początek końca

Historia zatacza koło. Nie mogę powiedzieć, żebym była jakoś wielce zaskoczona, mój wrodzony realizm nie dałby się zaskoczyć, ale gdzieś tam marzyłam jednak, że może tym razem się uda i wszyscy będą szczęśliwi, a ja dumna z siebie i zadowolona, że bliscy też są ze mnie dumni. Niestety oprócz wrodzonego realizmu cierpię też na wrodzoną nieudaczność. Wprawdzie wszyscy mówią, że to nie moja wina, że taka jest aktualnie sytuacja, wszystkim jest ciężko, ale jakoś średnio mnie to pociesza. Wydawać by się mogło, że plan był dobry, wynalazłam swoją niszę na rynku, miałam coś wyjątkowego i niepowtarzalnego, co miało być sukcesem. Jestem przekonana, że inna osoba, bardziej przedsiębiorcza niż ja, zamieniłaby ten drobny biznes w czyste złoto. Decyzja zapadła tydzień temu, jakoś nie mogłam o tym pisać, musiałam swoje przetrawić. Nie wypłakałam się jeszcze za to, co się powoli kończy, ale myślę, że ta chwila nadejdzie. To było dla mnie niesamowicie trudne, trochę chlipałam nad mailami potwierdzającymi zakończenie mojego przedsięwzięcia, nie będę ukrywać. Łzy wstrzymywałam tylko dlatego, że siedziałam w pracy, a ludzie łazili. Kiepsko sypiam i kiepsko funkcjonuje, bo zawładnęło mną uczucie strachu przed powrotem do bezrobocia i tej beznadziei, która się z tym wiąże. Planuję nie dać się depresji i zrobić wszystko, żeby jak najszybciej wygrzebać się z aktualnego dołka. A wszystkim, którzy przewidywali moją klęskę od samego początku, gratuluję. Mieliście rację. Jeśli możliwe jest mieć złamane serce z powodu niepowodzenia przedsięwzięcia, w które włożyło się całego siebie, to ja chyba to złamane serce mam. Boleśnie odchorowuję całą sytuację, czasem mam wrażenie, że balansuję na granicy szaleństwa. Ostatni miesiąc pracy trwa. Początek końca.

Moja decyzja została podyktowana m. in. tym, że Młodemu zdiagnozowano wreszcie stwardnienie rozsiane. Nie mam sumienia prosić o pieniądze rodziców w sytuacji, kiedy całe ich życie ulegnie teraz zmianie. Co więcej, uważam, że potrzebują teraz mojej pomocy zdecydowanie bardziej, niż ja ich. Młody chyba cieszy się z diagnozy. „Cieszy”. Jeśli można cieszyć się z nieuleczalnej choroby, która prędzej czy później prowadzi wprost na wózek bądź do łóżka. Ale myślę, że odetchnął z ulgą, bo lepszy SM, który się leczy, niż nieokreślona choroba mózgu, przy której nie wiadomo co robić, a która sieje kolejne zniszczenia. Z takich ciekawostek/żałostek, to immunoterapia najlepiej działa po pierwszym rzucie choroby. A mój brat dostanie ją po co najmniej czwartym rzucie. Piszę co najmniej, bo czwarty rzut już był, ale na wlew pierwszej dawki leku pojedzie dopiero za pół roku. A w pół roku wiele może się zdarzyć. Ot, NFZ. Półroczna kolejka w przypadku choroby, w której im wcześniej tym lepiej.

Dziadzio szczęśliwie wylądował w Nowym Jorku. Z opowieści Mamy wiem, że pobladł na widok lotniska w Warszawie, chyba przytłoczyło go swoim ogromem. Lot przebiegł spokojnie, tylko lądowanie opóźniło się ze względu na tornada, które akurat wtedy nad Nowym Jorkiem przeszły. 1,5 godziny oczekiwania w powietrzu, aż przejdą. Niezłe emocje. Widać Dziadziowe serce jest silniejsze, niż się nam wszystkim – łącznie z lekarzami – wydawało. Po wyjeździe Dziadzia moi rodzice odżyli. Nie widziałam ich jeszcze od tego czasu, ale nawet przez telefon brzmią mi na bardziej wyluzowanych, zrelaksowanych i zadowolonych z życia. Młody mi relacjonował, że pierwszy dzień po wyjeździe, rodzice urządzili normalny, wspólny obiad i zaprosili Młodego na oglądanie filmu. RAZEM. Wzruszyła mnie ta opowieść, bo obecność chorego Dziadzia zupełnie zniszczyła życie rodzinne w ich domu. Nareszcie mogą odpocząć. Cieszę się ich szczęściem. Nic mi nie wiadomo o ewentualnym powrocie Dziadzia do Polski. Wydaje mi się, że nikt nic o tym nie wie i chyba nie chce wiedzieć. Z romantycznych elementów całego przedsięwzięcia… Kiedy przyjechałam do nich w przeddzień wylotu, by pożegnać się z Dziadziem, zastałam chaos, dużo nerwów i bałagan. Ale gdzieś tam pomiędzy krzykami wyłapałam scenkę, w której Dziadzio prosi, żeby mu dać laskę z walizki. Tata posłusznie mu ją podał i zapytał, czy Dziadzio chce z nią chodzić po lotnisku. Dziadzio skinął głową i powiedział, że tę laskę podarowała mu świętej pamięci żona. I chce z nią polecieć na drugi kontynent. Taka podróż, którą duchowo odbędzie razem z Babcią. To było piękne, wiecie? Takie sceny chcę pamiętać.

Sis jednak pracuje. Dostała pracę ostatniego dnia sierpnia, na zastępstwo, była zszokowana, ale szczęśliwa. Ja też jestem szczęśliwa, bo nie dość, że ona bez pracy by ześwirowała, to jeszcze jest to maleńka podstawówka, w której jest luźno i sympatycznie. Czyli dobra praca i niewiele stresów. Czyli chyba wychodzi na to, że poprzednie nasze plany pozostają bez zmian? Byłoby dobrze.

Schudłam 20 kg. Chyba nie do końca zdawałam sobie sprawę, jak to jest dużo. Bo w lustrze ciągle widziałam spaślaczka, jakim byłam jeszcze parę miesięcy temu. Wizja ta w mojej głowie nie zmieniała się pomimo tego, że kilka par spodni stało się pokaźnie za dużych, nie da się ich nosić nawet z paskiem, bo po prostu wyglądają jak wory. Poskładałam je już. I waham się, czy oddać je mamie, sprzedać czy zostawić sobie na wypadek, gdybym w przypływie głębokiej zimowo-bezrobotnej deprechy przybrała moje 20 kilo z powrotem. No w każdym razie nie byłam świadoma tego, jak bardzo się zmieniłam, dopóki Niedźwiadek nie zrobił mi zdjęcia. A było to zdjęcie zupełnie wbrew mojej woli. Od kiedy się aż tak roztyłam, znienawidziłam aparaty fotograficzne i unikałam ich jak ognia, bo uświadamiały mi, jak bardzo jest źle. A on zabrał aparat na trening. Wiecie, jak ja wyglądam na treningach? Mam koszmarne, za duże dresy, koszmarne koszulki i koszmarną twarz bez grama makijażu, która zwykle jest cała spocona i czerwona. A on w pewnym momencie, w trakcie trasy, po prostu odwrócił się i zrobił mi zdjęcie. Nie chciałam na nie patrzeć, zapomniałam o nim na dwa dni. A potem Niedźwiadek zrobił zdjęcie kotom i chciał mi je pokazać, cofnęłam o jedno za dużo i zobaczyłam siebie. To nie ja! To nie mogę być ja. Może to śmieszne, ale pytałam Niedźwiadka, czy ja naprawdę tak wyglądam, czy to nie jakieś przekłamanie tego ujęcia. Nie napiszę, że jestem szczupła, bo jak wielokrotnie pisałam, ja zawsze byłam gruba, tylko potem przytyłam i stałam się megagruba ;) Ale jestem… sobą. Tak właśnie widziałam siebie w głowie w najszczęśliwszym okresie swojego życia, czyli na studiach. Dokładnie tak dla siebie wyglądałam. Jestem szczęśliwa, że udało mi się do tego wrócić. I walczę dalej. Bo wiem, że mogę osiągnąć jeszcze więcej. Mogę osiągnąć co zechcę, bo wszystko jest kwestią cierpliwości, wytrwałości i czasu. Aktualnie moje chudnięcie zatrzymało się. Od 1,5 tygodnia nic mi nie spadło w dół, przez chwile miałam nawet wrażenie, że podskoczyło o kilogram, ale to może być wina tego, że:
a) jest sezon na kukurydzę, której nie potrafiłam sobie odmawiać
b) miałam smaka na suszone śliwki [chyba z 4 dni z rzędu :D]
c) miałam ostatnio pracowity czas i trochę mniejszą regularność treningów
d) wciąż szukamy z Niedźwiadkiem złotego środka w treningach, codzienne treningi stały się dla nas wycieńczające, próbowaliśmy już różnych wariantów. Od poniedziałku do piątku – weekend wolny, co drugi dzień, 6 dni w tygodniu – niedziela wolna. Ale wciąż nam coś nie gra. Będziemy próbować dalej. Możliwe, że coś zmieni się, kiedy zakończę pracę. Wtedy ustalimy jakiś inny grafik.
e) trochę za często w menu gościł żółty ser :D

No i zmieniliśmy też treningi. Od tygodnia do marszu dodajemy przerywniki truchtowe. Nie nazwę tego marszobiegiem, bo z biegiem nasze truchtanie ma niewiele wspólnego, no ale podskoczyliśmy na kolejny etap i powiadam Wam, że kiedy już nabiorę formy [a do tego truchtowe przerywniki zmierzają], to będę biegała. Sam nordic walking stał się dla mnie nieco nużący, może dlatego, że nabrałam takiej formy, że nie stanowi on dla mnie żadnego wyzwania, a takie truchty wymagają ode mnie dużo więcej, męczą i dostarczają satysfakcji i przyjemności. No i wbiegam na swoje czwarte piętro bez problemu :)

Jedyne, co mnie trochę martwi, to że pogorszyła się kondycja moich paznokci, tak jakby mi brakowało jakichś składników. Nigdy w życiu nie miałam takich brzydkich paznokci jak teraz, jakbym chora była. Jak na złość, zapominam o witaminkach, które przecież w domu mam. Musze sobie gdzieś kartkę przykleić w widocznym miejscu, żeby pamiętać.

Z mieszkaniowych rewelacji, ostatnio znowu zatkały nam się rury, i to chyba jakoś poważnie, bo nie dość, że woda w wc nie spływała, to w wannie też nie chciała. Na początku planowaliśmy rozprawić się z tym jakimś kretem, ale potem przypomniałam sobie, że mamy taką sprężynę do przetykania rur, miniwersję takiej profesjonalnej:D I dawaaaj. Brudna robota oczywiście moja, bo ja mam mniejsze ręce i lepiej manewrowałam sprężyną przy wlocie. Chyba z godzinę nam zajęło wc, ale się opłacało. Okazało się bowiem, że odpływ zatkał nam ten taki koszyczek do kostki klozetowej, który niepostrzeżenie wpadł do muszli. Na szczęście koszyczek wkręcił się w sprężynę i odpływ został udrożniony. Co do wanny, powtórzyliśmy i w niej ten zabieg, a okazało się, że odpływ zatkała kocia sierść… Gdzieś tam głęboko w rurach. Pewnie z pralki, bo to ten sam odpływ. Nieźle, co? Ale kasa zaoszczędzona, bo wezwanie ekipy = -50zł.

No i cóż. To chyba tyle ode mnie. Słodko-gorzki ten dzisiejszy wpis, co? Słodko-gorzki, jak całe nasze życie. A życie, życie jest nowelą, raz przyjazną, a raz wrogą. Czasem chcesz się pożalić, ale nie masz do kogo :D Trzymajcie się!

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

9 odpowiedzi na „początek końca

  1. bardziej pisze:

    Faktycznie, nie pisałaś bardzo długo aż zaczęłam się zastanawiać, co się aktualnie u Ciebie dzieje.
    Na pewno masz większe doświadczenie ode mnie, ale niepotrzebnie się obwiniasz. Sytuacja na rynku, niestety, jest bardzo niepewna, a tym bardziej w mniejszym miasteczku.
    Nie chcę znowu (tutaj pierwszy raz) wszczynać dyskusję o tym, że jak się stąd wyjedzie, to gdzie indziej jest lepiej, ale funkcjonowanie w naszym kraju, gdzie przecież nie ma kryzysu, tylko przejściowy zastój, jest prawdziwym wyczynem.
    Wiem, że gdzieś indziej może nie jest do końca lepiej, ale zdaję sobie sprawę z mikroklimatów, w których funkcjonują niektóre miasta i miasteczka i jak to się odbija na wydatkach i zarabianiu.
    No nic to! Powodzenia!

  2. postal pisze:

    Spakujcie walizki i wyjedzcie na slask.Mezczyza na slasku znajdzie prace w 3 dni,gwarantuje.
    Najlatwiej kisic sie na zadupiu i lamentowac.
    Rob jak chcesz,ale przetrwaja najmazdejsi.
    Slabi i glupi zgina,wiez mi.

  3. Toja Oszołomska pisze:

    Spójrz na sytuację z innej strony, zostałaś wzbogacona o doświadczenie zawodowe, które z pewnością pomoże w poszukiwaniu nowej pracy.
    No i gratuluję tak spektakularnych osiągnięć w walce o sylwetkę. Masz dziewczyno wolę. Podziwiam.

  4. ciernista pisze:

    20 kg??? szacun!!!!
    Trzymam mocno kciuki za Młodego, żeby nie miał rzutów przez czas oczekiwania na lek. I chyba faktycznie dobrze, że wiedzą co mu jest. Choć ciężka to choroba. Ale teraz już mają na nią leki. 26 lat temu, jak mama zachorowała, nie bardzo lekarze wiedzieli, co z takim przypadkiem robić.

    Ciekawe jak Dziadzio zareagował na lotnisko w Nowym Jorku. I na widok ciągłego pędu tego miasta :)

  5. anscara pisze:

    fakt czasy niepewne, ale nie porzucaj tak na zawsze tej swojej niszy, spróbować możesz za dwa lata czy jeszcze kiedyś. Gratulacje -20kg, nie lada wyczyn!

  6. iwcia pisze:

    niewątpliwie trudna decyzja o końcu…
    postal sensownie pisze

  7. Kylinn pisze:

    Owszem, życie jest nowelą, ale zawsze masz się do kogo wyżalić – do nas!
    Przykro mi z powodu zakończenia Twoje przedsięwzięcia – wiem ile to dla Ciebie znaczyło, ale tak jak pisze Toja: zyskałaś nowe doświadczenia, to jest bardzo cenne.
    Podziwiam Twoje wysiłki na treningach. Mamy zajecia z kijków na oddziele i muszę przyznać, ze wcale mnie to nie wciągnęło, od pewnego czasu urywam sie z tych zajęć notorycznie i chyba już do końca terapii nie pojawię się na nich. Nie wyobrażam sobie truchtu z kijkami – naprawdę podziwiam. No i te 20 kg w dół – GRATULACJE!

  8. gdyrozumspi pisze:

    Chciałam napisać czy nie ma szans, aby Twój biznes przetrwał, że może to tymczasowy gorszy okres- ale przecież Ty wiesz jak jest i pochopnie nie decydujesz. Przykro mi z tego powodu, ale na pewno jeszcze wiele przed Tobą i nie wolno się poddawać. Ten etap zamykasz, ale kolejny rozpoczniesz.

  9. dawna linka-1 pisze:

    Ach, wreszcie udało mi się tu trafić. Odkąd strona blogi.pl przestała istnieć, nie mogłam sobie przypomnieć adresu (pomyliło mi się z jakimś cholernym MySpace). Bardzo przykro czytać mi początek tej notki… Tak życzyłam powodzenia Twojemu przedsięwzięciu! Niestety, trafiłaś chyba na najbardziej niefortunny okres… Może kiedyś, w bardziej sprzyjających okolicznościach, uda Ci się wystartować na nowo? Albo wymyślisz coś nowego, w co warto się będzie zaangażować. Przykro mi również z powodu Twojego brata, ale taka diagnoza i tak jest lepsza niż wiele innych. Moja sąsiadka ma stwardnienie rozsiane i dzięki lekom funkcjonuje nad podziw dobrze. Wierzę, że również Twojemu bratu się uda.
    20 kilo?! Dziewczyno! Zacznij o siebie dbać, bo znikniesz całkiem. Fajnie, że dobrze się teraz czujesz we własnym ciele, ale pamiętaj, żeby nie przesadzić. Zdrowie ma się tylko jedno…
    Trzymaj się, kochana, i pamiętaj, że wszystko się jakoś układa!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s