off-line at work

Początki są trudne, każdy mi to powtarza, a ja się przekonuję na własnej skórze. I wiecie, co – jak dotąd – jest dla mnie najtrudniejsze? Nie nieprzyjemni klienci, nie różnorakie trudności zewnętrzne. Ja sama. Ja sama dla siebie jestem najtrudniejsza. Nie mogę strawić swojej niedoskonałości, nie mogę przeżyć swoich błędów, źle przeprowadzonych rozmów czy niezbyt trafnych decyzji. Niby jak dotąd tragedii nie było, ale parę razy już zrobiło się dziwnie i tylko mam nadzieję, że kiedyś całkiem się nie wkopię i nie zdyskredytuję w oczach klientów. Muszę nauczyć się spokoju i przestać działać jak burza – zbyt szybko, w chaosie. Jak sobie wytłumaczyć, że klient wcale nie musi zostać obsłużony ekspresowo i nic mu się nie stanie, jeśli chwilę dłużej poczeka? Przekwalifikowałam się w dwa miesiące i na bieżąco muszę nadrabiać oczywiste zaległości, a moimi sędziami są właśnie klienci. Krzywdy im wprawdzie nie zrobię, bo moje decyzje musi zaakceptować ktoś jeszcze, ale strasznie mi źle, jeśli okazuje się, że nie do końca miałam rację. Wszystko jest kwestią doświadczenia, którego właśnie nabieram. Drugą sprawą jest to, że cała ta sytuacja uświadamia mi, że jestem zupełnie innym człowiekiem, niż mi się wydawało. Nie jestem wcale opanowana, nie jestem dokładna i nie jestem ani trochę spokojna. Jestem rozdygotana wewnętrznie, skołowana, mam trudności w koncentracji i przez to popełniam błędy, z którymi potem nie mogę się pogodzić. Po poniedziałkowej akcji musiałam wykonać 40 telefonów, żeby odkryć, gdzie popełniam błąd. Dzisiaj musiałam wykonać jeden, żeby się upewnić, że nie robię błędu. Jaka ja jestem głupia, oeeeesuuuuu… Nienawidzę siebie czasem, tak na maksa.

Moje życie jak na razie to praca, praca i jeszcze raz praca. Przychodzę godzinę wcześniej, wychodzę godzinę później i jeszcze zabieram papierzyska do domu. A w domu jem, pracuję, myję się i idę spać. I tak codziennie od tygodnia. Myślę, że za jakiś tydzień albo dwa będzie już trochę spokojniej. Zresztą sami zauważyliście. Jak już nie mam czasu na pisanie, to musi być ostro.

Poprzedni tydzień był przygotowaniem do akcji, czyli udało się skombinować kij teleskopowy. Szukałam wszędzie, nawet w necie, takie kije do sprzątania długości 3 metrów to wydatek rzędu 200-300 zł. Jeszcze mnie nie pogięło, żeby za kawałek aluminium tyle płacić. Pogadałam więc z mężem Sis, który w swoim sklepie miał teleskopowe kije, tyle że malarskie. Co się okazało? Że taki kij kosztował mnie 15 zł, a miał gwint pasujący do standardowej gąbki ze ściągaczką do okien. Więc w sobotę po klientach Niedźwiadek mył witryny, a ja robiłam wielkie porządki w sklepie. Pół dnia nam zeszło. Jednocześnie wymigaliśmy się z imprezy. Jak wróciłam do domu o 18.00, tak ani mi się śniło, żeby jeszcze leźć pod prysznic, a potem pacykować się na wielkie wyjście. Wykąpałam się, ubrałam w piżamę i oglądałam seriale z Niedźwiadkiem. Kocham takie wieczory. Niedziela upłynęła na stresowaniu się i kończeniu przygotowań. Sama akcja całkiem udana, mogło być lepiej, ale mogło też być zdecydowanie gorzej. Ja tam nawet jestem w miarę zadowolona. Bardzo dużo się nauczyłam, poszerzyłam wiedzę zarówno branżową, jak i z dziedziny kontaktu z klientem. Teraz obsługa idzie mi zdecydowanie lepiej zewnętrznie [robię lepsze wrażenie, nie drżą mi ręce, nie trzęsę się, nie miotam, wiem co mówić, wiem co robić], ale wewnętrznie wciąż jest mnóstwo do zrobienia. Niedźwiadek twierdzi, że powinnam swój stres z kimś skonsultować, choćby z psychologiem, bo podobno mam go na nienormalnym poziomie :D Po akcji pozostał taki syf, że ogarnięcie go zajęło mi ponad godzinę dnia kolejnego, a przecież to jedno małe pomieszczenie!

A teraz walczę. Z zamówieniami, klientami, samą sobą. Mnóstwo dylematów. Czuję czasem, że stąpam po granicy, że gdzieś za rogiem czai się wielki upadek.

Dzisiaj chyba notka pełna odkryć. Odkrywam nową siebie i nabywam samoświadomości… hehe. Otóż siedzą we mnie tak ogromne pokłady złości, frustracji i gniewu, o jakich nikomu, kto mnie zna, na pewno się nie śniło. Wybucham w środku po stokroć. Widzę siebie, rzucającą rzeczami o ścianę, wyrzucającą ludziom okrutną prawdę prosto w twarz, ogarniętą przemocą. Oczywiście tego nie robię, ale te emocje siedzą we mnie i czasem znajdują ujście. Czasem dostaje się Niedźwiadkowi, a czasem nikomu, ale ten „nikt” też obrywa tym, że się do niego nie odzywam. Niejasne? Mam dość niektórych bliskich, mam ochotę kazać im milczeć, przestać do mnie mówić o swoich idiotycznych problemach, którymi zaśmiecają moją przemęczoną głowę. Zamiast powiedzieć tak do kogokolwiek, wolę sama się nie odzywać i przeczekać swój trudny okres. Ostatnia rzecz, jakiej chcę, to rykoszetem zranić kogoś bliskiego. Nie obyłoby się bez paradoksu. Paradoksalnie bowiem po dziecięcemu wręcz chciałabym pójść do mamy i taty i się poprzytulać i być córcią, zjeść domowy obiad, być pogłaskaną po głowie i pocieszoną, że wszystko jest fajnie i będzie jeszcze fajniej.

Ale może to dlatego, że dzisiaj się poryczałam ze złości i bezsilności. Kolejny tydzień walczę z NETIĄ. Ta firma to jakaś porażka. Od tygodnia powinnam mieć internet. I za każdym razem, kiedy dzwonię do tej pożal się Boże firmy, słyszę inną wersję wydarzeń. Raz aktywacja usługi ma być w środę dwa tygodnie temu, tak powiedział mi jeden pan w infolinii. Potem w środę dzwonię na infolinię, że internetu niet, więc się okazuje, że ten internet to jednak w poniedziałek mi ruszy. Ale że w poniedziałek już na pewno. Nie sprawdziłam w poniedziałek, bo była akcja, ale sprawdziłam we wtorek – nie ma nadal. Kolejny telefon do infolinii i dowiaduję się, że ktoś nie zamknął zadania, ale że w 24 godziny mój internet będzie u mnie i przepraszamy za taką sytuację. No i dzisiaj, proszę ja Was, nie wytrzymałam. Nie ma internetu! A ja do cholery jasnej od 3 dni przekładam wszystkie ważne rzeczy, żeby w końcu móc je zrobić, gdy będzie internet. I nie zrobię! Znów zabiorę komputer do domu i zamiast odpocząć, będę zapieprzać przed snem, podczas gdy od 3 dni mogłam te wszystkie rzeczy robić normalnie w godzinach pracy. Zadzwoniłam na infolinię, najpierw byłam całkiem miła, bo ja to generalnie miła jestem, dopóki mnie ktoś nie wkurwi. I kiedy ten biedny chłopaczyna po drugiej stronie powiedział mi, że widzi w komputerze datę aktywacji 1 marca, to… Aż żal mi było tego chłopaka. Mam nadzieję, że rozmowa była nagrywana i ktoś to kurwa usłyszy. Chłopakowi powiedziałam wprawdzie, że wiem, że to nie jego wina, ale że ta firma jest jakaś niepoważna, robi z ludzi idiotów, za każdym razem wciskając człowiekowi inną ściemę, zajebisty przepływ informacji w ogóle, żebym ja dzwoniła po 10 razy i za każdym razem tak naprawdę gówno jest w mojej sprawie robione. Niech mi kurwa oddadzą kasę za moje połączenia, złodzieje, ich gówniany internet wcale tani nie jest! I jeszcze to standardowe tłumaczenie: nie wiem, z kim pani wcześniej rozmawiała… Ja też nie wiem! Ale chyba do cholery macie tam kogoś kompetentnego czy nie? A wiecie, co najlepsze? Że ma do mnie przyjść jakiś pan techniczny, żeby podpisać aktywację usługi, ale NIKT NIE WIE KIEDY! I weź się nie rozpłacz…

Usaaaaaaaaaa…. Usaaaaaaaaaa…. Usaaaaaaaaaaaa….Także teeego… To był taki mały totalnie ANTYREKLAMOWY tekst o firmie NETIA. Nie polecam nikomu współpracy, bo można osiwieć i nabawić się wrzodów żołądka. Moja rada na przyszłość: więcej szacunku do klienta. Jak się nie ma jaj, żeby powiedzieć, że czas realizacji zamówienia wynosi 3 miesiące, to się daje chociaż jakieś zajebiste promocje albo konkurencyjne ceny. A tu ani promocji, ani cen. Wielkie gówno.

Oprócz pracy w moim życiu aktualnie nic więcej. Kocimiętek rośnie jak na drożdżach, obrósł nareszcie tłuszczykiem, zrobił się mięciutki i coraz bardziej dokazuje, nie daje spać po nocach i trzeba go wyrzucać z sypialni, żeby trochę snu zaznać. Dzisiaj na ten przykład zbudził mnie o 6.30, zrzucając na podłogę moją zajebiaszczą firmową komórkę… Wczoraj go zaszczepiliśmy, a weterynarz delikatnie zasugerował, że jesteśmy nieco nadopiekuńczy wobec Nuckusia. Śmialiśmy się z tego cały wieczór i w sumie trochę racji mu przyznajemy. Jest naszym oczkiem w głowie, nie da się ukryć.

A w związku ok. Przeszły wcześniejsze niesnaski, odeszły w niepamięć chwile emocjonalnego chłodu, znów jesteśmy blisko, tylko trochę mamy dla siebie mało czasu. Ale jeszcze z tydzień-dwa… Uspokoi się :)

Grrrrrrr… Parę słów przed posłaniem notki w kosmos. A właściwie jedno zdanie: dlaczego nic nigdy nie może się odbyć tak po prostu, tylko zawsze jest pod górę? A myślałam, że dzisiaj uda mi się coś skończyć i będę mogła spokojnie pójść spać… Ech. Nienawidzę niedokończonych spraw.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

8 odpowiedzi na „off-line at work

  1. bardziej pisze:

    Madziu, Twoja notka jest jeszcze dłuższa niż moja, ale przeczytałam do końca :-) Z netem to chyba poza miasteczkiem studenckim, nigdzie nie ma tak świetnie, ale cóż, jak można zdzierać kasę za coś, co w innych krajach jest za darmo, to czemu nie?
    Będzie wiosna będzie fantastycznie! I świetnie, że można się coraz więcej dowiedzieć/umieć/zrobić.
    Pozdrawiam!

  2. purplehair pisze:

    Też mam netię i też nie polecam. Nawet kiedyś byłam w ich biurze na szkoleniu. Utwierdziłam się w przekonaniu, że sama usługa nawet nieźle śmiga, tylko problemów z jej uzyskaniem jest faktycznie sporo. I dzwonienie na infolinię niewiele pomoże [chyba ze lubisz się powk**wiać].

    Co do całego chaosu w pracy – dwa lata tak zasuwałam i rozumiem Cię dobrze :) Szukam sobie właśnie czegoś takiego, bo jednak wolę jak klient przychodzi do Ciebie i nie musisz go szukać sama telefonicznie albo jeżdząc po mieście. Handel już mi naprawdę obrzydł i zrobiłabym cokolwiek, byleby zmienić branżę. Mam nadzieję, że Ty do takiego etapu nie dojdziesz i przywykniesz do tego stresu. Za jakiś czas osiągniesz pełen profesjonalizm, wiedza i przygotowanie to podstawa, no i NIE ŚPIESZ SIĘ :-) Klient ma tam pewnie krzesło, jak już usiądzie to nie ucieknie :)

    Trochę zazdroszczę tego chaosu. Dobrze, że się dzieje :)

  3. selywina pisze:

    „Niewiem z kim Pani wcześniej rozmawiała…”, ja w biurze jak dzwonie, to zawsze zapisuje z Kim rozmawiam, a jak się nie przedstawi to pytam, lepiej mieć to czarno na białym nawszelki wypadek.
    Co do stresu to bym go z nikim nie konsultowała, tylko znalazła sposób na rozładowanie.
    Będzie dobrze, na błędach człowiek uczy się najlepiej,chociaż lepiej uczyć się na cudzych błędach a nie na własnych:)

  4. postal pisze:

    a konkubent dostal ta prace?

  5. agent pisze:

    Generalnie możesz się cieszyć że to nie TP. Tam lepiej nie jest ;)

  6. linka-1 pisze:

    Czy w ogóle komukolwiek udało się uniknąć problemów, jeśli chodzi o internet? Zaczynam coraz bardziej w to powątpiewać. Chyba nie ma żadnej solidnej, naprawdę szanującej klienta firmy :P. Więcej spokoju i odpoczynku. Wiem, jak to jest nie mieć czasu ani dla siebie, ani dla ukochanej osoby. Najważniejsze, że między Wami już wszystko w porządku.

  7. Kylinn pisze:

    a ja trochę zazdroszczę Ci tego chaosu, bo u mnie kompletnie, ale to kompletnie kompletnie nic się nie dzieje… ale wiem, co za dużo to też nie zdrowo…

  8. Possibilities pisze:

    Własnie na tym polega zycie…. by iść pod górkę, dojść na szczyt i się nie stoczyć :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s