z nowego miejsca

Miałam ambitny plan relacjonowania przeprowadzki na żywo za pomocą komórki, ale okazało się to zupełnie niemożliwe. Podobnie jak niemożliwe okazało się napisanie choćby słowa na blogu w ciągu kilku dni po mym przemieszczeniu. Przyczyna jest prosta: zmęczenie. No i jeszcze brak czasu, ale teoretycznie dla chcącego nic trudnego i w drodze na rozmowę o pracę też można coś skrobnąć. Mnie się nie chciało.

No więc przeprowadziliśmy się, w czym pomogła nam cała wesoła gromadka, w tym przesympatyczny znajomy z Internetu (a właściwie z jednej gry mmorpg, w którą swego czasu razem z Niedźwiadkiem regularnie grywaliśmy – grać przestaliśmy, ale kontakt pozostał i przetrwał chyba z 4 lata), który znajomym tylko-z-Internetu być przestał i bardzo mnie tym faktem ucieszył, bo okazał się jeszcze bardziej sympatyczny, niż wydawał się być w sieci. I mnie uściskał na przywitanie. Myślałam sobie nawet, że sama go uścisnę, ale jak doszło do sytuacji face to face, to trochę mi odwagi zbrakło. Na szczęście jemu nie i poczułam się jak w rodzinie. Mam ochotę zaprosić go na jakiś porządny obiad i generalnie odezwały się we mnie nieco matczyne uczucia względem naszego nowego-starego znajomego. Może dlatego, że jest młodszy. Młody, witalny, otwarty do ludzi i jeszcze nie zniszczony parszywą rzeczywistością, upadłymi ideałami, nieżyczliwymi ludźmi i zaprzepaszczonymi marzeniami. Zaraża pozytywną energią. Aż chce się mieć wokół siebie więcej takich ludzi. Pomogli oczywiście również Sis z mężem, bez których całe przedsięwzięcie byłoby bardzo problematyczne. Nie ma co gadać, można na nich polegać. Cała ciężarówka gratów zapakowana, tyle znoszenia i wnoszenia. Pogoda z jednej strony sprzyjająca, bo nie padało [graty jechały niekrytą paką], a z drugiej rozpętał się piekielny upał i wszyscy byliśmy zlani potem. Najtrudniejsza psychicznie część przeprowadzki to było przetransportowanie kotów. Na szczęście z Sis udało mi się dogadać tak, że wiozłyśmy je z Młodym osobówką. Był straszny skwar, koty baaaardzo zestresowane [ziółka dodawane do wody niewiele im chyba pomogły], całą drogę miauki straszne, dyszenie jak u psa, no i ten błagalny wzrok mówiący: „mamo, gdzie mnie zabierasz, chcę do domu!” [przesadziłam z tą mamą?:D]. I jeszcze korek w mieście docelowym, godzina stania w pełnym słońcu, no tragedia. Ale w końcu dojechaliśmy.

Z mojego wymarzonego scenariusza, że klapnę sobie na łóżku pośród gratów i pomyślę, że życie stoi przede mną otworem nic nie wyszło. Gratów było tak dużo, że na łóżku nie było miejsca, ledwo znalazłam jakieś krzesło, żeby na nim spocząć. Dom pełen ludzi, koty przerażone, pochowały się za lodówkami i szafkami. Kiedy już wszyscy pomocnicy poszli, zostaliśmy sami z tym rozpierdzielem. Sprzątanie i rozpakowywanie trwało bite dwa dni. Było strasznie. Bolała mnie każda część mojego tłustego ciała, czułam każdy mięsień, ledwo chodziłam, a do tego spanie sprawiało trudność, bo nowe miejsce, no i martwiłam się o koty. Pierwsze kocie dni były dramatyczne, no naprawdę pękało mi serce. Zastanawiałam się, czy nie udać się do weterynarza po jakiś specyfik na uspokojenie, ale w końcu zobaczyłam światełko w tunelu. W tym momencie Wąsaty czuje się już prawie jak u siebie, przyzwyczaił się do obnecności Młodego i zrobił sobie z niego nowego mudżina – terroryzuje go, żeby się z nim bawił, dzięki czemu ja mam więcej luzu. Kulka dalej zalękniona, ale wieczory należą do niej, wychodzi i bawi się, penetruje zakamarki budzące w niej niepokój [pokój Młodego], no i jest coraz śmielsza do ludzi.

Odbyłam już pierwsze spotkanie towarzyskie, odświeżając studencką znajomość z jedną z najlepszych Dziewuch z roku. Na początku myślałam, że trzyletnia rozłąka coś nam jednak spartoliła, ale już po kilku pierwszych minutach rozmowy poczułam się, jakbym nigdy nie wyjechała, jakbyśmy widziały się wczoraj, tylko ona taka pięknie dojrzała się zrobiła, taki kobiecy blask od niej bił, zupełnie odmienny od tego dziewczęcego, nieśmiałego uroku z lat studenckich. Być może należy do tego gatunku kobiet, które im starsze, tym piękniejsze i pewniejsze siebie. Tylko zazdrościć. I te wszystkie newsy z życia naszych wspólnych znajomych. Ileż dzieci się narodziło! Ileż związków zalegalizowało! Ileż rozwodów odbyło! Cuda na kiju. Ach, fajnie było. Ach, jak cudownie, że to dopiero początek!

Ścisłą dietę szlag jasny trafił, bo życie towarzyskie w rozkwicie. Mamy wielki balkon w mieszkaniu, na którym spędzamy niemal każdy wieczór, niemal zawsze przy piwie, a przy tym to jeszcze bardzo często przy jakichś mało dietetycznych przekąskach. Jem rzeczy, których nie jadłam od dwóch lat dietowania, typu zapiekanki czy kebaby [jedne i drugie najohydniejsze w moim życiu i zbrzydziły mi te potrawy na kolejne dwa lata…]. No bo co, zaproszę kogoś do domu na serek wiejski z pomidorem? No nie zaproszę! Ale spokojnie, spokojnie, przeminie to pierwsze porażenie po przyjeździe, powitam wszystkich znajomych, zrobimy parapetówę i wszystko wróci do normy.

Szukanie pracy w toku, pocieszające jest to, że ogłoszeń o pracę jest jakieś 10 razy więcej niż w Mieście Rodzinnym, więc wysyłam, rozglądam się, roznoszę i czekam. Nie panikuję, bo tym razem nie ma takiej potrzeby, jedyne co mnie zmusza do szukania pracy to niechęć do pozostawania utrzymanką, zdecydowanie mnie to mierzi. Szczególnie, że bycie utrzymanką niesie za sobą taki niepisany układ, że ja sprzątam, piorę, gotuję, robię zakupy, a pracujące chłopy zarabiają na życie. No słabo trochę, jak dla mnie ;)

Dopiero dzisiaj mam taki dzień, w którym mogę usiąść i próbować poczuć się jak w domu. Daleko mi jeszcze do tego, pewnie znacie to uczucie na nowym miejscu, kiedy czujecie się nie jak w domu, tylko jak w hotelu, ciągle czeka się na coś i nie wiadomo w co ręce włożyć [bo zawsze jest coś do zrobienia]. Ale się udało, nawet pisać się da. Mam nową klawiaturkę, cichutka taka i wygodna :D Zachęca do klepania, hehe. No i nie zaprzeczę, że wielki wpływ na moje samopoczucie miał wentylator, który Matula przywiozła. Mamy tak niefortunnie mieszkanie rozłożone, że okna na wschodzie i zachodzie, my akurat w swoim pokoju mamy na wschód, z rana jest tak okrutnie gorąco, że nie da się żyć. A dach taki rozgrzany w ciągu dnia… Dzięki wentylatorowi przespałam nareszcie normalnie noc, odpoczęłam, od razu lepiej.

Powrót do Miasta generalnie nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia, jakoś tak nie czułam, że się przeprowadziłam. Miasto znam tak dobrze, że żadna to nowość, eksplorowanie ogranicza się do nowego osiedla. Zmianę poczułam któregoś razu, jak jechałam do centrum za pracą. Po pierwsze autobusy. Są piękne, nowe, klimatyzowane, z lektorem, informującym gdzie jestem i gdzie będę zaraz. Za moich czasów tego nie było. A potem poczułam się cudownie, kiedy trafiłam do paru miejsc w celu załatwienia różnych ważnych spraw i wszystko się odbyło tak miło, przyjemnie, kulturalnie, ludzie kompetentni, nie traktują cię jak śmiecia i nie patrzą z góry. Serce roście! Smutne to może trochę, ale im dalej na wschód, tym straszniej, biedniej i okrutniej. W Mieście Rodzinnym niedługo nie będzie już nic… Poczułam, że Miasto to MOJE Miasto, MOJE. Dobrze tu być.

Oczywiście nie mogłoby być całkowicie szczęśliwie i luźno. Odezwały się rodzinne radości Niedźwiadkowe, się okazało, że matka go zadłużyła na prawie 3 tysiące i nie raczyła powiadomić, że komornik puka do drzwi. Cały dzień zszedł na dochodzeniu do tego, kto jest wierzycielem, za co ten dług i co z tym można zrobić. Niestety, trzeba będzie spłacić. Niestety, spłacać musi Niedźwiadek, bo jak już wielokrotnie pisałam, jego matka i cała rodzina to najprawdziwsza patologia i cud, że Niedźwiadek stamtąd się wyrwał i rozpoczął względnie normalne życie. Była już lekka załamka tym długiem, bo to bardzo duże pieniądze jak na nasze obecne warunki, no ale może uda się to gówno rozłożyć na raty i jakoś żyć. Wiecie co, chyba nienawidzę jego matki. Od kiedy jesteśmy razem, już trzy razy spłacaliśmy jakieś jej ukryte długi. Mam tego po uszy. Jeszcze nigdy w niczym nam nie pomogła, nie dała stu złotych swojemu synowi nigdy, NIGDY, a bywała w sto razy lepszej sytuacji finansowej niż my dwoje. Ręce mi opadają. Nie wiem, czasami się zastanawiam, ile jeszcze takich niespodzianek nas czeka. Echhh… Mam nadzieję, że damy sobie z tym radę.

Także ten. Życie w rozkwicie. Mam okropnie dużo ciuchów, właśnie to sobie uświadomiłam. Może dla kogoś moje okropnie dużo to wcale nie tak dużo, ale wydaje mi się, że noszę w sobie minimalistkę, najchętniej miałabym tylko kilka ciuchów, tylko żeby były idealnie do mnie dopasowane, dobrej jakości i w pełni mnie zadowalające. A tak mam całą szafę szmat, z których naprawdę dobrze pasuje do mnie tylko kilka. Masakra.

To pogadałam. Fajnie się klepało. Do następnego!

 

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

12 odpowiedzi na „z nowego miejsca

  1. Iwona pisze:

    Czekam na następny :) Wszystkiego najlepszego na nowej drodze do sukcesu. Trochę nie rozumiem, czemu Niedźwiadek musi spłacać nie swoje długi. Był żyrantem tych kredytów, czy jak?

  2. Anonim pisze:

    No i mnie to zastanowiło, dlaczego spłaca matki długi, ale teraz to różne cuda się zdarzają. Miło się to czytało…martynia

  3. Anonim pisze:

    gratulacje że wyrwałaś się z Rodzinnego Miasta:) zawsze krok do przodu
    iwcia

  4. Paulina pisze:

    fajnie się czytało :)
    chcemy więcej i więcej!

  5. Wu pisze:

    no właśnie mnie też zastanawia dlaczego Niedźwiadek musi spłacać długi swojej mamy? podpisywał coś kiedyś gdzieś?

    i jak ten zestresowany kot (zestresowany nową sytuacją, bo masz nowy widok z okna i balkoooooooooooooooooooooooon!!) miauuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuczę o zdjęcie balkonu i widoku z niego. no weeeeźźźź……

  6. gdyrozumspi pisze:

    :)))
    Do następnego!

  7. jestesczesciamnie pisze:

    Super, czekam na więcej :)

  8. grainne pisze:

    Powodzenia w szukaniu pracy! Trzymam kciuki :)

  9. serdunio pisze:

    no!
    tzn ja niecierpie przeprowadzek. jako zywo mam nasza ostatnia, dziekuje pieknie. brrr…
    tak ze gratuluje ze juz to masz za soba :D

  10. Łucja pisze:

    oj, dzieje się, dzieje :)

    ze znajomymi, choćby nie wiem jak długo się człowiek nie widział, zazwyczaj nie ma kłopoty, żeby się dogadać – punktem odniesienia są wspólne wspomnienia, to taki pewnik, dzięki któremu rozmowa zawsze się nawiąże.

    Kociaki musiały przeżyć nie lada traumę, ale się przyzwyczają :) zwłaszcza, że masz wielki balkon [o jak mi się taki marzy!] toteż będą sobie mogły leniuchować w słoneczku :D

  11. linka85 pisze:

    Haha, nigdy nie zapomnę tego wielkiego, całodniowego sprzątania wynajmowanego mieszkania. Też wtedy było gorąco i można było zejść. Ale jeszcze gorzej było po roku, kiedy musieliśmy się ze wszystkim co zgromadziliśmy, przenosić do rodziców K., czekając na odbiór nowego mieszkania. Najważniejsze, że masz tę harówkę za sobą. Nie ma to jak balkon albo taras – nigdzie się tak dobrze nie pije :). Powodzenia w szukaniu pracy (a coś czuję, że na pewno się uda). Ja też w życiu bym nie przystała na rolę kury domowej :P. Czasami człowiek ma dość pracy, ale szczerze mówiąc, nie wyobrażam sobie, żebym miała nie pracować. Zamęczyłabym się w domu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s