ekstremum

WCZORAJ:

Znowu nie pisałam. I sama nie wiem, czy bardziej z braku czasu, czy z obawy, że niesiona emocjami napiszę za dużo. A co zostało napisane, tego nie cofnie ani Backspace, ani wykasowanie bloga.

Piszę w warunkach idealnych niemalże do pisania, przynajmniej dla mnie. Jest cicho, pusto, mogę się wsłuchać w siebie. Siedzę w moim sklepie, półki są już pełne towaru, wystrojowi brakuje tylko elementów graficznych na ścianach, które obiecał załatwić mój dostawca i czystej witryny, której umycie uniemożliwia mi siarczysty mróz za oknem. Wczoraj myłam zewnętrzną część przeszklonych drzwi… i to był głupi pomysł. Z myciem czekamy na dodatnie temperatury oraz odnalezienie sposobu na umycie witryny, pod którą znajdują się schody do lokalu poniżej. Znaczy sposób obmyśliłam, tylko gdzie ja znajdę tak długi teleskopowy kij? Nie ma klientów, co jest dość oczywiste, bo jeszcze nie poszła żadna reklama. Pierwszy klient był wczoraj i była nim moja mama. Ojciec nie chciał być moim klientem, chyba znowu się poprztykali, sądząc po wyczuwalnym z łatwością napięciu między nimi. No ale przećwiczyłam swoją rolę. Odwiedził nas też w sklepie Młody, któremu podoba się wystrój i twierdzi, że „to się musi udać”. Mi się wydaje, że wcale nie musi, ale ze swojej strony zrobię wszystko, żeby tak było, żeby nie mieć sobie potem nic do zarzucenia.

Mój optymizm trochę ucichł, może z przemęczenia ostatnimi wydarzeniami prywatnymi, może z poczucia samotności, a może po prostu jestem niewyspana, w pracy odcięta od Internetu [zdążyłam podpisać dwie umowy na Internet mobilny, które po dwóch dniach rozwiązywałam, bo nie działał! Chciałam tanio, okazało się, że tanio nie można, bo ścisłe centrum tego zapyziałego miasta trzyma w swojej twardej pięści TPSA i nikomu innemu nie chce udostępnić swojej infrastruktury… poddałam się, będzie pochodna TPSY za zdecydowanie za duże dla mnie pieniądze, w dodatku dopiero w marcu:/], przez co mam poczucie stania w miejscu i ograniczenia własnych możliwości. Bo mogłabym teraz, zamiast klepać notkę w trybie offline, robić sobie reklamę w sieci, zapewniać sobie miejsce w różnego rodzaju panoramach firm i innych takich. No ale zostały mi jeszcze do zaprojektowania plakaty i ulotki, czym się zaraz zajmę. Jedną serię już zrobiłam, ale nie wiem, czy jestem z niej zadowolona. Chyba jednak coś poprawię. Chciałabym szybko puścić to w druk i rozdać znajomym, co by wyłożyli je w swoich miejscach pracy, a plakaty rozwiesić w najważniejszych dla mnie punktach.

No i, jak to już w jednym mailu pisałam, trochę przeliczyłam się w paru kwestiach. Po pierwsze z czasem, bo spodziewałam się zacząć wszystko, gdy będzie dopięte na ostatni guzik i IDEALNE dużo wcześniej, a jest dużo później i chyba jednak trochę na wariackich papierach. Po drugie, co ściśle łączy się z pierwszym, z poleganiem na innych ludziach, którzy dużo zapewniają, jeszcze więcej obiecują, a potem nie wywiązują się ze swoich zobowiązań ani trochę, a ja ze swoimi planami zostaję w czarnej dupie. Zdarza mi się to regularnie od początku, kiedy zaczęłam „budować” swój sklep. I na nic skargi, rozliczne prośby, groźby i tłumaczenia, że się człowiekowi ŚPIESZY i kolejne przeniesienie terminu po prostu nie wchodzi w grę. Dostajesz następną obiecankę na odczepnego, a potem i tak robią po swojemu. Zastanawiam się, czy to tylko mnie tak traktują, bo mam łagodny ryj i ciepły głos, którego brzmienie pozwala ludziom stwierdzić, że nie jestem zdolna kogoś opieprzyć, czy to jest obecnie standard? No i po trzecie z finansami. Mój biznesplan nie uwzględnił paru rzeczy i muszę teraz silnie spinać poślady, żeby udało mi się być zgodnie z planem w kwestii opłacania najbliższych miesięcy. Tak to jest, kiedy człowiek łapie się za coś, o czym nie ma bladego pojęcia. Ale uczę się na własnych błędach i jest to najlepsza nauka. Rozwijam się w ekstremalnym tempie i w ciągu ostatnich dwóch miesięcy moja ewolucja osiągnęła szczytową prędkość. I w sumie, jak tak o tym teraz myślę, to podwójnie cieszę się z ofiarowanej mi szansy, bo nie dość, że rozwijam się w kwestiach wiedzy i umiejętności, to również totalnie przebudowuję własną osobę. Myślę, że na lepsze. Jakkolwiek ta historia się nie zakończy [a życzę sobie, by się nie zakończyła wcale :)], będę bogatsza o milion doświadczeń. Najlepsze jest to, ze od tygodnia nie jestem ubezpieczona, bo ZUS mnie odesłał z kwitkiem, bo nie mieli jeszcze stawek. Muszę na siebie uważać, co by to było, jakbym tak nogę złamała… się do końca życia nie wypłacę :P W każdym razie pierwszy etap przedsięwzięcia, jakim było otwarcie firmy, uważam za zamknięty i zakończony sukcesem. To miłe, zobaczyć własny sklep otwartym, gdzie każdy element wystroju był wnoszony na własnych plecach, skręcany własnymi rękami itd. Drugi etap, jakim będzie rozwinięcie i utrzymanie firmy właśnie się rozpoczął. Plan działania już jest w realizacji. Trzymajcie kciuki.

Oeeeesu, jak tu zimno. Przed chwilą przytulałam się do kaloryfera, żeby chociaż trochę się ogrzać, a teraz otuliłam uda kurtką, jak babulinki kocykiem. Może chociaż trochę pomoże. Oddałabym wiele za półlitrowy kubek z gorącą kawą z mlekiem i cukrem. Mmmm… W ogóle zbieram się od otwarcia, żeby wziąć sobie tutaj czajnik elektryczny+wszystko, co do gorących napojów konieczne, ale ostatnio mam takie urwanie głowy, że mimo że wstaję na 2 godziny przed wyjściem z domu, to się kurde nie wyrabiam i potem lecę na autobus na złamanie karku i jeszcze ledwo zdążam! Więc jak tu myśleć o czajniku? Myślę o nim dopiero jak zamiotę schody, umyję podłogi i uprzątnę syf, a potem usiądę i odsapnę, a robi się ziiiiiimnoooooooo… A może by sobie jakiś termos skombinować?

Coś we mnie pękło. A miał to być zwyczajny wieczór z przyjaciółmi, chłopaki przy piwku, my przy ciachu. Skończyło się na fatalnym ciągu zdarzeń od nocnych poszukiwań począwszy, przez poniżenie, wyskoczenie do mnie i do Sis z pięściami przez jakiegoś psychola, stanięcie w obronie przez Niedźwiadka, łzy, zamartwianie i nocną awanturę, która będzie zapewne świetną pożywką do plotek dla Starej-Zza-Ściany, aż po groźby zbiorowego pobicia mojego faceta. Coś we mnie pękło, gdzieś pomiędzy pozbawionymi hamulców słowami a skrywanymi głęboko emocjami, które pierwszy raz ujrzały światło dzienne (nocne…?). Poznałam nieznane mi dotąd oblicze Niedźwiadka i doprawdy nie jest ono zgodne z moim wyobrażeniem o nim. Wprawdzie emocje opadły szybko, następnego dnia były gorące przeprosiny, żal za grzechy i mocne postanowienie poprawy, ale gdzieś uleciał ze mnie ten pierwiastek bezwzględnego „bycia z”. Wyparowało poczucie absolutnej emocjonalnej bliskości, a pozostała ziejąca pustka, przepaść, która dzieli nas, gdy wieczorem zasypiamy już w siebie nie wtuleni. Szyba, która powstrzymuje mnie przed wyciągnięciem ręki, by złapać jego dłoń, przed przytuleniem, przed wyrażaniem miłości, z czym nigdy dotąd nie miałam problemu w naszej relacji. Całkiem możliwe, że nigdy już nic nie będzie takie samo. A pewne, że dużo pracy przed nami, a starań przed nim, żeby odzyskać to, co utracił. Jeśli w ogóle dostrzega różnicę i planuje cokolwiek z tym zrobić. Bo prawda jest taka, że od tamtego czasu nie rozmawiamy ze sobą za dużo, tak więc nie wiem. Po prostu nie wiem. Oczywiście, że jesteśmy dalej razem, razem funkcjonujemy jak dawniej, dzielimy obowiązki, dzwonimy do siebie i wymieniamy standardowe uwagi o codzienności. Ale brak mi „bycia z”, tego naszego, pełnego. Może ja jestem po prostu za dobra i należałoby zacząć myśleć O SOBIE? Zresztą wydaje mi się, że tę myśl i tak już wcielam w życie, wyżywam się na Niedźwiadku za moje łzy i frustracje, wypominam i nie przebieram przy tym w słowach. Taaaak… coś we mnie pękło.

Nuckusiowych rewelacji ciąg dalszy. Było zaparcie, po zaparciu przeczyszczenie, popularnie zwane sraczką, a potem zaczęło się kichanie i lekki spadek apetytu. I masz babo placek. Oczywiście przegrzebanie Internetu zakończyło się dla mnie jasnym wnioskiem: koci katar. Niedźwiadek oponował, że może to tylko kurz w domu, że oprócz kichania nic się nie dzieje. Ale moje czujne ucho usłyszało, że kotek świszczy nosem przy oddychaniu, więc zarządziłam wizytę u weterynarza. Tym razem jednak – zniechęcona olewczą postawą weta państwowego – poszłam do poleconej przez Sis prywatnej lecznicy, do której mnie zresztą zawiozła. Lekarz z powołaniem, żywo zainteresowany, dobrze kota przebadał. No i bach – koci katar. Zastrzyk, tabletki do domu i za 5 dni ma być zdrów. Podobno te tabletki miały być chętnie jedzone przez kocięta, bo smaczne. Ha, nie dla Nuckusia. Moje matczyne serce dwa razy dziennie cierpiało, gdy musiałam siłą wpychać mu leki do pyszczka. Koci katar po dwóch dniach osłabł widocznie, kichanie sporadyczne, oddech lepszy, ale za to… ni stąd, ni zowąd znowu sraczka. Ręce mnie trochę opadli, bo maluch przy każdym podskoku wypuszczał spod ogona brązowy strumień. Latanie ze szmatą, zamykanie pokoi, mycie tyłka po 5 razy dziennie, no masakra. Następnego dnia wydawało mi się, że przeszło, ale niestety, dalej na miękko i dalej tyłek usmarowany. Więc w końcu zadzwoniłam do weta i opowiadam, jaka sytuacja i że wydaje mi się, że to od tabletek. Potwierdził moje przypuszczenia, kazał odstawić tabletki i pojawić się z maluchem w lecznicy. Dzisiaj Niedźwiadek z nim pojedzie, Sis go zawiezie. Mam szczerą nadzieję, że koniec kociaczkowych problemów zdrowotnych jest już bliski, bo mi szkoda biedaczka, wydaje mi się, że czuje się odrzucony. Nie dość, że nas całymi dniami nie ma, zamykamy przed nim większość pokoi, to jeszcze zamykamy na noc sypialnię, a on nie rozumie dlaczego.

 

DZIŚ:

Im człowiek więcej jest sam [w sensie przebywa w odosobnieniu, jak ja w swoim sklepie aktualnie :P], tym bardziej dostrzega, jak bardzo targają nim emocje i zmęczenie. Bo dzisiaj już, czytając wczorajsze wypociny, zastanawiam się, czy trochę nie przesadzam i czy w ogóle powinnam taką notkę puszczać w sieć. Ale że postawiłam sobie na celu uczynienie mojego bloga oczyszczalnią duszy, to pozostawię to w niezmienionej formie, wystarczająco enigmatycznej, bym mogła się czuć bezpiecznie. I tak sobie myślę też, że bardzo mi brakowało takiej samotni. Miejsca, gdzie jest cisza, ja i czas, gdzie mogę analizować w spokoju swój świat i świat zewnętrzny, gdzie mogę układać w sobie swoje emocje bez obawy, że ktoś zajrzy mi przez ramię i odrze z tej specyficznej, blogowej intymności, przerwie skomplikowany proces twórczy i zakłóci skupienie.

Dzisiaj czuję się znacznie lepiej. Pospałam godzinę dłużej niż zwykle, obudziło mnie Nuckusiowe miauczenie i od razu przypomniałam sobie, że pewnie maluch jest głodny, co skutecznie uniemożliwiło mi dalsze błogie spanie ;) Wczoraj odwiedził weterynarza, akurat trafił na zły moment, gdzie biedny lekarz miał urwanie głowy, dwie operacje, kilka nagłych przypadków, więc oględziny były dość szybkie. Nie było mnie przy tym, więc może dlatego przeżywam [kotka zawiózł razem z Sis Niedźwiadek], ale mam naprawdę nadzieję, że koci katar już przeszedł, a problemy jelitowe szybko odejdą w zapomnienie. Taki cudny kotek, a taki biedny od samego początku. No i chciałabym móc porządnie posprzątać dom i mieć pewność, że 5 minut po umyciu wszystkich podłóg, nie znajdę gdzieś kociej kupy :D Dostał specjalną karmę dla jelitowych rekonwalescentów, a wieczorem lakcid strzykawką wprost do pyszczka. Potem ekspresowe mycie tyłka po raz 3 tego dnia i już. Co oczywiście chwilę później zostało obrócone wniwecz, no ale ważne, że się staramy, nie? ;) Wiem, jak obrzydliwie to zabrzmi, ale pragnę ujrzeć twardą kupę :D I zaprosić Nuckusia z powrotem do łóżka :D

Mam dzisiaj lepszy humor też dzięki rodzicom. Bardzo mi pomagają, a nie sądziłam, że tak będzie. Ktoś, kto przeczytał kiedyś co pisałam o moich rodzicach, wyrywkowo, uzna pewnie, że jestem niewdzięczną córką, sama bym tak o sobie pomyślała, tyle, że sytuacja nie jest taka prosta, na tym właśnie polegają schizofreniczne relacje moich rodziców względem siebie nawzajem i swoich dzieci. Jednego dnia się kochają, cmokają dzióbkami jak ptaszki, ja jestem wspaniała i zdolna, ze wszystkim sobie poradzę, rodzice są do mojej wszelkiej dyspozycji i zrobią dla mnie wszystko, a drugiego dnia się nienawidzą, rozwodzą, biją, wywalają ciuchy z szaf i wystawiają walizy za drzwi, a ja jestem marginesem społecznym, bez przyszłości, moje dzieci będą kradły samochody, żyję w konkubinacie, jestem wytykana palcami za swoje niegodne życie, bo wszyscy wiedzą, że tak naprawdę mój związek opiera się na seksie, co więcej jestem winna rodzicom pieniądze, mieszkanie i podległość wszelaką, bo przegrałam swoje życie. Nie wiem, jakim cudem trzymam się jeszcze w miarę normalnie bez fachowej pomocy i dobrych psychotropków :D No i analogicznie parę dni temu spotkałam się z rodzicami na chwilkę i zagadałam do ojca, że nie widzieliśmy się chyba z miesiąc, on mi nic nie odpowiedział, a matka na to, że jakoś ojciec wcale nie tęskni… Po paru dniach odwiedzili mój sklep i znów ojciec nie odezwał się do mnie słowem, a matka tylko dogryzała. Logiczne więc, że było mi przykro [po tym „nie tęsknieniu” trochę se nawet pochlipałam, bo zawsze wierzyłam, że jestem córeczką tatusia, mimo że mój ojciec nie jest wylewny i raczej nie okazuje uczuć]. Natomiast dzisiaj obiecali podrzucić mnie do ZUSu, zabrali na zakupy, kupili czajnik elektryczny i parę innych drobiazgów, żebym mogła się czegoś ciepłego napić w pracy, w dodatku dali mi kasę na czynsz i byli dla mnie tacy mili, że od rana jestem jak na skrzydłach, pozytywnie nastawiona do życia i świata, mimo że tyłek mi marznie i dostałam kataru ;) Gdyby tylko wiedzieli, ile znaczy dla mnie ich wsparcie, ich „bycie miłymi”, a jak bardzo dołuje mnie ich krytyka… Zresztą tyle razy im to mówiłam, powinni wiedzieć. Ale ostatnio i tak jest dobrze, bo nabrałam do tego dystansu, czuję, że nareszcie mam swoje życie tak naprawdę, w pełni, a tylko ich własnym wyborem jest to, czy chcą być jego częścią, czy nie. I że spełnienie wymagań mojej mamy, sprostanie jej oczekiwaniom nie jest i nigdy nie będzie celem mojego życia, bo to MOJE życie.

Podobnież i do Niedźwiadka lepiej usposobiłam się z lepszym humorem. To wszystko, co pisałam wczoraj to oczywiście prawda. Ale wczorajsza prawda. Dzisiejsza prawda jest taka, że nie potrafię, nie chcę i nie będę gniewać się na niego w nieskończoność. Podpadł mi solidnie, ale z drugiej strony jest przecież tak samo kochany jak zawsze. Pod moją nieobecność zajmuje się domem, sprząta, gotuje, myje kotu dupsko i wozi do weterynarza. Niekiedy odbiera mnie ze sklepu. Może nie umiem się jeszcze do końca przełamać w niektórych kwestiach [bo coś doprawdy we mnie pękło], ale na dzień dzisiejszy wiem, że sprawa jest do naprawienia, tylko trzeba czasu i pracy. A nic tak nie koi moich nerwów, jak jego ciepłe dłonie i wielkie ramiona, w których mogę się schować, jeśli tylko zechcę. Coś tak czuję, że może dzisiaj zechcę ;) I na kolana wleźć też zechcę. Niech tylko powie, że go kolana bolą, to pożałuje :P

Sisowie mają problemy. Już drugi wieczór z rzędu spędziliśmy razem i próbujemy pomóc. Jest niewesoło. Czasem jest trudno uwierzyć, że człowiek naprawdę został stworzony na obraz i podobieństwo…

Gratuluję każdemu, kto przebrnął przez całość :)

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

7 odpowiedzi na „ekstremum

  1. serdunio pisze:

    gratulacje przyjmuje, bo coprawda za drugim podejsciem – ale dalam rade. :) no! i trzymaj sie kurnajegoraz no! :)

  2. linka-1 pisze:

    Wierzę, że minie jeszcze trochę czasu i naprawdę zapomnisz o tych niedobrych emocjach, a stosunki między Wami znów staną się niczym nie zmącone. Dużo teraz obowiązków spadło na Twoje barki, ale dasz sobie radę. Życzę Ci tego, żeby klienci pchali się drzwiami i oknami, a rodzice zawsze wspierali Cię w potrzebie. No i oczywiście zdrowia dla kotka, żeby Twoje domowe życie przestało być takie „gówniane” ;).

  3. Kumcia pisze:

    Podpisuje się pod komentarzem Ewelinki, napisała to wszystko co ja chciałam.
    Trzymam kciuki!!

  4. Anonim pisze:

    …trudno nie było … kotlety w trakcie smażyłam i trochę się przypaliły;)… powiem Ci, że poczułam tę szybę między Wami… znam ten stan i nienawidzę go szczerze ….

  5. martynia pisze:

    ..anonim to ja …

  6. ciernista pisze:

    jak zwykle jednym tchem przeczytałam
    powodzenia ze sklepem
    zdrowia dla kociaka

  7. Iwona pisze:

    Ja przebrnęłam przez całość z chęcią :) Niedawno odkryłam ten blog i teraz zaglądam tutaj regularnie :) Nie wiem tylko dlaczego jak wpisuje jego adres w wyszukiwarkę to nie odnajduje bloga. Ale wujek google pomaga w tej sprawie. Mówił Ci ktoś, że masz bardzo fajny styl pisania? I jakąś taką lekkość słowa. Koniecznie powinnas coś z tym zrobić :D ierwsza leciałabym do sklepu po Twoją książkę :D

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s