witaj grudniu!

Chyba mam uczulenie na tusz do rzęs. Już kiedyś miałam coś podobnego: rany na powiekach, pobudki z tak zapuchniętymi oczami, że ciężko je otworzyć. Niestety nowy tusz dopiero na wypłatę, a że – z lekkim wstydem przyznaję – jestem osobą, która prędzej będzie znosić dyskomfort ciągle drażnionych ran na powiekach niż pójdzie do pracy bez makijażu, no to cóż… Za piękno trzeba płacić :D

Oddali nam pieniądze za odkurzacz, kupiliśmy sobie nowy i jest sto razy lepszy niż tamten, chociaż tańszy. Oby posłużył nam dłużej. W każdym razie ja się tak nim podjarałam, że z radością poodkurzałam cały dom, żeby tylko popatrzeć, jak cudownie ssie :D

O dziwo czuję nastrój zimowych świąt. Marzy mi się ozdobienie mieszkania, nadanie mu cieplejszego klimatu, światełka itd. Niestety ani nie mam na to czasu, ani kasy. Zastanawiam się, jak będą wyglądać święta w pracy. Wigilia zapowiada się naprawdę ciekawie, ale na razie nie będę zdradzać szczegółów, bo plany mogą się zmienić w ostatniej chwili.

A w pracy cuda. Jakaś wizytacja była, to postawili na nogi cały budynek. Każdy miał udawać, że jego stanowisko pracy jest idealnie czyste, że przy pracy siedzi wyprostowany, skupiony. No tego typu polecenia dostaliśmy na dzień wizytacji. Nawet nam poukładali odpowiedzi na co bardziej kluczowe pytania. Śmiesznie, co? Na szczęście oprócz kontroli przełożonego nie dotknęła mnie ta wizyta jakoś szczególnie. Ludzie wpadli w szał zakupów, klienci przed świętami są trzy razy bardziej upierdliwi niż zwykle, ale nie jest źle, tylko jestem potwornie zmęczona. W jeden dzień nie odpocznie się od 6 dni pracy. Ale nic to, jutro mam następny wolny dzień. Aby dotrwać do podwójnego wolnego ;) Zresztą czuję się coraz gorzej, może mnie jakaś grypka złapie, to pójdę na wymarzone L4 :D

Rozglądam się już za inną pracą, rozsyłam CV, szukam też pracy dodatkowej, ale jak na razie cisza. Znowu zapomniałam o urodzinach Matki, znowu sama mi o tym przypomniała i słyszałam nieutulony żal w jej głosie. Moja mistrzyni wywoływania poczucia winy. Trochę się tłumaczyłam, że dużo pracuję, że przez to, że nie mam wolnych weekendów, to kompletnie tracę poczucie czasu, dni tygodnia, że nie wiem, ile czasu minęło i gdzie stoimy w kalendarzu. Ale wiem, że to jej raczej nie pociesza i pewnie dopiero spóźniony prezent sprawi, że poczuje się znowu kochana.

Ostatnio, podczas rozmowy przed snem, zwierzałam się Niedźwiadkowi, że czuję, że umrę bardzo samotna. I że już teraz właściwie jestem w pewnym sensie samotna, a stan tylko będzie się pogłębiał. Bo tak naprawdę jedyną istniejącą realnie dla mnie osobą jest właśnie on. Poza nim nie mam nikogo. Rodzina rzadko bywa mi rodziną, fakt, mogę liczyć na pomoc Matki, Ojca czy Młodego, ale chodzi mi bardziej o BYCIE. O zaufanie i partnerstwo. O dzielenie problemów. Nie znam drugiej osoby, z którą chciałabym dzielić swoje życie i problemy. Cała reszta ludzi tego świata jest dla mnie odległa, jak za kuloodporną szybą. Nie wierzę w przyjaźnie, nie ufam nikomu. Na tyle razy, na ile przejechałam się na osobach dla mnie ważnych, już raczej nie wrócę do dawnego stanu, kiedy cały świat wydawał mi się być miejscem pięknym, pełnym dobrych ludzi. To mój główny problem, że nigdy nie zapomnę doznanych krzywd. I powiem więcej: ja chyba nawet nie potrafię ich wybaczyć. Potrafię spotykać się ze swoim krzywdzicielem, potrafię uśmiechać się, paplać o bzdurach, nawet sprawiać wrażenie zaangażowania w jego problemy, ale nigdy mu nie wybaczyłam. I jak z nim rozmawiam, to przelewa mi się w klacie mieszanka żalu i złości, której nie daję ujścia, bo myślę sobie, że nie warto. Krzywdziciel nigdy już nie pozna moich prawdziwych myśli, bo na to nie zasługuje. Tak właściwie to oprócz Niedźwiadka nikt nie zna moich myśli i tak jest mi dobrze. No może oprócz tego strachu przed samotnością, który czasem mnie nachodzi.

Wracałam wczoraj w nocy z pracy miejskim autobusem i widziałam studentki, płomiennie rozmawiające o czymś, widać, że w zażyłych stosunkach, buziaczek na pożegnanie, szerokie uśmiechy. Też to kiedyś miałam. Poczucie, że właśnie spędziłam czas z kimś wspaniałym, że to daje mi przeogromne szczęście, że świat jest fajny, życie kolorowe, a my wyjątkowe. Trochę tęsknię za tym poczuciem zaufania, bycia z PRZYJACIÓŁMI, beztroski i zwykłej radości z kontaktu z drugim człowiekiem. Teraz doświadczam tych emocji raz na kilka lat, a i tak są one naznaczone piętnem szarości dorosłego życia, tego że za kilka godzin każdy wraca do siebie, do pracy, rodziny, obowiązków. Że nie ma już NAS, jest każdy z osobna, oddalony od siebie kilometrami fizycznie i emocjonalnie. To tak już do końca życia będzie?

Z jednej strony smutne refleksje o nie istnieniu przyjaźni jako takiej, a z drugiej Niedźwiadek, będący moim szczęściem, sensem i centrum wszechświata. Brzmi okropnie, wiem. Ale prawda jest taka, że jakkolwiek patologicznie by to nie brzmiało, jestem okropnie szczęśliwa, że to jest najważniejszy dla mnie człowiek i najważniejsza sprawa mojego życia. Ktoś mógłby napisać, żebym nie szafowała takimi dużymi słowami, bo kiedyś będę je odszczekiwać. Wszystko możliwe. Z tym, że ja autentycznie nie wyobrażam sobie nikogo innego przy sobie, nieraz próbuję, to moje wyobrażenie kończy się tym, że żaden inny facet nie byłby dla mnie odpowiedni. Coś w tym jest, że jednocześnie jesteśmy wybuchową mieszanką ludzi z problemami, a z drugiej wspieramy się wzajemnie jak nikt inny i mamy tę świadomość, że naprawdę możemy na siebie liczyć. Jesteśmy już tyle lat w związku, a ciągle piszemy do siebie setki wiadomości, kiedy jesteśmy z dala od siebie choćby trzy godziny. Ciągle prowadzimy długie rozmowy przed snem, bywa, że i do rana. Ciągle wspólne spędzanie czasu sprawia nam przyjemność i co najciekawsze ciągle jesteśmy dla siebie atrakcyjni, pomimo że latka lecą, a obojgu nam bardzo daleko do doskonałości fizycznej. Może nie jesteśmy najbardziej ogarniętymi życiowo osobami, może często nie wiemy czego chcemy, ale za to w swojej nieogarniętości i niezdecydowaniu, stoimy za sobą murem. To dla mnie sedno życia, istota wszystkiego. Jestem za to bardzo wdzięczna.

Powiało patosem, co? Pora wracać na ziemię. Idę zrobić drugą kawę [tak, tak, do pisania kawa jest wciąż najlepsza ;)], drugie śniadanie i trzeba ruszać do pracy. Wiecie co mi się marzy? Oczywiście jeśli chodzi o marzenia będące w zasięgu ręki. Marzy mi się, żeby posiedzieć w domu bite 3 dni i grać w jakąś fajną przygodówkę, oglądać seriale, czytać blogusie i książki. I kompletnie nic więcej nie robić. To by było coś!

 

PS: Tak czytam u Was o Andrzejkach, a ja się pytam: kiedy one były?! Ja pierdziu. Chyba przegapiłam :D Ale tak na dobrą sprawę i tak nigdy specjalnie nie świętowałam, hehe.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

7 odpowiedzi na „witaj grudniu!

  1. Paulina pisze:

    Ja tam może się nie znam – ale na moje oko to co Was łączy to miłość w najczystszej postaci :)
    pięknie!

  2. postal pisze:

    Tez nie mam nikogo poza zona, ale nigdy mi to nie przeszkadzalo. Ludzie zawodzą, nie można wiazac z nimi większych oczekiwan.
    Ze wszystkick wiecznych rzeczy milosc trwa najkrócej.

  3. kardiowersja pisze:

    a ja mam takie pytanie czy mogłabyś mi przesłać swój nowy adres korespondencyjny? taką tradycyjną pocztę mam na myśli…

  4. gdyrozumspi pisze:

    Uroczy ten patos :)
    A za przyjaźnią już jakiś czas temu przestałam tęsknić.

  5. linka85 pisze:

    Nawet nie warto zastanawiać się nad tym, czy to patologiczne czy nie ;). Mogę Ci powiedzieć, że moje uczucia do męża są bardzo podobne i dobrze mi z tym. Zresztą kto miałby być lepszym przyjacielem niż ukochana osoba? Co do Twojej refleksji o przyjaźni – tak, obawiam się, że to już tak całe życie będzie wyglądało. Fantastycznie jest raz na jakiś czas spędzić miło czas z osobami, które można uważać za przyjaciół czy dobrych znajomych, ale są to tylko chwile… A później każdy wraca do swojego zabieganego życia i trzeba wieki czekać na następne takie spotkanie. Przykre, ale prawdziwe.

  6. Ł. pisze:

    spina z okazji wizytacji to cyrk totalny, one nie powinny być po prostu zapowiadane bo w przeciwnym razie to się mija z celem ;)

    Andrzejek też nie obchodziłam, jakoś mi przeszły koło nosa a L4 wykorzystałam w tym tygodniu. [szkoda tylko, że jakiejś super poprawy ciągle nie ma, ale z drugiej strony to nie umiera, będę żyć ;]

    Nie umiem sobie wyobrazić życia bez znajomych [wielu] i przyjaciół [kilku] mimo, że mam w rodzinie jakie/takie oparcie i w mężczyźnie mojej młodości też. Co prawda przyjaciele wszyscy są daleko, część za granicą, część w innych miastach a mężczyzna też na razie na odległość to jednak nie jestem w stanie zerwać z tymi szczególnymi osobami kontaktu. [A do mężczyzny się w końcu przeprowadzę, jeno studia ogarnę. I tak sobie myślę, że jak już się przeprowadzę to będę podobnie osamotniona.Bo wszyscy bliscy będą jeszcze dalej, a zawarcie nowych znajomości a później ich rozwój w stronę zaufania zawsze trwa tak długo! Mimo to, na pewno będę do tego dążyć. M.in żeby nie obciążać sobą tylko jednej osoby…to mogłoby w nim wzbudzić coś w rodzaju nadmiernej odpowiedzialności.]

    PS: mam nadzieję, że komentarz brzmi w miarę składnie, przez ten wiatr boli mnie głowa i trudno jest mi ogarnąć myśli

  7. purplehair pisze:

    To fakt, drogi sie rozchodza i nie ma na to rady. Jednak zupełnie bez przyjaciol sie nie da! Najgorsze w życiu to samotnym być…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s