pierwszy śnieg

Także padał dzisiaj pierwszy śnieg. Tuż przed siódmą, kiedy biegłam w półmroku na przystanek w swoich obciachowo stukających, poważnie znoszonych półkozaczkach na obcasach. I nie miałam czapki. Ani rękawiczek. Było naprawdę zimno. Ale pocieszałam się, że inne panie w autobusie też nie ubrały się zbyt stosownie do pogody, więc nie byłam kretyńskim zmarzluchem jako jedyna.

W niedzielę mi się podwójnie poszczęściło. Miałam mieć 10 godzin dyżuru, ale na ratunek przybył pan kołcz i szkolił mnie w małej grupie. Prawie 4 godziny :D Więc z 10 godzin męczarni zrobiło się 6. W dodatku miły kolega obszedł zabezpieczenia i pomógł mi zalogować się na fejsika, co tym bardziej ułatwiło mi przetrwanie tego ciężkiego czasu. A dzisiaj, mimo że dyżur standardowy, też miałam szkolenie, ale jeden na jeden. I też miałam szczęście, bo mój osobisty kołcz dał się zagadać i nie musiałam mu pokazywać w praktyce tego, czego chciał mnie nauczyć. Tylko na fejsika już się nie zalogowałam, bo miłego kolegi nie było, a ja jakoś mało uważnie się przyglądałam, jak on to wczoraj robił…

Dostałam też grafik. Pracuję w wigilię i w pierwszy dzień świąt :D Sylwester niby wolny, ale czuję smród pracującego Nowego Roku… Marzy mi się dwutygodniowe L4. Ale żeby nie chorować, tylko po prostu je mieć :D

A ogólnie to jest miło. Zeszły tydzień był tygodniem spełniania dziecięcych marzeń. Niedźwiadek kupił sobie wymarzoną PS Vite, chyba nigdy nie widziałam go tak szczęśliwego. Każdą wolną chwilę spędza zagłębiając się w tematykę tej konsoli, jej możliwości, internetowe fora, gry… Normalnie moja dzidzia :D I zazdroszczę mu tego, że coś sprawia mu taką ogromną frajdę, bo ja się czuję jakaś taka wypalona życiowo, brakuje mi pasji, brakuje mi jakiegoś wciągającego hobby, czegoś, co sprawiłoby, że czułabym się wyjątkowa, wartościowa. Chciałabym robić coś kreatywnego, coś co otworzyłoby mi może jakieś nowe możliwości, co by mnie rozwijało. Ale mam taki problem, że nawet jak przychodzi mi do głowy jakiś pomysł, coś co mogłoby być fajne, zaraz sobie myślę, że jestem na to za głupia/gruba/brzydka/nieciekawa/zwyczajna. Że nie reprezentuję sobą niczego, co dla kogokolwiek mogłoby być interesujące bądź stanowiące wartość. Ktoś mógłby powiedzieć: no to rób to dla siebie. W porządku, ale ja dla siebie też jestem właśnie taka: mało interesująca i zwyczajna, taka że nie warto. Smutne to trochę, bo może z drugiej strony jest gdzieś tam na świecie miejsce, gdzie InnaM mogłaby odnaleźć siebie, ale brakuje jej odwagi, żeby choćby złapać się na poważnie którejś z myśli i zacząć dążyć do jej realizacji. Zacząć wizualizować ten pierwszy krok i wreszcie któregoś dnia wcielić go w życie.

Ale wracając… Pojechaliśmy sobie w ramach rozrywki do wielkiego centrum handlowego i była to bardzo głupia decyzja. Już wiem, że nienawidzę takich miejsc, że bardzo źle się tam czuję i mogę tam się pojawiać tylko w ostateczności. Nie wiem, przy okazji apokalipsy zombie czy ataku żywiołu. Zjedliśmy tylko jakiś syfski, tani obiad w mało wyględnej spelunce i wróciliśmy do domu. Co za strata czasu! Ale za to pozwoliłam zakwitnąć swojej kobiecości i kupiłam sobie szminki w intensywnych kolorach. I prawdą jest, że do takich kolorów trzeba po prostu dojrzeć. Ja tam uwielbiam i noszę codziennie inną. A mam inny kolor na każdy dzień tygodnia, hehe.

Zagubiona jestem jakaś. Nie czuję się przynależna do żadnej z otaczających mnie grup. Dryfuję pomiędzy młodymi mężatkami remontującymi mieszkania z młodymi mężami, mamuśkami po trzydziestce, młodszymi ode mnie rozwódkami i singielkami, sławiącymi niezależne życie pod jednym dachem z rodzicami. I dziwnie mi też, bo nie chce mi się mieć koleżanek poza pracą, ostatnia rzecz o jakiej myślę, to spotkanie się z którąś z tych osób poza kołchozem. Nie wiem, czy można to nazwać zdziczeniem. Lepsze będzie chyba określenie: przedawkowanie. Przedawkowuję każdego dnia zdrową porcję kontaktów z ludźmi. Mam za dużo ludzi, za dużo rozmawiania, za dużo przebywania z tyloma obcymi osobami… Poważnie nadwyrężam swoje samotnicze skłonności. I przez to nie zostaje mi siły i chęci na choćby szczyptę życia towarzyskiego. Wolę sobie wrócić do domu, zamknąć się w swoim świecie i rozmyślać o tym, czego właściwie chcę. A jest to temat – rzeka.

Popsuł nam się odkurzacz, cudownie. Brak odkurzacza przy dwóch długowłosych kotach stanowi poważny problem. No ale póki co jakoś sobie radzę. W ogóle to wcisnęli mi dodatkowy dyżur, że niby wyjątkowa sytuacja, że sorry, ale jestem potrzeba. Dawno nie byłam taka wściekła :) Ale już to przyjęłam do wiadomości, że po 6 dniach pracy będzie tylko jeden wolny dzień. Odliczanie rozpoczęte. 2 dni za mną, 4 przede mną. Czas na prysznic. Prysznic, serial i spać. Buziaczki!

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

8 odpowiedzi na „pierwszy śnieg

  1. cicicada pisze:

    pierwszy dzien swiat w pracy??? toz to faktycznie kolhoz jakis!

  2. linka85 pisze:

    Twoja praca jest iście niewolnicza. Długo dasz tak jeszcze radę? Ja chyba już dawno bym zrezygnowała… To brzmi koszmarnie, a co dopiero doświadczać tego na własnej skórze! Kontakty z ludźmi w zbyt wielkiej ilości przestają cieszyć, a czasem wręcz męczą, więc rozumiem, dlaczego później wolisz się zamknąć w czterech ścianach własnego domu. Zresztą ja mam podobnie. Poza tym masz tak mało czasu na odpoczynek, że dziwne by było, gdybyś miała mieć jeszcze energię i chęć na spotkania towarzyskie!

  3. Paulina pisze:

    Twoja praca przypomina mi moją , którą swego czasu porzuciłam bez żalu… na dłuższą metę naprawdę ciężko „wydolić”… bo człowiek nie jest maszynką choćby nie wiem jak silny fizycznie i psychicznie był!

    a w marketach czuję sie podobnie jak Ty, wiesz? :)

  4. Własna pasja dowartościowuje. Każdy potrzebuje przystani, która będzie jego ostoją. Trudno poczuć się wartościowym, gdy nie robi się czegoś wyłącznie z fascynacji, dla siebie, dla relaksu. Spróbuj, warto.
    A praca? Nie zazdroszczę, zwłaszcza, że sama pracuję w miejscu, które wysysa ze mnie życie. Sama ją wybrałam, nikt mnie do niej nie zaciągał siłą i sama muszę z niej zrezygnować.
    Pozdrawiam.

  5. gdyrozumspi pisze:

    Madź może Ty powinnaś się rozglądać za jakąś inną pracą. Wiem,że coś pisałaś,że pół roku chcesz wytrwać. To ile miesięcy przed Tobą jeszcze?
    Tak się nie da żyć.

    A może powiedz sobie: pierdole wszystko. I dorzuć te kompleksy i obawy. Chociaż w pasjach jak ich potrzebujesz. Nie możesz wiecznie sama podcinać sobie skrzydeł. Bo wychodzi na to,że momentami sama stanowisz dla siebie barierę przez natłok śmieciowych myśli. Wypisz je sobie na kartce i spal. Powiedz sama sobie dość i zacznij działać. Wiem,że niby łatwo się piszę. Ale pewne rzeczy nawet tak banalne i oczywiste należy dopuścić do siebie. A nie hodować kolejną grządkę kompleksów. Żeby mieć pasje, i się rozwijać nie trzeba być super modelką/ królową imprez / czy też duszą towarzystwa. Wystarczy być sobą i jeżeli to jest możliwe robić to co się lubi, lub próbować.

  6. żmijka pisze:

    z tą pasją, masz podobnie jak ja. „mało interesująca i zwyczajna, taka że nie warto”… jakby o mnie. smutne to… InnaM musimy z tym powalczyć!

  7. purplehair pisze:

    Brzmi przeraźliwie znajomo. Przedawkowanie przebywania wsrod ludzi, odliczanie do wolnego…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s