po pierwszym tygodniu w nowym mieszkaniu

Dziś pierwszy raz od przeprowadzki się wyspałam i czuję się chociaż trochę wypoczęta. Nie wiem, czy chodzi o sam proces przyzwyczajania się do nowego miejsca, czy może o fakt, że w nowym mieszkaniu tak naprawdę nie mam miejsca, w którym mogłabym się zaszyć i robić to, co tygryski lubią najbardziej [oglądać filmy i seriale, czytać blogusie, pisać blogusia, czytać książki…]. Mam jedno bardzo niewygodne łóżko, pufę, na której już raz siadłam, oparłam się o ścianę posmarowanymi balsamem łokciami i zostawiłam dwie tłuste obrzydliwe plamy na pięknej ścianie salonu, przez co Niedźwiadek przeżył załamanie nerwowe [można się domyślić, że wypróbował wszystkie sposoby znalezione w sieci na usunięcie takich plam], ale próbuję ukoić jego ból i przekonuję, że w tym miejscu i tak kiedyś stanie kanapa. Pozostaje mi biurko i krzesło przy biurku, ale żaden to odpoczynek. Czekam na wypłatę, może uda się po wypłacie coś kupić sensownego. A może i nie, bo lista potrzeb jest dłuższa od Wielkiego Muru Chińskiego.

Pierwszy tydzień dojazdów do pracy był o tyle wykańczający, że pociąg nie jest zbyt punktualnym środkiem komunikacji. Oczywiście nie mówię o jakichś kosmicznych spóźnieniach, raczej dojazd do celu miał obsuwy do maksymalnie 10 minut, ale kiedy ktoś ma swój plan dojazdu z dworca do pracy ustalony co do minuty, to nabiera to kosmicznego znaczenia. Np. w piątek pociąg spóźnił się kilka minut i przez to wpadłam w taką panikę, że wsiadłam do takiego autobusu [za radą aplikacji na smartfona], który wywiózł mnie w nieznane okolice miasta, gdzie wysiadłam na jakimś ogromnym rondzie i miałam dwie minuty, żeby odnaleźć właściwy z czterech przystanków rozsianych dookoła tego ronda-giganta. Oczywiście nie zdążyłam. Po czym wsiadłam w autobus, którego przystankiem prawie że ostatnim była moja praca. Załamka, bo za 10 minut miałam już być w pracy, zwarta i gotowa. Ostatecznie przesiadłam się w centrum w coś jeszcze innego i do pracy spóźniłam się tylko 10 minut. Musiałam te 10 minut odrobić, co zmusiło mnie do zaryzykowania jeszcze jednego niepewnego połączenia i wysiadania w miejscu, którego nie znam, ale na szczęście ludzie mnie pokierowali i do domu też wrócić zdążyłam.

W pracy miałam znowu satysfakcję, bo moje przewidywania się sprawdziły. Nie pamiętam, czy Wam opowiadałam, że we wrześniu zbuntowałam się, że nie będę wykonywać swojego dodatkowego obowiązku, bo wszystko wskazuje na to, że nikt mi za to nie zapłaci. Kierownica oczywiście namawiała, twierdziła, że dyrektor obiecał zweryfikować cele na koniec miesiąca, jeśli okaże się, że faktycznie są wygórowane. Ale ja swoje wiem, żadna firma nie będzie szła na rękę pracownikom tylko po to, żeby im więcej zapłacić. Zgodnie ze swoim postanowieniem robiłam tylko to, za co płacą mi w pensji podstawowej. Co się okazało? Miałam racje. Żadnej redukcji celów nie będzie, a co za tym idzie nikt w całej ekipie nie dostanie ani grosza premii :) Jak cudnie. Wszystko jednak wskazuje na to, że już w tym miesiącu będzie normalniej, więc i ja mogę pracować normalnie.

Wczoraj pojechałam z mamą na sobotnie zakupy. To jest właśnie ta zaleta życia w jednym mieście z rodziną, zawsze można liczyć na ich pomoc w takich drobiazgach. Po przeprowadzce trzeba było kupić wiele różnych rzeczy, jakbym tak miała za nimi chodzić piechotą, to bym prędzej padła. A tak mama ze mną jeździła autem, pomagała w wyborach. I bardzo cieszyła się z zaręczyn, czego się nie spodziewałam. I była zadowolona z postawy Niedźwiadka wobec mnie. Hehe. Wygląda na to, że czekała na tę chwilę co najmniej od trzech lat :P

Dzisiaj za to Niedźwiadek w pracy, a ja sama w domu. Po tym jak oporządziłam mieszkanie stwierdziłam, że nie ma co siedzieć, pójdę do rodziców. I poszłam. I zjadłam obiad, i pogadałam. A Dziadzio stwierdził, że gruba jestem :( Skłamać nie skłamał, w ostatnim czasie mocno się spasłam przez moje stresowe obżarstwo i zerowy niemalże wysiłek fizyczny. Boję się wleźć na wagę i skonfrontować z rzeczywistością, a surową dietę od jakiegoś czasu zaczynam od jutra. Ciężko mi z tym i depresyjnie odrobinę. A zebrać się w sobie jeszcze nie umiem.

Naprawiłam też cieknący odpływ zmywarki, który wczoraj zrobił nam z jednej szuflady nasiąkłe wodą bajoro. Na szczęście szybko zdiagnozowałam usterkę – szpece na chama nakręcili nakrętkę i pokrzywili uszczelkę, przez co nie była szczęlna. Ale fachman InnaM poszła do sklepu, kupiła uszczelki, nasmarowała płynem do naczyń, zakręciła, a potem puściła mycie i nie poszła ani kropelka. Dobra jestem, wiem. Zauważyłam też, że mieszkanie jest wyjątkowo suche, pranie też schnie tu błyskawicznie, w weekend puściłam cztery serie i wszystkie już praktycznie suche. Niesamowite.

Dostałam od rodziców pół butelki francuskiego wina. Pomyślałam sobie, że wypiję kieliszek na dobry sen. Zapomniałam jednak, że moja twarz jest ciągle pod wpływem maści na AZS, ale bardzo szybko sobie przypomniałam, kiedy zaczęła mi pulsować i wylazł mi konkretny rumień. Słabo to wygląda, ale przypuszczam, że do rana zniknie, tak samo jak do rana znika po wysiłku.

No a jutro znowu do pracy. Przydałoby się, żeby weekend miał jednak ten jeden dzień więcej, nie zdążyłam porządnie wypocząć, nie zdążyłam nawet kupić wszystkiego, co jest mi potrzebne. Nie mam rolet ani firanek w oknach, więc jestem wystawiona na widok publiczny o każdej porze dnia i nocy, na dodatek od 8.00 wali mi prosto w okno takie słońce, że nie da się wytrzymać w jedynym pomieszczeniu, w którym spędzam czas. Więc zamiast odpoczywać, zabieram się za sprzątanie albo uciekam z domu. Nie mam kanapy, więc po powrocie do domu nie mam nawet na czym usiąść, żeby rozprostować stare kości. Nie mam szafy, więc moje ciuchy walają się po podłodze małego pokoju. No apokalipsa!

Ale przynajmniej Młody wyszedł ze szpitala, poprawy wprawdzie prawie nie ma, ale w końcu stwierdzili, że to jednak rzut SM i skierowali go znowu na rezonans. Podobno za miesiąc ma dostać interferon. Ciekawe, czy w końcu dostanie…

Właśnie zagwizdał sygnał pociągu, który przypomniał mi, że jutro z rana znowu ruszam w podróż i rozpoczynam męczący tydzień. Sama się zastanawiam, jak długo tak pociągnę, dopóki nie padnę… Ściskam wszystkich ciepło!

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

6 odpowiedzi na „po pierwszym tygodniu w nowym mieszkaniu

  1. cicicada pisze:

    nie ważne że nie ma firanek i kanapy…to z czasem się pojawi… najważniejsze, że macie swoje własne cztery kąty :) życzę powodzenia w szukaniu pracy bliżej. Mam nadzieję, że znajdziesz coś za godne pieniądze w bliskiej odległości zanim śniegi zasypią Polskę ;)

  2. gdyrozumspi pisze:

    Podpisuję się pod słowami Cici.

    Ps. rozumiem ból Niedźwiadka, też bym rozpaczała z powodu tych plam.

  3. linka85 pisze:

    Ja za takie plamy mało nie zabiłam męża ;), więc i tak miałaś szczęście, że Niedźwiadek zniósł to względnie spokojnie :D. Powiem Ci, że ta lista baaardzo długo będzie dłuższa od Muru Chińskiego :). My wciąż stawiamy sobie nowe cele, choć w mieszkanku jesteśmy już od trzech lat. I dobija nas to, że ta lista życzeń wcale się nie kurczy, ba, z czasem wręcz rozrasta. Ale my chyba jesteśmy typowym pokoleniem, które chciałoby wszystko mieć od razu :P.
    Oby zima nie była zbyt sroga, bo dojazdy zaczną niesamowicie doskwierać. Ale trzeba być dobrej myśli :).

  4. Paulina pisze:

    Skoro jest szansa na to, że zasłonicie plamy na ścianie to nie jest jeszcze tak źle! ja na nowiutkie mebelki przywiezione prosto ze sklepu wylałam super glue ;) a tu już nadziei nie było, że zasłonimy czymkolwiek :P
    Przed Wami najfajniejszy etap – urządzanie – nie ma się co spieszyć, na wszystko przyjdzie pora, a z doświadczenia wiem, że takie życie na kartonach najfajniej się wspomina!

    no i najważniejsze – gratuluję zaręczyn :)

  5. Zuza i Misiek pisze:

    Również gratuluję! :)
    Zaręczyny to dosyć stresujący moment, też to niedawno przerabiałem :)
    Jeśli chciałybyście zobaczyć jak to wygląda od męskiej strony – od samego pomysłu do pierścionka na palcu – zapraszam! :)
    http://simplywe.pl/zareczyny-okiem-faceta-w-poszukiwaniu-pierscienia-czesc-1/

  6. serdunio pisze:

    gratulacje jak najbardziej :D i ze wzgledu na zareczyny i mieszkanie i uszczelke :)
    co do wagi – tez nie byla moim kumplem ostatniemi czasy ale sie zmobilizowalam… po 3 tygodniach diety bo od razu sie balam :) i okazalo sie ze raczej mialam czego sie bac :/ pfff! no ale nic to, wszczelam wojne z kilogramami i mam nadzieje ja wygrac!! :D o!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s