odważna ja

Mieszkam w bloku, który stoi na obrzeżach osiedla. Blokowisko graniczy z osiedlem domków jednorodzinnych, a za tymi domkami niedaleka droga do wyjścia poza miasto. Nieraz chodzę tam na spacery. W każdym razie ktoś z tych domków jednorodzinnych kupił sobie koguta.  Najprzyjemniej jest, kiedy jest na tyle ciepło, żeby okno w kuchni mogło być uchylone. Kiedy przygotowuję śniadanie, a świeże powietrze miesza się z zapachem dopiero co zalanej kawy i pomidorów, a w tle zapieje kogut, wracają mi cudowne wspomnienia z dzieciństwa. Biwaki z Tatą nad jeziorem, spanie w namiotach, kakao w plastikowych ruskich kubeczkach, świeże mleko od mleczarza, który zahaczał o pole namiotowe każdego poranka. Śniadania na trawie, grzanie wody na gazowej turystycznej kuchence. Bieganie po polu i nogi pokłute bodziakami, wielka hałda piasku, która stanowiła doskonałą podstawę do tysięcy zabaw. Cowieczorne ogniska, zbieranie drzewa, wielgachna morwa, z której owoce jadłam wtedy pierwszy i ostatni raz. Tata i jego gitara, piosenka o muszce plujce i żuczku gnojarku. Jego opowieści przy ognisku, zabawy na uspokojenie podczas wielkiej burzy. Struganie piszczałek, na których można było grać jak na flecikach, ale tylko póki drewno było wilgotne. Trudne nauki pływania innym stylem niż pieskiem…

Dzięki kogutowi mam co rano przecudowne, relaksujące, przynoszące dobre skojarzenia klimaty, pełne wspomnień, zapachów i smaków z dzieciństwa. I nie tylko zresztą. Tęsknię za biwakowaniem, za budzeniem się ze świtem i bliskim kontaktem z przyrodą. I codziennie też czuję w sercu wielką miłość do Taty i podziw za to, jakim był i jest człowiekiem. Dzięki niemu moje dzieciństwo było naprawdę fantastyczne, magiczne i niezwykłe. Dzięki niemu jestem samodzielna i potrafiłam zawsze robić rzeczy, których nie chciały tykać się inne dziewczynki. Myślę, że to dzięki niemu i dwójce braci wyrosłam na chłopczycę, z czego naprawdę, ze szczerego serca się cieszę. Strasznie kocham mojego Tatę, jestem mu bardzo wdzięczna za wszystko i ubolewam nad tym, że nasze kontakty tak się ochłodziły. Może byłoby inaczej, gdybym potrafiła mieć więcej cierpliwości do Mamy. Gdybym umiała być bardziej wyrozumiała i mieć twardszą skorupę, przez którą jej ostre jak brzytwa słowa nie dałyby rady mnie ranić. Niestety nie mam i nie wiem, kiedy uda mi się takową wyhodować.

Zebrałam się w sobie i poszłam do lekarza. Moje obawy były nieuzasadnione – nikt mnie nie skrzyczał za nie zrobienie morfologii i nawet nic o tym nie wspominano, hehe. Moja doktórka twierdzi, że mam nadreaktywność oskrzeli i tym razem potraktowała mnie syropem na astmę. Zobaczymy czy podziała, mam wielką nadzieję, bo na samą myśl o powtórce z rozrywki sprzed roku [wizyty u lekarza co 2 tygodnie przez 3 miesiące…] mi się nieprzyjemnie robi. Oskrzela mam czyste, płuca czyste, serducho pracuje w normie, więc jestem zadowolona. Zadowolona jest też rodzicielka, która ma obsesję na punkcie mojej niedoszłej astmy. A jej spokój jest moim spokojem. Noga jest już jak nowa, sama się wyleczyła :)

Byliśmy z Niedźwiadkiem na „imprezie u Młodego”. Od tamtej pory każda impreza, na której jest totalna nuda i masakra, będzie się nazywała „imprezą u Młodego”. Młody miał urodziny, na które zaprosił swoją bliską koleżankę, no i cóż… Koleżanka była ekstremalnie nieśmiała, Młody przejęty rolą, żeby zadbać o jej komfort psychiczny, w wyniku czego atmosfera była sztywna niesamowicie. Ledwo tam wytrzymaliśmy te parę godzin. Miałam tyle szczęścia, że Dziadzio dawał mi coraz to nowe questy do wykonania. Gotowałam obiad, potem zakupy dla Dziadzia, potem sprzątanie Dziadziowego pokoju. Więc w towarzystwie spędziłam niewiele czasu właściwie. Za to Niedźwiadek miał już dość po 30 minutach :D Jak wracaliśmy potem wieczorem do domu, nie mogliśmy przeżyć tej atmosfery :D I wiecie, chyba się robię coraz mniej wyrozumiała na ludzkie odchyły. Bo nie mogę jakoś zaakceptować faktu, że ktoś w towarzystwie nie próbuje w najmniejszym chociaż stopniu nawiązać jakiegoś kontaktu z otoczeniem. A jeśli coś mówi, to mruczy pod nosem bardziej do siebie, niż do kogoś. Drażni mnie to. Ja jestem dzikiem, owszem, ale jeśli ktoś w towarzystwie okazuje mi zainteresowanie, to staram się na to zainteresowanie odpowiedzieć w najbardziej komunikatywny sposób z możliwych. Mówić głośno, wyraźnie, żeby druga osoba nie miała problemów ze zrozumieniem mnie. Wydaje mi się to naturalne. Ale po tym wieczorze zauważam, że może jednak takie naturalne to nie jest. Takie mruczenie pod nosem i odpowiadanie półsłówkami robi naprawdę złe wrażenie… No w każdym razie starałam się ośmielić nieśmiałą, ale chyba mi nie wyszło.

Niedźwiadek ma już 10 kilo na minusie, ja osiągnęłam swój pierwszy pułap odchudzania, ale byłabym szczęśliwsza, gdybym zeszła już poniżej tej granicy :D W każdym razie chyba chudnę. Bardzo powoli, ale sukcesywnie i prawdopodobnie dużo zdrowiej, niż kiedykolwiek. Moja sprawność fizyczna z dnia na dzień się poprawia. Nie to, że jakieś wyczynowe sporty, oj nie, bo przy moim stopniu zapuszczenia, to nie ma szans… Ale rozruszałam się po tym roku totalnego bezruchu. Zaczynam czuć mięśnie, o których istnieniu nie miałam pojęcia :D Fajnie, naprawdę fajnie. Nie sądziłam, że takie coś może zacząć sprawiać mi przyjemność.

Trochę boję się to napisać, ale ostatnie dni wydają się być… dobre. Pozytywne, spokojniejsze. Finansowo trochę lepiej, bo udało mi się co nieco dorobić. Nawet kłótnie z Niedźwiadkiem nie zaburzają tego dobrego nastroju. A kłócimy się częściej i intensywniej, a właściwie to chyba sprzeczamy bardziej, niż kłócimy. Mam wrażenie, że te nasze sprzeczki są raczej zabawą niż realną próbą wywalczenia czegoś bądź dokuczenia sobie nawzajem. Sprzeczamy się, mówimy sobie rzeczy, których wcale nie myślimy, jednocześnie wiedząc, że ta druga osoba wcale nie ma tego na myśli, a 5 minut później jakby tego nie było. W sumie to uwielbiam w nas to, że najpoważniejszy konflikt w naszym związku miał miejsce jakieś 2 lata temu i wynikł z nieporozumienia. Od tamtej pory nie zdarzają nam się żadne poważniejsze utarczki, zawsze wszystko mija po 15 minutach, bo żadne z nas nie ma problemów z przepraszaniem czy wyciąganiem ręki na zgodę.

Moje drzewo za oknem prawie zupełnie już wyłysiało. W drodze do lekarza o wczesnej porze orzeźwiła mnie mżawka. Zupełnie jesienna jesień przyszła. Ta taka bardziej szara niż kolorowa. Dokarmiam ptaki z tego samego parapetu, z którego robiła to Babcia.

Edit: Doktórka uprzedzała mnie, że po syropku jest senność i opóźnienie reakcji, ale nie sądziłam, że to będzie posunięte aż do tego stopnia. Czuję się jak naćpana. Przymulona, senna na maksa i… uspokojona. W dodatku jakoś wolno się ruszam. Łooooł…

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

11 odpowiedzi na „odważna ja

  1. zdaleka pisze:

    Takie notki najbardziej lubię :). Takie spokojne i pozytywne.

  2. Łucja pisze:

    ”zgrzeszyłaś nie odpakowawszy!” hahaha :D o jak mi się ten komentarz podoba!

    I muszę się przyznać – odpokutowałam-odpakowałam później xD

    dobrze, ale co do wpisu :

    Twoje wspomnienia z dzieciństwa, brzmią jak naprawdę dobra bajka, ja ze swoimi rodzicami nie jeździłam na biwaki. Może dlatego, że mieszkam poza miastem, nie byłoby to dla mnie aż takie przeżycie.

    ”Łoooł” na końcu posta mnie rozbroiło :D bo moje myśli chyba prawidłowo to zaintonowały [o ile myśli mogą…no ale nieważne.]
    Jesień. Chyba się z nią oswajamy.[?]

    A kogutów nie lubię jak bym-cyk-cyk, ptaszydła nie są moimi ulubieńcami ;)

  3. singluje pisze:

    A coś mi się wydaje że miałaś się pochwalić bardziej szczegółowo odchudzaniem jak dojdziesz do pierwszego pułapu… no i co? ;)

  4. postal pisze:

    co to kurwa sa „bodziaki”??
    niesmialosc to choroba (fobia spoleczna, nerwica, niski poziom wartosci), leczy sie to antydepresentami, psychoterapia, ma jednostke chorobowa w DSM-IV i ICD-10. z chorob sie nie smiejemy, nabijasz sie jak widzisz garbatego albo kulawego? mierzi cie to?
    inna sprawa, ze takie osobniki jak moja zona to pozalowania godne mieczaki.

  5. Anonim pisze:

    Boże, jak mi się przyjemnie zrobiło, jak to przeczytałam. Czy masz więcej takich wspomnień? Bo patrzeć na tą pogodę za oknem nie mogę, herbata stygnie, cytryna się marnuje, makijaż rozmazuje od cholernej mżawki, włosy zmieniają się w druty.

    A dziewczyna wobec Młodego jest inna? Właściwie to trochę ją rozumiem, nie mam pojęcia co ja robię w handlu ze swoimi stresami byle czym.

  6. purplehair pisze:

    sie zapomnialam podpisac, nie moj komp, moj ma jakies syfy i odmowil wspolpracy. Fioletowa pisala.

  7. Kumcia pisze:

    :)))))))

  8. Biżuteria pisze:

    Heheh sympatyczny tekst, pozdro dla Ciebie ;)

  9. Kylinn pisze:

    fajnie słyszeć dobre wieści… nareszcie… u mnie też jakby jaśniej na horyzoncie, ale sza, żeby nie zapeszyć…

  10. cicicada pisze:

    o kurde, to chyba dostalas jakis syrop z psychotropami ;) bo one tak dzialaja:D
    a na powaznie ciesze sie, ze u Ciebie dobrze i jak to mowia „keep doing!”

  11. postal pisze:

    predzej z efedryna.
    przyznaj sie ile tego syropu pijesz?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s