dokocenie z przypadku

Nigdy nie byłam szczupła. Moja figura zawsze oscylowała wokół większej lub mniejszej tłustości ogólnej, w zależności od okresu w życiu. Jakoś tak dziwnie się składa, że im szczęśliwsza byłam, tym mniej ważyłam. Ale to chyba każdy tak. Aktualnie jestem bardzo, bardzo gruba, z czym naprawdę dzielnie walczę, doszło nawet do tego, że pokonuję samą siebie w starciu z ciasteczkami i czipsami podczas odwiedzin znajomych oraz ciasteczkami, które po tych odwiedzinach pozostały. Nawet ich nie tknęłam. Ale tak właściwie to ja nie o tym chciałam pisać. Chciałam napisać o tym, że chodzę w spódnicach. Jeszcze parę lat temu nigdy nikt nie zmusiłby mnie do włożenia spódnicy. Kompleks fatalnych łydek, te sprawy. Dziś moje łydki wyglądają jeszcze gorzej niż te sprzed paru lat, a ja nic sobie z tego nie robię. Straszę ludzi nie dość, że tłustością, to jeszcze bladością, bo oczywiście nie chce mi się ani opalać nóg, które są do opalania najtrudniejsze w moim ciele, ani też bawić sie w samoopalacze, bo nie jestem zbyt kompetentna w doborze takich kosmetyków i się boję, że zamiast efektu naturalnej opalenizny na mojej ekstremalnie jasnej skórze, dostanę efekt przepicia sokiem marchwiowym. I chyba cieszę się, że tak jest. Życie jest tylko jedno i szkoda go na chowanie się za workowatymi spodniami, szczególnie w upalne lato [a takie mieliśmy wczoraj i przedwczoraj:D]. Nie będę zgrywać twardzielki i nie napiszę, że na równym luzie wyskoczę w bikini na plaży pełnej ludzi, ale przecież nie wszystko na raz ;)

Jestem podwójną kocią mamą. Nie dałam rady oprzeć się zdecydowanie za malutkiemu podrzutkowi o brzydkim futerku. Podrzutek nie miał nawet 2 miesięcy na moje oko, był ekstremalnie zaniedbany i albo odrzuciła go mama, albo ludzie, którzy byli właścicielami mamy. Podrzutek, kiedy już zdecydowałam, że go nie zostawię, był małym kudłatym koteczkiem, jakimś mieszańcem najpewniej, z poplątanym, nieładnym futrem i przestraszonymi oczkami, które dopiero łapały kolor. Podrzutek powinien być jeszcze z mamą, ale skoro nie mógł, to postawiłam sobie za zadanie mu tę mamę zastąpić. Fajne było to, że właściwie dla Podrzutka nic nie trzeba było kupować, wszystko było w domu jeszcze z dziecięcych czasów Wąsatego, nawet jedzonko dla maluchów, bo Wąsaty jest grymaśny i mu nie smakuje. Było szczepienie i odrobaczenie, kąpanie i rozczesywanie kołtunków. Smuciło mnie, bo maluch całą pierwszą dobę nie jadł, nie pił i się nie wypróżniał. Ale potem minęły mu pierwsze stresy, zaczął jeść, a w wypróżnieniu ja mu pomogłam :P A właściwie to jej. Bo Podrzutek okazał się być dziewczynką. A więc Ciocia Dobra Rada rzecze: jeśli niesamodzielny kotek nie wypróżnia się, należy wykonać mu masaż okolic odbytu i cewki moczowej przy pomocy zwilżonego ciepłą wodą wacika. Efekt gwarantowany po 30 sekundach, hehehe. Stresu maluchowi przysparzał też Wąsaty, który na intruza na początku reagował strachem, a potem dość brutalną chęcią dominacji. I to pokazywanie, kto tu rządzi, w kocim języku wygląda dość strasznie. Starszy kot przygniata młodszego i gryzie w kark, młody się drze. Przerażało mnie to doprawdy, bo jednak Wąsaty jest jakieś 5 razy większy niż to maleństwo, teoretycznie mógłby zrobić jej dużą krzywdę. Ale wszędzie pisało, by nie reagować na takie rzeczy, albowiem w ten sposób koty ustalają sobie pewne sprawy, dogadują się ze sobą. Trudne to było w realizacji, to wrzucenie na luz, ale chyba się opłacało, bo dzieje się to coraz rzadziej i coraz mniej intensywnie. Co więcej Mała okazała się być prawdziwą, twardą psychicznie dziewczyną, bo mimo ataków ze strony Wąsatego, dalej odważnie kroczy po mieszkaniu i zaczyna nawet mu oddawać razy ;) Kilka pierwszych dni było naprawdę ciężkich, chodziło się za nimi krok w krok, żeby kontrolować sytuację. Ale dzisiaj mija 5 dzień i Wąsaty przejawia już śladowe ilości tolerancji wobec malucha, na tyle, że nie przeszkadza jej w jedzeniu, w posiedzeniach w kuwecie i spaniu. Nawet przespali razem, zupełnie spokojnie, całą dzisiejszą noc w naszym łóżku. Tak więc idzie ku dobremu. Jeśli mam być szczera, to – mimo początkowych obaw, jak to będzie – jestem pełna nadziei i dostrzegam mnóstwo plusów drugiego kota w domu. Po pierwsze – oszczędność pieniędzy. Tak, tak, to nie żart. Mój Wąsaty jest grymaśny, wiele rzeczy mu nie smakuje, w wyniku czego dużo jedzenia się wyrzucało. Mała za to zjada wszystko ze smakiem, nie dość, że z własnej miski, to jeszcze z Wąsatego. Nic się nie marnuje. Po drugie, dostrzegam pozytywne zmiany w zachowaniu Wąsatego. Zaczął być bardziej przytulaśny, spokojniejszy w stosunku do nas, powoli nabiera cech takiego dumnego, starszego brata. Zauważyłam też, że czuje się panem tego domu, widać po nim takie jakby… hmmm… zwycięstwo :D Po trzecie, dom jest pełen życia. Naprawdę. Mogę całymi dniami patrzeć, jak Mała się bawi, a Wąsaty jej albo towarzyszy [leży i patrzy], albo czasem nawet się przyłączy. Po czwarte, zmalała potrzeba poświęcania 100% uwagi kotu. Teraz ma partnera, wzajemnie się sobą zajmują, odciążając nas. Nie wiem jak się sytuacja rozwinie, ale myślę, że oba koty staną się wkrótce najlepszymi przyjaciółmi ;)

W ogóle zaprosiliśmy Sisów, by poznali nowego członka rodziny. Ale że nowy członek rodziny jest mało spektakularny, bo dopiero wyprowadzamy go z zaniedbania, to największą furorę zrobił Wąsaty. Bo oni Wąsatego widzieli ostatni raz parę miesięcy temu, no ze dwa jak nic. A Wąsaty baaaardzo się zmienił. Ma teraz przepiękne futro, błyszczące i aksamitne w dotyku, wyleczyłam jego wiecznie zapłakane oczka, ogon ma ogromny. No powiem Wam, że w pewnym sensie czuję dumę, jak na niego patrzę, bo widać po nim całe serce i czas, który włożyliśmy z Niedźwiadkiem w wyleczenie jego chorób i zrobienie z niego takiego pięknego kotka. Nie mogli uwierzyć, że to ten sam kot. Ale małą też tak wyprowadzimy. Tylko niech podrośnie, odkarmimy ją dobrze, wyrośnie na równie piękną koteczkę. Swoją drogą ciekawe co z niej będzie. Bo wygląda jakby miała długowłosego co najmniej jednego rodzica, może jakiegoś maine coona. Cholera wie, zobaczymy za parę miesięcy, bo teraz trudno oceniać, kotek jak kotek, ino trochę bardziej kudłaty.

Swoją drogą to spotkanie „z okazji kotka” było bardzo udane. Chłopaki pogadali, my pogadałyśmy. Fajnie tak nawet. Mąż Sis po pijaku powiedział mi, że świetnie wyglądam. Hehehehe. A wierzcie mi, nie wyglądam świetnie, ale jemu po pijaku jakoś zawsze się podobałam. Jeszcze zanim poznałam Niedźwiadka :D Chyba ze sto lat facet inny niż Niedźwiadek mi nie powiedział nic miłego, się zaburaczyłam więc. No i stwierdzam, że przez jeden dzień byłam prawie perfekcyjną panią domu. To było wczoraj. Jak już wspominałam, spieprzył nam się kran w kuchni, ciągle ciurczyła z niego woda. Więc wreszcie kupiliśmy nową baterie i się Niedźwiadek zabrał do dzieła. Ale chyba ostro dały mu w kość nasze stare rury. Był taki zły, że lepiej się było do niego nie odzywać niepotrzebnie. Okazało się, że te stare rury były jakieś zapieczone, pordzewiałe i się chłopak namęczył, kostki poobdzierał na dłoniach, wściekał się ostro. A kiedy się uspokoił, napisał do mnie, że zrobione, ale jest taki zły i zmęczony, że nie ma siły na sprzątanie tego syfu, a syf jest straszny. Żeby jakoś go pocieszyć, powiedziałam, że jak wrócę z pracy, to mu pomogę. Faktycznie, była mała apokalipsa. Wysprzątałam cały dom, skończyłam o 22.00, nakarmiłam koty, a potem jeszcze rzuciłam sobie maseczkę na twarz i zrobiłam małe spa w łazience :D Poczułam się perfekcyjna :D A, jeszcze pranie zrobiłam w międzyczasie :D Taka jestem zajebista!

Zbliżają się Niedźwiadkowe urodziny. Muszę pomyśleć nad jakimś ciekawym uczczeniem tego dnia.

A, nie podsumowałam jeszcze Euro :D Niechaj ten obrazek zrobi to za mnie:

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

12 odpowiedzi na „dokocenie z przypadku

  1. kaja pisze:

    a gdzie foty? :) p.s. napisz do mnie maila w wolnej chwili ;) coś chciałam Ci powiedzieć ;)

  2. singluje pisze:

    Fajnie mieć dwa koty :) wkrótce też będę mieszkała z dwoma i nie mogę się doczekać :)

  3. zwidokiemna pisze:

    podsumowanie euro mnie ubawiło do łez ;) bo dokładnie coś takiego słyszałam jak wyszłam na taras w drugiej połowie ;)
    a co do kotka – uwielbiam takie małe kudłate kuleczki… i gdybym tak miała tylko warunki to bym sobie sprawiła… ale na razie pozostaje w kwestii marzeń…

  4. gdyrozumspi pisze:

    Ja również upominam się o zdjęcie !!:) pochwal się kociaczkami :)
    Obyś jak najczęściej się czuła perfekcyjna i zajebista :)

  5. ciernista pisze:

    Moim rodzicom też przytargałam kiedyś takiego kociaka. Kicia będzie miała 11 lat niedługo. I też jest mieszańcem, bo włos ma długi. Perso- dachowiec :) Widać z kotami jak z dziećmi. Moje chłopaki teraz też sie dogadują, szkoda, że zajęło im to tyle czasu :)
    I gratuluję odwagi za spódnicę! Ja też dojrzewam do kiecek i spódnic. Ja zawsze taka portkowa byłam, od małego. A teraz zaczynam dobrze się czuć w czymś innym niż spodnie :) I nawet obcasy polubiłam, nie, że od razu 12cm zakładam. Ale faktycznie noga nawet w minimalnym obcasie wygląda lepiej.

  6. Łooooo, wymiatasz perfekcyjna pani domu & kocia mamo :D

  7. gwiazdka pisze:

    moja siostra ze swoim facetem tez zaadoptowali na raz dwa kotki i nie żałują :) jest weselej, kociaki kumplują się i bawią razem no i teraz kazdy moze miec po jednym na kolanach przed tv :) no i uwielbiam to uczucie bycia perfekcyjna pania domu!! szkoda tylko, ze mam je tak rzadko ;)

  8. Kylinn pisze:

    no właśnie gdzie fotki?

  9. she pisze:

    A jeśli chodzi o blade nogi, to wiem o czym mówisz. Spróbuj balsamy brązujące, nie samoopalacze (po nich właśnie moje nogi wyglądały jak po marchewce i to jakiejś pijanej). Balsamy sa ok. Wybieraj te do jasnej karnacji. Mam teraz Lirene, ale Dove tez jest ok.

  10. agent pisze:

    Przyznaję się bez bicia że mnie tu zwabił rysunek. Jest bezbłędny :)

  11. purplehair pisze:

    Drugi kotek ? Dziecka Wam potrzeba :) Ale Wąsaty pięknie pozuje na tej desce :D Genialne!
    Nie mogę z tego rysunku o Euro :D Ile w tym prawdy hah! A Ty spełniłaś obywatelski obowiązek i kibicowałaś? :))))
    Czemu ciotka nie chce pomóc w sprawie z dziadkiem, skoro będzie u niej mieszkał, nie w nos jej to? Zawsze mam problem by zrozumieć motywy postępowania członków rodziny, czy to swoich czy znajomych ;/ Faktycznie sprawa wygląda na trudną do rozegrania.

    A i jeszcze co do balsamów, to popieram She. Sama używałam Garniera ale zapach był taki sobie. Dove był dużo lepszy i równie ładnie opalał i nie było ŻADNYCH plam. Tylko trzeba punktowo rozprowadzać :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s