bądź miły dla puszystych

Za oknem burza, drzewa gną się pod silnym wiatrem, latają zeszłoroczne suche liście i całkiem świeże woreczki foliowe, porzucone zapewne przez kogoś na chodniku bądź porwane ze śmietników. Jakże ta aura oddaje moje samopoczucie! Idealnie. Siedzę sobie po ciemku [oszczędzam prąd, ha ha], bo za oknem pociemniało jakby to był wieczór, i piszę, bo czuję się teraz w klimacie do pisania. Grzmi! I deszczem zacina. Dobrze, że nie muszę teraz nigdzie wychodzić. Błysło i hukło!

Tak zaczynała się moja notka, wczoraj pisana. Dalej było dużo obaw i lęku o wakacje, finanse, o tym, że moja dieta będzie musiała przybrać bardziej dramatyczną postać, bo dziura w budżecie nie pozwoli mi kupić nic do jedzenia przez najbliższe dwa tygodnie, co podsumowałam rozluźniającym tekstem o tym, że zrzucę następne 5 kilo ;) [tak, tak, Grubas InnąM zwany schudł już 5 kilo, muahahahaha!]. Było trochę dramatu, ale nie za wiele, bo nie lubię dramatyzować ani być obiektem litości. Generalnie od dwóch dni czułam się trochę jak początkująca anorektyczka, bo odmawiałam jedzenia dla wyższej idei, jaką było to, żeby reszta mojej rodziny miała co jeść. Oczywiście rodzinie ani słowa o tym nie szepnęłam, że w pracy mam zawroty głowy i zbiera mnie na pawia, mimo że żołądek pusty. Dramat, dramat, wiem, jestem męczennicą, ale taka moja natura, że nie dość, że komuś oddam swoją michę, to jeszcze potraktuję takie umartwianie jako karę za własne niedociągnięcia. Wiem, że to chore, ale dobrze mi było z myślą, że moje fatalne samopoczucie jest jakąś formą pokuty. Myślę, że mogłabym zostać anorektyczką z przekonania :D I nie piszcie, że powinnam się leczyć, słyszę to dwa razy dziennie od Niedźwiadka :D Takie przegłodzenie się w połączeniu z zamartwianiem i denerwowaniem daje całkiem niezłe rezultaty, np. nie odczuwam w ogóle wilczego głodu, nie odczuwam przemożnej chęci napchania się byle czym. Ale wszystko do czasu pewnie. Nie mówię hop. Do tych problemów doszły jeszcze te rodzinne.

Dziadziowi znowu odpaliło… Nie wiem, co się z nim dzieje, czy to choroba czy co. Dopiero przy okazji ostatnich wydarzeń dowiedziałam się, że Dziadzio notorycznie rozdaje swój długo gromadzony i całkiem kosztowny dobytek. Na ten przykład swój sprzęt wędkarski. Mój Dziadzio był profesjonalnym wędkarzem, wielokrotnym zwycięzcą różnych wędkarskich zawodów, można się więc domyślić, że i sprzęt miał bardzo profesjonalny. I całkiem kosztowny. Sprzęt znikł, podobnie jak duża część rzeczy Dziadzia o wartości wyższej niż 10 zł. Gdzie znikł, to się dowiedziałam przedwczoraj, kiedy Dziadzio postanowił odebrać mi podarowany przez siebie, stary, ale bardzo dobry niemiecki rower. Odebrać na rzecz kolegi-menela. Bo mój Dziadzio, oprócz tego, że był profesjonalnym wędkarzem i mężczyzną w pełnym tego słowa znaczeniu, był też alkoholikiem, którego od podwórkowego menela odróżniało tylko tyle, że zawsze miał dokąd wrócić – Babcia była świętą kobietą i kochała go i szanowała mimo tego, kim był i co robił, o rozwodzie z pijakiem nawet nie myśląc, gdyż co Bóg złączył, tego człowiek ma nie rozłączać.

Od dwóch dni Dziadzio uciekał rano z domu, wsiadał w taksówkę i przyjeżdżał w swoje stare okolice [aktualnie moje okolice] i pił z kolegami-menelami, dziękując im za towarzystwo rozdawnictwem swojego dobytku. No ale na ten rower to się wkurzyłam, gdyż kurna był mój! A Dziadzio chciał go oddać za darmochę jakiemuś bezzębnemu, obrzydliwemu pijakowi. Postanowiłam, że nie pozwolę. Dziadek przydybał Niedźwiadka pod blokiem i kazał mu przekazać rower Bezzębnemu. Na co Niedźwiadek zadzownił do mnie i dał Dziadkowi słuchawkę. Zaproponowałam Dziadziowi, że odkupię od niego rower [odkupię rower, który już raz stał się mój, ale co tam]. A Dziadek mi zaśpiewał 300 zł! Nie mogłam w to uwierzyć. Myślałam, że kiedy usłyszy, że zależy mi na rowerze, to mi go nie odbierze. A on się mnie pyta, kiedy może przyjść po pieniądze. Oczywiście nie mam żadnych pieniędzy, powiedziałam, że może w przyszłym miesiącu, a ten menel mi krzyczy w słuchawkę, żebym sobie w dupę ten rower wsadziła i się nim nażarła. Po drugiej stronie usłyszałam tylko, że Niedźwiadek stawia menela do pionu, bo kim on jest, że będzie tu mnie obrażał. No powiem Wam, że mi łzy w oczach stanęły, bo Dziadek zamiast jakoś mnie bronić, kazał się tamtym nie kłócić. Rower pozostał w mojej piwnicy, ale Dziadek do domu nie wrócił. Poszedł zabalować. Tak, jak za dawnych, dobrych lat przed dwoma wylewami. Znikł. Wybiła 17.00, Dziadka dalej nie ma w domu, nie wziął od rana swoich leków, bez których dostaje zwykle zapaści. Wyszłam wcześniej z pracy, żeby przeszukać okolicę. Obeszliśmy z Niedźwiadkiem wszystkie pobliskie mordownie, do których Dziadek lubił dawniej chodzić, a gdzie koledzy pomagali mu przepijać emeryturę. Nigdzie go nie było. W końcu pod blokiem, po telefonie do rodziców i potwierdzeniu, że wciąż go nie ma, postanowiłam zadzwonić do szpitala. Po tylu godzinach to albo śpi u kolegi menela w domu, albo już dawno leży w szpitalu. Już zaczęłam wykręcać numer, gdy sąsiadka z mojego piętra zawołała mnie do siebie, a Niedźwiadkowi poleciła zostać na dole. Od razu wiedziałam, że do niej przyszedł. Raz dwa wskoczyłam na górę, a na górze sąsiadka z niewesołą miną, a mój Dziadek upity jak świnia, brudny, zasikany, pokrzywiony nienaturalnie – pewnie gdzieś się wywrócił, może coś złamał. Nic nowego. Dokładnie taki, jakim go pamiętam. W dodatku od razu przyszło poznać, że jego koledzy pijacy mu nagadali bzdur, bo nie chciał ze mną pójść. Nie raz ratowałam Dziadka w takim stanie, wiecie, zasikanego, brudnego obleśnego pijaka prowadziłam wśród ludzi, żeby go dostarczyć to do domu, to do szpitala. W końcu ten pijak to też mój Dziadek. I zawsze witał mnie z tą swoją żałosną, pijacką miłością. Wiecie, poalkoholowe rozrzewnienie, kto miał w domu alkoholika, ten wie. A tym razem odmówił pójścia ze mną, ale nie miał za bardzo wyjścia, bo sąsiadka też była niechętna z nim siedzieć, a pójść nie miał ani dokąd, ani jak. Więc go tak sprowadzałam z czwartego piętra, na oczach gapiów, podczas gdy mnie obrażał i nie chciał wziąć pod rękę. Wyć się chciało. Potem, jak już nie miał sił, to uczepił się mnie trochę, ale widziałam, że pała do mnie niechęcią. Bardzo dziwnie szedł, więc zastanawiałam się, czy nie wieźć go na pogotowie od razu. Twiedził, że nic go nie boli, ale jak złamał obojczyk, rękę, nos, rozwalił głowę po pijaku, to też go nigdy nic nie bolało. No ale Mama zdecydowała, żeby przywieźć go do nich. Widziałam, że ojciec był wściekły na Dziadka strasznie. Jakoś mnie to nie dziwi specjalnie. Cała byłam roztrzęsiona po tej akcji, nie mogłam się pozbierać, bo to było wspomnienie dawnego Dziadka. Dziadzio po wylewach wydawał mi się bezbronnym, biednym człowiekiem, któremu trzeba pomagać. A Dziadzio pijany, brudny, obsikany budzi we mnie gniew, odrazę, niechęć. Przypomina mi dawnego dziadka, dla którego nic nie było ważne, oprócz koleżków i chlania. Który przepijał wszystkie pieniądze, a potem nie było za co opłacić mieszkania czy jeść. Moja Mama przeżywa to jeszcze gorzej, bo ona widziała w życiu dużo gorsze sceny niż ja, bo żyła z Dziadkiem całe życie. Cieszę się, że mam Niedźwiadka, bo bardzo mnie wspiera w takich chwilach. Gdyby nie on to… szkoda gadać. A w ogóle Starczy Wywiad działa. Tylko zamknęłam za sobą drzwi po powrocie z odwożenia pijanego Dziadka do domu, Stara Zza Ściany wybiegła od siebie i poszła do sąsiadki, u której znalazłam Dziadzia… Zajęłaby się wreszcie własnymi problemami…

No ale problemy męczyły mnie do wczoraj, bo wczoraj też nastąpił nieoczekiwany zwrot akcji i odpadło mi jedno duże zmartwienie. Odpadło tak nagle, żem autentycznie zaszlochała przed monitorem i gorące łzy me policzki zrosiły. Nie tyle ze szczęścia, ile z zaskoczenia ogromem dobra, które Człowiek w sobie ma. Wydaje mi się, że nigdy nie powinnam wątpić w ludzkie dobro po tylu aktach dobroci ze strony bliźnich. Postaram się o tym pamiętać.

Ucieszył mnie ostatnio Młody, i to bardzo. Kiedy choroba zaatakowała ponownie, Młody był w tragicznej sytuacji psychicznej, tak tragicznej, że sam z siebie postanowił szukać pomocy. Szczęśliwie trafił na bardzo dobrą psycholog, do której uczęszcza regularnie na terapię. I wierzcie lub nie, ale ta kobieta odmienia mojego brata krok po kroku. Młody był zawsze mrukiem-samotnikiem, zdala od ludzi, z ogromnymi problemami z samym sobą. Choroba tylko go dobiła. Jeszcze bardziej zamknął się w sobie, zdziczał, stracił całkiem pewność siebie i chęć życia. Terapia pozwoliła mu obrać nowe cele, myśli o rozpoczęciu nauki od nowego roku akademickiego, zaczął spotykać się z DZIEWCZYNAMI [!!!!!], poznawać nowych ludzi i czerpać z tego wszytkiego radość. Powiem Wam, że jestem z niego bardzo, bardzo, ekstremalnie wręcz dumna. Wziął się za bary ze swoim życiem, po tylu latach – godne podziwu.

Po tych ładnych paru latach z Niedźwiadkiem, po dwóch latach od skończenia studiów, zupełnie odwykłam od choćby namiastki flirtu z pcią przeciwną. Nie to, żebym była jakąś flirciarą, no ale powiedzmy, że nawet pasztetom zdarza się wpaść w oko innemu pasztetowi. Mi się zdarzyło może ze dwa razy. W każdym razie było to dawno i nieprawda. Aktualnie spotykam się z samymi zajętymi mężczyznami, w dodatku zwykle w zacnym towarzystwie ich kobiet, więc żadnych podrywów po pijaku ani nieśmiałych choćby flirtów nie zaznaję. Aż tu nagle wpadł do mnie jakiś Pan. Oczywiście reklamujący swoje usługi, przedstawiciel własnej firmy. Od oferty, przez ceny zeszło na mój wiek, hobby, wykształcenie itd…. Jakieś teksty w stylu: „nie zapytam, bo narzeczony będzie zazdrosny”. Wiecie, no. Generalnie swobodna rozmowa, ale jak słyszałam te teksty, to po prostu pękałam ze śmiechu wewnętrznie. Ja chyba nie jestem do takich rzeczy stworzona, do takich słownych gierek, podchodów itd., bo mnie to po prostu śmieszy :D Pewnie inaczej by się sprawa miała, gdyby ów Pan był ideałem atrakcyjności. Ale na szczęście nie był :D Śmiać mi się z tego chce do dzisiaj. W każdym razie, byłam podrywana. Hehehe. [a może to taka taktyka reklamy…? :D].

A do rodziców wpadłam na chwilę wczoraj po narzędzia [kran się nam spieprzył…] i Dziadzio był już znowu biednym, schorowanym Dziadziem… Ino trochę skacowanym ;) Uświadomiłam sobie, że cieszę się w pewnym sensie z bycia w moim mieście, z możliwości mieszkania tu. Od kiedy rodzice opiekują się Dziadkiem, a Młody choruje, moja pomoc dla nich staje się coraz bardziej potrzebna. Rodzice nie młodnieją, są coraz bardziej zmęczeni wszystkim, pracą, domem. Dlatego dobrze, że tu jestem, mogę ich czasem odciążyć. I dobrze, że jest Niedźwiadek, bo jeszcze nigdy nie narzekał na to, że pomaga mi w pomaganiu im.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

9 odpowiedzi na „bądź miły dla puszystych

  1. cicicada pisze:

    podziwiam Cie M. i nie dziw sie ze otrzymujesz dobro, bo sama je przeciez innym rozdajesz

  2. gwiazdka pisze:

    Myślę, że z czasem wszystko co od siebie daliśmy do nas wróci :) Mam nadzieję, że wreszcie zaczęło do Ciebie wracac :)

  3. Kylinn pisze:

    zazdroszczę Ci Niedźwiadka, to ważne mieć kogoś na kogo można liczyć.

  4. gdyrozumspi pisze:

    Podpisuje się pod słowami Gwiazdki, bo uważam tak samo.
    A poza tym Madź dzielna z Ciebie Kobieta! chociaż wiem,że los nie zawsze jest łaskawy Ty sobie świetnie radzisz i to nie oznacza,że nie można mieć chwil załamania, zwątpienia i itp. Tylko,że mimo wszystko masz dobroć w serduchu i się od Dziadzia nie odwróciłaś, a nie którzy by tak uczynili.

    :*

  5. ciernista pisze:

    Bardzo mnie ucieszyłaś wiadomością, że Młody zaczął żyć na nowo. To bardzo ważne w chorobie.
    Dziadzio …. no cóż, niezbyt komfortowa sytuacja. Ale przynajmniej nadal masz rower :)
    I gratuluję 5kg! Tylko nie baw się w samarytankę i czasem jednak nie puszczaj swej miski z rąk:)

  6. Łucja pisze:

    Trzeba mieć nie lada zdrowie do takiej dobroci… Szczerze podziwiam. [ale głodzić to się już przestań! anoreksja z przekonania zakrawa o ascetyzm ;) ]

  7. zwidokiemna pisze:

    cici dobrze prawi…
    naprawdę Cię podziwiam, wiesz?

  8. Anonim pisze:

    masz bardzo ciezkie zycie. jestes twarda, szacunek

  9. purplehair pisze:

    Wstrząsa mną ta historia z dziadkiem, bo u nas te same klimaty. Cieszę się jednak, że przynajmniej Młody podjął walkę. Teraz ma dużo większe szanse. I że pomagasz rodzicom, bo nic tak na człowieka nie wpływa chyba jak dobre kontakty z rodziną. Jak się sypie, to i poczucie wartości się sypie.
    Jak to mówią, per aspera ad astra…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s