za dużo informacji

Przyszedł po prostu taki dzień, w którym uznałam, że cokolwiek bym tu nie napisała, będzie tylko powielaniem tego, co już kiedyś napisałam lub też w najlepszym wypadku będzie żałosne. Znielubiliśmy się z blogusiem i było nam zupełnie nie po drodze do siebie. Stał się dla mnie miejscem przykrym, więc unikałam go pomimo tego, że raz na jakiś czas kiełkowała w mojej głowie NOTKA. wiecie, ten taki ciąg myślowy, który wyobrażacie sobie jako tekst pisany. Ale już po paru pierwszych zdaniach wychodziło na to, że w sumie tak naprawdę nie ma specjalnie o czym pisać, że mi się nie chce, że to same pierdoły i ogólnie nie warto. A i teraz czuję się nieswojo. Odwykłam. Ale jak to w życiu bywa, spróbuję powrócić na stare śmieci, szczególnie że jestem w takim momencie życia, kiedy znów zaczęła być mi potrzebna ta specyficzna autoterapia i możliwość pogadania do siebie [do Was?].

Jak tu teraz streścić pół roku życia poza tym miejscem? Wprawdzie nie przeżywałam wielu przygód, szału nie było, za to miał miejsce szereg kryzysów, które dość znacząco wpłynęły na moje postrzeganie rzeczywistości. Kryzysy doprowadziły do tego, że zupełnie odcięłam się od świata i przy każdym kontakcie z zewnątrz, myślałam tylko: „pozwólcie mi umrzeć w spokoju”. Kryzysy nie są zażegnane, kryzysy trwają, ale zmiany jakie się dzieją zmuszają mnie niejako do wylezienia ze skorupy i prób odbudowania paru rzeczy. Może też i relacji z otoczeniem. W tym temacie nie ma co się rozgadywać, pragnę jedynie przeprosić blogowych bliskich za uparte milczenie pomimo prób nawiązania kontaktu. Nie czułam się na siłach.

Jesienią:

– domykałam pofirmowe sprawy, spotkało mnie trochę przykrości z tym związanych, niektóre z nich ciągną się do dziś;

– rozpoczął się kryzys rodzinny;

a) Dziadek zachorował w Stanach, prawie tam umarł, a kiedy wrócił, przestał się do mnie odzywać. Przy każdej próbie kontaktu, zachowywał się, jakbym przyszła go co najmniej okraść/otruć/poniżyć. Przestał nawet odpowiadać na przywitanie, nie chciał jeść tego, co mu ugotowałam, a teraz nie wychodzi ze swojego pokoju w ogóle, kiedy ja jestem w domu. Zaprzestałam więc prób nawiązywania kontaktu. Sytuacja jest dla mnie bardzo przykra.

b) Mama zachorowała na cukrzycę, co bardzo na początku przeżywała. Z jej rozchwianą psychiką było to dla nas wszystkich tym bardziej trudne, bo działy się cuda…

c) siostra Mamy ze Stanów rozpętała piekło… sprawa o tyle przykra, że dotycząca opieki nad chorym ojcem, jakieś bezpodstawne zarzuty, obrzydliwe oskarżenia. Oczywiście zostałam postawiona w sytuacji kogoś, kto musi zabrać głos w sprawie i pośredniczyć w dyskusji, nie za fajna fucha, ale na szczęście skończyło się tylko na mnóstwie negatywnych emocji i nigdy nie wysłanym mailu. Podsumowując tę sprawę, doszłam do wniosku, że nie mam już ciotki i to nie jest moja rodzina. A, i że ze wszystkimi ciężkimi sprawami Mama zwraca się do mnie.

d) starszemu bratu, będącemu nieszczęśliwie pod wpływem, przy okazji rozmowy z Matką o kryzysie z podpunktu C, wypsnęło się trochę opinii na mój temat, które to opinie na zawsze złamały mój świat/pogląd na nasze relacje/bezgraniczną miłość do brata/tendencję do tłumaczenia jego fatalnego zachowania na wszystkie możliwe sposoby. Jednym słowem bardzo mnie skrzywdził i nie potrafię o tym zapomnieć, właściwie to nawet nie chcę. Jedyny plus z tego płynący jest taki, że przy okazji tej rozmowy Matka pierwszy i jak do tej pory ostatni raz w życiu powiedziała głośno, że tylko na mnie z naszej trójki może zawsze liczyć, że wystarczy jeden jej telefon, a ja się pojawiam i że on jest ostatnią osobą, do której zwróciłaby się z prośbą o jakąkolwiek pomoc. Rzadko podzielam zdanie własnej matki, ale w tym jednym zgadzamy się totalnie. Dla mnie też jest on ostatnią osobą, którą mogłabym o cokolwiek poprosić.

e) Młody miał rzut, znaczne pogorszenie stanu zdrowia. Rozpoczęliśmy dążenia do zapewnienia mu możliwości rehabilitacji w domu. Udało się kupić odpowiednią do jego potrzeb bieżnię, żeby mógł spacerować. Samodzielne wyjścia z domu w jego przypadku nie wchodzą w grę, pozostają więc tylko domowe formy aktywności.

f) drobne kryzysy szarej codzienności, czyli np. absurdalne oskarżenia z ust Matki w moim kierunku typu, że zapijamy depresję [ja i Niedźwiadek w domyśle]. Oskarżenia są absurdalne, ale doprowadzają mnie do gorączki, jak tylko słyszę od Młodego, że coś takiego padło z jej ust, chwytam za słuchawkę i najzwyczajniej w świecie pytam się, za kogo ona się uważa i czy na pewno jest moją matką :) Jakby zupełnie mnie nie znała. Plecie androny, a kiedy – być może zbyt agresywnie – wyprowadzam ją z błędu, obraża się na tydzień. I tak w koło Macieju. A pomiędzy tymi kłótniami jest zwykle trochę spokoju i serdeczności. Niestabilne psychicznie matki są takie trudne… Piekielnie trudne.

– poczyniliśmy dość nieudaną próbę zrobienia domowego wina. Rodzice na działce mieli winogrona, chyba nie chciało się im nic z nimi robić, podsunęli nam więc pomysł zrobienia z nich wina. Część sprzętu do tego celu mieli w piwnicy, więc nam go przekazali, a Niedźwiadek tak się zapalił do pomysłu, że wino zostało wstawione w dwa dni. Przypłacił wprawdzie akcję atakiem uczulenia [rozgniatał owoce gołymi rękami], które nie dawało mu żyć przez miesiąc, ale widać było, że bulkający baniak sprawia mu wiele satysfakcji. Jednakowoż, gdy się człowiek śpieszy, to się diabeł cieszy – wino trochę skiepściliśmy swoim brakiem wiedzy. Zły przepis → złe proporcje → wino wyszło słabe i za słodkie. Metodą kupażu chcieliśmy je poprawić, wstawiliśmy więc jeszcze wino ryżowe, mając nadzieję, że wyjdzie wytrawne. Wino wyszło mocne, wyszło wytrawne, ale Niedźwiadkowi nie posmakowało zupełnie :D Zaryzykowaliśmy zmieszanie z winogronowym, no i wyszło znośne, ale nie takie, jak byśmy chcieli. Jakoś też nie chciało się długo wyklarować. No ale nie ma tego złego. Znajomi chętnie próbowali, chętnie przyjmowali ofiarowane butelki na spróbunek, a najchętniej to pili wino na wspólnych nasiadówach. Na jednej takiej poszło za jednym zamachem 5 litrów. Chyba nie było najgorsze :) Ale kaca się po nim miało koszmarnego.

Zimą:

– z zimowych wydarzeń do głowy przychodzą mi tylko dwa: urodziny Wąsatego i Boże Narodzenie.

a) Boże Narodzenie i Sylwester były zdecydowanie najgorszymi w moim życiu. Jako dobre dzieci, pomagaliśmy rodzicom przed świętami w domowych porządkach oraz zakupach. Takeśmy się zmachali tysiącem kursów ze śmieciami, że wystarczyła jedna wizyta w supermarkecie, żebyśmy złapali jakiś wirus, który nas dosłownie powalił na łopatki. W przeddzień wigilii nie daliśmy rady wstać z łóżka, gorączka dochodząca do 40 stopni, pot lejący się strumieniami, dreszcze, kaszel i duszności. Planowaliśmy pójść do lekarza po świętach, ale następnej nocy się poddaliśmy i pojechaliśmy [wpół żywi] na pogotowie. Niedźwiadek się prawie dusił, miał tak zaciśnięte oskrzela. Na szczęście nie czekaliśmy długo, bo było późno, dostaliśmy receptę, a Niedźwiedź na odchodne dwa zastrzyki w tyłek. Swoją drogą sporo było ludzi tak bardzo chorych jak my. Jedna dziewczyna nawet pod kroplówkę trafiła. Potem wyprawa do całodobowej apteki, stówka na leki i do domu się kurować. Leczyliśmy się długo, w Sylwestra wciąż byliśmy chorzy, ale już na tyle dobrze się czuliśmy, że mogliśmy wytrzymać w pozycji siedzącej godzinę. Generalnie zasnęliśmy wcześnie, a Nowy Rok witał mnie fajerwerkami obok śpiącego Niedźwiadka w łóżku. Ha. Niezła wróżba na 2013 r, co nie?

b) z okazji urodzin naszego kocura i z okazji własnego znudzenia, zrobiłam okolicznościowy pokaz slajdów :P te dzieci, jak one szybko rosną…

Wiosną:

– to najdłuższa zima mojego życia. Jeszcze nigdy nie byłam tak sfrustrowana pogodą, jak w tym roku. Każdy opad śniegu sprawia, że się we mnie gotuje, a do oczu napływają łzy. Bardzo źle działa na mnie ta fatalna pogoda. O tej porze roku człowiek powinien już być rozbudzony po zimie, grzany ciepluśkimi promieniami słońca, obserwować za oknem budzącą się do życia przyrodę. A co mamy za oknem każdy widzi.

– starszy brat zachorował na paskudne choróbsko. Kolejny przypadek autoimmunologicznej choroby w naszej rodzinie. Chyba nosimy w sobie jakiś patologiczny gen, bo na autoagresywne sprawy zachorowała Mama, Młody, a teraz Bro. Tylko czekam, aż jakieś cholerstwo padnie na mnie. Ech.

– życie zmusiło nas do podjęcia definitywnych kroków, tak więc od jakiegoś czasu jestem słomianą wdową, a Niedźwiadek szuka dla nas lepszej rzeczywistości z dala ode mnie. Jest to bardzo trudne, wciąż jestem na etapie adaptacji do takiego życia i przeżywam załamania, napady płaczu i inne takie wesołe historie. Mimo że nie cierpię na nadmiar czasu, samotne wieczory są dla mnie prawdziwą katorgą, a zasypianie w samotności udaje się tylko dlatego, że jestem wykończona. Cierpię jednakowoż na bezsenność, budzę się dużo za wcześnie, mam koszmary i jestem chronicznie niewyspana. Powoli zaczynam być tak zmęczona, że chyba trzeba będzie zainwestować w jakieś ziołowe wspomagacze na sen [melisa nie działa :P]. Ciągle szukam swojego sposobu poradzenia sobie z tym. Jakiejś metody działania. Jak w ogóle o tym myśleć? Czy o czymś, co jest tylko na jakiś czas, czy może już na zawsze? Przyzwyczaić się do samotności czy skreślać dni w kalendarzu do tego nieokreślonego końca rozłąki? Zdystansować się do niego czy wręcz przeciwnie, dzielić się każdą myślą? Co będzie mniej bolesne, co łatwiejsze? I jak nauczyć się, że to właśnie ten moment, żeby odłożyć słuchawkę, bo za pół sekundy zacznę płakać, nie będę mu umiała powiedzieć dlaczego, będzie miał poczucie winy, a potem ja będę miała, bo przecież miałam tego nie robić, miałam nie przeżywać. Po tylu latach nierozłącznego bycia razem, rozstanie jest jak jakiś koszmar. A o tym, że to nie jest tylko zły sen, przekonujesz się każdego ranka otwierając przerażone tą nagłą świadomością oczy, widząc dookoła siebie tylko pustkę. I dwa koty. Całe szczęście, że są te dwa koty.

Witajcie z powrotem.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

20 odpowiedzi na „za dużo informacji

  1. dobrze że jesteś! uszy do góry- choć łatwo nie jest :(

  2. grainne pisze:

    Dobrze Cię tu widzieć z powrotem. Naprawdę.
    Mnie zima też dobija, za każdym razem jak pada śnieg łzy frustracji cisną mi się do oczu. Wmawiam sobie, że wszystkie moje problemy rozwiąże wiosna. Może faktycznie tak będzie? ;)

  3. gdyrozumspi pisze:

    Nareszcie Kobito!
    Witaj z powrotem :)) Cieszę się niezmiernie,że znowu jesteś:)

  4. martynia pisze:

    No cześć dziewczyno…

  5. cicicada pisze:

    dobrze, że jesteś! i głowa do góry, wszystko się jakoś ułoży.., bo przecież musi, co nie?:)

  6. O rany, rany, jak dobrze, że napisałaś w końcu!! Bardzo mi tu Ciebie brakowało:)
    Przykro, że na jedną osobę czasem przypada tak wiele smutków i wątpliwości… Ale trzeba wierzyć, że się jakoś poukłada, mimo wszystko. Trzymaj się dzielnie!:*

  7. Ł. pisze:

    dużo, dużo i jeszcze więcej. tak dużo napisałaś, że aż nie wiem jak to skomentować. to jest najdłuższa zima nie tylko w Twoim życiu ale w Polsce chyba w ogóle ;)

  8. jestesczesciamnie pisze:

    Najważniejsze że wróciłaś :) witam :* :*

  9. tylkoja pisze:

    Jesteś… dobrze.. martwiłam się i w ogóle. Optymizmem jakoś z tego opisu powyżej nie zawiało i to również mnie smuci. Może jednak to wylewanie smutasów na wirtualny papier zadziała trochę jak psychoterapia i poprawi stan ducha? No i podobno już za chwilę, za minutkę ma buchnąć wiosna

  10. serdunio pisze:

    no nareszcie!!!!!
    co do rozstania – ja mialam odwrotnie… u mnie wszystko zaczelo sie od rozlaki i tesknoty, tak wielkiej ze sprawiala bol fizyczny :( nie zazdraszczam. ale wiem ze SIE DA.
    buziorki kochana!

  11. kardiowersja pisze:

    za dużo stresów i zmartwień

  12. postal pisze:

    czad

  13. MagicSunny pisze:

    :))) wszystko się czasem pierdzieli po to, żeby później wrócić do „normalności”… ;-)

  14. Furia pisze:

    dwa z wielu wymienionych przez Ciebie punktów obstawiałam i …faktycznie.
    chujowa ta zima, ale z winem można tak popłynąć właśnie o tej porze roku, więc nie marudzić mi tu!
    :)
    czułam pod skórą, że to tyle potrwa. ten foch z blogiem.
    jak ja dobrze obstawiałam, ech.
    a wszystko na czzzzeźwo sobie wyobraź.

    witaj InnaM :) nareszcie!

  15. Furia pisze:

    eeeeeeeeejjjjjj…ale zdjęciami mnie zachwyciłaś :)
    z radości sobie skoczę nawet po butelkę.

  16. Ania pisze:

    Napisałam długi komentarz i chyba coś źle skasowałam, bo go nie widzę. :/ W każdym razie witaj, dobrze że jesteś.

  17. żmija pisze:

    wreszcie doczytałam do końca:) witam, bo już nadzieję straciłam!

  18. Nie mogłam się odczekać, aż coś u ciebie przeczytam.
    No i jesteś. Nareszcie. Chwytam się ciebie jak matczynej spódnicy i też wracam do pisania. Bez ciebie to jakoś nie miało sensu. Nie umiem tego określić.
    InnaM, będzie dobrze. Najwyżej wyjedziesz za nim. Mieszkanie to nie wszystko!

  19. bardziej pisze:

    Głupi wordpress. Pewnie się domyślasz, że to błąd przy logowaniu :)
    Jeszcze raz: cieszę się bardzo

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s