czekoladowego jajka

Kochany blogusiu. Dzisiaj dowiedziałam się, jak może smakować bezsenność. Po wczorajszym wieczorze spędzonym na sprzątaniu, położyłam się spać koło pierwszej, a wybudziłam się przed piątą. Chwilę powalczyłam o dalszy sen, ale czułam się tak źle, że w końcu stwierdziłam, że nie ma sensu. Nie wiem, co się stało, ale całą noc męczyło mnie uczucie lęku i niepokoju, które skutecznie odebrało mi chęć na spanie. Zresztą, i tak Niedźwiadek miał wrócić z pracy za dwie godziny, więc za ten czas trochę się oporządziłam i zrobiłam nam śniadanie. Niedźwiadek wrócił, zjedliśmy razem skromny, bardzo studencki posiłek i streściliśmy sobie nasz poprzedni dzień. Potem okazało się, że musimy wspólnie wybrać się na spacer, na szczęście pogoda była przepiękna, a skórzana kurtka okazała się być za ciepłym okryciem na tę okazję. Przy okazji zrobiliśmy przedświąteczne zakupy, które ze świętami nie miały wspólnego ani jednego elementu, no ale przecież coś jeść trzeba, nawet jak się nie wierzy w historię o zmartwychwstaniu. No, może jeden element. Spodziewamy się dzisiaj gości, to ciasto kupiłam, a jednym z nich był sernik. To tyle z tradycji ;) A wracając z zakupów bardzo się cieszyłam, mijając odświętnie ubranych ludzi, że ja już tych koszyczków nosić nie muszę i nie będę.

Jeśli chodzi o nasze plany świąteczne, to dzisiaj odwiedzi nas mój brat z żoną – co będzie wyglądać na 100% dokładnie tak jak zawsze, czyli pogadamy, oni trochę pokomentują nasze życie podkreślając nasze niewłaściwe wybory i przedstawiając nam jakże proste, oczywiste i dobre rozwiązania wszystkich problemów, serię ulepszeń do naszego życia. Bratowa trochę się pokrzywi na mieszkanie, jedzenie, zastawę, SIERŚĆ MOICH KOTÓW, której ONA BY NIE ZNIOSŁA, ja się trochę powkurwiam wewnętrznie i wieczór będzie skończony. A jutro z rana wsiadamy w pociąg, żeby odwiedzić rodziców, trochę ich objeść ze świątecznych dóbr i wrócić w domowe pielesze i nie robić nic. Poniedziałek spędzę samotnie, bo Niedźwiadek idzie do pracy na 24 h, tak więc pewnie będę jeść i oglądać filmy, jak to zwykle bywa przy takich okazjach ;)

Zeszłotygodniowe prace zaowocowały tym, że w miarę oczyściliśmy łazienkę i kuchnię, a także zdemontowaliśmy zabudowaną starą szafę. W każdym razie bardzo podobało mi się, że wszystkie śmieci, jakie wynosiliśmy, od razu znikały. Ludziom w okolicy przydaje się najwyraźniej wszystko, bo naprawdę wynieśliśmy rozwalone meble, stosy badziewia na pobliski śmietnik, nawet starą metalową wannę, a po pięciu minutach już tego nie było. Cieszyło mnie to, bo przynajmniej mam poczucie, że ktoś będzie miał z tego jakiś pożytek. Choćby parę groszy ze sprzedaży na złom. Nawet zaczepiłam jednego poszukiwacza skarbów przy śmietniku, czy nie chce sobie sprzedać starej kuchenki gazowej i lodówki, oczywiście był żywo zainteresowany, ale nie miał sprzętu i pomocy i chciał przyjść w poniedziałek. Nawet się trochę poumawialiśmy, ale niestety nie zadzwonił. No nic, jeszcze coś wymyślę ;) Pracowaliśmy bardzo ciężko, byłam brudna i wykończona. W międzyczasie wpadła Sis, której dałam prezent z okazji urodzin, chwilę pogadaliśmy, podpowiedziała nam ekipę remontową, a potem pojechaliśmy do rodziców, żeby zjeść i się umyć. Wziąć prysznic po takiej ciężkiej pracy, ubrać się w czyste ubrania, to jedna z największych istniejących rozkoszy tego świata. Można się poczuć jak nowonarodzony. Potem ruszyliśmy w odwiedziny do Dziadzia i Młodego, którzy leżeli w szpitalu na tym samym korytarzu, ale obaj nie wyglądali najlepiej. Młody dostał sterydy, a Dziadzio leki. Młody wprawdzie humor miał dobry, ale po Dziadku widać było, że jest bardzo chory. Dzisiaj już obaj są w domu, jeśli chodzi o Dziadzia to zawsze był twardzielem, kolejny wylew po prostu znowu go osłabi i trochę cofnie w umiejętnościach. Ale Młody bardzo źle się czuje. Po sterydach ma ciągle bardzo wysokie tętno, nie wiadomo czy nie będzie trzeba wezwać karetki i wrócić do szpitala. Echh…

Po powrocie do domu czułam każdy mięsień mojego ciała, a najbardziej ten w zgięciu lewego łokcia, który prawdopodobnie sobie naderwałam, bo całe to miejsce było czerwone i   gorące i bolało okrutnie. Kilkakrotnie posmarowałam to maścią przeciwbólową i przeciwzapalną i poszłam spać z ręką zgiętą w pozycji jak na temblaku. Dodam, że oboje padliśmy spać o godzinie 21.00 (pół godziny po wejściu do domu) i wstaliśmy 11,5 godziny później. Cały następny dzień byłam jeszcze wykończona, ale na szczęście miałam ten luksus, że to była niedziela i mogłam się lenić do woli.

Teraz jesteśmy na etapie planowania kolejnych prac, udało się też zaklepać podobno bardzo dobrą ekipę remontową, a Niedźwiadek bardzo wczuwa się w projektowanie mieszkania i planowanie zakupów. Trochę ma mi za złe, że ja się w to aż tak bardzo nie wczuwam, no ale to trochę nie moja dziedzina. Mi to tak właściwie lekko wszystko jedno. No, może nie do końca wszystko jedno, ale nigdy nie fantazjowałam zbytnio o wymarzonym domu. Wiadomo, że chciałabym, żeby miało pewne cechy czy funkcjonalności, ale cała reszta ma dla mnie dużo mniejsze znaczenie. No i też wciąż nie wiemy, czy tam w ogóle wrócimy, żeby żyć. W każdym razie już byliśmy w OBI szukać inspiracji, przyjemne to było. I przyjemnie mi patrzeć na zapał Niedźwiadka i to, jak mu oczy błyszczą, kiedy opowiada o naszym przyszłym salonie.

Ale oczywiście zły omen na przyszłe mieszkanie też się pojawił. Otóż w naszym mieszkaniu leżała zdechła kawka. Zasuszona. Drugą wypuścił mój Tata, jak tam kiedyś zajrzał przed remontem, ledwo żywą. Brakuje nam kratki wentylacyjnej, a widocznie na dachu też, bo dwa ptaki wpadły do mieszkania, a tylko jeden dożył oswobodzenia. Zastanawiam się, co to za znak. I trochę mi serce pęka na myśl o tych kawkach, no ale odpędzam od siebie tę myśl. Jako zły omen można też potraktować moją ulubienicę zza ściany, która tradycyjnie grzebała nam w śmieciach i przeprowadzała wywiad szczegółowy. Nie ma słów, które mogłyby opisać, jak bardzo jej nie lubię.

No a w pracy z jednej strony super, z drugiej lekka lipa. Super, bo jak na pracownika, który się właściwie dopiero wdraża, zbieram same pochwały od trenera, realizuję część celów w tym momencie na 3 x wyższym poziomie niż reszta drużyny, wygrywam mikrokonkursy korporacyjne [dwa tygodnie z rzędu po dwa bilety do kina, których jeszcze wprawdzie nie widziałam na oczy, ale wierzę, że do mnie dotr ą;)] i generalnie nieźle sobie radzę. Z drugiej strony już spotkałam się z objawami nie wiem czy to zawiści, czy zazdrości, w każdym razie poinformowano mnie, że powinnam przestać tak się starać, bo resztę kierownica bardziej ciśnie. Dość mnie to zdenerwowało, bo o ile się nie mylę, każdy pracuje na siebie, a dlaczego mam rezygnować z robienia czegoś, co najwyraźniej dobrze mi wychodzi i przynosi wymierne korzyści. Tego oczywiście dziewczynie nie powiedziałam, pokiwałam tylko głową ze zrozumieniem, lekko się onieśmieliłam w tym, co robiłam do tej pory, ale następnego dnia stwierdziłam, że na pohybel, i że będę robić co robiłam, bo robię to dobrze. Nikomu źle nie życzę, ale ja bym nigdy nie wymagała od nikogo, żeby gorzej pracował po to, żebym ja na jego tle wyglądała lepiej.

No i niestety też odkrywam powoli uroki posiadania takiej właśnie kierownicy, która niezbyt dba o swoją drużynę i pozwala nas traktować jak popychadła na tle całej korporacji. Jest to bardzo trudne, szczególnie, że wspominałam, że byliśmy szkoleni do nowych obowiązków, które pewnego dnia, bez żadnej zapowiedzi po prostu kazano nam wykonywać, a my zdecydowanie nie byliśmy na to gotowi. W związku z tym powstał ogrom stresu, ostatni tydzień w pracy był wykańczający, a na kierownicy wszyscy bardzo się zawiedli. Jak na razie jest ona największym minusem tej pracy, głównym powodem stresu i niezadowolenia. Gdyby kierował nami ktoś inny, myślę, że byłabym całkowicie zadowolona. No ale póki co… Póki co muszę to znosić i liczyć, że po przekształceniach w firmie będzie lepiej.

Wczoraj w pracy poczułam się dyskryminowana, ale z jakiego powodu! Przy jakiejś tam luźnej rozmowie opowiedziałam o sobie i Niedźwiadku, dziewczyny mnie trochę powypytywały, no wiecie, jak to bywa. W każdym razie z rozmowy wynikło, że nie jesteśmy zbyt tradycjonalną parą, że niespecjalnie zależy nam na ślubie jako takim itd. Wczoraj też (po naszych prośbach o wcześniejsze wypuszczenie z pracy) na pytanie, kiedy jadę do domu, odpowiedziałam, że nie wiem, że może w niedzielę, dowiedziałam się, że w takim razie mogę zostać dzisiaj w pracy dłużej [?!]. Żartobliwie odpowiedziałam, że muszę okna pomyć, na co usłyszałam, że jutro sobie pomyję. Poczułam się dyskryminowana ze względu na to, że nie spędzam świąt z rodziną, wiecie? Bo nagle okazało się, że wszyscy, którzy jadą prosto z pracy do rodziców, mają większe prawo do wcześniejszego zwolnienia z pracy, niż ja. Mój wolny czas jest mniej warty niż osób, które jadą do domu. Było to bardzo, bardzo krzywdzące i zapamiętam to sobie na zawsze. Tak samo jak to, żeby nigdy, ale to nigdy nie mówić o swoim życiu osobistym. Z tym, że w tej pracy jest to bardzo trudne, bo kierownica o nie czasami wypytuje. Co też mnie zresztą irytuje. W poprzedniej pracy był ten plus, że właściwie byliśmy sobie wszyscy obcy, jeśli tylko tego chcieliśmy. Mogliśmy nic o sobie nie wiedzieć i to było cudowne. Tutaj nie ma tak dobrze… Ale ostatecznie kierownica pojechała sobie do domu po dwóch godzinach pracy, a my po sześciu dostaliśmy informację z samej góry, że możemy iść WSZYSCY. To była wiadomość dnia.

Kończę swoje wywody, pokaźna notka mi wyszła, jak za starych, dobrych czasów. Życzę wszystkim odpoczynku w te wolne dni i spotkań z ludźmi, których chcecie spotkać :) I dużo dobrego jedzenia, czego i sobie życzę :D Uściski!

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

5 odpowiedzi na „czekoladowego jajka

  1. postal pisze:

    M po co topisz pieniadze w mieszkanie, do ktorego nie wrocisz? Kredyt bedzie Ci przez lata kula u nogi, jestes szalona?
    Biletow nie dostaniesz, nie wierz w klamstwa, ktore Ci wmawiaja.
    Jestes dla nich nikim,smieciem, robalem, tania roboczogodzina.
    Chwala, bo przeszli z kija na marchewke, ale jeszcze nie wiedza jak to ugryzc.
    Wypytuja o zycie osobiste, zeby wykorzystac w przyszlosci przeciwko Tobie.
    Ale dajesz sie robic, jak pelikan co wszystko lyka.

    Pisze ten syf nie zeby Cie zdolowac, zasmucic, pognebic.
    Chce, zebys otworzyla oczy.
    Bo Cie lubie.

  2. innam pisze:

    Obawiam się, że nie jesteś w stanie mnie pognębić akurat tym, co napisałeś, bo dobrze wiem, co robię i po co to robię ;)

  3. Iwona pisze:

    Wszystkiego dobrego :)

  4. linka85 pisze:

    Całe szczęście, że nie zaznajesz tej bezsenności częściej. Mnie niestety dopada raz na jakiś czas. Najgorzej jest wtedy, kiedy trzeba wstać o 4 rano, a nawet nie zdąży się zasnąć do tej pory… Odwieczny problem w każdej pracy – pogodzić chęć wcześniejszego z niej wyjścia wszystkich pracowników. Niestety tak to jest, że jedni są bardziej uprzywilejowani, a drudzy mniej. Z różnych powodów, ale jednak.
    No nic, życzę Ci, żeby to poniedziałkowe leniuchowanie okazało się przyjemne i pozwoliło Ci naładować akumulatory na ten, krótszy o jeden dzień, cały tydzień :).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s