stek zdołowanych bzdur

Coraz częściej towarzyszy mi uczucie lęku. Świdrujące wnętrzności wijącym się, rozpalonym paluchem. Lękam się czegoś niejasnego, choć na pewno związanego z pracą.

Od kilku miesięcy usilnie próbuję zmienić pracę. Chodzę na rozmowy kosztem dużych wyrzeczeń, nadgodzin w pracy, powrotów do domu po 14 godzinach. I niby się nie stresuję, bo na tylu rozmowach już w życiu byłam, ale jednak gdzieś pod skórą siedzi ten LĘK. Że znowu się nie uda, że coś ze mną nie tak, że może całkiem dobrze wiem, co jest nie tak, ale bardzo boleśnie jest się do tego przyznać. Najbardziej depczą poczucie wartości te rozmowy, na których naprawdę zależy. Gdzie czuję, że jestem świetna, wyróżniam się, mam doświadczenie, wypowiadam się na poziomie i widzę nawet ten filuterny błysk w oku rozmówcy, który mówi: MAMY TO. Ty jesteś tym, kogo nam trzeba. Jestem chwalona za każde wypowiedziane słowo, a potem przebąkują coś o tym, że na wtorek trzeba będzie przynieść dokumenty, szkolenie za tydzień, bardzo mi się pani podoba, aaaale to nic pewnego. I kiedy latam na skrzydłach porozmowego uniesienia, wiedziona nad powierzchnią ziemi lekko przezroczystym marzeniem o nowym miejscu pracy, o trzytygodniowym wyjazdowym szkoleniu i rozważam zmianę garderoby, okazuje się trzy dni później, że jednak wybrali kogoś innego. Przyznam, że ta ostatnia porażka bardzo mnie przybiła. Od jej czasu straciłam siłę i energię na dalsze poszukiwanie. I chociaż wszystkim dookoła z niezachwianym, stale do gęby przyczepionym uśmiechem mówię, że nie pozostaje mi nic innego niż próbować dalej, to jednak w głębi serca straciłam większość nadziei, która dawała mi siłę na wszystkie wyrzeczenia i całkiem zrezygnowana jeżdżę w dalekie podróże do swojej dotychczasowej pracy, której zaczynam nienawidzić coraz bardziej i która każdego jednego dnia irytuje mnie do tego stopnia, że po przekroczeniu jej progu mam ochotę położyć się na chodniku i płakać kolejne 15 minut. I żeby nie było, że to praca sama w sobie tak mnie wykańcza, nie nie. Tu chodzi o to, co i jak w pracy się dzieje, jak bardzo psychicznie wyniszcza mnie szefowa, przed której terrorem bronię się usilnie, bo duma nie pozwala mi inaczej, ale po wyjściu z pracy bardzo odchorowuję swoją odwagę i nieugiętą postawę. Dobijają mnie metody weryfikacji jakości pracy, dobija mnie mszczenie się szefowej w sposób pośredni za moją hardą postawę, dobija mnie budowane przez nią poczucie zagrożenia, straszenie utratą pracy, gdy moja umowa zbliża się do końca. Dobijają w końcu ciągle ucinane bonusy, których utrata bardzo mocno obniży aktualną jakość mojego życia, a co za tym idzie wszelką motywację do dalszego starania się. Moja praca mnie wyniszcza. A dopóki nie wyrobię w sobie postawy całkowitej obojętności, będę się bardzo męczyć i cierpieć. Problem w tym, że ja tej obojętności nie potrafię osiągnąć, próbowałam już, ale nie idzie. Nie jestem tym typem człowieka.

Poniżanie w pracy i sytuacja okołopracowa sprawia też, że tracę poczucie własnej wartości na innych płaszczyznach, co znacznie utrudnia mi życie społeczne i narusza harmonię mojego życia rodzinnego. Powątpiewam w swoją atrakcyjność dla męża, obawiam się bycia ciężarem i takie inne czarne myśli imają się mnie namiętnie. I proszę mnie nie wyśmiewać, tak się teraz czuję i nic nie poradzę.

Tak sobie trochę ponarzekałam, bo dziś wyjątkowo mi ciężko na duszy i może ulży mi, jak trochę z klaty zrzucę. A co poza narzekaniem?

Święta minęły szybko. Spędziliśmy je z mężem, Dziadziem i Młodym w czwórkę, bo Tata pojechał do Mamy do sanatorium, żeby nie spędzała tych dni samotnie. Nie gotowałam nic, kupiłam same gotowce, tylko przygotowanie i ogarnianie po posiłkach na mnie spadło, no i oczywiście dotrzymywanie towarzystwa chorym i pilnowanie porannych i wieczornych porcji pigułek. Pomimo ogromnych trudności komunikacyjnych spowodowanych trzema wylewami, udało mi się porozmawiać z Dziadziem i dowiedzieć się, że jego ojca zamordowali ruscy podczas najazdu na wioskę, on sam zgubił się będąc pięciolatkiem podczas tego najazdu na dwa dni, został cudem odnaleziony przez wuja. Mama wyszła drugi raz za mąż, ale zmarła mając 50 lat – na wylew. Ojczym był dobrym człowiekiem. Wszyscy bracia Dziadzia nie żyją, wszyscy mieli dzieci. Lata 50.-60. były najlepszymi latami jego życia, kiedy wszystkim żyło się dostatnio, było dużo pieniędzy i na wszystko starczało, a do ruskich jeździło się po złoto. Praca była zawsze i łatwo dostępna. Tyle udało mi się wyciągnąć z człowieka, który wypowiada z sensem jedno na 10 słów, bo reszta podstawia mu się zupełnie losowo, jak w popsutym komputerze. I to był dla mnie najbardziej wartościowy czas tych świąt. Te parę godzin z dziadkiem, to zgadywanie zapomnianych słów i pytania, na które sama odpowiadałam, a on potwierdzał albo zaprzeczał.

Chciałabym napisać coś dobrego, jasnego jak pierwsze przebiśniegi, ale zupełnie nie mam na to dzisiaj ochoty. Napiszę więc tylko tyle, że mam nadzieję, że parszywa zima sobie wreszcie pójdzie precz, że temperatura skoczy do 15 stopni i wyjdzie trochę słońca. A ja schudnę parę kilo, pójdę do fryzjera, a moja alergia na twarzy już nigdy się nie pokaże. Potem znajdę pracę, zyskam dodatkowe 4,5 godziny dziennie na dbanie o swoje ciało i ducha, odzyskam utraconą pewność siebie i wrócę do równowagi, którą utraciłam, stając się niewolnikiem swojej pracy. No dobra, nie mam już tej nadziei. Idę spać, bo jutro jadę do pracy na 9 godzin. I pojutrze też.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

6 odpowiedzi na „stek zdołowanych bzdur

  1. pestapesta pisze:

    Innam… mocno wierzę, że w końcu los się uśmiechnie do Ciebie i w pracy. Patrzę na to, co kiedyś pisałaś a gdzie jesteś teraz- szczęśliwa mężatka w wyremontowanym mieszkaniu ;) z dwójką pieknych futrzastych. Cieszę sie, że pomimo braku czasu znajdujesz chwilę żeby pisać. Buźka!

  2. tysiowaa pisze:

    Chciałbym Ci zarazić optymizmem w tej kwestii, ale przyznał szczerze ,że sama mam obawy przed szukaniem pracy.
    Trzymamy kciuki za Ciebie i za siebie.
    A dla Niedźwiadka i tak jesteś najcudowniejsza, ślub powinien Cię o tym przekonać :)

  3. linka85 pisze:

    Życzę Ci ze wszystkich sił tego, żeby udało Ci się znaleźć lepszą pracę i bardziej ludzkich przełożonych. Wiem, że kolejne niepowodzenia mogą bardzo zniechęcać, ale wierzę, że w końcu nadejdzie ten dzień, kiedy będziesz mogła rzucić starą, wykańczającą pracę. Życzę Ci odrobiny wiosennego optymizmu, pomimo wszystkich stresów i trudności. Nie martw się, Twój mąż Cię kocha i kochać nie przestanie i razem przetrwacie ten gorszy okres. Uściski.

  4. postal pisze:

    Jestes bardzo silna

  5. jestesczesciamnie pisze:

    I tego Ci Kochana życzę z całego serca :)

  6. chmoorka pisze:

    Silnie motywujące wykłady i książki Jacka Walkiewicza polecam. Sama z nich właśnie czerpię :-)
    P.S. „sytuacja okołopracowa” – cudowne określenie <3

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s