w wigilijny poranek

Czuję się, jakbym nie pisała sto lat, a przecież odstęp międzynotkowy taki raczej standardowy jak dla mnie. Można się domyślić, że miałam ostry zapieprz, bo zwykle właśnie w takich czasach nie mam ochoty na pisanie, albowiem jestem wykończona. Zapieprz największy prawdopodobnie za mną, dlatego z 750 ml herbaty zasiadłam do komputera, by opowiedzieć, co u mnie.

Przed świętami przeżywałam gehennę w pracy, umierając na nadgodzinach, tracąc głos i denerwując się silnie. Z imprezy – jak wspominałam – wywinęłam się bez trudu, a na wigilię zajrzałam tylko, by przyjąć te takie puszczane w sale życzenia z rąk kierownictwa i czmychnęłam, jako że stałam przy drzwiach. Spędziłabym bardzo miłą godzinę w towarzystwie ulubionej koleżanki, ale niestety w ciemnej sali zauważyła nas szefowa, którą chyba naszło na zwierzenia, bo bitą godzinę opowiadała nam o swoich rodzinnych problemach. Ale godzina upłynęła, a mnie czekał tylko długi powrót do domu pociągiem zapchanym po brzegi, by rozpocząć „urlop”. Urlop w cudzysłowie dlatego, że z ręką na sercu Wam powiadam, że od piątkowego wieczoru dopiero dzisiaj o godzinie 8.30 rano miałam chwilę, żeby usiąść z herbatą w dłoni i zastanowić się nad swoim życiem ;)

Tak to jest, kiedy jednocześnie przygotowuje się do ślubu i mebluje swoje mieszkanie. W sobotę musiałam kupić bieliznę właściwą na ślub swój, bo mój wielki biust w każdym staniku inaczej się układa i Pani Krawcowa nie może mi porobić odpowiednich zaszewek. No więc kupiłam. Największa dostępna miseczka w pieprzonym salonie Triumpha. Ale powiem Wam, że mimo że jedyny dobry na mnie, to przynajmniej naprawdę ładny, biust mi niemalże pod szyję zagarnia, także nie dość, że odejmuje z dziesięć lat, to i figura zystkuje +20 do klepsydry. Potem jeszcze guziczki, zameczki i poduszeczki dla krawcowej. Potem przymierzanie obrączek. A po południu składanie mebli. Mój ojciec to święty człowiek, zaprawdę Wam powiadam. Nie dość, że pomagał wnieść te meble na nasze nieszczęsne czwarte piętro bez windy, to jeszcze poświęcił bite 3 dni na pomoc w ich złożeniu. Jestem pewna, że bez niego byśmy sobie nie poradzili. I nie to, żebym nie wierzyła w techniczne zdolności mojej Większej Połówki, ale ja nie mam cierpliwości ani do jego nerwów, ani do składania szaf przez dwa tygodnie, więc pewnie palnęłabym mu w łeb, a potem sobie ;) Tak więc w sobotę złożyliśmy większość wielkiej szafy do korytarza razem z ojcem i Niedźwiadkiem. W niedzielę Niedźwiadek był w pracy, więc na polu bitwy zostałam tylko z ojcem, gdzie skończyliśmy razem szafę i zaczęliśmy mebelki do dużego pokoju. A w poniedziałek znowu przymiarka u krawcowej [przymiarki to jedne z najbardziej męczących zajęć świata… w dodatku mam obrzydliwe uda i brzuch, ale ciiii….], a potem składanie reszty mebli już w trójkę. Udało się nam tego dnia skończyć składanie, ale proszę pamiętać o tym, że w międzyczasie jeszcze robiłam takie dość generalne porządki w domu, które zakończyłam dopiero wczoraj. Bo po przeprowadzce wiele rzeczy było nietkniętych, trzeba było poprzecierać płytki w łazience, zmyć pył poremontowy z framug, umyć drzwi… Że już nie wspomnę, że sporo czasu zajęło odgruzowanie pokoju-garderoby, który już został przemianowany na pomieszczenie gospodarcze, bo zamiast ciuchów [które już mają swoje eleganckie, wygodne i uporządkowane miejsce w nowej szafie] przebywają tam teraz jakieś kosze na bieliznę, odkurzacz, drabina, deska do prasowania i żelazko oraz parę innych większych gadżetów, których nie ma gdzie trzymać. Dodatkowo Niedźwiadek przy montowaniu mebli ukręcił kabelek internetowy i zostaliśmy odłączeni od świata na 24 h. Na szczęście serwis działa bardzo sprawnie i wszystko już śmiga, między innymi dlatego dzisiaj do Was piszę.

Dziś znowu zbudziłam się wcześnie, bo po szóstej rano już byłam na nogach. Zaczynam podejrzewać się o obsesję, bo myśli o tym, co jeszcze muszę dzisiaj zrobić, skutecznie przerywają mój sen. No więc pobudki zdążyłam już przygotować ciasto na chleb i wstawić do wyrośnięcia, zrobić drobne porządki i dwie tury prania. Kosmiczne zaniedbania zaszły w moim domu przez tę ciężką pracę ostatnio. Nie będę się wdawać w te najbardziej wstrętne szczegóły, ale np. pranie. No tyle prania to ja dawno nie miałam do zrobienia, zaprawdę Wam powiadam. I gdyby tylko schło szybciej, to może szybciej też odgruzowałabym łazienkę. A tak pozostaje tylko prać i czekać.

Zapukał też do mnie w ten wigilijny poranek listonosz z paczuszką, jak się okazało, od koleżanki ze studiów, która przysłała mi w prezencie książkę. Listonosz życzył mi wesołych świąt, co było miłe, bo ja byłam miła dość dziwnie, gdyż czułam dyskomfort ze względu na to, że ubierałam się w pośpiechu [zastał mnie w koszulinie nocnej typu Zosia z „Pana Tadeusza”, włożyłam ją w dżinsy a na wierzch próbowałam pierwszą lepszą bluzę, ale okazała się o wiele za mała, więc skończyłam w fikuśnym, satynowym szlafroczku… ale przynajmniej bluza trafiła do wora z rzeczami do oddania, bo kontynuuję swój plan pozbywania się rzeczy, których nie noszę – tej bluzy np. nigdy na sobie nie miałam].

Zrobiłam też porządki w dokumentach, a potem już idąc za ciosem… Pozbyłam się wszystkich listów, kartek, pocztówek z moich czerwonych pamiątkowych pudełek, z których się już przesypywało. Darłam swoje listy w drobny mak i czułam taką dziwną przyjemność. Ja chyba lubię palić mosty, wiecie? To jedna z moich ulubionych chwil, takie zamykanie rozdziałów. Gdy uświadamiam sobie, że ludzie, których mam w tych pudełkach istnieją w zupełnie innej czasoprzestrzeni, a nasze drogi nigdy się już nie zejdą. Nawet nie czytałam tych listów, chociaż w większości były to przemiłe, ciepłe słowa, często peany na moją cześć, często listy pochwalne i pełne miłości wynurzenia. Cóż z tego, skoro tak bardzo nieaktualne. Zarówno ta miłość, jak i ja, już zupełnie nie ta sama. I chociaż fizycznie niewiele się różnię od tego brzydkiego kaczątka sprzed 10 lat np., to zupełnie nie potrzebuję niczyjej afirmacji, nie potrzebuję komplementów i zapewnień o uczuciach, których kiedyś tak bardzo byłam spragniona. Dzisiaj wystarczy mi miłość Niedźwiadka, akceptacja najbliższych i bycie na tyle w porządku wobec świata, żeby nie musieć wstydzić się spojrzeć sobie w lustrze w oczy. Nie jestem idealna, ale trzymam się mocno najważniejszego przykazania mojego życia: don’t be a dick. Wolę wersję angielską, bo po polsku brzmi bardzo wulgarnie ;)

Wigilię Niedźwiadek spędzi sam w pracy, a ja za godzinę jadę do rodziców, żeby trochę pomóc w przygotowaniach. Chętnie wprawdzie posiedziałabym wreszcie sama w domu, ale z drugiej strony po tej ilości pomocy, jaką otrzymuję ostatnio od moich rodziców, nie miałabym sumienia im w jakikolwiek sposób odmówić. Zaczekam tylko, aż dopiecze się chleb i dopierze pranie, a potem uciekam. Może jeszcze tylko dodam, że z roku na rok coraz bardziej nie znoszę świąt. Wyjście do sklepu w tym przedświątecznym okresie to po prostu dla mnie trauma, duszę się w tych przepełnionych supermarketach, głowa mi pęka od drących się dzieci, niedobrze robi mi się od trzymanych w nieludzkich warunkach karpi i zbiera na pawia od kolęd. Do tego korki w mieście. Wielki pęd do kupowania, żeby więcej, żeby szybciej… Ja się pytam: po co? Może staję się coraz większym Grinchem dlatego, że po prostu nie mam czasu na świąteczny klimat, na przygotowania i rozmyślania. W tym roku chciałam ubrać choinkę, ale NIE BYŁO KIEDY :) Więc może za rok.

Spokojnych świąt wszystkim. Odpoczywajcie!

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

10 odpowiedzi na „w wigilijny poranek

  1. zagrabienie pisze:

    Hahahaha, no to wesołych. Zalatana. ;P
    http://naganegatywnie.wordpress.com/

  2. grafomanka pisze:

    Temat czwartego piętra bez windy plus GRUNTOWNE remonty znam doskonale – wyrazy współczucia!!!
    Pociesz się, że inni mają gorzej – pracują w tych przepełnionych marketach… ;)
    Zdrowych wesołych. Niech Wam się szczęści.

  3. serdunio pisze:

    Po Polsku wulgarnie bo Polski jezyk w tym temacie malo finezyjny… ;) to tak w temacie angielskiego motta ;)
    slonko, Radosci zycze!!!! niech te Swieta mina spokojnie i radosnie!! buziaki!

  4. myjegary pisze:

    To u Ciebie ślub!! gratuluję! i przy okazji świąt życzę pomyślności i radości!

  5. linka85 pisze:

    Sama lepiej w końcu odsapnij, dziewczyno :). Ze mnie to taki chomik, emocjonalnie związany z takimi pamiątkami duperelkami i nie jestem w stanie się ich pozbyć, więc zazdroszczę takiego nastawienia. My choinkę cudem ubraną mamy, bo nie wyobrażam sobie bez niej świąt, ale dopiero teraz mogę odsapnąć, kiedy ostatni goście wyjechali.

  6. jestesczesciamnie pisze:

    Wesołych, ale i ja w tym roku cieszę się, że już po. Z roku na rok, moja rodzina denerwuje mnie coraz bardziej :D

  7. cicicada pisze:

    nie zdążyłam z życzeniami na Święta, to w takim razie życzę wszystkiego co najlepsze w Nowym Roku. Przede wszystkim życzę żebyś miała więcej czasu dla siebie i dla Niedźwiadka!

  8. Helen pisze:

    Przypomniał mi się własny ślub, kiedy założyłam piękny nowy biustonosz, tyle że kiecka szyta i przymierzana na starym, kompletnie na nowym nie leżała. Po nieudolnych próbach upchnięcia biustu na swoje miejsce, poddałam się i poszłam do ślubu w starym sprzęcie. Gratuluję i współczuję jednocześnie. Pocieszające jest to, że przeprowadzki i skręcanie mebli dzieją się w naszym życiu dość rzadko:)) Najlepszego!

  9. Fajnie, że meblowanie i przygotowania do ślubu idą pełna parą. Również życzę szczęścia w Nowym Roku dla Twojej małej, ale już prawie rodziny :)

  10. Ania pisze:

    To ja już prawie noworocznie się łapię. ;) Wszystkiego dobrego!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s