ostatnia doba, jutro będę tam, ale na razie ciągle jestem tutaj…

Znowu jestem do tyłu z wpisami. Jadę w tym życiu na prawdziwym  rollercoasterze. Raz na górze, raz na dole, a rzadko mi się trafia dłuższy czas na jednym, słodko stabilnym poziomie. Dlatego nie piszę. Jednego dnia mam wisielczy nastrój no future, drugiego cieszę się szumem drzew i śpiewem ptaków. Rano z radością szykuję się do wyjścia na spacer, wieczorem mam ochotę się pochlastać całkiem dosłownie i rozmyślam o bezbolesnych metodach odebrania sobie życia. Tylko rodziny mi szkoda i Niedźwiadka, a i testamentu jeszcze nie zmieniłam ;) Może i po szczeniacku, ale któż zrozumie co mi w duszy gra, jak nijak wejść w moją głowę się nie da.

To może tak w skrócie. Załatwiałam coś, co wymagało ode mnie dużego poświęcenia i nadwyrężenia godności osobistej i kiedy byłam już na finiszu, wszystko zepsuła moja Madre, odmówiła wszelkiej współpracy. Także wszystko na marne, zrobiłam z siebie kretynkę i poniżałam na darmo. Musiałam wszystko odwoływać. Ani płacz, ani lament, prośby czy groźby nic nie zdziałały. Oj byłam ja, byłam bliska spektakularnego seppuku. I gdy tak już przekonana byłam, że przegrałam z kretesem, ktoś przymknął oko i mi się udało. Udało mi się przeżyć miesiąc. Taaak. Madre nic nie wie i się nie dowie, niech żyje w poczuciu winy za robienie problemów własnej córce we wszystkim.

Poczucie winy zaprowadziło ją zresztą bardzo daleko. Wczoraj zabrała mnie na zakupy [którego to wypadu tak bardzo się bałam… no wiecie, opowiadałam już do czego moja Matula jest zdolna] i… była dla mnie jak Mama. Czułam się naprawdę szczęśliwa, że tak zwyczajnie rozmawiamy, nie ma w jej wypowiedziach i głosie iskierki złośliwości. Nawet superlatywy, którymi opisywałam Niedźwiadka nie wywołały ironicznych komentarzy. Zakupy miały na celu zaopatrzenie mnie w obuwie zimowe, którego zanotowałam znaczny deficyt. Niebezpieczny wręcz. Pierwszy szok: pasowały na mnie pierwsze zmierzone buty. Idealnie. Drugi szok: pierwsze zmierzone przeze mnie buty zostały przeze mnie kupione [!!!]. Trzeci szok: to najdroższe buty mojego życia i zasponsorowali mi je rodziciele. Bez obaw, więcej niż 300 zł nie poszło, ja po prostu całe życie kupuję raczej taniej niż drożej :P Czwarty szok: obuwie jest moje wymarzone. Kozakowate i na koturnie. Kobiece i ciepłe. Podjarałam się, no. Na dodatek w ramach wymiany rozmiarami, Matula oddała mi całkiem nowy zimowy płaszcz, który jest ładny i idealnie na mnie pasuje aktualnie. Kwestia kolejnego zimowego deficytu została jednego dnia rozwiązana. Chociaż tym nie muszę się już martwić.

W kwestii pracy bez zmian. Dalej rozsyłam cefałki gdzie się da, ale odpowiedzi zero. Dawno nikt nie dzwonił w sprawie rozmowy o pracę. Za to Młody dostał pracę, którą ja mu „załatwiłam”. Ych. Zawsze wszystkim dookoła się udaje, tylko nie mi. Mam już szczerze dość tych kłód pod nogami, tego niefarta, tej chujni na kółkach.

Odchudzanie w toku. Niedźwiadek zrzucił kolejne kilogramy, jest już o 8 lżejszy. Leci jak burza. Mi idzie zdecydowanie wolniej, ale coś tam się ruszyło. Na razie nic nie mówię, bo jeszcze nie dotarłam do swojego pierwszego progu. Ale jak dotrę, to się kurna nie omieszkam pochwalić. Dietka, spacerki, ćwiczenia, fajnie jest. Myślę, że to w jakiś sposób zmieniło nas na lepsze. Spędzamy ze sobą czas inaczej niż dotychczas. Poprawiliśmy nasze niedostatki, więcej ze sobą rozmawiamy, myślę że pchnęliśmy do przodu pewien zastały element naszego związku. Jest pozytywniej i energetyczniej. Jedyne co mnie martwi, to wcześnie zapadający zmrok, który destrukcyjnie wpływa na każdego, kto ma skłonności do depresji… Czuję, że ta suka czyha już za rogiem, czai się, żeby zaatakować i trzymać w swoich szponach do wiosny. Nie jestem na to gotowa, boję się. Myśli samobójcze to ja i bez niej mam. Jak jeszcze to na mnie spadnie, to nie wiem, co będzie…

Noga chyba lepiej, nie boli, tylko mam wrażenie, że mi się jakiś płyn pod skórą przelewa, jak poruszam palcami… Hmmm… Może się kosmici zalęgli i za parę miesięcy mały obślizgły obcy rozerwie mi stopę i rozpocznie podbój Ziemi. Kaszlę dalej i coraz bardziej skłaniam się ku wizycie u doktóra. Inhalacja bardzo pomaga, ale nie wyleczyła mnie. Nie mam już cierpliwości do siebie. Chciałabym, żeby był lek, który likwiduje to gówno od ręki. A znając życie, znowu będę się pół roku męczyć z testowaniem kolejnych zestawów medykamentów na mój fatalny kaszel. I jeszcze – nie daj Bóg! – zlecą mi jakieś badania, na które nie mam ochoty. No toż jasne, że bez walki tam nie pójdę…

Brakuje mi znajomych, takich z którymi można wyjść wieczorem częściej niż raz na dwa tygodnie. Źle się wyraziłam. Brakuje bardziej Niedźwiadkowi niż mi. Ja umiem radzić sobie bez ludzi. Lepiej czy gorzej, ale umiem. On ma z tym spory problem. Brakuje też kasy na normalne życie młodego człowieka. Chciałabym czasem wyjść z Niedźwiadkiem do kina czy na jakiś koncert. Ale co, jak nie ma na podstawowe sprawy… Duchowa strawa schodzi na bardzo daleki plan. Smutne to i trudne do przełknięcia.

U Was też powietrze przesiąknięte jesiennym dymem palonych liści? Trochę duszące, ale z drugiej strony urokliwe. A, zapomniałabym, że dzisiaj święto. Poczułam to tylko w tym, że skończył mi się razowiec i wyszło mi przypadkiem dodatkowe ograniczenie pieczywa, które ograniczam tak czy siak. Na cmentarz do Babci pójdę w inny dzień. Nie w smak mi są tłumy na cmentarzach. Jedyne, czego mi zabrakło, to widoku lampek nocą, który miałam zawsze z okna swojego niechcianoróżowego pokoiku u rodziców. To se ne wrati. Może to i dobrze :) Piękną mamy jesień w tym roku. Marzy mi się taka aż do marca ;)

Uwielbiam późnowieczorne spacery z Niedźwiadkiem, kiedy jest już tak ciemno, a ja czuję się doskonale bezpieczna. Tak bezpieczna, jak nie czułam się nigdy przed nim.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

16 odpowiedzi na „ostatnia doba, jutro będę tam, ale na razie ciągle jestem tutaj…

  1. Łucja pisze:

    Też czuję swąd palonych liści.
    i raz mi zimno i źle, raz całkiem przyjemnie.
    w obuwie zimowe też się zaopatrzyłam – tzn..też Mama.
    i tak siedzę z drugim kubkiem kawy, bo dzisiaj na uczelni zrobili nam dzień rektorski i zastanawiam się jakby to zrobić, żeby oczy przestały się kleić i zechciały poczytać coś mądrego a głowa przemyślała kwestię referatu.
    Cholera.
    od kilku dni nie znam na to odpowiedzi.
    a utwór bardzo lubię, słuchałam go dzisiaj rano. :)
    i aż się zaskoczyłam, widząc tytuł Twojego posta.
    jakie to wszystko zbiegookolicznościowate.

  2. postal pisze:

    Jakbym czytal dziewczynke z zapalkami albo inna sierotke marysie, ewentualnie anielke.
    Nie masz tam gdzies mcdonald’sa? tam zawsze przyjmuja, kazdego i bez gadania.
    Postal dalej niezadowolony i cierpi za miliony, chociaz znalazl fajna prace, gdzie zarabia 2 kola.

  3. innam pisze:

    Nie ma u nas McDonaldsa, toż ja jestem na zadupiu :)

  4. postal pisze:

    toz uciekaj stamtad!
    na co ty liczysz? na cud gospodarczy na koncu swiata?
    ja ucieklem z kielc, chociaz to 200 tysieczne miasto, ale pracy jak na lekarstwo.
    spieprzaj! uciekaj! spierdalaj!!

  5. Wu pisze:

    wczoraj przejechałam się pięknie na mojej 10cm szpilce przy przedszkolu, jak odstawiałam gówniarstwo. noga powykrzywiana, ale wciąż nie boli. tak bym chciała się kontuzjować i poleżeć…

    myślę o tym kinie i koncercie… zazdroszczę, że możecie sobie o tym pomarzyć, bo ja to w ogóle…danonki, mamby i wszelkie bambucze pożerają mój budżet psia mac….

  6. cicicada pisze:

    ehh dobrze, ze jeszcze pozytywne elementy pojawiaja sie w Twoim zyciu, jak chociazby spacerki z Niedzwiadkiem… kurcze jak Ci tego zazdroszcze, ze mozesz sie z nim przejsc za reke, mozesz sie w niego wtulic….cudowne uczucie
    a reszta jakos sie ulozy, nie poddawaj sie:)

  7. postal pisze:

    love is not funny when you have got no money…

  8. Kumcia pisze:

    Przez 3 dni słuchałam tej piosenki :) do znudzenia:P aż mi przeszło :)

    Dobrze,że dieta służy, bo mi kilo ciągle przybywa :/ tragedia

  9. purplehair pisze:

    Ten jesienny zapach jest boski. Mimo to nienawidzę jesieni z powodu tych nastrojów, o których piszesz. Może też dlatego, że jesienią zawsze coś złego się dzieje u mnie, a to się połamię, a to ktoś umrze ;/ Ale jak byłam u Wu, to mi przypomniała, że może być pięknie. I cieszę się, że Ty także to dostrzegasz.

    Gdyby te moje cholerne testy były na sztuki, kupiłabym i wysłałabym Ci natychmiast. Dzięki temu lekarz od razu by wiedział co Ci przypisać, zamiast faszerować po kolei tym wszystkim co mu przyjdzie do głowy.

  10. purplehair pisze:

    …No i co z tą nogą ? Może tym w pierwszej kolejności by się zająć :(?

  11. całaja pisze:

    a ja się nie dietuję ale ćwiczę brzuszki :)

  12. iwcia-iwon pisze:

    notkę mój umysł zrozumiał i pojął, ale tytuł zbyt skomplikowany i odrobinę mnie przeraził

  13. Ania pisze:

    Zapachem? Smrodem raczej :) nie cierpię palonych liści

  14. Kylinn pisze:

    hej, wiem o czym piszesz, mam teraz dokładnie tak samo… i znów się powtrórzę – zazdroszczę niedźwiadka – ja na spacery chodze z mp3ką…
    a kaszlu bym nie lekceważyłą, też niedawno walczyłam z tym kurestwem i po zrobieniu badań okazało się że to astma…
    pozdrawiam – byle do wiosny :)

  15. possibilities pisze:

    Boshhh, nie mogę zrozumiec, jak taka fajna i inteligentna osoba, jak Ty pracy wciaz nie posiada. Szkoda mi czytać tak smutnych notek… Ale byty i płaszczyk chociaż masz ;p

  16. postal pisze:

    praca nie jest dla fajnych i inteligentnych, tylko dla robotow ze sterowaniem numerycznym.
    konfromistow, bezwolnych automatow, dajacych sie programowac w zaleznosci od stanowiska, niewykazujacych inicjatywy, wykonujacych wgrany algorytm.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s