poweekendowo-majowa aktualizacja

Może czas by było coś wreszcie napisać. Jakoś ostatnio nie miałam weny. Prawda jest taka, że ostatnio niewiele mam chwil, kiedy sobie siedzę leniwie na dupsku, jeśli się lenić, to wolę na łonie przyrody, niż przy komputerze.

Jeszcze tego samego wieczoru, kiedy kupiliśmy auto, pojechaliśmy wieczorem na przejażdżkę. Niedźwiadek nie miał odwagi ruszać przed zmrokiem, bo nie jeździł od stycznia, więc zaczekaliśmy na obniżony ruch. Była taka panika, że szok, hehehe. Ale jakoś dawał sobie radę :D Mnie z tego stresu i napięcia rozbolała głowa i zesztywniał kark :D Ale uczucie było naprawdę niesamowite. Taka… wolność. Kolejne dni jazdy były coraz lepsze, ale wciąż lekki stresik z prowadzenia samochodu jest, bo to i rozmiar inny samochodu, i skrzynia biegów inna, i na gaz. Mam wrażenie, że więcej nerwów u Niedźwiadka powoduje myśl, że coś się może w samochodzie nagle zepsuć, niż sama sytuacja na drodze. W każdym razie radzi sobie całkiem nieźle. Pojechaliśmy na zakupy samochodowe, trzeba było uzupełnić braki typu gaśnica, trójkąt, kamizelki, apteczka, no i zakupy do domu. I wiecie co… Poczułam się nareszcie jak NORMALNY CZŁOWIEK. Który wchodzi do sklepu i robi zakupy nie biorąc pod uwagę, czy da radę nieść je na własnych plecach przez całe miasto do domu. Strasznie mnie to wzruszyło. A jeszcze bardziej wzruszyło mnie, kiedy Niedźwiadek szepnął mi w alejce sklepu, że ma wrażenie, że na to wszystko nie zasługuje. Na tę NORMALNOŚĆ. Szybko wyprowadziłam go z błędu, ale teraz sama widzę, jak wiele to dla niego znaczy. W każdym razie wzruszenie, duża radość, pewna nawet podniosłość tej chwili wryła mi się w pamięć.

Samochód to też więcej zachodu niż mi się śniło. Ktoś ostatnio rzucił mi hasłem: nie miała baba kłopotu, kupiła sobie prosiaka. Jakie to prawdziwe! Dopiero od paru dni najważniejsze sprawy związane z autem są już pozałatwiane. I jeśli będę kiedykolwiek jeszcze kupować auto, to ominę te kilkanaście popełnionych tym razem błędów, oszczędzając sobie nerwów i kłopotów. Dobrze, że mamy znajomego, który zna się na autach i za grosze pomaga nam ze wszystkim. Aż mi sie nie chce opisywać… Nie było wprawdzie jakichś wielkich awarii, standardowe wymiany, ale kto ma auto, ten pewnie wie, ze każda taka wymiana jednak kosztuje. Grosz do grosza i kurka poszło na to więcej kasy, niż planowałam. No ale auto chodzi ładnie, sprawnie, nie strach nim jeździć. Jeszcze tylko instalację gazową do sprawdzenia trzeba dać, może do regulacji, bo trochę za dużo pali. A jakie cyrki były z rejestracją i ubezpieczenieeeem… Łooooo… Ile się człowiek nawściekał, to szok. SZOK!!! Te urzędy niedorobione, te baby niekompetentne, po tysiąc razy łaź człowieku, bo jedna z drugą tępa i jeszcze za własną tępotę traktuje petenta jak śmiecia i margines. Dość urzędów, dość!

Na tydzień przed majem, kiedy chłopaki cudowali przy samochodzie, ja postanowiłam nie gnić sama w domu, tylko udać się do rodziców. Ale rodzice okazali się nie gnić w domu, a wybrali się na działkę, na którą mnie serdecznie zaprosili. No więc pojechałam. I nie żałuję, spędziłam czas tak przyjemnie jak dawno. Wiecie, wiosna się budzi, skowronki gniazdka wiją i śpiewają przy tym jak szalone, trawa się zieleni, drzewka puszczają pierwsze pąki, tulipany rozchylają główki, świeżo rozkopana ziemia pachnie życiem sianym przez mamę. Do tego ognisko, grill, kawałek karkówki i dobrze wypieczona kiełbaska w bułce. Coś pięknego. Dużo rozmawialiśmy, Tata uczył mnie rąbać drewno, ale nauka szła mi niesamowicie opornie, bo rąbanie drwa wydaje mi się dość brutalnym zajęciem i mam jakieś blokady psychiczne, bo jak zamachnę się siekierą, to zupełnie nieświadomie hamuję ją przy samym uderzeniu, tak jakbym chciała uczynić komuś mniejsze obrażenia :D No i nie ukrywam, że rąbiac, miałam w głowie obraz, co by się stało, jakbym przypadkiem kogoś/siebie uderzyła tą siekierą. Druga rzecz jest taka, że w ogóle nie mogłam trafić w to, co miałam rozrąbać, hehehe. Ale jeszcze się wprawię, zobaczycie!

Od tamtej ostatniej soboty kwietnia rodzice niemal co tydzień zapraszali nas na działkę na grilla. Teraz już przyroda w pełnym rozkwicie, jabłonie i wiśnie okwiecone, trawa pnie się w górę jak szalona, tulipany rażą w oczy kolorami. No i te weekendowo-majowe temperatury jak w lipcu. Spaliłam się na raka :) Tyle relaksu, ile ostatnio na działeczce zaznałam to nie miałam dawno. Piwa nawet z ojcem popiłam, czego zazdrościła mi Większa Połówka, bo jest kierowcą :D Pozwoliliśmy Mamie przejechać się naszym autem, była taka podniecona, że aż mnie to śmieszyło :D Moja mama jest filigranową kobietą, 150cm w kapeluszu, jak zasiadła w naszym aucie i utonęła w maksymalnie odsuniętym na rzecz Niedźwiadka – wielkiego chłopa – fotelu, to wyglądało to przekomicznie. No i kiedy poczuła moc silnika, to aż się zarumieniła z wrażenia. Przejechałyśmy się we dwie kawałek, jedynym problemem było to, że Mama nie mogła wyczuć, jak się wrzuca wsteczny, hehehehehe. Męczyła się z 5 minut, aż w końcu odpuściła i musiałam wypychać samochód z parkingu :D A potem zostawiła włączone światła, czego sama nie zauważyłam, dobrze, że akumulator nie padł. No i przyjemnie było bardzo, Mama dla nas obojga była ekstremalnie miła, oboje chcemy wierzyć, że tak już zostanie. Coś tam przebąkiwała też o zafundowaniu mi prawa jazdy. Ciekawe, ciekawe…

Weekend majowy był doprawdy piękny i długi. Chociaż gorąco jak pierun, to jednak fajnie było się powylegiwać na trawce z piwuszkiem w dłoni i rozmawiać z bliskimi. Jeśli o znajomych idzie, to totalna klapa. Mąż Sis odmówił wszelkich spotkań przy piwie, tudzież grillu, czym zniszczył nam wszystkie plany. Żebyście wiedzieli dlaczego… Ale rozpisywać się nie będę, nie mój biznes. I w ogóle nie wiem czego to wina, czy hormonów, czy czego, ale tak mnie wszyscy znajomi wkurzali ostatnio, że to sie w pale nie mieści. A to ktoś powiedział coś nie tak, a to ktoś inny coś nie takiego ode mnie chciał. Gotowa byłam niemal kończyć znajomości. Nic na to nie poradzę no. Uważam, że niektóre osoby niesprawiedliwie mnie oceniają i tak samo traktują. Taka np. Sis. Mam wrażenie, że totalnie drwi sobie z mojej pracy, traktuje to, jakbym sobie przychodziła posiedzieć i ponudzić się, że taka praca to nie praca. Dodatkowo mam wrażenie, że wychodzi z założenia, że ja nie mam życia poza pracą i domem, że  z nikim innym niż z nią się nie spotykam, nic ciekawego nie robię, generalnie się nudzę. I że powinnam być na każde zawołanie. Strasznie mnie to zabolało. I bolą mnie też jej uwagi dotyczące mnie, Niedźwiadka, dotyczące naszego związku. Nie chcę się z nią kłócić, bo czuję się na razie na przegranej pozycji z racji tego, że jestem jej coś winna za ogromną pomoc, której jakiś czas temu mi udzieliła – dopóki tego długu nie spłacę, nie chcę zaczynać trudnych tematów, bo to byłoby dla mnie dyskomfortem. Ale trochę już zaczynam się buntować na niektóre rzeczy i uświadamiać jej, że 5 lat moich studiów bardzo mnie zmieniło, że nie jestem już tą samą osobą, którą wydawało jej się, że zna.

Wstyd się przyznać, ale nawrzeszczałam na Niedźwiadka bardzo brzydko i przy ludziach. Nie wiedziałam, że to przy ludziach, ale okazało się, że miał włączony telefon na głośnomówiącym i jego koledzy to słyszeli. W swojej złości zezłościło mnie dodatkowo to, że ktoś mój wybuch słyszał i mimo prób pojednania ze strony Niedźwiadka, wczoraj cały dzień byłam sfochowana. Jak gupia. Już w 3 godziny po fakcie było mi bardzo źle z tym milczeniem, ale wiecie jak to jest… Chora duma. I doszłam do wniosku, że nie odzywając się do niego, próbuję ukarać nie jego, tylko samą siebie. Bo bardzo mi źle, kiedy między nami nie jest normalnie. W ogóle ostatnio dużo na niego krzyczę, chyba za dużo. Nie potrafię radzić sobie z emocjami inaczej, coś mi się poprzestawiało. A może jakaś miarka we mnie się przebrała i już nie potrafię inaczej? Jak sobie przypomnę siebie jeszcze sprzed roku, w życiu bym nie podniosła głosu na Niedźwiadka, w ogóle chyba na nikogo, a teraz? Zaczynam bać się sama siebie. Jeszcze trochę i dojdą rękoczyny! :D W każdym razie dzisiaj, jak to zwykle u tchórzy bywa, przeprosiłam go przez komunikator. Przeprosiny chyba przyjął, ale prawdziwy efekt wyjdzie w bezpośrednim kontakcie.

W pracy podejmuję nowe wyzwania, ale czy uda się je zrealizować, to już nie ode mnie tylko zależy. Dzisiaj na ten przykład, z samego rana, dostałam potężnego kopa w dupę i zaczęłam się bać, że poważną przeszkodą w mojej dalszej „karierze”, jest brak papierka. W kontakcie bezpośrednim z klientem bardzo się już wyrobiłam, na tyle, że ten brak papierka dla nikogo nie stanowi przeszkody, bo wypowiadam się chyba już na tyle profesjonalnie i ze znajomością tematu, że nikt mojego zdania jeszcze nie zakwestionował. Ba! Moja skuteczność sprzedaży wynosi jakieś 90% :P No ale teraz planuję coś większego i nagle ten papierek dla kogoś stał się nad wyraz ważny… Dodam, że dla kogoś na stanowisku, kto może uniemożliwić mi działanie w taki sposób, jak bym chciała. Ale tak sobie myślę, że jeśli nie tak, to zawsze mogę spróbować inaczej. Nie wolno się poddawać. I trzeba walczyć o siebie. Tak. TAK! Doszłam do wniosku też, że jak na razie wstrzymam próby zaczynania od góry, a podziałam sobie trochę od dołu. Zobaczymy, co nam to wszystko przyniesie :)

Jeszcze Wam nie opowiedziałam o pierwszym w sezonie wypadzie do lasu na nordic walking. Oboje bardzo się napaliliśmy, obraliśmy kurs na moją ulubiona leśną miejscówkę, ubraliśmy się na sportowo, spakowaliśmy kije i w drogę. Rozochoceni wbiegliśy do lasu, zaczęliśmy rozkładać kije i… Zaatakowała nas chmara komarów taka, że udało sie wytrzymać 15 minut w ruchu. Biegiem wracaliśmy do samochodu. Coś trzeba będzie wymyślić, bo kurde nie da się do lasu wejść, zaraz rzucają się ci wygłodniali ludożercy. Może zna ktoś jakiś naprawdę skuteczny środek odstraszający komary? Byłam trochę zawiedziona, bo poczułam prawdziwy zew i wielką chęć na trochę przyjemnego ruchu, a tu nic z tego. Na pocieszenie zajechaliśmy jeszcze nad pobliskie stawy, gdzie było sporo ludzi i tak nawet z lekko romantycznym zadęciem posiedzieliśmy na ławeczce patrząc na schowany za chmurami zachód słońca, hehe. W ogóle marzy mi się taki romantyczny wypad gdzieś na łono przyrody, jak pogoda się unormuje [u Was też temperatury jesienne i deszcze?], to pomyślę o czymś konkretnym.

Przyjechała siostra Mamy z Ameryki. Będą obrady na temat tego, co zrobić z Dziadziem. Czuję, że rodzice nie dadzą już rady dalej się nim opiekować. Więc jeśli nie będzie opcji, żeby druga córka zabrała go do siebie, to możliwe, że rozważą wspólnie jakiś dom opieki. Ciekawa jestem, co z tego wyjdzie. Dziadzio z dnia na dzień staje się coraz trudniejszy. Chyba w ogóle nie pamięta wielu rzeczy, ma jakieś urojenia i omamy, czasami kłótnie rozpoczyna od kłótni ze swoją nieżyjącą żoną, a moją babcią. Taka decyzja na pewno łatwa nie będzie, cieszę się, że nie spoczywa na mnie.

Młodego muszę stawiać do pionu. Nieraz jak się spotykamy, to się maże. I wiecie, ja to rozumiem. Pewnie sama na jego miejscu mazałabym się tak samo. Ale myślę, że teraz jest ten moment, kiedy zamiast mazania się, trzeba przyjąć postawę wojownika. Jutro jedzie do szpitala na pierwsze podanie sprowadzonego leku. Musi wierzyć, że ten lek mu pomoże. Więc go motywuję. Może trochę brutalnie czasem. Ale myślę, że on sobie doskonale zdaje sprawę z tego, że mam rację. Będziem walczyć!

A kotek jest naszym oczkiem w głowie i promyczkiem radości co dnia. Jedynie w ten sposób mogę go podsumować :))

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

8 odpowiedzi na „poweekendowo-majowa aktualizacja

  1. postal pisze:

    czyli to nie cinki (moc silnika…). pochwal sie, co za auto kupiliscie. tylko nie wyskakuj, ze czerwone albo niebieskie. model, marka etc.

  2. serdunio pisze:

    kurka no i chyba i mnie przyszlo cos napisac na blogu czy cos? :) hihihi.
    dzieki za ten update, dajesz rade i to jest najwazniejsze :) normalnie dumna jestem z ciebie wiesz? czy to nie dziwne? :D hihihi. buziak!

  3. selywina pisze:

    Pani pedagog i takie wybuchy złości?:):) u Ciebie też Innuś bardzo pozytywnie, cieszy mnie to.

  4. cicicada pisze:

    ej Ty wez mnie nie strasz z ta rejestracja, bo za kilka dni ja jade rejestrowac moj samochod! A nigdy wczensiej tego nie robilam…. :/

  5. Kylinn pisze:

    Trzymam kciuki za młodego, oby mu ten nowy lek pomógł.

  6. postal pisze:

    rejestracja auta jest latwa i szybka pod warunkiem, ze nie jest to samochod sprowadzony zza granicy.
    mi zajela mniej niz godzine.

  7. iwcia pisze:

    nie dodał mi się komentarz, ale był na tyle nieistotny że nie bede się powtarzac, buźka;))))

  8. Cześć Madziu, tu kasia-87, teraz jestem tutaj, zapraszam:)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s