Rodzinka w komplecie

Mam córkę. Jestem mamą. Ile razy bym sobie tego nie powtarzała, ciągle jeszcze nie dociera do mnie, że ta mała przecudowna istotka zostaje ze mną na zawsze. Że to nie jest stan przejściowy, że za miesiąc będzie po wszystkim i wrócę do swojego życia. Mojego życia – dawnego życia – już nie ma. Teraz jest nowe, do którego ciężko jest się zaadaptować. Ale przyznaję, że z każdym dniem jest lepiej, łatwiej.

Najgorsze były pierwsze dwa tygodnie. Potem powoli zaczynałam ogarniać co i jak, a dzisiaj wiem już, że jak Złocistą ze snu wyrywa płacz, to trzeba odbekać, że jak płacze i czerwienieje to kupa, że jak przestaje się ruszać z takim pustym wzrokiem to siki, że jak ssie łapkę to głodna. A czasem kompletnie nie wiem co robić, żeby to dziecko uspokoić albo uśpić, ale w końcu się udaje, tylko nie wiem czy moja w tym zasługa, czy zmęczenia dzidzioka. Czasami jak zostaję z dzieckiem sama na więcej niż 12 h, a ono w dodatku jest marudne, a ja za mało się prześpię i nie jem czternastą godzinę, a potem jeszcze popatrzę w lustro, a podczas porządków w szafie zmierzę spodnie sprzed ciąży, które są tak małe, że mam wrażenie, że już nigdy w nie nie wejdę, to mam dużo złych myśli, denerwuję się, wpadam w popłoch, wspominam swoje życie sprzed dziecka i myślę sobie, że nie powinnam być matką, bo robię to źle, bo te inne matki takie wspaniałe, szczęśliwe cały czas, zadbane (nie wiem jak to robią i kiedy), nigdy nie tracą cierpliwości i zimnej krwi, a ja to szkoda słów. I jeszcze to karmienie. Czy raczej produkcja. Bo przystawianie dziecka do piersi stało się dla mnie stresujące od czasu szpitala, kiedy dziecko wyło bez przerwy podczas karmienia, bo nie miałam pokarmu. A teraz wyje, bo jej niewygodnie, bo jakieś mam te cycki niewymiarowe, jakby zupełnie nie były przeznaczone do karmienia, muszę się gimnastykować, wyginać, trzymać, więc zamiast relaksować się podczas karmienia, mam napięte wszystkie mięśnie, które drżą z wysiłku. Bez sensu. Zarzuciłam przystawianie dziecka, zaczęłam tylko i wyłącznie ściągać pokarm laktatorem. A i tu nie jest wesoło, bo ciągle mam go bardzo mało i ściąganie zajmuje mi co najmniej 4 h dziennie, odbierając mi czas na cokolwiek innego poza dzieckiem i spuszczaniem mleka.

Moja matka nadal ma na nas wywalone, tak ją czasem próbuję podejść psychologicznie, sprawdzić czy ją sumienie czasem nie gryzie, ale najwyraźniej skutecznie ucisza je kupowaniem prezentów dla wnuczki, której zbytnio nie chce oglądać i pieniędzmi na chrzest, którego nie będzie. Kompletnie nie potrafię zrozumieć, jak to możliwe, że moja matka tak bardzo nie chce mieć z nami nic wspólnego, ojciec nie jest lepszy, ale jednak wydawałoby się, że kobieta lepiej kobietę rozumie, że młoda matka potrzebuje pomocy, wsparcia, choćby ciepłego słowa, obecności. A ja, jak to przez całe moje życie, znowu jestem sama. Ale powiedziałam sobie, że nie pojadę więcej do rodziców, skoro oni nie chcą mnie odwiedzić choćby na pół godziny. Dobrze, że chociaż męża mam. Rzadziej to rzadziej, bo pracuje, ale dobre i tyle. Sytuacja z moją rodziną jest dla mnie bardzo przykra, czasem trochę płaczę, czasem nie śpię w nocy, jak spać powinnam, zachodzę w głowę o co tu chodzi i dlaczego tak jest, ale odpowiedzi raczej nie poznam. Wiem, że powinnam w końcu odpuścić ten temat, bo nie jestem w stanie nic na to poradzić, no ale to naprawdę bolesne.

***

Oczywiście, że te notki piszę na raty. Nie ma takiej opcji, żeby siąść sobie na godzinę z kawusią i ze spokojem poopowiadać, co u mnie.

No więc Złocista, którą nazywamy też Krakenem albo Oreo, skończyła już 5 tygodni, przestała być noworodkiem, wyrosła z całkiem pokaźnej ilości ciuszków, a włosy na głowie wytarły się tak, że wygląda jak Trevor z GTA. Do tego zaczęła się uśmiechać szeroko, ale nie mam pewności, czy to rzeczywiście uśmiech, czy tylko taki grymas. Od kiedy wyczailiśmy, że ma problemy z brzuszkiem i wprowadziliśmy środki zaradcze, nasze dziecko dużo mniej marudzi, prawie nie płacze, jest spokojniejsze i w ogóle widać, że szczęśliwsze. Zaczęłam też wreszcie czuć więź między nami, czuję też realny wpływ mojej bliskości na jej samopoczucie, zaczynam lubić wspólne chwile i mniej panikować, jak dziecko nagle i intensywnie sygnalizuje swoje potrzeby.

Nie bez znaczenia jest fakt, że po miesiącu uroczyście zakończyłam karmienie piersią, czy raczej produkcję mleka. Już dawno nic nie dało mi takiej radości i poczucia wolności. Moja laktacja i tak była śmiechu warta, więc bez żalu zakończyłam tę farsę, przestałam ściągać mleko, a ono w 3 dni znikło na amen. Teraz wszyscy są szczęśliwsi: ja, bo naprawdę odzyskałam ciało na własność i mam więcej czasu; dziecko, bo mam lepszy humor i dużo więcej czułości w sobie, bo nie stresuję się głupim mlekiem; mąż, bo mam lepszy nastrój i więcej czasu na cokolwiek innego. Bez karmienia piersią macierzyństwo cieszy mnie dużo bardziej.

Drugim ważnym aspektem mojego lepszego samopoczucia jest fakt, że wreszcie mogę wychodzić na spacery również sama. Mąż zrobił miejsce w piwnicy na wózek i teraz jak on jest w pracy, to i tak mogę zabierać dziecko na świeże powietrze i sama przy tym poczuć się jak człowiek. Bo wiecie, siedzenie w domu źle robi na głowę, szczególnie kiedy nie ma się nawet motywacji, żeby się przebrać z koszuli nocnej ;) spacery popchnęły mnie do zadbania o siebie. Musiałam kupić nowe spodnie, bo zanim ciążowy brzuch się wchłonie i zanim zrzucę przybrane kilogramy to jednak trochę potrwa, a chodzić w czymś trzeba. Wybrałam się też wreszcie do fryzjera, więc od razu lepiej. Zaczęłam się nawet malować znowu, więc to znak, że sprawy obrały właściwy kierunek.

Byłyśmy już ze Złocistą na dwóch wizytach u lekarzy, jest zdrowa jak rydz, a u lekarza bardzo spokojna. Oby tak dalej.

W wolnych chwilach, czyli kiedy mała śpi albo tata jest w domu, żeby małą zabawić, ja sprzątam i gotuję, więc wnioskuję jednak, że skoro na ogół wielkiego bajzlu w domu nie ma, to nie mogę być taką znowu najgorszą gospodynią. Radzę sobie. Wprawdzie kosztem snu nieraz, ale zawsze.

A poza tym jestem standardową matką z internetów. Cieszy mnie każda kupa mojego dziecka, każde beknięcie i bąki, których nie powstydziłby się stary chłop. Jestem nieraz obrzygana, obsikana, kupa też mnie nie omija, pachnę kwaśnym mlekiem (tak mi się wydaje), bo mnie dziecko opluje, ale w sumie nie jest źle. Jest inaczej, ale nie jest źle. A dziecko stało się centrum mojego świata, sama nie wiem czy to dobrze, czy nie.  Czekam na każdy kolejny dzień, bo ona z każdym dniem się zmienia, nabiera nowych umiejętności, wydaje nowe dźwięki, robi nowe grymasy. Trochę tylko jestem niewyspana, chociaż właściwie przyzwyczaiłam się już do nocnego wstawania i do snu w stanie czuwania mimo zatyczek w uszach (dzieci przez sen są baaaaardzo głośne). Jeszcze trochę i ponadrabiam blogowe zaległości, jestem na dobrej drodze do wyjścia na prostą :)

Ściskam serdecznie blogowych przyjaciół i dziękuję za dobre słowo w chwilach kryzysu :*

Reklamy
Opublikowano Bez kategorii | 6 Komentarzy

Baby blues, czyli o tym, jak urodziła się Złocista 

To już prawie dwa tygodnie, jak Złocista jest na świecie. Od dwóch tygodni jesteśmy razem w domu. I dopiero teraz, powoli, zaczynamy ogarniać nową rzeczywistość. Zastanawiam się, jak ugryźć niełatwy dla mnie temat porodu, samotności w szpitalu, baby bluesa, strachu, poczucia winy, laktoterroru, który przeżyłam. Wiem, że są osoby, które spodziewają się tu wybuchu euforii, bo dla nich poród i pierwsze chwile z dzieckiem były do euforii powodem, no ale dla mnie nie. I było to do przewidzenia. Córko, jeśli to czytasz, to mam nadzieję, że jesteś już na tyle dojrzała, żeby wiedzieć, że takie odczucia nie mają nic wspólnego z miłością czy jej brakiem, że to tylko hormony i trauma związana z ogromem cierpienia. 

Zgodnie z planem pojawiłam się na izbie przyjęć w wybranym przez siebie szpitalu, nic nie wskazywało na to, żeby poród miał rozpocząć się samoczynnie. Szereg badań i trafiłam na trakt porodowy, na cholernie niewygodne porodowe łóżko, na weekend, podczas którego nie działo się nic, oprócz kilku porodów, które słyszałam bardzo wyraźnie. W poniedziałek wreszcie zapadła decyzja o podaniu oksytocyny, napisałam więc do męża radośnie, że dzisiaj wreszcie urodzimy. Cieszyłam się, bo miałam dość czekania, dość szpitala, byłam nawet dobrej myśli, czułam, że wszystko będzie dobrze. Kroplówka zaczęła działać bardzo szybko, akcja porodowa ładnie się rozkręcała, skurcze stały się bardzo bolesne, boleśniejsze niż mogłabym się kiedykolwiek spodziewać, poprosiłam więc o znieczulenie. Mąż, który towarzyszył mi cały czas, podczas kolejnej nieudanej próby wkłucia się w dobre miejsce w kręgosłupie wyszedł, bo nie mógł znieść mojego wycia – w trakcie skurczy i pomiędzy nimi, kiedy igła znowu trafiała nie tam, gdzie trzeba. Na tym etapie z bólu już się cała trzęsłam i zaczęłam podejrzewać, że coś idzie nie tak. Znieczulenie udało się podać, bóle nieco zelżały, dość szybko doszło do pełnego rozwarcia, zaczęły się skurcze parte.  I tu już cierpiałam tak, że myślałam, że umieram. Wyrzuciłam męża z sali, bo nie chciałam, żeby patrzył, jak bardzo się męczę.  Anestezjolog trochę się ze mnie śmiał, że aż tak krzyczę i twierdzę, że aż tak boli, śmiał się, ale potem to wszystko odszczekał… Cierpiałam cierpliwie, bo położne mówiły, że to już prawie koniec, że główka już jest widoczna, więc pełna nadziei darłam się i parłam, a potem darłam i nie parłam. I ciągle nic. Końcowy etap porodu rozpoczął się po 6 godzinach, a kazali mi cierpieć kolejne 2,5, zanim powiedzieli, że coś jest nie tak, że dziecko nie daje się urodzić. Kazali mi jeszcze zmieniać pozycje, że niby może się uda, czułam się jak na najgorszych torturach, jak jakieś zwierzę, wydawało mi się, że ta porodówka takiego ryku jak mój jeszcze nie słyszała. W końcu zaczęłam płakać i krzyczeć, że już nie dam rady, że już wystarczy i wtedy przybiegła lekarka i powiedziała położonym, że to faktycznie nie ma sensu, że dziecko się zaklinowało i nie ma żadnych szans na naturalny poród. Zdecydowali o cesarce. Trzęsłam się jak w konwulsjach, kiedy anestezjolog podawał mi kolejną porcję znieczulenia, już trochę poważniejszy niż wcześniej, zaczął przepraszającym tonem mówić, że teraz rozumie, skąd takie dolegliwości bólowe, ale mnie to kompletnie nie obchodziło, pytałam tylko kiedy przestanę czuć ból. Szybko nie przestałam, czułam parte skurcze jeszcze  na stole operacyjnym. Położne, które wiozły mnie na salę mówiły, że jestem bardzo dzielna, że bardzo długo się męczyłam i że jeszcze mam siłę żartować (tak, żartowałam sobie przez łzy, wyginając się z bólu, bo to moja metoda radzenia sobie z rzeczywistością). Chyba było im mnie żal.  Potem czułam jeszcze ból rozcinanego brzucha i ręki lekarza w moim brzuchu, ale jak się wydarłam, że boli, to anestezjolog szybko przerwał akcję i podał znieczulenie ogólne. Okazało się, że znieczulenie zewnatrzoponowe przestało działać… Obudziłam się zamroczona, jacyś ludzie przychodzili, lekarze coś gadali, potem zajrzał pediatra, że dziecko zdrowe i coś tam jeszcze, ale nie dotarło do mnie. Byłam podpięta pod jakiś  kardiologiczny monitoring, okazało się też potem, że w plecach ciągle mam cewnik i podpiętą do niego pompę. Generalnie wyglądałam jak jakaś ofiara wypadku, tyle tego sprzętu monitorujacego. Potem ktoś zapytał czy podać mi dziecko, czy może wolę odpocząć. Zapytałam tylko, czy zdrowe, usłyszałam, że tak i powiedziałam, że może trochę później, bo na razie nie dam rady. I zasnęłam. Obudziła mnie położna, kładąc mi na piersi tego wielkookiego bobasa. Chyba sama do końca nie wiedziałam, co mam czuć. Poczułam się wtedy pierwszy raz złą matką, bo nie czułam tego, co wszyscy mówili, że będę czuć. Że zapomnę o porodzie, bólu, że będzie tylko ona i miłość. No nie. 

Mój mąż nawet nie wiedział, co się stało. Nikt mu nic nie mówił, dopiero zobaczył, że zabierają mnie na cesarkę, a potem jak wyjeżdżałam pod narkozą to mu powiedzieli, że było awaryjne ogólne znieczulenie. Ja przez kilkanaście godzin nawet nie mogłam do niego zadzwonić, bo nie mogłam ręki wyciągnąć po telefon, a na oddział był zakaz wstępu. Co on przeżył to też strach myśleć. Dziecko i mnie zobaczył po dwóch dniach i mojej ciężkiej walce o pionizację. Bardzo kręciło mi się w głowie przy próbie chodzenia, ale próbowałam, póki się nie udało, bo wiedziałam, że Niedźwiadek bardzo chce zobaczyć dziecko, dotknąć go. Spotkanie było krótkie i dla mnie bardzo bolesne, bo niestety ledwo żyłam po tych porodowych przygodach. Podsumowując rodziłam na trzy sposoby, ponosząc przykre konsekwencje każdego z nich. Dobrze, że mi chociaż krocza nie zdążyli naciąć, bo chyba bym się już całkiem załamała ;) Niedawno też z mężem sobie uswiadomiliśmy, że gdyby nie zaawansowane położnictwo XXI wieku, porodu bym nie przeżyła i nasze dziecko też. Straszna myśl. 

Po pionizacji trzeba było już samemu zająć się dzieckiem, co stanowiło wyzwanie, bo człowiek cały obolały, każdy ruch to ból, na plecach miałam wielkie siniaki, które odkryłam dopiero w domu i przypomniałam sobie, dlaczego nie mogę się schylać. Pierwsze dni połogu to coś strasznego i poniżającego. Już wiem, dlaczego się o tym nie mówi. Ale ja powiem. Krew leje się z człowieka strumieniami, a nie jest w stanie nawet schylić się, żeby umyć kałuże krwi z podłogi, własnych ud, czy nałożyć sobie majtek. Na pierwsze widzenie z ojcem dziecka poszłam w poplamionej krwią szpitalnej koszuli, z plamami krwi na nogach. W międzyczasie zostałam poddana laktoterrorowi, kazano mi karmić piersią, mimo że pokarmu to ja zbytnio nie miałam. W efekcie moje dziecko ciągle płakało, traciło na wadze, a żółtaczka nie ustepowała. Dopiero w przeddzień wypisów, kiedy dowiedziałam się, że mała straciła 100g w dobę i nie puszczą nas do domu, jak waga nie zacznie rosnąć, wpadłam w histerię. Płakałam i nie mogłam się uspokoić, nie rozumiałam, czemu nikt mi nie pozwolił dokarmiać dziecka mlekiem modyfikowanym. Dopiero jak poszłam zapłakana do położnych, że moje dziecko jest głodne, potraktowano mnie poważnie i zaczęłam dokarmianie. Oprócz mleka zaproponowano mi też coś na uspokojenie, widocznie moje załamanie nerwowe wyglądało podejrzanie, ale tak właśnie kończy się pozostawienie samej sobie świeżo upieczonej matki w szpitalu bez pomocy bliskich. Cały dzień i całą noc walczyłam z karmieniem dziecka, w głowie miałam tylko tyle, że jak wyniki będą niezadowalające dla lekarza, to wyjdę na własne żądanie, bo inaczej całkiem stracę zmysły i pożytku ze mnie nie będzie żadnego dla dziecka. Na szczęście się udało, żółtaczka zmalała, badania wyszły dobre, a mała odzyskała w dobę utracone wcześniej 100g. Mogłyśmy jechać do domu. To była najszczęśliwsza chwila od momentu przyjęcia do szpitala. 

A w domu już mój baby blues rozkręcił się na dobre. Byłam wykończona i załamana, a nowy członek rodziny nie ułatwiał sprawy. Dwie pierwsze doby były straszne. Mąż chyba miał w głowie dokładnie te same myśli, co ja. „Na co nam to było?”. Nikt z nas nie mówił tego głośno, ale czytaliśmy to wzajemnie w swoich oczach. Potem było trochę lepiej, mąż na ten moment radzi sobie świetnie z opieką nad dzieckiem, jest mistrzem usypiania, a ja niestety w roli matki odnajduję się bardzo kiepsko. Mam różne absurdalne myśli, że Złocista mnie nie lubi, że woli ojca. Czuję się złą matką, bo nie umiem dziecka uspokoić ani uśpić, czasem się udaje, ale mam wrażenie, że tylko dlatego, że akurat tak się dziecku zachciało. Nie umiem się wyluzować, moja nerwowość na pewno wpływa na bobasa, ona to wyczuwa i też się denerwuje, ale po prostu nie daję rady. Jak słyszę jej płacz, to momentalnie włącza mi się stres, zaczynam się pocić i martwić, co będzie jak ona nie przestanie. Niedźwiadek wrócił już do pracy, więc mam za sobą samotne noce z dzieckiem, bywało różnie. Czasem mam ochotę usiąść i płakać (czasem też to robię), bo czuję, jakby moje życie się skończyło, że teraz służę tylko do produkcji mleka, którego jest wiecznie za mało, że na matkę się nie nadaję i może całe życie miałam rację, że nie chciałam mieć dzieci, że to wszystko to jedna wielka pomyłka. Prawie nie wychodzę z domu, dzisiaj może pierwszy raz pójdę na zakupy sama, bo Niedźwiadek ma dzień wolny i posiedzi ze Złocistą. Poudaję, że nie mam dzieci. Na spacerze byliśmy tylko dwa razy jak do tej pory, bo nie udaje się uśpić dziecka na czas, żeby zdążyć się przejść bez płaczu. Nie mam pojęcia, jak teraz będzie wyglądać nasze życie, jak nauczyć się żyć według nowego porządku, jestem totalnie zagubiona.

***

Powyższa część powstawała przez kilka dni, bo czasu na pisanie jak na lekarstwo. Baby blues powoli odpuszcza, a ja uczę się mojej córki i mojego nowego życia. Powrót męża do pracy był trudny, ale też zmusił mnie do stawienia czoła lękom. Spędzam z dzieckiem całe dnie i noce sama i jakoś sobie radzimy. Czasami nie mam kiedy zjeść, czasem nie udaje się przespać, ale już się nie boję aż tak tej ślicznej dziewczynki. Byłyśmy same na pierwszej wizycie u pediatry i też dałam radę, choć dziecko nie spało i istniała groźba wybuchu płaczu. Od tej wizyty czuję się znacznie lepiej, z większą nadzieją patrzę w przyszłość. Dziecko mamy zdrowe i piękne, ładnie rośnie i przybiera na wadze, apetyt ma po mamie. Zaczęły się już problemy z brzuszkiem, ale próbujemy im zaradzać z różnym skutkiem. Mam bardzo fajną położną środowiskową, która nieraz już podtrzymała mnie na duchu. Nie mam niestety pomocy żadnej oprócz męża, ale w sumie wbijam się już w ten niespokojny dziecięcy rytm i czuję coraz lepiej. Dzisiaj pierwszy raz tak naprawdę uświadomiłam sobie, że jestem matką, kiedy usypiając dziecko na rękach stanęłam przed dużym lustrem. W odbiciu zobaczyłam mamę, taką trochę zaniedbaną, w koszuli nocnej, rozczochraną, z odrostem wołającym o fryzjera, nabrzmiałym od (wciąż za małej) produkcji mleka biustem, sińcami pod oczami, od której na bank czuć lekko kwaśny zapach ulanego na dekolt mleka. Z tym małym stworzonkiem w rękach. Dla którego wprawdzie jeszcze nie liczy się nic poza pełnym brzuchem, suchą pieluchą i spokojnym snem, ale swoim istnieniem topi serce i pozwala odkryć nieznane dotąd pokłady cierpliwości. Myślę, że się zaprzyjaźniamy i dogadamy ostatecznie. 

Wciąż nie czuję się jeszcze dobrą matką, osobą na właściwym miejscu, czasem myślę o wszystkim, co straciłam, a to co zyskałam jeszcze jest dość mgliste przez hormonalną burzę i trudne porodowo-szpitalne przeżycia, ale staram się być dobrej myśli i trzymać się kurczowo widoku mojej pięknej, śpiącej córki, który wiele wynagradza. 

Drażni mnie ciągłe ciśnienie z każdej strony na karmienie piersią. Uważam, że to wybór indywidualny każdej kobiety, ale w naszym kraju jest na to dziwna presja, prowadząca nieraz do poważnych konsekwencji dla matki i dziecka. Szczerze to najchętniej bym piersią nie karmiła, bo ani to przyjemne, ani wygodne, dla mnie wiąże się głównie ze stresem. Ale walczę o ten pokarm ze względu na dobro dziecka, żeby mogło jak najdłużej czerpać ode mnie odporność i zdrowie. Ale szczerze mówiąc nie wiem, na jak długo starczy mi cierpliwości, a mojemu ciału mocy. Ta cała laktacja to strasznie trudna do rozhulania i podtrzymania sprawa. 

Mój mąż jest dla mnie ogromnym wsparciem, świetnie radził sobie w najtrudniejszych pierwszych momentach, kiedy ja nie potrafiłam odnaleźć w sobie miłości do dziecka i sił do życia. Bardzo cieszy się z córki, ciągle mi powtarza, jaki jest teraz szczęśliwy i wykazuje się dużym zrozumieniem dla mojego stanu. Mam nadzieję, że już wkrótce odnajdę się w tym nowym świecie na tyle, żeby umieć się tym cieszyć tak prawdziwie. 

A tak już na marginesie, koty przeżyły depresję podczas mojej nieobecności, po moim powrocie były obrażone dwa dni, a Złocista jest dla nich jak nasza dodatkowa kończyna, nic specjalnie ciekawego. Poza tym Niedźwiadek kupił nam rodzinny samochód, do którego bez problemu zmieści się wózek, ale jeszcze nawet go nie widziałam. Podobno jest super. Moja rodzina nie interesuje się zbytnio nowym członkiem, Młody nawet smsa nie napisał, jak się Złocista urodziła, a matka mimo obietnic wielkiej pomocy wpadła tu może 3 razy na 5 minut. Także po staremu. 

No to teraz pytanie do blogowych koleżanek-matek: jak bardzo patologicznym jestem przypadkiem? ;) 

Opublikowano Bez kategorii | 9 Komentarzy

Ostatni tydzień 

Właśnie zaczęłam ostatni tydzień ciąży. Jeszcze tydzień temu naiwnie wierzyłam, że akcja rozpocznie się sama, ale teraz straciłam nadzieję i czekam na przyjęcie do szpitala w sobotę. W piątek mam jeszcze pojawić się na kontroli u lekarza, a potem oddział i wywołanie. Bardzo się boję tego wywoływania, bo mam przeczucie, że nie pójdzie to wcale szybko, tylko będę się męczyć godzinami. Poza tym perspektywa kilku dni w szpitalu też nie działa mi najlepiej na głowę, ostatni raz był ponad 20 lat temu… No ale pokładam ufność w swoim lekarzu i wierzę, że nie żartował, kiedy obiecywał, że dobrze się mną zajmie i na pewno nie zostawi. I że wszystko pójdzie sprawnie, szybko i do domu. 

Mam doła i wkurwa jednocześnie. Akurat, kiedy mam rodzić, nad regionem rozhulały się upały. Mają dobijać do 36 stopni nawet, a ja tak bardzo upałów nienawidzę… Pogoda w sam raz na trudy porodu i gojenie się ran. I karmienie piersią, no sama rozkosz. Ale co zrobisz, nic nie zrobisz, urodzę i przetrwam, bo innego wyboru nie mam. Poza tym mam mnóstwo obaw, jak rozegramy to wszystko taktycznie. Nie rodzę w swoim mieście, nasz samochód to niepewny gruchot, na samą myśl, że mąż nim jeździ w tę i z powrotem dostaję dreszczy. Do porodu wiezie mnie ojciec, ale co dalej? O innych okołoporodowych lękach nawet nie będę pisać, bo co to da. No boję się wszystkiego i o wszystko. 

Dom wysprzątałam na błysk po raz milionowy i myślę, że to mój sposób na odreagowanie, ale że został już tylko tydzień to mocno postanowiłam sobie, że to już ostatni raz, że muszę wyluzować i zacząć regenerować siły, bo każda taka akcja sprawia, że jestem nie do życia przez co najmniej dobę. Tak więc teraz będę dużo odpoczywać, z porządków tylko takie podtrzymujące efekt, no i czekać. Upały nie pozwalają mi wychodzić z domu, więc oglądam seriale, czytam książki, gram w gry i gotuję. Ostatnie kilka dni specyficznego sam na sam ze sobą. Czuję, że jeszcze nieraz będzie mi tego bardzo brakować. 

Podsumowując tu temat ciąży (i pewnie też porodu i połogu) muszę napisać, że jest to bardzo samotny okres w moim życiu. Nie wiem czy w życiu każdej kobiety, dziś mówię za siebie. Nikt tego nie rozumie, nikt nie współodczuwa, bo nawet nie może. Jest się odrzuconym przez znajomych, bo nagle okazuje się, że ciężarna to inny gatunek człowieka i brakuje tematów do rozmów. Znajomi unikają  spotkań, bo boją się, że jedynym tematem będzie ciąża i porody. Jakoś do głowy im nie przychodzi, że w tym napuchniętym ciele siedzi ta sama osoba, która chętnie pogapiłaby się w znajomą twarz i popieprzyła głupoty. To dość przykre, ale w sumie może i trochę rozumiem. 

Dobrze, że czasem można pogadać (choćby i wirtualnie) z kimś, kto ma podobne doświadczenia, dzieli podobne troski. No i wiedza z pierwszej ręki, która będzie nieocenioną pomocą, kiedy książkowe instrukcje obsługi noworodka okażą się nijak pasujące do rzeczywistości. Że już nie wspomnę o tym, że dzięki wirtualnym mamom moja komoda z ubrankami się nie domyka :D Dziękuję :*

Są chwile, że chciałabym już urodzić, mieć to z głowy, za sobą, a przy sobie świeżego człowieka, którego muszę nauczyć się od podstaw. A są takie, kiedy czuję się tak zmęczona, śpiąca i niechętna, że gdyby akcja niespodzianie ruszyła, to byłabym najpewniej zawiedziona i zła. Ale coś mi się zdaje, że ten poród i tak nie trafi w odpowiedni punkt, ruszy kiedy zechce albo kiedy lekarz mu rozkaże, a moje samopoczucie nie będzie miało zbyt wiele do rzeczy. 

To już prawdopodobnie ostatnia notka przed rozpoczęciem największej przygody mojego życia. Trzymajcie kciuki, życzcie powodzenia, a ja zamelduję się po wszystkim. Buźka! 

Opublikowano Bez kategorii | 12 Komentarzy

Ostatnie 4 tygodnie w duecie

Łojeżusiu słodki. Prawie nie zasiadam do laptopa, bo mi niewygodnie. Internety ogarniam w telefonie, a seriale puszczam na telewizorze. Mój duży brzuch absolutnie odmawia współpracy w pozycji siedzącej zrelaksowanej i wpółsiedzącej z komputerem na kolanach, bo nie widzę klawiatury. Tak. Teraz usiadłam przy jadalnianym stole na małym krześle i siedzę wyprostowana jak struna, bo inaczej się nie da. Dziecko prostuje mnie od środka.

Jestem w 36 tygodniu ciąży i weryfikuję swoje o ciąży wyobrażenia. Dobra, nadal jestem super zdrowa. Mam świetne wyniki badań, ciśnienie w większości w normie [chociaż na ostatniej wizycie jak zaczęliśmy z lekarzem gadać o porodzie, a ja się prawie z emocji popłakałam, to skoczyło mi tak, że mierzył 3 razy aż spadło, bo początkowo było takie, że tylko do szpitala jechać:D], wylot szczelnie zamknięty, pozycja główkowa, a doktór wróży, że dzidziok nie będzie gigantem [w co szczerze wątpię, bo ja i mąż byliśmy mocno przerośniętymi noworodkami…]. Nie dowiedziałam się nic o tym, jak urodzę, natomiast w przyszłą niedzielę jadę do szpitala, w którym zamierzam dziecko powić, by dać się szczegółowo przebadać, pooglądać dzidzioka i może wreszcie czegoś się dowiedzieć. Umówiliśmy się też na ostatnią wizytę przed rozwiązaniem [!!!!!!] i jakieś takie realne się to wszystko stało, że w niedzielę właściwie ciąża donoszona i moja córka może się śmiało rodzić, bo da sobie radę na świecie.

Nie tak sobie ciążę wyobrażałam. Prawdopodobnie mam dużo szczęścia, bo nadal nie zaznałam zgagi [wciąż nie wiem, co to jest, bo w życiu nie miałam], puchnę tylko od czasu do czasu i to dość nieznacznie [ale na to może jeszcze przyjść czas], taka totalna bezsenność noc w noc mnie nie dotyka, tylko od czasu do czasu. No i wciąż mogę chodzić, chociaż jest to często ogromna trudność i dyskomfort. Czego się za to nie spodziewałam, to tego, w jaki sposób się ten dyskomfort odczuwa. Myślałam, że trudności w poruszaniu będą wynikać z ogólnej ociężałości dodatkowo obciążonego dzieckiem i kilogramami ciała, ale nie, nieeeeeee… Tu chodzi o ten brzuch. Ten doskonale wyczuwalny balon z wodą, guz, nowotwór, no pęcherz z dzieckiem no. To ciało obce, kosmitę, samonapinające się mięśnie i niekontrolowane ruchy nie z tego świata. Że tu coś ciągnie, tu szarpie, tam rozdziera. Piecze i kłuje. Boli i ciąży. I czasem iść się nie da, ale trzeba, to wtedy tak drobię jak gejsza, kroczek za kroczkiem, w ślimaczym tempie. Dostałam raz takich skurczy, w domu na szczęście, że śmiałam się i płakałam jednocześnie, bo bolało jak jasna cholera i nie przechodziło przez 20 minut. Już myślałam, że urodzę wcześniaka. Ale jakoś rozchodziłam, rozruszałam. I ten ból niemały dał mi pogląd na to, jak bardzo będzie bolał poród właściwy. Będzie bolał bardzo. BARDZO.

Z takich spodziewanych negatywnych ciążowych atrakcji mogę wymienić zerowy komfort snu, podczas którego nieraz więcej się nacierpię niż wypocznę, bo biodra bolą niesamowicie, ból pleców, ból nóg i stóp jak za długo postoję. No i całkiem bolesne ruchy dziecka. Ej, serio, to boli :D Czasami mała tłucze się tak mocno, że nie mogę tego znieść. No ale co zrobić, żywiołowe dziecko ;) Depilacja jest prawdziwym wyzwaniem, golenie stało się niemożliwe już parę tygodni temu, więc przerzuciłam się na krem do depilacji. Efekty działania muszę dawać do oceny mężowi, bo nawet z pomocą lusterka nie widzę kompletnie nic.

Wbrew temu, co sobie obiecywałam na początku ciąży, i tak czytam jakieś ciążowe fora i nie mogę się od tego uwolnić. Dziewczyny z terminem na mój miesiąc już rodzić zaczęły. I z jednej strony uzależniłam się od dobrych wieści, bo lubię poczytać, że urodziło się szczęśliwie jakieś dziecię, takie to budujące, ale z drugiej strony jak się naczytam o porodach z komplikacjami, to mnie ogarnia lęk i przerażenie, co to ze mną, z nami będzie. Jak moje biedne, trochę starawe jak na rodzenie pierwszego dziecka ciało, da sobie radę. Co rano budzę się myśląc o porodzie, ale też i o mojej córce, którą mam nadzieję zobaczyć już wkrótce całą i zdrową i liczę na to, że nie poszarpie mi za mocno wnętrzności, że może coś jeszcze ze mnie po tej naszej wspólnej akcji zostanie.

No i tyję sobie miarowo. Mogłoby mnie pewnie bardziej dołować to, że tyję sporo, bo przed ciążą w cholerę dużo schudłam i teraz jest to jak by nie patrzeć odzyskane, ale jakoś tak od 30 tygodnia mniej mnie to martwi, bo mam inne zmartwienia i obawy. Więc pozwalam sobie na bycie grubasem teraz, pozwalam sobie na jedzenie bez żalu, bo wiem, że są aktualnie na świecie problemy większe niż poziom tkanki tłuszczowej w moim organizmie. Poza tym mam niezłe przeczucia co do utraty wagi po ciąży. Tak po prostu. Czuję, że nie będzie wcale tak źle. Najważniejsze jest to, że ja nie mam obsesji na punkcie perfekcyjnego ciała, bo nigdy takiego nie miałam, ba, jest dość zniszczone chudnięciem i tyciem przez całe życie. Bardziej chodzi mi o osiągniętą sprawność i dobre samopoczucie. Ale myślę, że wrócę do tego w ciągu roku.

Wyprawka dla malucha skompletowana, jestem gotowa do porodu. Torby spakowane. W drodze jest pierwsza przytulanka dla mojej córki, którą skrupulatnie wybierałam szukając takiej, która będzie ją maksymalnie rozwijać. Wiem, że nie przyda się przez pierwsze tygodnie, ale chciałam, żeby ją miała. Na pamiątkę. Od pierwszych dni życia. Dom względnie sprzątnięty. Robię generalne porządki po jednym pomieszczeniu za każdym razem, jak mój mąż ma dyżur, co poważnie mnie wykańcza, ale i daje spokój ducha. Czymś trzeba zajmować ręce i myśli, kiedy czekasz na coś ekscytującego, a i niepokojącego zarazem. Podczas sprzątania słucham treści wątpliwych, bo materiałów na temat tajemniczych zbrodni czy seryjnych morderców, ale co zrobię, że mnie to interesuje :D Staram się też wychodzić na spacery, ale mój maksymalny dystans spadł do 4 km, a najchętniej robię nie więcej niż 3 jednorazowo. Jest mi naprawdę ciężko czasami. No i jak przychodzą upały, to nigdzie się nie ruszam, bo strach.

Odwiedziła nas ciotka z Ameryki. Przyjechał też Bro z żoną i córką. Zjazd można by uznać za udany, gdyby nie moja matka. Ale szczerze mówiąc chyba chcę zapomnieć o tym wydarzeniu, bo siedzi mi dużą drzazgą w sercu, nie mogłam z matką rozmawiać ani na nią patrzeć przez 3 tygodnie potem. Wyłam trzy dni po nocach, bo taki mam teraz sposób na emocje, było mi przykro, że rodzina wystawia mnie na taki poziom stresu w ostatnich tygodniach ciąży i nie widzi w tym nic złego, a matce to myślałam, że nigdy nie wybaczę. No ale minęło parę tygodni, sprawy ucichły, a ja próbuję pogodzić się z faktem, że moja rodzina to jedna wielka popieprzona patologia, w której nigdy nie będzie normalnie i jedyne, co mogę zrobić, to spróbować uchronić przed tym wszystkim moje dziecko. Na tyle, na ile się da, bo przecież moi rodzice to jedyni dziadkowie, jakich będzie miała blisko, bo na rodzinę męża też zupełnie nie można liczyć. Zupełnie jakby jej nie było. Ale z ciekawych i milszych rzeczy. Ciotka z Ameryki po kilku ładnych latach bez kontaktu okazała się być fajną osobą, zapraszała nas do siebie zarówno turystycznie, jak i na stałe, gdybyśmy kiedyś chcieli zacząć nowe życie z zieloną kartą wygraną na loterii. Zabraliśmy ją na obiad, a ona obdarowała nas prezentami. I jeszcze wysłała paczkę z prezentami dla małej, która prawdopodobnie jest już w drodze. Jeszcze nigdy nie dostałam paczki ze Stanów, hehe, takie emocjonujące oczekiwanie jak na Mikołaja :D Generalnie ucieszyłam się z odnowionego kontaktu. Ja też wyślę paczkę do Stanów, ale z rzeczami, na których ja się znam, czyli polskimi kosmetykami wartymi przetestowania i polskimi słodyczami, które ciotka uwielbia. Ale to już po porodzie, jak pierwsze emocje trochę opadną.

No i co, no i czekamy. Teraz już tylko czekanie pozostało. Staram się względnie organizować sobie czas i poza sprzątaniem dużo też piekę. Robię domowe pieczywo, które naprawdę świetnie mi wychodzi i chciałabym robić je nadal po porodzie i tylko takim pieczywem karmić w przyszłości córkę, piekę też ciasta, smażę naleśniki, robię kotlety. Taka trochę oszczędna pani domu się we mnie odezwała, bo robię zapasy, mrożę, kombinuję, żeby było taniej i ciekawiej. Czasem, jak sił brak, to przesiedzę cały dzień na kanapie, grając w Wiedźmina albo oglądając seriale. Wszystko, byle za dużo nie rozmyślać. Pewną przykrość stanowi też dla mnie Sis, która zupełnie nie cieszy się z perspektywy narodzin mojego dziecka, ba, nawet nie udaje radości. Wiem, że nie każdy się musi tym ekscytować, ale od najbliższych oczekuje się minimalnego zaangażowania w najważniejsze życiowe sprawy. A tu nic. No cóż. Pozostaje mi radość własna i ojca mojego dziecka. Musi nam wystarczyć :)

Opublikowano Bez kategorii | 6 Komentarzy

7 tygodni jak 7 życzeń

Jutro wchodzę w 33 tydzień ciąży. Co oznacza, że najdalej za 7 tygodni urodzi się nasza córka. Gdy to sobie uświadamiam, łapie mnie taka mała panika, że to już, a ja jeszcze mam tyyyyle roboty. Tak naprawdę „robota” oznacza, że w moim domu jest wiecznie na tyle „nieczysto”, że można by jeszcze coś poprawić. Okna zdążyły się ubrudzić, prysznic też ma nowy osad z kamienia, pościel w łóżku i tak za tydzień muszę znowu zmienić, a na szafkach leży zupełnie świeży, trzydniowy kurz. Kiedy się stresuję, taki zwykły codzienny bałagan urasta do totalnego syfu i jeszcze bardziej się wtedy przejmuję, co ze mnie za matka, że chałupy głupiej ogarnąć nie potrafię. A rzeczywistość jest taka, że będę tak sprzątać jak szalona, w jakimś amoku, szczególnie na tydzień-dwa przed rozwiązaniem, a jak pójdę do szpitala, to się będę wkurzać, że w domu pewnie bajzel, bo mój mąż nie jest w stanie utrzymać pożądanego standardu i przyjadę z niemowlęciem do brudu :D Tak działa moja spaczona psychika. A prawda jest taka, że jak wrócimy do domu ze szpitala, to ten „brud” będzie musiał zejść na dużo dalszy plan, bo prawdopodobnie totalnie przytłoczy mnie ilość obowiązków związanych z samym noworodkiem. Bo jestem noworodkowym laikiem.

Za to jestem całkiem niezła w organizacji noworodkowej wyprawki. Nie byłoby to takie oczywiste, gdyby nie realne wsparcie od wirtualnych mateczek, bo dostałam dużo dobrych rad, a także zupełnie materialnych prezentów od Iwci, mnóstwo wsparcia od Asi. Gromadzenie tego wszystkiego to naprawdę kupa kasy, a tak było trochę łatwiej, choć przyznam, że kupno wózka i tak zrujnowało mnie w tym miesiącu i niecierpliwie czekam na kolejną wypłatę, żeby uzupełnić kilka brakujących drobiazgów. Ale tak generalnie to jestem gotowa na nadejście pierwszej dziedziczki majątku, wszystko poprane, poprasowane i poskładane.

Na ostatnim USG okazało się, że dziewczynkę mamy bardzo dorodną, przekroczyła już 2 kg, ma bardzo „twarzowe” zdjęcie udowadniające płeć na 100%. Ułożyła się w pozycję główkową, a tyłek przerzuca mi to na jeden, to na drugi bok, co jest tak samo urocze, jak czasem niekomfortowe w odczuciu :D Do ruchów dziecka nie da się przyzwyczaić w żaden sposób i chociaż lubię te dowody życia, bo mówią, że wszystko ok, to jak mała śpi, to prawie zapominam, że jestem w ciąży i jest to naprawdę miłe uczucie :D Nie wiadomo jak urodzę, jak na razie nie da się niczego przewidzieć, więc do następnej wizyty co najmniej mam niespodziankę. A że następna wypada na 36 tydzień, to może wtedy coś się już wyjaśni. Pozytywne jest na pewno to, że mój lekarz określił mnie, jako bardzo zdrową kobietę i że nie przypuszcza, żeby do porodu miało zdarzyć się coś złego :)

Ktoś, kto mnie zna, mógłby zapytać, jak moje nastawienie do porodu, który od zawsze jest jednym z największych moich lęków i obaw. Nastawienie mam takie, że nie mam wyjścia i muszę to przeżyć, a martwienie się tym zawczasu jest marnowaniem mojej energii. Jest coś zwierzęcego i instynktownego w odczuwaniu świata w ciąży, jakby nagle większość działań skupiała się na ochronie życia, które nosi się w łonie. Strach przed nieznanym ma inny wymiar, nawet dotychczasowe fobie zmieniają swój kształt. Chcecie dowodu? Mam kosmiczną arachnofobię. A ostatnio zgniotłam w ręku przez papier toaletowy dużego czarnego pająka, który wędrował po ścianie mojej sypialni. A serce wcale nie zabiło mi dużo szybciej niż normalnie. Coś się rzeczywiście dzieje innego w głowie, w mózgu, ta cała ciążowa chemia działa tak, żebyś się mamuśko aż tak nie bała, żebyś miała odwagę i siłę. Z drugiej jednak strony dzisiaj prawie się rozpłakałam ze złości, że lodówka pusta, a ja jestem głodna i zmęczona, bo pół dnia sprzątałam :D Tak więc taka to siła pół na pół ze słabością.

Obawą napawa mnie ostatnio fakt, że moja jedyna rodzina – która może ewentualnie pomóc w sytuacji kryzysowej, gdyby coś tam podczas porodu poszło nie tak i wymagałabym dłuższej rekonwalescencji czy specjalnej pomocy – ma bogate plany na ostatnie tygodnie mojej ciąży. I trochę tak mi przykro, że mama niezbyt mnie uwzględnia w tych swoich zamierzeniach, mimo swoich licznych deklaracji, że będzie ze mną, dla mnie i przy mnie w tym trudnym czasie. Zaczynam też bać się, że licząc na nich się pomylę i zamiast rodzić w wybranym przez siebie szpitalu, urodzę w tej mojej miejscowej rzeźni i będę tego bardzo żałować. Ale ciągle powtarzam sobie, że będzie co będzie. Tymczasem torba do szpitala spakowana, no, oprócz kosmetyków dla dziecka, bo tylko tego mi brak.

Pogoda dzisiaj jesienna, cały dzień leje, ale to nawet dobrze. Wolę, jak jest chłodno, bo czuję, że upały nie do wytrzymania wejdą na dniach i odbiorą mi resztkę energii, która jeszcze się we mnie od czasu do czasu budzi i pozwala ogarnąć chaos wokół. I tak jestem obrzydliwym, obślizgłym słoniątkiem, nawet bez upału.

Ogarnęłam się u fryzjera po raz ostatni przed porodem, jak zwykle jestem zadowolona, już czuję się trochę mniej zaniedbana. Strzyżenie mam jeszcze bardziej męskie niż ostatnio, coś czuję, że jeszcze parę wizyt i będę się strzygła na zapałkę :P A włosy marchewkowe.

Śnił mi się raz poród, sen był o tyle realistyczny, że wszystko wyglądało tak obrzydliwie, jak rzeczywiście, ale za to ból był zaledwie uszczypnięciem. I jak mi podali dziecko, to pomyślałam sobie, że tak to ja rodzić mogę i następne :D Niechaj to będzie dobra wróżba na niedaleką przyszłość ;)

Opublikowano Bez kategorii | 4 Komentarze

update wagi ciężkiej

Trzeci trymestr już się rozhulał. Jestem duża, coraz częściej miewam bezsenne albo niedospane noce, których przyczyną jest nadaktywność dziecięcia bądź niemożność uzyskania pozycji do spania na tyle komfortowej dla mnie, żeby dziecię również odpuściło harce. Czasem budzi mnie w nocy uczucie mdłości bez przyczyny.

Mój mąż jest niesamowicie zaangażowany w całą ciążową sprawę. Czyta, dokształca się, edukuje. Dzięki temu nabiera dla mnie więcej wyrozumiałości. I – jakkolwiek by to nie brzmiało – zaczął zwracać szczególną uwagę na małe dziewczynki na ulicach ;) Zawsze jak jakąś spotkamy, patrzy na mnie znacząco i wraca do wnikliwej obserwacji z uśmiechem na ustach, a potem mówi, że my też będziemy taką mieli. Że nie może się doczekać, kiedy będzie mógł zabierać ją na spacery i pokazywać świat. Nie będę kłamać, że ja tak nie mam. Dzieci w ogólności zaczęły zwracać moją uwagę, najbardziej chyba dlatego, że próbuję psychicznie przygotować się na to, co mnie czeka. Więc zaglądam do cudzych wózeczków, uśmiecham się do maluchów i próbuję ogarnąć umysłem, ile nowych doświadczeń przede mną. Ile etapów rozwoju do przejścia. Raczkowanie, pierwsze kroki, pierwszy rowerek, pierwsze rolki, pierwsze wspólne wypady na bieganie. Prawie co rano oglądam do śniadania angielską Supernianię i biorę sobie do serca różne własne obserwacje, próbuję zakodować sobie to, jaki kontakt chciałabym mieć z moją córką, jak ją wychować. Wiem, że to takie teoretyzowanie, bo życie jest życiem, ale samo to, że się nad tym zastanawiam, jest chyba niezłym znakiem.

W oczach innych wychodzę na lekko nadgorliwą. Mój lekarz zabrania mi czytać internety, bo za dużo wiem, a położna środowiskowa, do której poszłam sama, bo chciałam wiedzieć co i jak, podśmiechiwała się ze mnie, że mam już kupiony octenisept, a to przecież jeszcze tyyyyle czasu do terminu [dla niej dwa miesiące to tyyyyle, a dla mnie jak nic!]. Wyprawki mam już naprawdę dużo, już jestem nieco spokojniejsza, bo brakuje mi już naprawdę niewielu elementów. Nasza położna zrobiła na nas świetne wrażenie, była żywo zainteresowana i zaangażowana w naszą ciążę i naszą córkę, dała nam sporo rad [które ja oczywiście już dawno miałam obcykane, ale doceniam, że poświęciła nam tyle czasu], a przede wszystkim dodała mi otuchy i odwagi. Samo jej nastawienie mnie podbudowało, dało poczucie, że wszystko, co przed nami, jest absolutnie do przejścia i przeżycia.

Gorzej z nastawieniem ma się moja matka, która co raz podkreśla swoją bezsilność i zagubienie w świecie nowoczesnego położnictwa, mam wrażenie, że chętnie uciekłaby z miasta na czas mojego porodu i połogu. Obawia się też naszego malucha, że będziemy wymagać od niej dużo pomocy, mimo że wielokrotnie podkreślałam, że chcę do sprawy podejść w miarę możliwości ambitnie i poradzić sobie przy wsparciu li tylko położnej. Ojciec trochę lepiej, bo on z kolei nie zakłada, że będę wymagała pomocy, ale jest przerażony, bo to on prawdopodobnie będzie mnie wiózł do szpitala, tak więc ma już lekki niepokój, bo czas się zbliża i widzę w jego oczach strach przed presją czasu, wodami płodowymi i głośnymi bolesnymi skurczami. W takich chwilach mam wrażenie, że oni mają gorsze wizje tego wszystkiego niż ja.

Z wszystkich dotykających mnie ostatnio niedogodności ciążowych dokucza mi najbardziej uczucie, że nigdy nie jestem sama. Mam tu na myśli to, iż moje dziecko jest naprawdę bardzo aktywne, a czasem chciałabym pobyć np. sam na sam z mężem w sytuacji bardzo intymnej. Moja psychika niestety nie radzi sobie z obecnością kosmity w brzuchu podczas miłosnych uniesień, więc oboje jesteśmy minimalnie sfrustrowani w obrębie alkowy. Zauważyłam, że mało kto o tym mówi, może mało kto odczuwa to w taki sposób jak ja. Wyobrażam sobie jednak, jak wspaniałe musi być uczucie „odzyskania” swojego ciała po urodzeniu dziecka. W każdym możliwym aspekcie.

Wczoraj skończyłam 31 lat. Od męża na urodziny dostałam torbę łakoci i wyjście do kina na późny seans. Bliscy nawet w miarę pamiętali, co jest miłe. Poza tym, że jestem zwykle najstarszą ciężarną w poczekalni, a na bank będę najstarszą ciężarną na porodówce, nie odczuwam, że ząb czasu kąsa coraz głębiej. No, może jeszcze jak mi prawie 10 lat młodszy kolega wysyła zdjęcia z młodziutką żoną, co wygląda jak dziecko oraz półroczną córeczką, no to wtedy. Wtedy tak, hehe.

Dostałam też pierwszy raz coś w ramach prezentu po innym dziecku, a mianowicie mama przyjaciółki dostała od matki swojej chrześnicy pudło dzieckowych ubranek do oddania. A że mama mojej przyjaciółki cieszy się na moje dziecko prawie jakby to jej córka była w ciąży, to mi się to pudło dostało. Miło mi się bardzo zrobiło, naprawdę. I to takie przyjemne uczucie robić przegląd, co się przyda, a co trzeba puścić w obieg dalej. Tutaj dla mnie została 1/3, a to i tak bardzo dużo :) Kupiliśmy już komodę, która czeka na poskładanie [pewnie jutro, jak mąż z pracy wróci], a jak tylko będzie stała, to zabieram się za pranie ubranek i wkładanie ich do szuflad, bo jak na razie to dziecięcy kącik to pobojowisko rzeczy rzuconych w kupie na łóżeczko, pudła pod biurkiem i zapchana górna półka mojej szafy. Najbliższe tygodnie będę pewnie zbierać rzeczy do szpitalnej torby dla mnie i dziecka, bo to w sumie warto mieć naszykowane wcześniej, a mi zostało w tej chwili 10 tygodni do terminu. Szok i niedowierzanie.

No i co. No i jutro mam wizytę kontrolną, badania jak do tej pory wychodzą ciągle super, oby tak dalej. No i rosnę, rosnę, rosnę. Położna na mój wielki bebzon powiedziała, że to jeszcze wcześnie. Mi się wydaje, że on już większy być nie może, a większy będzie dużo… Przerażające. A, no i pierwszy raz doświadczyłam specjalnego traktowania w Rossmannie. Było to naprawdę miłe, być poproszonym z końca kolejki. W żadnym innym sklepie chyba nie zwraca się takiej uwagi na obsługę ciężarnych poza kolejnością. To był jak do tej pory jedyny raz.

Nie chodzę na szkołę rodzenia. Zrealizowałam sobie jedną online, mam jeszcze do zrobienia drugą. Dowiedziałam się sporo nowości głównie w zakresie karmienia piersią i rozwoju dziecka. Reszta była mi raczej znana. Mąż od czasu do czasu widząc moje zaangażowanie w różne sprawy mówi, że będę dobrą matką. I jest to jedyna osoba, od której lubię te słowa słyszeć, bo inni mam wrażenie uprawiają tylko myślenie życzeniowe. A on zna mnie jak nikt inny i naprawdę wierzy w to, co mówi. Mam nadzieję, że go nie zawiodę. I naszej córki też.

Opublikowano Bez kategorii | 4 Komentarze

strachy, głupotki, niepokoje

Po ostatniej kontroli córeczka wciąż pozostaje córeczką, wciąż niepewną na 100%, ale trzy badania u dwóch różnych lekarzy mówią, że raczej córka, tak więc już nie poddaję jej płci w wątpliwość. Córeczka waży około kilograma i jest zdrową, małą kopaczką, która żywo reaguje na dotyk, dźwięk i dobre jedzenie. No więc już na wstępie coś oprócz pępowiny i krwi nas łączy. Rozwija się normalnym tempem, ale mój brzuch rośnie tempem nienormalnym i już przypominam kawał hipopotamka, któremu zmienił się chód na takie baryłkowe toczenie się. Szczególnie, kiedy mała rozłoży się na pęcherzu. Z mojej hiperaktywności niewiele zostało, staram się spacerować, ale nijak się to ma do poziomu, który reprezentowałam choćby miesiąc temu. Tyję. Mam sprawdzone, że ile kcal dziennie bym nie jadła, waga rośnie równomiernie, ile bym się nie ruszała w ciągu tygodnia, waga rośnie bez zmian, więc po co się katować i zamartwiać – i tak przytyję tyle, ile przytyję, nie mam na to wpływu, to się po prostu dzieje. Więc staram się wybaczyć sobie te wałki tłuszczu na plecach i rozlane ramiona, spojrzeć z większą miłością na brzuch, który nosi nowe życie i nie dawać się aż tak bardzo łamać kilogramom. Mój mąż też nabrał wyrozumiałości dla mojej rosnącej masy, bo widział, jak walczyłam od początku, żeby jej nie nabrać, a nic to nie dawało. Staram się nie nienawidzić tych zmian, bo to nie pomaga.

Na dniach wchodzę w trzeci trymestr. Szokujące, bo mnie się wydaje, że dopiero co robiłam test ciążowy i pierwsze USG z bezkształtnym żelkiem w ciemnej plamie na zdjęciu. Moje myśli regularnie z obawą wędrują w kierunku porodu. Mnogość znaków zapytania popycha mnie do lektur, a lektury stresują mnie do tego stopnia, że zbiera mnie na wymioty i skacze ciśnienie. Pocieszam się tylko tym, że wkrótce tak bardzo nienawidzić będę stanu błogosławionego ze względu na miliony niedogodności, dolegliwości i warunki atmosferyczne, że poród może zacznie jawić mi się jako wybawienie. Może nawet zacznę go pragnąć [już czasem teraz wydaje mi się, że nie mogę się doczekać, bo mam gorszą chwilę]. Oby tak było, bo póki co moje reakcje na czytanie o porodzie są bardzo niezdrowe i przerażają mi męża.

A mnie przeraża seksizm, którego doświadczają dziewczynki już w życiu płodowym. Nie wiem, czy któraś matka doświadczyła tego tak jak ja, ale mnie np. ta sytuacja niesamowicie smuci, bo nie zdawałam sobie sprawy, że kobieta jest gorszym człowiekiem jeszcze zanim się urodzi. Zapytacie: ale jak to? A tak to. Kiedy ktoś znajomy pyta się mnie, „co się urodzi”, a ja odpowiadam, że córeczka, dostaję taką reakcję: aaaa, nieważne co się urodzi, ważne, żeby zdrowe było! W domyśle jest to takie pocieszenie: oj no trudno, że to nie syn, ale i córka ujdzie w tłoku. Dziewczynka jest gorszym dzieckiem. Od samego początku. Syn to materiał wartościowy, inwestycja w przyszłość, dowód na siłę rozrodczą matki i możliwości jurnego ojca. Córka to produkt wtórny, przypadkowy, jakiś błąd systemu. Czeka nas długa walka o godność kobiety, córciu. O przekonanie o własnej wartości, która jest Ci odbierana jeszcze zanim tak naprawdę pojawisz się na świecie. Ale damy radę. Bo ja – w przeciwieństwie do mojej matki i babki – mam świadomość społecznej nierówności i nie godzę się na nią, chociaż nikt mnie tego nie uczył. A ja uczyć Cię będę od samego początku. Razem z Twoim ojcem, który jest takim samym feministą jak ja :)

Chodzę ostatnio wściekła, i to tak poważnie. Było parę tygodni spokoju, to teraz na nowo się rozkręcam z bezpardonowym okazywaniem złości. Mąż mnie chyba nie znał od tej strony, bo z natury jestem raczej dość powściągliwa w emocjach, a tu obudził się we mnie diabeł. Sama nie wiem, co to powoduje. Czy hormony, czy frustracja gorszym samopoczuciem psychicznym i fizycznym, niepokój i obawy, wieczne zmęczenie i brak zrozumienia ze strony otoczenia, uwaga którą zaczęłam zwracać w miejscach publicznych [z którą to uwagą średnio mi komfortowo…]. Jedno jest pewne: takie ujawnianie złości bez powstrzymywania się jest bardzo oczyszczające. Nigdy tego w życiu nie doświadczyłam, takiego katarktycznego wybuchu, po którym coś z serducha spada i jest lżej. Śmiałam się ostatnio, że najgorzej jak mi tak zostanie na „po porodzie”, bo za bardzo mi się spodoba :D Ale w tym wszystkim zachowuję jeszcze człowieczeństwo. Ostatnio byłam tak wściekła w dzień wizyty u lekarza, darłam się na męża od rana, więc kiedy zmysły mi na chwilę wróciły, powiedziałam mu, że idę dzisiaj sama, bo nie chcę się na nim cały dzień wyżywać i w ogóle chyba potrzebuję samotności. Długo ze mną nie dyskutował, pozwolił mi iść. I to była dobra decyzja. Pogadałam z kobietami w poczekalni [byłam w najbardziej zaawansowanej ciąży, matko, bliżej niż dalej], zmęczyłam się trochę i po powrocie do domu byłam innym człowiekiem.

A propos tego zwracania uwagi. Dziwne uczucie, kiedy nagle Twój brzuch zaczyna być osobnym bytem. Spotykasz kogoś dawno niewidzianego, w oczy zajrzy Ci tylko w momencie powitania, a potem istnieje już tylko BRZUCH. Spojrzenia się na nim zatrzymują, jakby ludzie samych siebie pytali, czy to na pewno ciąża, czy może znowu się tak upasła. W kolejkach w sklepie patrzą bykiem, żebyś tylko nie domagała się specjalnego traktowania, pchają się do kasy udając, że Cię nie widzą, bo przecież jak by wyszło, że widzą, to wyszliby na chamów, że się przed ciężarną wpychają. Jak do tej pory nie uzyskałam nigdzie specjalnego traktowania ze względu na swój stan, chociaż nie. Kłamię. Panie kasjerki z mojego ulubionego Lidla są dla mnie jeszcze milsze niż wcześniej, co mnie każdorazowo tak samo wzrusza. Ale poza tym nic, na nic zresztą nie liczę, póki trzymam się na nogach, bo wstyd by mi było w ogóle czegoś się domagać.

Sezon grillowy w tym roku z trudem otwarty w dwa dni wyrwane brzydkiej pogodzie. Jednego dnia całość imprezy zamknęła się w godzinie, bo zaczęło padać, drugiego dnia było pięknie, słonecznie i cudownie jak w wakacje, ale zaraz następnego znowu deszcz i zimno. Kwiecień i początek maja nie są najpiękniejsze pogodowo jak na razie. Ale co tam, najadłam się mnóstwo mięsiwa z grilla, bagietek z masłem czosnkowym i opiłam sokiem pomarańczowym, od którego moja córka dostaje motorka i kopie matkę jak automat. Nie mam zgagi nic a nic, a nie jem według zaleceń dużo malutkich posiłków, tylko raczej trzy ale bardzo, bardzo konkretne :D Oby jak najdłużej, bo w sumie nie sądzę, żeby zgaga mnie ominęła, jako że to raczej anatomicznie niemożliwe. Napisałabym jeszcze parę niesmacznych objawów zaawansowanej ciąży, których teraz doświadczam, ale taki naturalizm może komuś obrzydzić pitą właśnie kawę czy przegryzanego czipsa, poza tym nie każdego musi fascynować biologia ciąży. Ale z ciałem dzieją się różne dziwne rzeczy, z którymi czasem trudno przejść do porządku dziennego.

W sprawie wyprawki nic się nie ruszyło, dalej czekam na łóżeczko, ale wypłata lada dzień, to może dokonam kolejnej porcji niezbędnych zakupów dla niemowlęcia i do szpitala dla siebie. Jak dobrze, że większość rzeczy można z łatwością zamówić przez internet i czekać na dostawę pod same drzwi. Szczególnie, że zepsuło nam się auto i dwóch mechaników już nie umiało go naprawić, teraz auto powędruje do trzeciego i nie wiadomo, co z tego będzie. Trochę mnie stresuje ta sytuacja, ale szczerze mówiąc ostatnio przerasta mnie absolutnie wszystko, wszystko jest powodem niepokoju i przeżywania, wrażliwość na stresy mi skoczyła mocno i głupie sprawy wysysają ze mnie zdecydowanie za dużo energii.

Ale założyłam pierwszy raz ciążowe legginsy i poczułam, czym jest komfort. Wyglądam w nich wstrętnie, bo jestem gruba, ale wygoda którą dają sprawia, że mam daleko w poważaniu, co se kto pomyśli, jak na mnie patrzy. Legginsy dla każdego! Wolność tkanki tłuszczowej! Cellulit w miękkiej bawełnie! Jeżu, najchętniej bym ich wcale nie zdejmowała.

Same głupoty. Ale o czym ma pisać kobita bez życia towarzyskiego i pracy? Może jeszcze o tym, że czasem łapie mnie to uczucie, taki potężny strach, coś jak atak paniki. Że niedługo moje słodkie, egoistyczne życie na własnych zasadach odejdzie w niepamięć. Że już nigdy nie będę mogła robić tylko tego, na co mam ochotę, bo ja i moje „chcę” nie będzie miało większego znaczenia. Pojawi się na świecie mały człowieczek, który odwróci bieguny, zmieni tor życia, zatrzyma pęd i swoim małym istnieniem odmieni nasze. A co będzie, jak pożałuję? Jak się okaże, że to nie jest to, czego pragnęłam? Swój atak paniki i te pytania uciszam jedyną słuszną odpowiedzią: to jest właśnie życie. Nigdy nie jesteś gotowa na to, co przyniesie. Nigdy nie jest odpowiednia pora na wielkie zmiany, ale one nadchodzą, czy tego chcesz czy nie. I adaptujesz się do nich, a potem odkrywasz, że te zmiany to najlepsze, co mogło Cię w życiu spotkać. Teraz też tak będzie, zobaczysz.

Opublikowano Bez kategorii | 5 Komentarzy