blender, mate, move & shock

W aluminiowej kawiarce właśnie zabulgotała kawa, co jest dla mnie prostym sygnałem, że czas przysiąść do pisania, a potem czytania. Swoją drogą nie ma lepszej kawy niż właśnie ta z tej najprostszej kawiarki. Nawet kawa gorszego gatunku świetnie w niej smakuje. Jak zepsuje mi się kiedyś ekspres, a moja aktualna kawiarka doszczętnie zniszczy, to kupię sobie taką, ale już ze stali szlachetnej, porządną. Taki mam plan.

Oczywiście, że zaraziłam męża i oczywiście, że dogorywał z katarkiem, jak na mężczyznę przystało. Oczywiście również, że choroba się nie skończyła w tydzień, byłam w pracy w poniedziałek i wtorek, ale głos ciągle traciłam, więc w środę znów uderzyłam do lekarza, jako że bez głosu nie jestem w stanie pracować. Jestem ciągle bardzo osłabiona, na twarzy wykwitła opryszczka, nie mam sił, a i głos nie chce się wcale tak szybko zregenerować, ale choćby się waliło i paliło, do pracy w poniedziałek iść muszę i już, bo szefowa się niecierpliwi. W poniedziałek też wcześniej wyjdę z pracy, gdyż umówiłam się na rozmowę o pracę w swoim mieście i nawet ciekawa jestem, co mają do zaoferowania. Ale nie napalam się, bo znając rzeczywistość jedyne, co mnie czeka, to żal, że poświęciłam dwie godziny pracy, które będę musiała do końca miesiąca odrobić.

Dokonaliśmy kilku dobrych zakupów w tym miesiącu. Jako że usilnie zmieniamy dietę na zdrowszą, to zakupiliśmy sobie blender i kombinujemy różne takie koktajle, a to owocowe, a to warzywne, a to na bazie kefiru, a to wody, mleka czy odżywki białkowej. Smaczne to, szybkie i przyjemne w tworzeniu i spożywaniu.

Kupiliśmy sobie też zestaw yerba mate dla par, gdzie były dwie ceramiczne mate, dwie bombille i zestaw 20 gatunków yerby na próbę. Pierwsza próba była taka sobie, yerba wydawała się nam za gorzka, ale działanie pobudzające i odświeżające było naprawdę niesamowite. Kolejne przelania i kolejne smaki wchodziły już coraz lepiej. Jeśli miałabym porównać smak yerby z czymkolwiek, to zupełnie nie byłoby to porównanie z tytoniem, jakie kiedyś przy próbowaniu od brata przyszło mi na myśl. Raczej jest to smak bardzo mocnej, zielonej herbaty. Jeśli piję yerbę cały dzień, to zupełnie przechodzi mi chęć na kawę. Dlatego jeśli na poważnie wczuję się w yerbowanie, to zakupię sobie dodatkową matę i bombille i będę miała oddzielną w domu i w pracy, a kawę prawdopodobnie odstawię. No ale zobaczymy, na razie przygoda rozpoczęta.

Kolejnym zakupem jest komoda ze specjalną komorą na kuwety dla moich kotów. Nie jestem do końca zachwycona tym, jak „twórca” zinterpretował mój pomysł i prośbę o zastosowanie konkretnych rozwiązań, ale póki co wygląda na to, że komoda spełni swoją rolę. Wprawdzie jeszcze na noc zostawiałam ją otwarta przez ostatnie dwa dni, ale dzisiaj już kocur sam wszedł swoimi drzwiczkami, a kocica jest pod obserwacją. Jeśli uda jej się dzisiaj wejść do środka i załatwić potrzebę, to jesteśmy w domu i od tej pory główne drzwi komody będą pozostawały zamknięte. Trzymam kciuki, żeby jej się udało :)

A ostatnim odkrywczym zakupem dla nas był zestaw PS Move z kamerką i dwoma kontrolerami. Nie wierzyłam, że można się zmęczyć grą na konsoli, ale… jednak można. Razem z zestawem dostaliśmy też grę sportową. Rozpoczęliśmy delikatnie od ping ponga, który niby lekki, niby luźny, ale ja się spociłam i musiałam rozebrać. Prawdziwy sport zaczął się przy grze w gladiatorów. O matko i córko. Cała moja prawa część ciała, która brała udział w machaniu „mieczem” następnego dnia została wyłączona z użytku. Takie zakwasy, że to po prostu nie do ogarnięcia. Nie dość, że ruch, wysiłek fizyczny, to jeszcze naprawdę niezła zabawa. Wysiłek przy grach sportowych jest oczywiście na takim sobie poziomie, tylko taki grubas jak ja się przy tym mocno męczy. Spróbujemy zatem mocniejszych wyzwań. Kupiliśmy jeszcze grę taneczną [grałam w demo, ale czadowa zabawa!] i jakiś fitness z Mel B. Ciekawa jestem, czy tego typu urządzenie zdoła mnie zmotywować do regularnego pocenia się w zaciszu domowym. Gry przyjdą do nas pewnie w przyszłym tygodniu, ale na pewno zdam relację, czy sprawdzają się w roli motywatora do ruchu. Bo zabawa na pewno będzie przednia.

A wczoraj, pomimo zakwasów stulecia, zawzięłam się i uczyniłam wiosenne porządki, które nie objęły tylko mycia okien i żyrandoli. Okien nie podjęłam się świadomie, jako że ciągle leje i trochę zimno, a ja muszę wyzdrowieć. A o żyrandolach przypomniałam sobie dopiero, kiedy już padłam na pysk po 13 godzinach zapieprzu. Żeby wysprzątać mieszkanie idealnie, myślę, że potrzebowałabym jakieś 20 godzin. Ale na aż tak idealne porządki nie starczyło mi sił i czasu, dlatego jest prawie idealnie. Żyrandole załatwię razem z oknami i już. Nie podjęłam się też odsuwania samej dużych mebli, a Niedźwiadek był w pracy. Ale cała reszta na wysoki połysk. Zrobiłam też porządek w szafie, pozbyłam się kolejnej porcji ubrań. Myślę, że mogłabym się spokojnie pozbyć jeszcze trochę, ale mój lęk i niepewność jutra wzięły górę. W każdym razie wywaliłam znowu jakieś 7 worów śmieci, a do tego jakieś 6 pudełek po różnych bzdetach, których nie wywaliłam na bieżąco. Nabiłam sobie też dwa guzy i dobiłam swoje zakwasy jeszcze większymi zakwasami na jeszcze większym obszarze mojego ciała. Poranna toaleta była drogą przez mękę. Ale teraz jest lepiej.

Mój mały poukładany świat też się w ten weekend trochę zawalił. Zaprosiłam do siebie Sis, bo wiedziałam od razu, że coś niedobrego się dzieje, jakbym to przeczuwała. No i rzeczywiście. Generalnie małżeństwo się rozpadło i dzieje się dużo obrzydliwości, rozwód w planie, raczej jako pewnik niż przypuszczenie. Nowi partnerzy, podziały majątku i niedojrzałość do rozstania po ludzku. Przeżyłam szok, bo to był związek od szczenięcych lat, którego zaakceptowanie było dla mnie trudne i długo mi zajęło ze względu na swoją dziwność, a teraz zadaję sobie pytanie, czy byłam dobrą przyjaciółką akceptując taki stan rzeczy, nie informując, że taka relacja nie jest zdrowa, że coś tu jest nie tak. Czy byłam dobrą przyjaciółką nie mówiąc wprost po pierwszym incydencie: odejdź od niego, nie przyjmuj zaręczyn, nie bierzcie ślubu. Bo teraz się okazuje, że może trzeba było powiedzieć to wyraźnie, zamiast chować głowę w piasek. Ale z drugiej strony kim jestem, żeby mówić komuś co jest dobre, a co złe, kto jest wart zachodu, a kto nie. Jeszcze znając Sis wiedziałam, że ona zawsze robi wszystko po swojemu, nie przyjmuje rad, jeśli o nie wcześniej nie prosi. Tak więc nachodzi mnie takie cicho brzęczące w głowie poczucie winy, że może mogłam coś powiedzieć, coś, co uchroniłoby parę osób przed bólem i innymi stratami. Nie pozostaje mi nic innego, jak nie zawieść jej jako przyjaciółka teraz, w obliczu tak trudnych zmian w życiu.

Chyba pierwszy raz realnie dotknęło mnie to, że miłość i związek się kończy, że ludzie – mimo łączących ich wielu wspólnych lat, wspólnie budowanych majątków – zaczynają się nienawidzić, oszukiwać i w końcu żyć oddzielnie pomimo spania pod jednym dachem. Przeraziło mnie to strasznie, przeraziło tym bardziej, że wyraźnie brzmią w moich uszach jej słowa o tym, że teraz będzie ostrożna, bo naprawdę nigdy nie wiesz, kim ta druga osoba jest. Z tym, że ja sobie tych słów nie chcę brać do serca, choćby i były prawdziwe. Bo – pomimo że moja przyjaciółka przeżywa teraz trudny czas, ma złamane życie i będzie zaczynać wszystko od nowa – ja odnalazłam swoje miejsce, jestem bardzo szczęśliwa z moim mężem i tak naprawdę przez myśl mi nie przechodzi, że któreś z nas mogłoby drugiemu zrobić coś podobnego. To nie w naszym stylu. Może ktoś mi powie, że za kilka lat to wszystko odszczekam, bo miłość gaśnie, bla bla bla… A ja na to mogę odpowiedzieć tyle, że na ten moment jestem gotowa walczyć, żeby nie zgasła :) I mam nadzieję, że tak będzie zawsze. Bo skoro po siedmiu wspólnych latach co wieczór mówię sama do siebie, patrząc na męża, że marzę, żeby żyć z nim długie lata, to chyba za kolejnych siedem mi nie przejdzie. Zresztą sprawdzimy to, bo póki co nic nie zapowiada, żebym miała przestać blogować.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

6 odpowiedzi na „blender, mate, move & shock

  1. Paulina pisze:

    Potwierdzam! kawa z kawiarki to jest to!
    Pewnego razu zainwestowaliśmy w taką z prawdziwego zdarzenia i nie żałuję wydanych pieniędzy! problem jest tylko z myciem, bo do zmywarki się tego nie wrzuci, a nie zawsze jest czas aby te wszystkie części wyczyścić dokładnie… szczególnie rano kiedy kawy najbardziej się chce!

    Cieszę się Waszym szczęściem!

  2. Helen pisze:

    W ostatnim akapicie odpowiedziałaś sobie na pytanie, dlaczego wtedy jej nie ostrzegłaś, nie odwiodłaś, zawiodłaś…?
    Bo nic by to nie dało.
    Byłoby dokładnie tak, jak gdyby tobie w tej chwili jakaś przyjaciółka próbowała wybić z głowy tę miłość, otwierać oczy na coś, czego nie widzisz itd. Nie uwierzyłabyś, a przyjaciółka stałaby się persona non grata.
    Tak jest i już. Na błędach musimy się uczyć sami. Nikt nam w tym nie pomoże…

  3. tysiowaa pisze:

    Zgadzam się z Helen.
    Chocby wszystkie najbliższe osoby mówiły,że ten związk nie przetrwa tudzież relacja w nim nie jest dobra to Sis i tak by szła za głosem uczuć i miała żal,że nikt nie chce jej zrozumieć.

  4. linka85 pisze:

    Niestety, związki czasem nie potrafią przetrwać próby czasu, ale nie można zakładać, że nas też to czeka. Ja jestem póki co spokojna, że za bardzo się z mężem kochamy, żeby żyć dalej bez siebie. Tracę już rachubę, czy jesteśmy ze sobą 9 lat czy więcej, ale mi wciąż jest mało jego towarzystwa i mam nadzieję, że tak pozostanie na zawsze :).
    Ha, ja na zestaw yerba mate porwałam się już z rok temu, ale moja bombilla stoi nieużywana po dziś dzień. Próbowałam się przekonać do tego wynalazku ze względu na jego zbawienne oddziaływanie na organizm, popijając po łyku od męża, ale po prostu nie mogę zdzierżyć tego paskudnego smaku :D. Dla mnie to nie smakuje jak mocna zielona herbata, ale jak najzwyczajniejsze w świecie bagno :D. Wprawdzie nie porzucam nadziei, że za jakiś czas uda mi się do tego przyzwyczaić, ale nie zanosi się na to.
    Tak naprawdę nie lubimy, kiedy ktoś się wtrąca w nasze życie, nawet jeśli robi to w dobrej wierze… Pamiętaj, że kiedy się zakochujemy, logiczne myślenie się wyłącza i widzimy wszystko tak, jak chcemy widzieć. Jeśli ktoś sam nie otrząśnie się po początkowej fazie zauroczenia, marne szanse, żeby inna osoba mogła temu komuś przemówić do rozsądku. Twoją rolą jest wspieranie przyjaciółki, a nie skłanianie jej do podejmowania określonych decyzji, nawet jeśli są słuszne. Każdy uczy się na własnych błędach, niekiedy bardzo bolesnych.

  5. kardiowersja pisze:

    wszystko się kiedyś kończy…
    a jeśli chodzi o mój lubiony smoothie to banan, szpinak baby i pół szklanki soku jabłkowego

  6. napiecyku pisze:

    Koniecznie wymień aluminiową kawiarkę, aluminium wyeliminuj z kuchni, jest bardzo niezdrowe w kontakcie z żywnością. Yerba jest extra, ale mi podnosi ciśnienie :( Strasznie smucę dzisiaj :((

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s