bolibrzuch

Postanowiłam, że muszę coś w końcu napisać, żeby zmazać złe wrażenie ostatniej notki. Mój stan psychiczny nadal nie jest najlepszy, ale na pewno jest lepiej, chyba pociesza mnie perspektywa zbliżającego się przedłużonego weekendu. Dni skreślam w kalendarzu, a póki co staram się dostrzegać jasne strony mojego życia i cieszyć się z nich.

Dzisiaj jestem sama w domu. Próbowałam wprosić się z rana do rodziców, jako że Mama wróciła wczoraj z sanatorium. Miałam nadzieję spędzić z nimi trochę czasu, ale nie udało mi się dodzwonić, więc stwierdziłam, że zaplanuję dzień inaczej. I kiedy plan już był w trakcie, dopiero się odezwali, żeby zaprosić mnie na obiad. Ja jednakże planów zmieniać nie lubię, więc podziękowałam grzecznie i zrobiłam wszystko wokół domu i siebie, a potem zasiadłam do obiadu i Downton Abbey, którego tradycyjnie już niemal oglądam prawie cały sezon co niedzielę. Tyle, że mi się zaraz sezony skończą. Ale tyle seriali na świecie, że wystarczy mi na każdą niedzielę do końca życia.

Ciągle czuję to dziwne uczucie niepokoju, ta świadomość, że w życiu nic nie trwa wiecznie i nie ma nic na zawsze. Może dlatego codziennie po kilkadziesiąt razy wyznaję mężowi miłość i uświadamiam mu, że jest najważniejszym i najcenniejszym elementem mojego życia. Czasem wydaje mi się, że go to męczy, ale wolę żeby go to męczyło, ale żeby wiedział. Bo kiedyś coś może mi się stać, albo jemu, albo nam. A ja chcę, żeby wiedział. Tak po prostu. Żeby nigdy nie wątpił, że ktoś na tym świecie go kocha i zrobiłby dla niego wszystko.

Mąż jest dla mnie elementem wprowadzającym spokój. Kiedy wiem, że wracam do niego do domu, moje wzburzone myśli zaczynają krążyć wokół dobrych tematów. Wokół ciepłego obiadu, który już na mnie czeka. Wina, które kupił wiedząc, że miałam parszywy dzień. Herbaty posłodzonej o jedną tabletkę słodzika więcej niż powinna, ale w której słodyczy wyczuwam troskę i miłość. Przekraczam próg domu po całym, zdecydowanie za długim dniu i ląduję w tych ciepłych, wielkich ramionach, dostaję całusa i polecenie, żeby wskakiwać pod prysznic, bo obiad dopiero dochodzi. I wskakuję pod ten prysznic, pełna ulgi, i spod tego prysznica krzyczę do niego, a on mi odpowiada, i tak sobie rozmawiamy, a szkoda nam każdej minuty na milczenie, bo tak mało ich wspólnie mamy. Wyskakuję spod prysznica i latam nago po domu, bo on coś opowiada, a ja jemu, w naszym domu drzwi prawie nigdy nie są nigdzie zamknięte, bo tylko przeszkadzają nam w rozmowie. A potem zasiadamy do obiadu, czasem włączymy telewizor, w którym i tak nic nie ma i skacząc po programach mamy kolejne tematy do rozmów. Rozmowy, rozmowy, rozmowy, po obiedzie wykładam się na kanapie na brzuchu męża albo mąż na mym łonie i tak sobie jeszcze siedzimy te 20 minut, które z ledwością nam zostały. A potem to już trzeba iść spać, w łóżku lądujemy o przepisowej porze, ale zasypiamy co najmniej godzinę później, bo zawsze się zagadujemy. Jak ja to kocham. Te dwie godziny, wyszarpywane siłą z prawie każdego dnia, są dla mnie jedyną motywacją do tego, żeby następnego dnia wstać i pracować. Najgorsze są dni, kiedy wracam do pustego mieszkania. Na szczęście jest ich zdecydowanie mniej.

Jutro znowu poniedziałek, na myśl o pracy boli mnie brzuch, ale pociesza mnie myśl, że jutro wieczorem zobaczę też mojego męża i znowu ukoi moje rozedrganie swoimi ciepłymi dłońmi.

Zastanawiam się też, kiedy ta wiosna naprawdę przyjdzie, bo wczoraj sypał śnieg. Koty się tulą, w domu chłodno. Oby szybko przyszła. Zawsze to przyjemniej wychodzić z domu przed siódmą.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

15 odpowiedzi na „bolibrzuch

  1. cicicada pisze:

    Kiedys widzialam taka historyjke, ktora do dzisiaj tkwi mi w glowie
    http://m.demotywatory.pl/4203134

  2. missoreille pisze:

    Żeby nie było, lubię fragment w którym z taką czułością opowiadasz o mężu. Przypomina mi bardzo moją relacja z moim chłopakiem… Takie proste rzeczy a dzień staje się piękniejszy!

  3. tysiowaa pisze:

    Dlatego Tyś jego żoną, a on Twoim mężem. I uważam, że choć na pewno wiele byś chviała zmienić to w tym wszystkim najważniejsze, że macie siebie. Często ludziom się nie udaje, bo zapominają o tym co ważne.

  4. kardiowersja pisze:

    właśnie sobie uświadomiłam że od jakiegoś czasu nie boli mnie brzuch… pewnie ma to związek z wolnym od fabryki
    a jak koty reagują na nowy nabytek?

  5. napiecyku2 pisze:

    Trzymam mocno kciuki za znalezienie lepszej pracy, nie trać nadziei, uda się na pewno. Myśl pozytywnie i szukaj sposobu na ,,zmiękczenie” szefowej :-)

  6. Paulina pisze:

    Tak pięknie piszesz o swoim mężu, że aż mu ciut zazdroszczę ;)

  7. Iwona pisze:

    Jesteś szczęściarą, że znalazłaś na świecie kogoś, z kim możesz gadać i gadać.. Tak wiele jest związków, w których ludzie po kilku latach nie mają sobie nic do powiedzenia.

  8. Helen pisze:

    cudnie, że jesteś szczęśliwa i że ze sobą rozmawiacie. To dziś rzadkość i prawdziwy skarb.
    Ale błagam – uwierz mężatce z 30-letnim stażem – nic tak nie podtrzymuje miłości, jak lekka niepewność. Skoro sama już masz wątpliwości, czy twoje ciągłe wyznania go nie męczą, to z 200-procentową pewnością męczą. Nawet jeśli nie bardzo już, to zaczną.
    Miłość się przejawia w zupełnie inny sposób i tych sposobów już kilka opisałaś. Gadanie o niej niczemu nie służy. Miłość to gesty, rozmowa o wszystkim i o niczym, pamiętanie o drobiazgach. NIE GADANIE!
    Życzę najlepszego:))

  9. innam pisze:

    Jeszcze nabytku nie ma, ale mnie namowilas i na niego zbieram :)

  10. innam pisze:

    Wierzę Ci mężatko, ale ja wyznaje tę miłość, bo mam taką potrzebę, chcę o tym mówić, bo to daje mi ukojenie w strachu, a że to może powodować zmęczenie obdarzonego miłością to już tylko efekt uboczny ;) nic mu się nie stanie, jak się trochę przemęczy :D

  11. Helen pisze:

    Nie byłabym tego taka pewna… W małżeństwie jak w firmie – potrzeba dyplomacji. Czy ci się to podoba, czy nie, trzeba myśleć długofalowo. Także o czasie, kiedy wielkie zauroczenie minie, a chciałoby się dalej żyć w ciepłych emocjach. Ale nad tym trochę trzeba pomyśleć. I za wszelką cenę unikać „zmęczenia miłością”, bo konsekwencje są nie do przewidzenia.
    Pozdrawiam

  12. innam pisze:

    Zauroczenie minęło już dawno, bo jesteśmy razem już przeszło 7 lat, także naprawdę nie ma się co martwić na wyrost i szukać problemu tam, gdzie go nie ma :)

  13. Ania pisze:

    Tak sobie myślę, że każdy kocha tak, jak uważa za słuszne. :) Ładnie to napisałaś, dobrze mieć swoją przystań.

  14. linka85 pisze:

    I to jest właśnie udane małżeństwo, prawdziwa miłość :). Mogłabym się podpisać pod tymi słowami w odniesieniu do własnego męża. Życzyłabym każdemu takiego szczęścia, jakie nam się udało osiągnąć na tym polu. O ileż łatwiej kroczyć przez życie z taką podporą w postaci ukochanej osoby u boku. I wszelkie troski – zmykajcie! Przynajmniej na te Wasze dwie magiczne godziny w ciągu dnia :).

  15. kardiowersja pisze:

    a ja mam taką zagadkę
    -nikt tego nie chce a dostaje za darmo…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s