aktualizacja okołoświąteczna :)

Ani się obejrzałam, a zleciały dwa tygodnie bez blogusiów. Tak jak się spodziewałam, było mnóstwo pracy związanej z ostatnią akcją promocyjną przed świętami. Sama akcja całkiem w porządku chyba, pracowałam tym razem z samymi młodymi [z których byłam najstarsza, hej!] bez „szefa wszystkich szefów”, więc jakoś tak luźniej było i sympatyczniej. Potwierdziły się też moje przypuszczenia, że „tam u nich” jestem już dość znienawidzona za swoją upierdliwość, którą ja nazywam po prostu dopominaniem się o to, co mi się należy na podstawie podpisanej umowy i zobowiązań wobec klienta. Dotknęło mnie to troszku, ale dwa dni później doszłam do wniosku, że w sumie mam to w dupie, każdy ma swoje obowiązki i musi męczyć się ze swoimi problemami. Moim są klienci, a ich jestem ja :) Taka to kolej rzeczy, niemal jak krąg życia w Królu Lwie :D

Bardzo się cieszyłam na myśl o świętach. Nagromadziło się we mnie tyle negatywnych emocji, byłam przemęczona i wyczerpana psychicznie, więc kiedy już poszłam na swój wymarzony urlop to… przez 4 z tych 6 wolnych dni, które sobie jako wolne wymyśliłam, myślałam o pracy, a szczególnie o jednej klientce, której zadowolenie wisi na włosku i jeśli znów coś pójdzie nie tak, to albo jej zaproponuję zwrot kasy, albo jakiś solidny upust. Zresztą sprawa toczy się do tej pory i męczy mnie strasznie, bo cała reszta jakoś tam się w miarę kręci bez większych problemów. Sam urlop zleciał błyskawicznie. Dwa dni zeszły na odgruzowywaniu chałupy. Zaniedbana strasznie. Nawet okna pomyłam wszystkie, poprałam firany, no bosko było. Przez dwa dni… Bo teraz oczywiście wszystko wróciło do szeroko pojętej normy czystości w moim domu :) Ale co tam, do soboty niedaleko, ogarnie się na nowo i szybciej dużo, bo już przecież okien myć nie trzeba :P

Dwa pierwsze dni stały również pod znakiem drobnych napraw w domu. Cieknąca rura w kuchni okazała się być totalnie syfiastą, śmierdzącą i z zapchanym kolankiem rurą, której oczyszczania dokonał Niedźwiadek z twarzą owiniętą szalikiem nasączonym moimi perfumami [potocznie tak zwanymi, właściwa nazwa to woda toaletowa :D]. Hehe. Ja nie jestem wrażliwa na zapachy, ale kiedy doleciał mnie ten aromat, to aż mi się śniadanie cofnęło. No. Ale warto było, bo w kuchni już mi nic pod zlewem nie kapie i nie leje się woda, kiedy odkręcę kran.

Druga sprawa to cieknąca chyba od miesiąca już spłuczka. Rozbroiliśmy ją i okazało się, że uszczelka jest po prostu rozpuszczona, rozpływa się w palcach. No to akcja wymiana. Najpierw musiałam ubłagać Matulę, by zabrała mnie do jakiegoś sklepu budowlanego w poszukiwaniu zaginionej spłuczki uniwersalnej. Potem wystąpił problem za krótkiej rury, braku wiertarki, za krótkiego wężyka i tak naprawa takiej pierdoły przeciągnęła się na dwa dni i jakieś 200 zł :/ Przy okazji odkryliśmy to, czego nie potrafił zdiagnozować hydraulik z wieloletnią praktyką… No ale dzisiaj mam super działającą spłuczkę o sile wodospadu :D Tylko trochę kapie, trzeba by to chyba uszczelnić jeszcze jakiś silikonem czy czymś takim. Ale to już nie moja brocha, niech facet kombinuje.

No a same święta, w kwestii odczuć wewnętrznych, bardzo udane. U siebie zrobiliśmy jedną sałatkę z jajcami, kupiliśmy parę plasterków wędliny i zrobiłam sernik na zimno, a u rodziców prawdziwa uczta, którą oczywiście potem niemal w połowie popakowali mi w siaty, bym zabrała do domu. Niedźwiadek do ostatniej chwili walczył ze sobą, czy pójść do moich rodziców na ten obiad, czy nie pójść. Ale w końcu poszedł i chyba nie żałował, bo było naprawdę miło. Ani jednego niemiłego komentarza, a za to dużo śmiechu i rozmów.

W świąteczny poniedziałek odwiedził nas Młody. Nie pisałam o tym wcześniej, bo chyba jakoś próbowałam zaklinać rzeczywistość. W każdym razie Młody jest chory i pogarsza mu się. Traci władzę w ręce i obu nogach. Jest przerażony i załamany, myśli o śmierci i dożywotnim kalectwie. Szczerze mówiąc nie znajduję już słów pocieszenia, więc wybrałam taktykę rozśmieszania, zawracania myśli z najmroczniejszych ścieżek i naprowadzania na lepsze tory. Po to go zresztą zaprosiłam. Kototerapia też robi swoje. Miętek przez 3 godziny panicznie się go bał, ale potem zaczął dawać się głaskać i nawet podchodził sam z siebie. Wczoraj byli na powtórce z rezonansu magnetycznego w Warszawie, wyniki w poniedziałek, a we wtorek wizyta u jakiegoś profesora w wojewódzkim mieście. Bardzo bym chciała, żeby ten profesor zlecił położenie Młodego do szpitala w celu diagnostycznym, wtedy bym namówiła rodziców, żeby położyli go w Warszawie w szpitalu, który poleciła mi znajoma, będąca w temacie. Może tam wreszcie stwierdziliby co mu jest i zaczęli go konkretnie leczyć.

Rodzice z Młodym wczoraj w podróży, więc ja zostałam wydelegowana do zaopiekowania się Dziadziem. Zrobiłam mu obiad, wysłał mnie na zakupy… Przy okazji znaleźliśmy buty dla Niedźwiadka, co wydawało się być jak mission impossible, ale się udało i to nawet tanio. Nie mogę pojąć ogromu niechęci, jaką Dziadzio darzy moją mamę, a swoją córkę. Ale to wszystko jest zamknięte koło. Dziadzio przez całe życie dawał jej do zrozumienia, że jest gorszą córką, przy tym był pijakiem, raczej nikomu nie okazywał miłości. A teraz, kiedy po śmierci Babci musiał zamieszkać z córką, dostaje od niej pełną opiekę, ale nie z taką troską, jakiej by zapewne chciał. To wszystko jest o tyle trudne, że jestem w stanie zrozumieć i jedną, i drugą stronę, i nawet nie wiem, kogo jest mi bardziej żal. Możliwe jednak, że w maju zabierze Dziadzia do Ameryki druga córka, ta lepsza i ukochana. Myślę, że i Mamie, i Dziadziowi ten wyjazd zrobiłby dobrze. Oby doszedł do skutku. A ja oczywiście, jak zawsze, kiedy tylko się pojawię u Dziadzia, zostałam wykorzystana do zrobienia Dziadziowi serii zakupów, wczoraj na ten przykład po pracy leciałam do drogerii po kolejny dziadziowy wynalazek, no ale obiecałam, to już dotrzymałam. Oczywiście Dziadzio nie był zbyt zadowolony z zakupu, no ale cóż ja na to poradzę…

Ostatnio oglądałam zdjęcia Miętusia z jego pierwszych tygodni u nas. Ależ on się zmienił! Jest dwa razy większy, coraz bardziej puchaty, zmienia mu się struktura sierści. Po kastracji również zaczynam dostrzegać zmiany w zachowaniu. Miętuś więcej się przytula, dużo mniej gryzakuje i spokojniej przesypia noce. A już poza kastracją, to się zrobił bardziej samodzielny, więcej bawi się sam, chociaż nie odmawiam sobie co wieczornej zabawy w ganianego, kiedy najpierw ja gonię jego, a potem uciekam i on goni mnie. To już trochę jak rytuał. Bardzo mnie relaksuje, hehe. Poza tym Miętek od czasu do czasu liże mnie po twarzy, co odczytuję jako wyraz przywiązania :P Wydaje mi się, że ma uczulenie na żwirek, stąd jego łzawienie z oczu, więc jak wykończy aktualną kuwetę, to mu kupię jakiś drewniany albo żelowy i będę obserwować reakcję. I czekam na zniknięcie moich blizn na rękach po zabawach z kotkiem :D

Kurde, muszę kupić prezent urodzinowy dla Sis, i to szybko. Najlepiej dzisiaj. Nie mam pomysłu zupełnie, więc pewnie będzie jakaś totalna improwizacja… :D

A dla Miętkowych wielbicieli mam parę świeżuchnych fot ze świąt:

najlepiej się leży na świeżo walniętych na łóżko zakupach, torbach i innych syfach :D

 

...albo obok Chomiczej klatki.

bo nuda

chociaż to małe grube całkiem interesujące

EVIL is LIVE spelled backwards

z uśmiechem do świata

Miętek i apetyczny, nieco zsiniały kawałek mojego uda. Albo łydki. Nie wiem :D

Tak, wiem, wstawiam więcej zdjęć kota, niż niektórzy zdjęć własnych dzieci… :D Ale każdy ma jakiegoś bzika, każdy jakieś hobby ma…

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

8 odpowiedzi na „aktualizacja okołoświąteczna :)

  1. serdunio pisze:

    kategorycznie i autorytatywnie stwierdzam ze NIE masz wiecej zdjec kota niz ja wlasnych dzieci. natomiast przypominasz mi mnie z czasow PRZED narodzinami dzieciakow hehehe :) tylko ja wtedy cyfrowki nie mialam… ale Lakus byl obcykany rowniutko ;)

  2. postal pisze:

    bo to ladny kot jest

  3. cicicada pisze:

    o w morde, ale faktycznie ten Twoj zwierzak sie duzy i puszysty zrobil:) pozyczyczysz mi go na kilka dni, zebym mogla wyglaskac?;)
    prezent dla kobiety? ide zazwyczaj w cienie, blyszczyki itp – zawsze sie sprawdza:D

  4. ciernista pisze:

    M, a Młody miał badania w kierunku SM ( stwardnienie rozsiane) ? Bo też mogą być takie objawy :( Oby to nie SM, bo to straszna choroba.

  5. innam pisze:

    SM wykluczono w tamtym roku, bo sprawa się już ciągnie trzeci rok, z tym, że się pogarsza…

  6. ciernista pisze:

    ja pamiętam, że to nie od dziś, ale … to już 3 lata minęły???
    no i szczęście, że nie SM. Moja mama choruje. Okropna choroba .
    Zdrowia Młodemu życzę i siły, żeby się nie poddał!

  7. maltanka pisze:

    A propo choroby…skojarzyło mi się, że widziałam ten wywiad, może to jest warte sprawdzenia?
    http://dziendobry.tvn.pl/video/21-lat-wegetacji-przez-blad-lekarzy,1,newest,37366.html

  8. zlamane-skrzydla pisze:

    Zdjęć pupili nigdy za dużo (tak tłumaczę swoją obsesję ;))

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s