęła się obficie ślinić, ale teraz non stop przygryza dolną wargę, więc to raczej to. Już zrobiłam zamówienie w aptece internetowej na żel przeciwbólowy, szczoteczkę silikonową do masażu, a czopki przeciwbólowe jeszcze mam od pierwszego szczepienia (nigdy nie użyte). Przy okazji kupiłam też miękką silikonową łyżeczkę, bo za miesiąc zaczynamy rozszerzanie diety! Jestem w szoku, jak ten czas leci.

Upływ czasu udowadniają mi też zdjęcia, którymi zajęłam się, kiedy skok rozwojowy się dopiero szykował i Złocista przespała prawie dwa dni. Zrobiłam dwie książeczki ze zdjęciami: jedna sprzed dziecka i druga ilustrująca 3 pierwsze miesiące jej życia. Wywołałam też kilka najładniejszych i oprawię je w ramki i zrobię wystawkę. To, jak dziecko się zmienia jest po prostu niezwykłe, jeszcze niedawno była takim małym robaczkiem, a teraz śmieje się, grucha, zaczyna świadomie używać rączek, rozmawia ze zwierzątkami z karuzelki i rozumie, że jak zapłacze czy zamarudzi, to zaraz dostanie, co chce. Ładnie podnosi już głowę i wierzga tak, że czuję, że jak zacznie raczkować, to będzie nie do zatrzymania :D strasznie jestem dumna.

Trochę ciągle jeszcze panikuję na myśl o trudnościach, jakie przed nami. Ząbkowanie, które potrwa kilka lat, pierwsze choroby, zastrzyki, badania. Płacz mojego dziecka trwający dłużej niż 3 minuty. Powrót do pracy po macierzyńskim. Do tego ciągle prześladuje mnie wspomnienie porodu i pobytu w szpitalu, ciekawe czy kiedyś mi przejdzie. I ciekawe czy moje ciało kiedyś wróci do normy. A może to, co się z nim teraz dzieje to już jest norma? 

Odwiedziła nas Sis z mamą, bardzo to było miłe spotkanie. Złocista stanęła na wysokości zadania, była bardzo grzeczna, do mamy Sis śmiała się wesoło i generalnie zrobiła dobre wrażenie. Dostała wspaniałe prezenty, a ja sobie pomyślałam, że fajnie, że będzie miała takie ciotki. Zawsze to „rodzina”. Nie ma między nami więzów krwi, ale jest wieloletnia przyjaźń. Mam nadzieję, że jej dobre działanie spłynie też na moją córkę.

No i nie zaraziłam jej ostatecznie. Miała lekki katarek, ale coś mi się wydaje, że to bardziej przez centralne ogrzewanie niż moje przeziębienie, bo po kilku dniach z wilgotnymi ręcznikami na kaloryferach jak ręką odjął. Ja za to kaszlę do dzisiaj, boję się, że to moje nadreaktywne oskrzela i znowu będę się męczyć całą zimę… Ych.

A co poza dzieckiem i życiem mamy? W sumie niewiele. Bycie matką na tym etapie pochłania niemal całkowicie, czasem mam tak dość, że tylko czekam na moment, aż Złocista zaśnie wieczorem i będę mogła przez chwilę poczuć się znów jednostką indywidualną, choćby po to, żeby poczytać internety czy ogolić pachy. Od czasu do czasu wyskoczę sama do sklepu i czuję się wtedy 30 kilo lżejsza bez wózka :D co nie zmienia faktu, że jak Złocista zaśnie mi na klacie, jej mała rączka ugniata przez sen moją skórę, czuję się z nią jednym ciałem, jednym organizmem, zupełnie jak w ciąży, kiedy spała w tym samym miejscu, ale pod skórą. To są chwile, kiedyś czuję tak wielką miłość, jakiej nie czułam nigdy w życiu.

Miłość miłością, ale dzisiaj to bym się chciała wyspać. I tego mi życzcie :) 

Opublikowano Bez kategorii | 2 Komentarze

W koło Macieju

Każdy mój dzień wygląda bardzo podobnie. Zaczyna się między 4.00 a 6.00 popłakiwaniem mojej córki. Zmieniamy pieluchę, witamy się, gadamy, karmimy i chwilę bawimy. Potem ona bawi się chwilę sama, ja przeprowadzam chociaż częściowy poranny obrządek i zaczynam „taniec ze Złocistą”, czyli naprzemiennie karmienie, pielucha, przytulanie, zabawa, drzemka, spacerek. W koło Macieju. Matka ostatnio zapytała mnie, jak mi się podoba takie życie w domu, z dzieckiem. Hehe. Raz bardziej, raz mniej, zależy jak bardzo jestem niewyspana i zmęczona. Może byłoby łatwiej, gdybym nie stawiała sobie tak wysoko poprzeczki, że oprócz zadbanego dziecka muszę mieć zadbany dom i w miarę zadowolonego męża. Oczywiście większość wszystkiego biorę na siebie, bo jakoś tak logicznie wynika, że skoro on pracuje, to po pracy odpoczywa. A ja w trakcie drzemek Złocistej zamiast samej odpoczywać, sprzątam, piorę, gotuję. Czy nawet się kurna myję, bo czasem i tego nie ma czasu zrobić, jak jest gorąca atmosfera i napięty grafik ;) Mój dzień się właściwie nie kończy, przynajmniej ja tak tego nie odczuwam. Wieczorem mamy rytuał kąpieli i usypiania, w nocy karmienie lub dwa. Mam to przeogromne szczęście, że moje dziecko częściej śpi dobrze niż kiepsko, ostatnio nawet nauczyła się właściwie sama zasypiać, po kąpieli robi się hiperaktywna i zamiast bezwładnie opadać z każdym łykiem mleka, ona się aktywizuje. Więc odkryłam, że od kiedy tak ma, trzeba ją po prostu odłożyć do łóżeczka, dać smoka, puścić biały szum i w 3 minuty dziecka nie ma. Przypuszczam, że bez szumu też da radę, ale daję go na wszelki wypadek, jakby zdarzyło nam się narobić wieczorem hałasu. Ja zaś powoli uczę się normalnie spać, kiedy mogę. Bo do tej pory moje spanie to było głównie czuwanie między karmieniami. Teraz udaje mi się zapaść w głęboki sen, czym ratuję swój przemęczony mózg.

Zdarzyło nam się też wylądować na dziecięcym sorze. Złocista z dnia na dzień kompletnie przestała jeść, więc kiedy w ciągu 22 godzin wciągnęła na raty równowartość jednego normalnego posiłku zadzwoniłam do swojej położnej i zapytałam, czy powinnam się już mocno martwić. Szczególnie, że dziecko bardzo senne, prawie się nie budzi. Kazała mi iść do pediatry, a pediatra wysłała nas na sor. Teraz z perspektywy czasu wiem, że niepotrzebnie, ale pewnie nie chciała brać na siebie odpowiedzialności, gdyby się okazało, że to jednak nie gwałtowny skok rozwojowy. Na sorze nas przyjęli na oddział, zrobili badania, podali kroplowke, przy czym się dziecko strasznie nacierpiało, a ja tam prawie wyłam razem z nim. Jeszcze w trakcie przyjmowania na oddział zaczęła jeść, wyniki były w normie, dla świętego spokoju zostaliśmy do rana, do obchodu, a potem wyszliśmy na żądanie. Oczywiście, że chcieli nas zatrzymać, bo szpital biedny, ale nie ma sensu narażać zdrowego dziecka na choroby dla widzimisię ordynatora. To były okropne 24 godziny, mimo że moje dziecko nie cierpiało (oprócz tego upuszczania krwi i wenflonu), ale nigdy więcej nie chcę musieć być z dzieckiem w szpitalu. Coś okropnego. W nocy przy dziecku czuwał Niedźwiadek, bo chciał, żebym się wyspała, ale to przecież niemożliwe. Oka w nocy nie zmrużyłam, a cisza i puste dziecięce łóżeczko ściskały za gardło. Nie chcę nawet wyobrażać sobie, co czują rodzice naprawdę chorych dzieci. Losie uchowaj.

Dzisiaj już wiem, że skoki rozwojowe mogą się objawiać w najróżniejszy sposób, więc aż tak nie panikuję. Teraz za to schizuję się, że Małą zaraziłam. Od kilku dni walczę z ostrym przeziębieniem, jestem już na końcówce, ale potwornie kaszlę jeszcze, no i pewnie nadal zarażam. Wątpię, że moje pilnowanie higieny, mycie rąk, staranie się, żeby Złocista miała jak najmniejszy kontakt z wirusem coś dało, dlatego podejrzliwie nasłuchuję oddechu, liczę kichnięcia, częściej czyszczę nosek, zastanawiam się czy to zakrztuszenie śliną czy może jednak kaszel. No nic. Będę się schizować dalej, gorączki w każdym razie nie ma.

Jak na codzień jestem osobą raczej skromną, tak moje dziecko jest moją dumą i się nim chwalę otwarcie, jeśli tylko ktoś chce słuchać. Taka madka ze mnie typowa. Moja córka jest najpiękniejsza na świecie, no co Wam będę ściemniać ;) gdzie nie pójdę, tam się każdy rozpływa nad jej śliczną buzią (ostatnio ktoś użył sformułowania „klasycznie piękna, jak z reklamy” :D) i rozbrajającym bezzębnym uśmiechem. Jest też oczywiście najmądrzejsza, ale tym się jeszcze nie chwalę za mocno, bo dla normalnych ludzi to, że dziecko chwyciło grzechotkę raczej nie świadczy o mądrości, ale dla mnie owszem. Jest genialna i kropka :D Nie wyobrażam sobie już bez niej życia i wyobrażać sobie nie chcę, chociaż wcale nie jest zawsze kolorowo i cudownie. Zresztą, dzietne koleżanki wiedzą o co chodzi, a bezdzietnym tylko powiem, że ja narzekam, a mam anioła a nie dziecko, a pomyślcie jak to jest mieć dziecko trudne ;) Mózg w kawałkach. Zawsze podkreślam, że ja się na matkę niezbyt nadaję, dlatego pewnie Matka Natura (niech jej będzie chwała!) dała mi takie dziecko, żebym była w stanie jakoś podołać. Odpukać w niemalowane. I splunąć przez lewe ramię.

Czeka mnie niebawem kilka towarzyskich spotkań. Czekam na nie bardzo, bo dawno takich spotkań nie miałam, ale też będą to pierwsze takie spotkania przy dziecku. I nie wiem jak to wyjdzie. Jak tu dzielić uwagę i czas i samą siebie. Jest to dla mnie stres, ale z drugiej strony jakoś trzeba wracać do normalnego życia, inni ludzie mają życie mając dziecko, więc czemu ja miałabym nie mieć. Myślę, że to kwestia nastawienia. Pracuję też nad tym, żeby nie mieć takiego poczucia winy, kiedy podczas dnia ze Złocistą nie poświęcam jej ciągle dużo uwagi, tylko np. zostawiam pod karuzelką albo w bujaczku, żeby trochę zajęła się sobą sama. Mam takie dziwne uczucie wtedy, że słaba ze mnie matka, że dziecko mnie potrzebuje, a ja je tak zostawiam same sobie, żeby tylko mieć chociaż chwilę od niej wolną. Wiem, że to głupie, bo przecież tak trzeba robić, bo inaczej by człowiek utonął w chlewie, sikał pod siebie i nie jadł, ale i tak mam takie dziwne odczucia wtedy. Muszę wrzucić na luz. Powoli się tego uczę.

I nie mogę schudnąć. No normalnie nie idzie i już. A tak się staram…

Opublikowano Bez kategorii | 2 Komentarze