nobody loves noone

Nienawidzę mojej pracy. Po prostu nienawidzę. Każdego dnia jadę tam jak na skazanie, ze ściśniętym żołądkiem i bijącym sercem, bo nigdy nie wiem, co mnie tym razem spotka. To, że klient może zwyzywać mnie od idiotek, oszustek, straszyć procesem w sądzie i swoim prawnikiem to jest pikuś przy moim przełożonym, innych przełożonych i dziale nadzoru pracy. Ja nie wiem, czy wszędzie to tak wygląda, czy tylko u mnie, ale po pierwsze to traktują tu człowieka naprawdę bez szacunku. Jesteś niczym, jesteś tylko efektywnie przepracowaną kolejną godziną i rosnącą statystyką, nie masz rodziny, nie masz swojego życia, robisz to, co jest Ci przykazane. Jesteś również pod stałym, ścisłym nadzorem, jesteś podsłuchiwany, obserwowany i zawsze podejrzany o nieuczciwość. Oceniany za wszystko, co robisz. W większości punktami, które są do publicznego wglądu, rozsyłane mailem do całej grupy. Co więcej, jeśli rozmawiasz z kimś nad sobą, bądź pewien, że ten ktoś będzie mówił do Ciebie jak do uczniaka w szkole. Nie spodziewaj się równego traktowania, niech Cię nie zwiedzie, że wszyscy mówimy sobie na „ty” bez względu na wiek. Równe traktowanie nie istnieje.

Ośmieliłam się zawalczyć o swoje wolne dni. Odmówiłam przyjęcia dodatkowego dyżuru już DWA RAZY w tym miesiącu i za drugim razem było naprawdę ciężko. A co najlepsze, czuję w kościach, że zechcą mi zabrać moje trzy dni wolne z rzędu, żeby mi za dobrze nie było. To pierwsze wolne 3 dni w mojej karierze wynikające po prostu z budowy grafiku. I nie oddam ich, będę walczyć jak lwica, bo akurat na te 3 dni mam poważne plany.

Wracając do pracy, której tak nienawidzę… Zwolnili moją koleżankę, z którą zaczynałam. Z dnia na dzień, po prostu kazali jej więcej nie przychodzić. Samotnej matce. Dlatego, że popełniła błąd. I tu z jednej strony poziom mojego stresu niepomiernie wzrósł. Bo co będzie, jeśli któryś mój błąd też zakwalifikuje mnie do zwolnienia? Teraz, u progu złożenia wniosku na kilkadziesiąt tysięcy złotych kredytu na remont mieszkania? A jak na złość, na moje złożone CV nikt nie odpowiada. No, raz. Ale oferta była żałosna, stawka niższa o 1/3, godziny i dni pracy takie same, no może święta bym dostała wolne, ale i uczyć się wszystkiego od nowa za takie pieniądze… Nie opłacałoby mi się. No chyba, że by mnie wywalili. To bym poszła z braku laku. Głos rozsądku podpowiada mi w chwilach rozpaczy, że przecież nie zostanę tu na zawsze, że inna praca przyjdzie prędzej czy później, ale wiecie jak to jest, jak się tkwi po samą szyję w gównie… Wtedy się człowiekowi wydaje, że nigdy się z tego nie wydostanie. Ktoś mógłby mi powiedzieć, żebym nie narzekała, bo lepsza taka praca niż bycie bezrobotnym. No owszem, to na pewno. Ale pociesza mnie to tylko na chwilę, do momentu, w którym znowu nie zejdzie się ze sobą kilka przykrych spraw. Tak jak ostatnio. Po zwolnieniu mojej koleżanki i jej zapewnieniom, że ona to się nawet cieszy, że i tak miała odejść, a oni jej to tylko ułatwili, pomyślałam sobie, że takie zwolnienie dałoby mi dawno nie odczuwane poczucie uwolnienia. Dokładnie wyobrażam sobie tę opisywaną przez nią ulgę, tę słodką myśl: „już nigdy nie muszę tam wracać”. WOLNOŚĆ. I walczą we mnie: strach przed utratą pracy i tchórzliwie skrywane głęboko pragnienie, żeby wreszcie stamtąd odejść, choćby przymusowo. Aż się boję uświadamiać sobie radość z ewentualnego zwolnienia, bo jeszcze się kurna spełni. A to by mi nie było na rękę akurat teraz [or maybe?].

Czuję, że tracę zdrowie. Przestałam się ruszać, moja dieta dłuższą chwilę wołała o pomstę do nieba [bo z lenistwa czy też zmęczenia, sama nie wiem, stawiałam na to co łatwe do złapania i wchłonięcia bez potrzeby przyrządzania], dużo przytyłam, czuję się źle, czasami boli mnie serce, co chwila łapią mnie skurcze i znowu mam coś nie tak z oczami. Zastanawiam się, czy to nie wina warunków pracy, że te oczy mi tak szwankują. No ale zaczekam jeszcze z wizytą u lekarza, bo nie ma jeszcze tragedii [czy poprzednim razem nie mówiłam sobie, że więcej nie popełnię takiej głupoty, żeby czekać z nasileniem objawów do momentu, aż nie będzie się dało z nimi żyć? No ale widać nie uczę się na własnych błędach]. Wprawdzie dietę już poprawiłam, ale bardzo brakuje mi ruchu. Poszłam dzisiaj na dłuższy energiczny spacer i odczułam, jak bardzo spadła mi kondycja, a także jak bardzo za tym tęskniłam, niemalże zapomniałam, że mam mięśnie. Trzeba by wprowadzić w życie jakiś plan odnowy biologicznej, ale czuję, że to będzie wyzwanie przy mojej beznadziejnej pracy, po której mam ochotę jedynie usiąść, najeść się, odtruć umysł jakimś lekkim bądź nie filmidłem, umyć i iść spać.

Nie lubię marzyć. Powiedziałabym, że nie znoszę, bo marzenia sprawiają, że mniej cieszę się tym, co mam. A na dodatek mam przykrą świadomość, że marzenia najczęściej są nie do spełnienia, nie lubię marzyć o czymś, czego nie mogę mieć. Za to Niedźwiadek jest niepoprawnym marzycielem, codziennie przedstawia mi milion nowych pomysłów na nasze dalsze życie, kolejne hobby do rozwinięcia, podróże do odbycia, rzeczy do kupienia. Trochę mnie to męczy, bo ostatnio żyję w swoim przykrym świecie rezygnacji, w którym wyzwanie stanowi zaplanowanie obiadu na kolejny dzień. Nie mogę o niczym myśleć, bo mnie to męczy. Najchętniej bym nie myślała, a życie niech się kręci samo, bez mojego udziału. Aby tylko móc się wyspać, najeść i udawać, że mnie nie ma. Od czasu do czasu pożyć czyimś życiem, aby tylko nie własnym, bo własne jest tak przytłaczające i przykre, że mam go dość. Nie potrafię się cieszyć życiem ani myśleć o przyszłości. Jedyne przebłyski radości są wtedy, kiedy mam wolny dzień i akurat dzielę go z Niedźwiadkiem. Gdyby nie takie chwile, to nie wiem czy by mi się w ogóle chciało z tym wszystkim bujać.

Gdzieś ponownie zagubiłam całą pewność siebie, którą sobie zbudowałam po zdobyciu obecnej pracy i tym, że „zaczęło mi wychodzić”. Każdego dnia udowadnia się mi, że takich jak ja pastuchów jest na pęczki, że skoro ja robię coś dobrze, to znaczy, że znajdzie się setki takich, co zrobią to równie dobrze, bo każdy jest do zastąpienia i już z pewnością moje zastępstwo szkoli się w budynku szkoleniowym i pije kawę z automatu na przerwach od ćwiczeń i wykładów. To, że jestem nikim znowu weszło mi do mózgu i wwierca się coraz głębiej, nie pozwalając mi pozbyć się strachu, że to miejsce jest moim ostatnim miejscem zatrudnienia.

Sorry, taki dzień dzisiaj.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

14 odpowiedzi na „nobody loves noone

  1. martynia pisze:

    Przed chwilą u Pluję jadem zapytałam: Jezu kobieto, gdzie Ty pracujesz. Chyba tu muszę to powtórzyć.

  2. cicicada pisze:

    moja pierwsza praca miała coś podobnego do Twojej… w tygodniu siedzenie do 1 w nocy było normalne, w weekendy w biurze pojawiała się min połowa pracowników, chociaż wiadomo było, że nadgodzin się nie płaci i oficjalnie pracujemy po 8 godzin dziennie bez weekendów, a że się nie wyrabiasz, to wcale nie oznacza, że pracy jest nadmiar, tylko że Ty jesteś nieefektywnym pracownikiem… powiem Ci, że przepracowałam tak 3 lata, rujnując swoje zdrowie, które już do dzisiaj takie pozostało, a z racji, że to była moja pierwsza poważna praca nie zdawałam sobie sprawy, że może być inaczej… dopiero po 3 latach kiedy już byłam na skraju (a może i poza skrajem) wyczerpania psychicznego i fizycznego rzuciłam tym w cholerę… poszłam do innej korpo… dostałam połowę mniej pieniędzy niż w poprzedniej, ale powiem Ci, że nadal twierdzę że to była jedna z najlepszych decyzji w moim życiu… praca od 8 do 16, weekendy wolne, bez jakichś większych stresów…
    nie mówię, że masz brać tą pracę za dużo mniejszą kasę, ale zachęcam Cię do intensywnego poszukiwania… naprawdę istnieją bardziej normalne korporacje… a tak szczerze, to zdrowia i spędzonych w pracy nadgodzin i weekendów nikt Ci nie zwróci…
    Naprawdę M nie warto! Wysyłaj CVki gdzie popadnie… a nóż ktoś się odezwie…powodzenia!

  3. londynianka pisze:

    Popieram Cicicadę. M walcz, wysyłaj CV… wyrwij się z tej matni, bo do cholery szkoda życia.

    Mówię to ja, która dzisiaj podjęła próbę rzucenia pracy. Łatwo nie jest, ale wolność która czeka „po drugiej stronie” jest taka pociągająca….

  4. eulalia87 pisze:

    Mogą Ci oddac jedynie przysługę tym, że Cię zwolnią… jeśli sama nie szanujesz się wystarczająco mocno, żeby sprowokować się do poszukania czegoś innego, to jak ktokolwiek może Cię szanować choć troche??

  5. innam pisze:

    Nie wiem czy wystarczająco uważnie czytałas, ale wyraźnie napisałam, że szukam innej pracy :)

  6. linka85 pisze:

    Oby był w końcu jakiś lepszy odzew na Twoje CV, bo nie wyobrażam sobie, żebyś w obecnej pracy miała pozostać znacznie dłużej. Zrujnujesz sobie zdrowie, nabawisz się nerwicy i depresji i co potem? Może się okazać, że nie tak łatwo będzie Twojemu organizmowi i psychice wrócić do względnej równowagi. Nie wyobrażam sobie pracy w takim piekle. Naprawdę podziwiam, że tyle tam wytrzymujesz, ale jednocześnie uważam, że to błąd. Musisz się stamtąd wyrwać, zanim będzie za późno. Nikt nie powinien pracować w takich warunkach, to straszne, co się u nas w kraju dzieje.

  7. kardiowersja pisze:

    ja nie chcę się wymądrzać ale dopóki tkwisz w czymś takim to zapomnij o dodatkowych obciążeniach typu kredyt, bo sobie stryczek na szyję założysz
    buźka

  8. oo…..Iwcia dobrze gada. nie myśl o tym, kochana. a tak w ogole, to pomyślalam sobie wiesz co? że Ty jesteś naprawdę solidnym pracownikiem. no bo Ciebie nie znają. stąd. jak my. i nie wiedzą jakie masz podejście i samodyscyplinę i w ogóle i w szczególe.

  9. eulalia87 pisze:

    przeczytałam jeszcze dwa razy i chyba znowu nieuważnie.. nadal nie widze kawałka o szukaniu pracy, natomiast rzuciło mi sie w oczy ” inna praca przyjdzie prędzej czy później, ale wiecie jak to jest, jak się tkwi po samą szyję w gównie…” – nie, nie przyjedzie, trzeba wyjść i ja zdobyć ;)

  10. innam pisze:

    „A jak na złość, na moje złożone CV nikt nie odpowiada. No, raz. Ale oferta była żałosna, stawka niższa o 1/3, godziny i dni pracy takie same, no może święta bym dostała wolne, ale i uczyć się wszystkiego od nowa za takie pieniądze… Nie opłacałoby mi się. No chyba, że by mnie wywalili. To bym poszła z braku laku.” :)

  11. eulalia87 pisze:

    no dobra, na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że od tygodnia jestem chora ;)

  12. gdyrozumspi pisze:

    Aż by się chciało napisać ” ja pierdole”. Do cholery karta tudzież los musi się odwrócić, bo tak się nie da żyć. A z tego co piszesz, jak to można nazwać życiem,gdy to ból i męka. Praca nowa musi się znaleźć koniecznie. Wysyłaj, wysyłaj. Musi!!!!! Trzymam za to kciuki mocno.

  13. postal pisze:

    Taki jest swiat M.
    Ucieklem na zachod.
    Jest lepiej, ale rewelacji nie ma. A zyje w naprawde bogatym kraju.

    Będzie tylko gorzej.
    Dlatego nie chce mieć potomstwa. My już mamy wystarczająco przejebane, strach myslec jak będzie za paręnaście lat.

  14. pestapesta pisze:

    kurka wodna. współczuję. i nie wiem co doradzić poza tym, że ktoś kiedyś się odezwie. jak ja szukałam pracy, to przed wszystkim na pracuj.pl. chodziłam głównie na pożalsięboże spotkanie za jeszcze bardziej pożalsięboże kasę. w końcu znalazłam. Ty tez znajdziesz.
    w jakim mieście jesteś? świat jest mały, może mój Te (z lubelskiego jest) zna tam kogoś?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s