God knows

Walczę. Każdego pieprzonego dnia. Prawie każdy kończy się wyciem w poduchę. Prawie się poddałam. Ale zawsze, jak jestem już na granicy poddania się, zrywa się we mnie ostatkiem sił duch walki. Nie poddam się jeszcze. Jeszcze raz spróbuję. Jeszcze raz zewrę wszystkie swoje wewnętrzne moce i pójdę, by wziąć to, czego chcę. I odzyskać to, co zostało mi odebrane.

Nocne eskapady na pogotowie, potem do szpitali. Noce bez chociażby 5 minut snu. Relanium, żeby nie stracić zmysłów z braku choćby drzemki. Jedno nie działało, więc brałam dwa. Dni pełne niepokoju, lęku, niepewności.

Przestałam odbierać telefony, odpisywać na smsy. Udaję, że mnie nie ma. Bo mnie nie ma. Jestem personifikacją troski i opieki. Koleżankę z dawnej pracy oszukałam, że mam zepsuty telefon [dlatego nie odbierałam chyba z 10 telefonów przez 3 dni dzwoniących],  jestem chora i dlatego nie mogę udzielać korków jej synowi. Nie uwierzyła raczej i raczej drwiąco odpisała, ale szczerze mówiąc mam to w dupie. Może da mi wreszcie spokój. Ja po prostu nie jestem w stanie. Całą mnie pochłania walka. Chociaż może ja naprawdę jestem już chora, tylko o tym nie wiem.

Wyniki Młodego nie rokują dobrze, zmiany w mózgu są postępujące. Jeszcze nie wiadomo, kiedy uda się do neurologa. Z Bro kombinujemy załatwienie mu konsultacji u profesorów w Stolicy. Ktoś do cholery MUSI wiedzieć, co się dzieje z mózgiem Młodego. Tak sobie myślę, że jeśli uda się załatwić te konsultacje, to pojadę razem z nim. Bez rodziców. Rodziców wszyscy mamy dość.

Matka znowu odpierdala chore akcje. W swojej – dobrze znanej i znienawidzonej przez nas – furii, rozpieprzyła nowy telewizor za 3 kafle jednym pierdolonym talerzem, których to natłukła tego wieczoru sporo. Ojciec jest na skraju wyczerpania psychicznego, a na mnie – bez losowania, demokratycznych wyborów, czy innej choćby śladowej sprawiedliwości – spadła odpowiedzialność znalezienia sposobu, by skłonić matkę do leczenia psychiatrycznego. Którego to sposobu nie ma, bo – jak zwykle – będę „córeczką tatusia”, „wspólniczką w matczynej niedoli”, „przodownikiem walki przeciw biednej matce”. Ja to znam. To już nie pierwszy raz. Co tu dużo mówić, nie jestem jej ulubionym dzieckiem. Więcej skutku przyniosłaby próba podjęta przez Bro, ale on nie chce kalać swojego wizerunku najdoskonalszego z synów, bo jeszcze mamusia przestałaby go kochać najbardziej na świecie. Nie wiem, co robić. Myślę, że muszę zasięgnąć rady specjalisty.

Problemy piętrzą się, rozrastają, z każdej strony mnie otaczają. Jestem przygnieciona, stłamszona, niszczeję i próchnieję od środka. Nic mnie już nie cieszy, nie potrafię zajmować się nawet rzeczami, które niegdyś sprawiały mi przyjemność. Nie wybiegam w przyszłość dalszą niż jutro. Bo Bóg jeden wie, co się wydarzy.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

14 odpowiedzi na „God knows

  1. grafomanka-pospolita pisze:

    powodzenia
    we wszystkim

  2. Possibility pisze:

    Przytulam mocno i szczerze współczuję. trudno coś powiedzieć w takiej sytuacji, gdy wszystko w okół się po prostu pierdoli…
    Trzymam kciuki!

  3. she pisze:

    Kurdę no… trzymaj się jakoś. Jakkolwiek głupio by to nie brzmiało…

  4. Łucja pisze:

    Trzymaj się mocno…

  5. cici pisze:

    kurcze, w zasadzie to nie wiem co powinnam Ci powiedziec, czy w ogole mowienie czegokolwiek mialoby tu jakis sens…
    musisz byc dzielna!!! tule :*

  6. Wu pisze:

    człowiek powinien się czasem odciąć. nie tylko na znajomych. na rodzinę w pierwszej kolejności.
    tak się zastanawiam….czy ty nie możesz się wypiąć na te chore akcje? w sensie…żeby kto inny się ruszył?

    trzymam kciuki za Młodego. kurde, oby szybko się udało do tego specjalisty dostać.

  7. ane pisze:

    Trzymam kciuki i gdy to czytam myślę ciepło o Tobie, niech chociaż tak dotrze choć odrobina potrzebnej Ci siły.

    Pamiętaj też, że Twoim zadaniem życia jesteś przede wszystkim Ty sama i twoje dobro i szczęście. Nikogo nie zmienisz i nie uratujesz jeśli taka osoba sama nie zechce,i w ogóle nie jest to Twoją rolą i nigdy nie powinno być. Możesz wspierać np. poszukać lekarza, zapisać, nic poza tyma-jeśli się nie da trzeba uciekać.

  8. zlamane-skrzydla pisze:

    Na taką walkę nie powinni wystawiać cię samej. Współczuję, naprawdę.

  9. całaja pisze:

    hmm…

  10. iwcia-iwon pisze:

    cholernie cieżko ci być musi z tymi wszystkimi problemami i niekończącym sie stresem

  11. pierniczkozerca pisze:

    Hej dowiem sie co i ja w tej sprawie moge zrobic bo tez maialm problemy z głową sprawdze lekarza u ktorego byłam naprawde dobry potem mnie skierowano do neurologa, rozpisze ci co i jak jak sprawdze swoja historie choroby 1. co polecam msw i a moja lekarka była słaba ale dawała skierowania najwarzniejsze o rezonans magnetyczny głowy i jeszcze cos sprawdze.

    moja mame tez przydało by sie wysać do psychiatryka bo potrafi umeczycz czlowieka na smierc ty sie z czegos cieszysz a ona uprawia czarnowidztwo.

    TRZYMAM KCIUKI I JAK TYLKON WROCE DO DOMU W KOMENCIE OPISZE LEKARZY U KTORYCH JA BYŁAM

  12. BanShee pisze:

    Weź ty skrzycz tego swojego brata (tego starszego) i powiedz mu, że skoro jest ukochanym synkiem to on powinien zadziałać, bo ty nie masz posłuchu. I rączki od tego umyj. Nie możesz przecież być za wszystkich sama odpowiedzialna!

  13. purplehair pisze:

    Podpisuję się pod tym co mówi Banshee. U mnie to zawsze brat rączki umywa, a jak ja mam się wyprowadzać to oni nagle w depresję popadają i nerwicę i grożą mi że poumierają. Napisałabym Ci trzymaj się, ale obie wiemy ile to pomoże. Widzę w kolejnej notce, że Niedźwiedź ma się lepiej. To dobrze. Teraz jeszcze by się przydało żeby Młodemu się powiodło i wyleczyło.
    A na rodziców bierz poprawkę. Dystansuj ile się da. Mama pracę załatwi a potem będzie wygarniać? Ty dasz radę sama. Za długo Cię czytam, kto jak kto, ale Ty sobie zawsze radziłaś. A ja ciągle myślałam „kurna czemu ja tak nie umiem”. I dalej tak myślę. Może pogadaj z tą koleżanką od korków, jak poczujesz się lepiej. Że telefon już naprawili i cośtam. Chyba tyle. U mnie notki nie ma i nie będzie do odwołania. Buziaki.

  14. Kumcia pisze:

    Tuuuuleee..
    I podpisuje się pod BanShee.
    A jak już to nie bierz tego na swoje barki: trzeba kiedyś powiedzieć sobie dość. Inni też są dorośli..a po za tym, wydaje mi się,że Twoj tata powinien sam zaczac dzialac w tym kierunku.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s