problemy białego człowieka

W mojej głowie właśnie galopują ostro myśli, których nie chcę słyszeć, więc napiszę Wam notkę, żeby te skurczysyny wyciszyć. Może zamilkną i dadzą mi zasnąć, jak tu się trochę wyspowiadam. W każdym razie czuję się źle.

Pierwszy pełny miesiąc mojej nowej pracy zakończyłam pełnym sukcesem. Wyrobiłam sobie okrągłą, bardzo satysfakcjonującą premię i po całym miesiącu oczekiwania doczekałam się biletów do kina. Moje wyniki są najlepsze w całej grupie i zaczynam obawiać się, że powoli zmieniam się w „panią idealną”, która wszystko musi robić perfekcyjnie i wszyscy jej za to w grupie nie lubią. Oczywiście to mogą być tylko podejrzenia, bo dowody zawiści mam tylko od jednej koleżanki, która ma wręcz obsesję na punkcie moich wyników i ciągle dopytuje o moje postępy. Za to moja Kierownica mnie ostatnio dość podbudowała. Okazało się bowiem, że chwali się mną pośród kierownictwa i jestem znana, jako osoba najbardziej zaangażowana w pracę, traktowana jako specjalistka w dziedzinie i moje zdanie okazuje się być bardzo ważne w pracy. Pyta mnie o zdanie na temat realizowanych zadań, o wnioski z kampanii, o to, co chciałabym zmienić. Dopytuje, czy jestem zadowolona z pracy, bo nie chciałaby mnie za szybko stracić, ale że jeśli ambicje popchną mnie wyżej to nie będzie mnie zatrzymywać [cokolwiek to kurna znaczy]. Że w tym miesiącu również na mnie liczy, że jestem rzadkim talentem i takie takie… No wiecie, generalnie czuję się doceniona. A to już tylko wiatr w me żagle. Spinam się ostro, bo miesiąc jest trudniejszy niż poprzedni i z trudem przychodzi mi wspinanie się po szczeblach norm, ale radzę sobie i tak lepiej niż cała reszta. Mam ambicje wypracować sobie zbliżoną premię do poprzedniej i wierzę, że mi się uda. Nawet przechodzi mi przez myśl zrezygnowanie z jednego dnia urlopu, który sobie ustaliłam, żeby nadrobić, no ale to tylko w ostateczności. Także tego… Brzmię z lekka pracoholicznie, ale to chyba nie tak. Cenię sobie wolne dni, nienawidzę nadgodzin, po prostu wychodzę z założenia, że skoro i tak muszę pracować, to mogę to robić jak najlepiej i dostawać za to ekstra kasę. Bo pracuje się dla kasy, nie? ;) Tylko obawiam się, że nie mam duszy korporacyjnego alpinisty, który chętnie udaje się na spotkanie z szefem wszystkich szefów, żeby błysnąć i dać się poznać. Ja takich spotkań unikam, bo ich nienawidzę i nie przemawia do mnie argument, że mogę dzięki temu utorować sobie jakąś tam drogę gdzieś tam. Można mnie swobodnie nazywać kretynką, ale wolę jednak budować karierę na pracy, a nie wieczorkach zapoznawczych z osobami na szczytach organizacji. Że już nie wspomnę, że wolny czas jest dla mnie świętością i żaden pan prezes nie będzie mi go odbierał, bo piarowiec doradził mu zbratać się z ludem.

A w życiu prywatnym spoko, tylko o przemijaniu mi się myśli, bo jakoś tak nie wiem, owal twarzy mi się załamuje :D Przeglądałam ostatnio stare foty i kurna przeminęła z wiatrem dawna jędrność, te cienie pod oczami osadzone w dołach jak leje po bombie, ta skóra jakaś taka insza już, jakby zmęczona, te usta, których kąciki zmaltretowane prawem ciążenia tudzież smutkiem jakimś, płynącym z szarości życia dorosłego… No sama nie wiem. Zmieniłam się z pyska. Jakiś fryzjer by się zdał na poprawę humoru. I nowa torebka. Torebkę to już nawet wybrałam, ale – jako Sknerus McKwacz – sobie żałuję i pewnie będę się nosić z zamiarem kilka miesięcy, dopóki aktualna się nie rozsypie. Prawie też kupiłam ostatnio lokówkę na przecenie. Było blisko. Powstrzymało mnie oczywiście wrodzone sknerstwo, ale też wyobrażałam sobie siebie w lokach i pomyślałam, że loki mogą jeszcze zaokrąglić moją już okrągłą jak księżyc w pełni twarz, więc na co mi to? Chociaż nie ukrywam, że kusi mnie posiadanie JAKIEJŚ FRYZURY. Bo od pół roku chodzę po prostu z włosami. Związanymi, spiętymi, rozpuszczonymi, ale totalnie bez kształtu. Chciałabym wyglądać, jakby mi się CHCIAŁO :D

To jeszcze Wam się pochwalę, że moja idea minimalizmu jest sukcesywnie wprowadzana w życie. Ograniczyłam ilość posiadanych kosmetyków kolorowych do niezbędnego minimum, zmniejszyłam zasób odzieży o jakieś solidne 30% [w głównej mierze były to czarne rzeczy, oblepione permanentnie sierścią moich kotów, których to nie miałam siły już czyścić rolkami, a także rzeczy posiadane od pierwszego roku studiów, które były tak sfatygowane, że wstyd było nosić… co nie zmienia faktu, że moja fioletowa studencka tunika trafiła do wora dopiero dzisiaj po ostatnim pożegnalnym noszeniu – to rozstanie nie jest proste].Także już PRAWIE mieszczę się ze wszystkim w jednej niewielkiej szafie :D Jeszcze powinnam zrobić porządek z bielizną, ale jedyne co mnie powstrzymuje to to, że NIENAWIDZĘ KUPOWAĆ BIELIZNY, a jeśli wywalę tę sfatygowaną, to nie zostanie mi za wiele i będzie trzeba coś dokupić. Samo myślenie o tym boli. Także takie to problemy białego człowieka.

Trochę mi lepiej od tego słowotoku. Wprawdzie spać się jeszcze nie chce, ale coś sobie puszczę na spanie i spróbuję nie pałować się za dużo natrętnymi myślami. Dzięki, że zawsze tu jesteście, żeby mnie wysłuchać :) Dobranoc!

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

7 odpowiedzi na „problemy białego człowieka

  1. Anonim pisze:

    Owal to Ci dopiero opadnie… poczekaj jeszcze jakieś 20 lat;) A co do kupowania bielizny to jest to największy koszmar. Ja w ogóle nie lubię robić ubraniowych zakupów ale kupowanie bielizny to już armagedon. Zazwyczaj kończy się kupieniem wazonu albo świeczek. W chwili obecnej posiadam dwa staniki, kilka par majtek ze sklepu z chińszczyzną i dwóch par koronkowych, które mają chyba z 10 lat. Dopóki nie zacznę się umawiać na randki sytuacja nie zmieni się w ciągu najbliższego roku. To taki wywód, mam nadzieję, na poprawę humoru. martynia

  2. jestesczesciamnie pisze:

    Ja też powoli dążę do minimalizmu, na razie wywalam wszystko z szafek i bezlitośnie, bez skrupułów się pozbywam :)
    Pierwsze oznaki pracoholizmu u Ciebie hehe :) Ja kiedyś myślałam, że jestem pracoholiczką, ale macierzyński uświadomił mi, że wcale nie :D

  3. linka85 pisze:

    Oj, żebym ja potrafiła zrobić taki porządek w swojej garderobie! Nie mieszczę się z ubraniami w żadnych szafach, choć chodzę zwykle w określonej ilości z nich, ale jakoś rozstać się na dobre z resztą nie mogę, bo może kiedyś… :P. Ach, starość nie radość ;). Myślę, że powoli każda z nas zaczyna dostrzegać jakieś niekorzystne zmiany. Takie życie – latka lecą i to już nie to, co kiedyś. Skoro tak dobrze się wywiązujesz ze swoich obowiązków i zapracowałaś sobie na premię, to zrób coś dla siebie – kup sobie tę torebkę, pójdź do fryzjera. To naprawdę poprawi Ci humor :). Nie samą pracą żyje człowiek!

  4. postal pisze:

    Dostalas bilety.
    Albo Toba bardzo skutecznie manipuluja pochlepiajac, albo to jak z serialu. Taka korporacja. Intrygi i wyscig szczurow. Koledzy z pracy na bank Cie nienawidza.

  5. gdyrozumspi pisze:

    Ohoh Madź pamiętaj złoty środek najlepszy. I nie rezygnowałabym chyba z dnia wolnego, każdego dopada zmęczenie materiału, więc siły rozłóż po równo :)))
    Ale ważne, że korpo zmienione na lepsze:)

    Hmmm ja również przymierzam się do wyrzucenia, ale tak jak Linka, jak nie zniszczone do końca to szkoda ;)

  6. Iwona pisze:

    Co do owalu twarzy to jakoś też to zauważyłam u siebie. Równolatkami jesteśmy, więc to chyba już ten czas nadszedł. Trzeba zainwestować w te przeciwzmarszczkowe kremiki ;D A co do kolegów w pracy, jeśli tylko Ciebie wychwalają a innych ganią to uważaj, zeby Ci świni ktoś nie podłożył. I jakieś zdjecie kotków poproszę :)

  7. Łucja C. pisze:

    Z relaksującej muzy polecam album Impressions zespołu Lunatic Soul [uuuwielbiaaam!], całkowicie instrumentalny, dostępny w całości na yt.

    Jedz dużo owoców, pij soki [najlepiej w miarę najbardziej naturalne], uprawiaj dużo seksu i śpij te minumim 6-7godzin a rozpromieniejesz na nowo i owal twarzy znów się uformuje ;D

    Jeśli chodzi o ciuchy to ja jestem z kolei na etapie chodzenia do upatrzonego lumpeksu i za każdym razem coś fajnego wyhaczę, więc na tych swoich kilku półkach w szafie się nie mieszczę i chyba też powinnam wywalić połowę zwłaszcza, że ta połowa to głównie pidżamki typu : za duża koszulka, zbyt wypłowiała koszulka, rozciągnięte gacie od dresu, chińska pidżamka od babci, koszula nocna, której nie lubię ale dostałam, koszulka, koszulka itd. a wszystko to okraszone pięknych acz niewyszukanym tytułem: DO CHODZENIA NIE, ALE DO SPANIA MOŻE BYĆ. ..

    Zdaje się, że mnie zainspirowałaś do porządków :p

    A sukcesów w pracy gratuluję :) jeno się nie zajedź całkiem bo to niedobrze by było…

    Pozdrawiam!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s