brzydki post po dniu matki

Ostatni czas nie był najlepszym czasem mojego życia. Miałam dużo stresów, dużo pechowych sytuacji [np. powrót do domu trwający 3 godziny, gdzie w międzyczasie udało mi się zmoknąć i zmarznąć – w domu byłam o 21.00, a następnego dnia o siódmej znowu w pociąg…]. W wyniku tych właśnie sytuacji mój organizm uległ osłabieniu i w nocy z soboty na niedzielę zaatakował mnie taki ból gardła, że aż mnie zbudził. Udało mi się wprawdzie znowu zasnąć, ale ciągle śniło mi się moje gardło zajęte ropną anginą w całości. Pomęczyłam się jeszcze dwa dni, bo w związku z moimi urodzinami nie chciałam psuć mężowi zaplanowanego wieczoru, ale we wtorek zamiast do pracy poszłam do lekarza. Niestety lekarz mało poważnie potraktował moje dolegliwości, prawie się roześmiała, kiedy powiedziałam, że przychodzę z ostrym bólem gardła, promieniującym na uszy i osłabieniem. Obejrzała, powiedziała, że anginy to tam nie ma i że może to lekkie zapalenie. Dała mi receptę tabletki do ssania i koniec. Ha. Mówię do niej: pani, ja pracuję mówieniem, boli mnie gardło, potrzebuję zwolnienia. Spojrzała na mnie jak na debila. Ale zwolnienie dała. Na dwa dni. Gardło nadal mnie boli, wprawdzie trochę mniej, ale czuję się kiepsko. No ale co zrobić, jutro do pracy trzeba iść. Będę się śmiała, jeśli moje osłabienie i ból gardła rozwiną się w coś ciekawszego. Będę się śmiała głośno.

Dobrze, że do weekendu muszę przepracować tylko dwa dni. Całe szczęście.

Moje dwudzieste dziewiąte urodziny miały być świętowane na działce przy grillu i wędzarni, piwku, mięsie i rybce, ale co mamy za oknem każdy widzi, od tygodnia pada, więc i z grilla nici. Mama za to upiekła mi pyszny placek z rabarbarem i oddała przygotowanego do wędzenia pstrąga, dzięki czemu miałam całkiem odświętny obiad z deserem. W niedzielę poszliśmy spacerkiem do kina na Mad Maxa [którego szczerze polecam, szczególnie fanom steampunkowych klimatów i wartkiej akcji], bawiliśmy się doskonale, a stare kino, które pamiętam jeszcze z dziecięcych lat zaskoczyło mnie nowoczesnością wystroju. Potem poszliśmy na kolację. Chcieliśmy się napić podobno świetnego belgijskiego piwa, które podają tylko w tej jednej knajpie, ale jak zwykle pech, bo im się coś tam popsuło i trzeba było się cieszyć sikaczem z beczki. Zamówiliśmy pizzę, bo knajpa się w nich miała specjalizować, ale okazało się, że taka to i specjalizacja na rozpaćkanym placku ser żółty z dodatkami. Co nie zmienia faktu, że było przemiło i poprzysięgliśmy sobie częściej wychodzić, bo oboje czujemy, jak życie przecieka nam przez palce. A potem nocny spacer do domu, ciepła, niemal letnia noc, jakich mało w ostatnim czasie. Zapach kwitnących kasztanów, szum traw, na ulicach pustki. To był wieczór, jakiego było mi trzeba, oderwanie się od szarej codzienności i spędzenie czasu inaczej niż zwykle. Wymarzone urodziny. A teraz pozostaje mi odliczanie do trzydziestki :)

Macierzyństwo stało się ostatnio tematem numer jeden moich rozmyślań. I obawiam się, że wszystkie matki, jakie mnie czytają, mogą się poczuć urażone czy zniesmaczone, więc jeśli ktoś jest wrażliwy, nie polecam czytać dalej. Otóż im więcej myślę o możliwości spłodzenia i urodzenia dziecka, tym bardziej tego nie chcę. Wpływa na to wiele czynników.

  1. Finansowe. Nie wyobrażam sobie przy dzisiejszym rynku pracy, przy konieczności ciągłych zmian zatrudnienia, śmieciowych umowach, zwolnieniach z dnia na dzień, niskich wynagrodzeniach rozważać dziecka. Po prostu sobie nie wyobrażam. Sama mam poczucie zagrożenia cały czas, ciągle myślę o możliwości straty pracy, o konieczności podjęcia takiej na śmieciowej umowie, bez gwarancji czegokolwiek. Jest też kredyt na najbliższe 10 lat, drugi na najbliższe 5 lat. A gdzie tu dziecko, którego potrzeby – od początku duże – z wiekiem ciągle rosną. Urodzenie dziecka oznaczałoby skazanie go na ubóstwo. Nie chcę tego.
  2. Wyrzeczenia. Nie jestem w stanie podjąć więcej wyrzeczeń w swoim życiu w tej chwili. I nie wiem, czy się to zmieni. Chcę być dalej wolna, bez zobowiązań, bez kuli u nogi w postaci potomka. Chcę wydawać pieniądze na siebie i swoje potrzeby, na podnoszenie swojej jakości życia, na poczucie samodzielności, którą po wielu latach udało mi się osiągnąć. Chcę jeszcze pożyć, pomyśleć o sobie, zająć się sobą, rozwijać siebie, pozwolić sobie na poszukiwanie lepszych dróg. Jednym słowem chcę się skupić na SOBIE, bo mogę. Teraz urodzenie dziecka oznaczałoby dla mnie koniec życia.
  3. Brak emocjonalnej dojrzałości. Ponieważ wiem, jak to jest być wychowywanym przez osobę z problemami emocjonalnymi, nie chcę skazać nikogo na coś podobnego. Myślę, że aktualnie mam dość niezdrowe podejście do tematu wychowania dzieci, nie mam do nich cierpliwości, ba, powiem więcej – jak gdzieś koło mnie dzieciak wpada w histeryczny szał, albo zadaje setki pytań, albo lata jak oszalały, a matka za nim biega, albo rozsmarowuje matce na spódnicy czekoladowego loda, albo tysiące podobnych rzeczy… to ja sobie po cichutku mówię: całe szczęście, że nie mam dzieci. Całe szczęście :) Bo z autobusu z rozwrzeszczanym dzieciakiem zawsze mogę wysiąść. Ale od własnego dziecka już się nie ucieknie… Trzeba je znosić do końca swoich dni, każdego dnia, całą dobę. Nie, nie, nie… Zapomniałam tez dodać, że panicznie boję się, że mogę urodzić chore dziecko.
  4. Kwestie natury. Otóż brzydzi mnie poród. Brzydzi mnie karmienie piersią. Cała ta fizjologia mnie odrzuca. Począwszy od ciąży, w której kobieta robi za chodzący inkubator, w której przestajesz być nagle kobietą, przestajesz być żoną, stajesz się już MATKĄ i nagle dla świata totalnie przestajesz liczyć się jako osoba, teraz ważne jest już tylko ONO. Ale już abstrahując od tego, jak traktuje Cię społeczeństwo. Czujesz się źle, w Twoim brzuchu siedzi pasożyt, który wysysa z Ciebie wszystko, co najlepsze. Musisz robić badania [które ja osobiście bardzo źle znoszę…], ciągle myśleć o tym, co robić, żeby było dobrze. A potem jest ten nieszczęsny poród, którego boję się tak bardzo, że każda scena trudnego porodu w filmie przyprawia mnie o mdłości. I żadne teksty o tym, że ten ból jest niczym w porównaniu ze szczęściem, jakie daje dziecko, nie są w stanie mnie przekonać. Poród jest czymś wstrętnym, poniżającym, szczególnie w warunkach polskich szpitali, gdzie kobiety traktuje się jak przedmioty albo i gorzej. Nie widzę absolutnie nic pięknego w tym cierpieniu, w bólu, pocie, krwi, nacięciach, znieczuleniach w kręgosłup [moja fobia!], zszywaniu, łożysku, gojeniu, rozciągnięciu… A potem mleko w piersiach i karmienie, które również wywołuje we mnie te dziwne myśli, że nie wiem, czy kiedykolwiek będę miała ochotę, żeby przez to przechodzić. Uważam, że poród to koszmar. Dla mnie aktualnie nie do przejścia. Nie wiem czy kiedykolwiek będzie.
  5. Oczekiwania społeczne. To kolejny powód, który skutecznie zniechęca mnie do poważnego rozważania macierzyństwa. Każdy, absolutnie każdy oczekuje ode mnie, że w moim wieku, będąc w związku małżeńskim, będę się starała o potomstwo. I jeszcze jak od bliskich osób jestem w stanie to znieść [np. matka wypominająca mi ciągle brak wnuków i nazywająca mnie egoistką, bo nie chcę jej ich dać…], tak od obcych szlag jasny mnie trafia. Każde działanie nagle okazuje się być kryptoplanowaniem ciąży. Idę do lekarza, informując, że planuję odstawienie tabletek anty i chciałabym w związku z tym się dokładnie przebadać, łącznie z poziomem hormonów. Od razu pada pytanie: ale to chodzi o jakąś ciążę? NIE! Chodzi o moje zdrowie, proszę pani, chciałabym wiedzieć, czy JA JESTEM ZDROWA. I to samo w pracy, koleżanki: „i co, kiedy dzidziuś?”. Czy to nie jest irytujące?

Oczywiście ostateczna decyzja o posiadaniu bądź nie potomstwa nie jest tylko moja, bo nie jestem sama, ale te wszystkie rzeczy, o których pisałam, nie sprawiają, że czuję się dobrze myśląc o macierzyństwie…

Wygadałam się. A teraz pora na czytanie Waszych blogów :) Został mi jeszcze kawałek wolnego dnia, także idę się relaksować. Ściskam!

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

14 odpowiedzi na „brzydki post po dniu matki

  1. postal pisze:

    Bardzo dobra notka.
    Madra I dobrze sie czyta.
    Do jakiegos periodyka by sie nadala. Platnego.
    A zloz CV do jakiejsc prasy. Zycie Pcimia Mniejszego, czy gdzie tam mieszkasz.
    Przeciez try masz talent do pisania.

  2. Iza Mika pisze:

    Mam to samo. Z dnia na dzień, z roku na rok, bardziej, dojrzalej.
    Podczas gdy niejedna koleżanka wyślę w tym roku potomka do szkoły i coraz bardziej daje mi do zrozumienia, że „na mnie też już czas”, ja coraz bardziej czuję, że nie chcę. Zwyczajnie i po prostu. I że to nie szczeniacka fanaberia, a świadoma decyzja osoby dorosłej.
    Dobrze wiedzieć, że nie tylko ja tak mam :)

  3. eulalia87 pisze:

    nie jesteś w tym sama…

  4. linka85 pisze:

    Och, jak dobrze robi taki wypad na przysłowiowe miasto raz na jakiś czas… Jak ożywczo wpływa na związek i życie :). Sami z mężem przekonaliśmy się o tym jakiś czas temu, nawet przypomniały nam się studenckie czasy. Tylko że póki co nie mamy jak tego powtórzyć, a szkoda… Kochana, zatem spóźnione życzenia urodzinowe: szczęścia, spokoju i pogody ducha, poczucia bezpieczeństwa i stabilizacji życiowej, tego żeby Wasz miłość kwitła i wszystko zaczęło się dobrze układać – z górki, a nie pod górkę :*!
    Co do macierzyństwa, sama też mam wiele obaw. Ale najbardziej blokuje mnie właśnie lęk przed koszmarem związanym z porodem. Oby to minęło, bo jednak chciałabym mieć w końcu dziecko,

  5. stalmuska pisze:

    wszystkiego najlepszego z okazji urodzin

  6. grafomanka pisze:

    Mad Maxa widziałam wczoraj i choć absolutnie nie jestem fanką takiego gatunku, to film był świetny… :)
    A co do dzieci… I tak i nie…

    grafomanka

  7. Iwona pisze:

    Ja to bym może i chciała dziecko, ale jakby ktoś mi je urodził. Bo ten cały poród – też mam poczucie, ze to nie dla mnie

  8. zmijka pisze:

    jako matka dwójki dzieci, do niedawna jeszcze marząca o trzecim, powiem Tobie, że nie zgorszyła mnie Twoja notka. zwłaszcza jej końcowa część. całkowicie rozumiem Twoje obawy. choć muszę przyznać, że dopiero niedawno odkryłam, że można tak odbierać posiadanie potomka.
    ja zawsze żyłam w świadomości ( od wieku przedszkolnego), że kiedyś nadejdzie ten piękny czas, kiedy wreszcie będę na tyle duża, że będę wreszcie mogła mieć dziecko. długo to trwało, bo dziecięce życie płynie wolniej.
    I też jakoś szybko ich nie miałam ( 27 i 29 lat miałam wydając na świat moją największą życiową dumę i szczęście, jakże jednocześnie wymagającą poświęceń dumę! a jak wkurwiającą! częściej niż rzadziej!)
    dla mnie noszenie pasożytów w moich własnych bebechach było najwspanialszą rzeczą, jakiej mogłam doświadczyć w życiu. fakt, że jakoś specjalnie źle ciąż nie znosiłam, poza tym że byłam wielka, gruba i napuchnięta. poród naturalny był dla mnie cudem, choć kurewsko bolało ( pamiętam ten ból jak przez mgłę).
    karmienie piersią…… mogłabym karmić całe życie. chyba najwspanialszy moment macierzyństwa. to bezgraniczne zaufanie małego człowieka, który jest całkowicie skazany na ciebie. bezbronny. potrzebujący ciebie i twojej miłości do przeżycia. ale to zaufanie, to przysypianie przy mleczarni z błogim uśmiechem. ta niewinność….
    cesarka to już nie jest to. wiem, bo drugi był tak wielki, ze musieli ciąć i do dzisiaj ( minęło 6,5 roku) nie mogę sobie wybaczyć, ze nie urodziłam siłami natury, jak to natura zaplanowała.

    schody zaczęły się dopiero jak towarzystwo zaczęło chodzić i nauczyło się ojczystego języka.
    teraz to ja już tylko czekam kiedy babcią zostanę. i bardzo się łudzę, że nastąpi to przed czterdziestką mych synów. już niech lepiej wpadkę zaliczą :)
    no brakuje mi takiego małego, pachnącego niemowlakiem dzidziusia :)

    ale każdy ma inaczej, inne lęki, inne pragnienia.
    ale pamiętaj M, to Twoje życie i nikt niczego Ci nie narzuci. Ty masz być szczęśliwa, a nie każdego uszczęśliwia zaśliniony, umazany lodem i uryczany maluch!

  9. tysiowaa pisze:

    Po częśi Cię rozumiem i się z Tobą zagadzam.
    Ale..
    Właśnie ALE polega na tym,że znałam osoby z identycznym nastawieniem co Ty,a gdy los sprawił,że jednak potomstwo się pojawiło. A co to za zmiany były. A teraz nie wyobrażają sobie życia bez dziecka, mimo,że czasem mają ochotę wyjść i nie wrócić. Wydaje mi się,że w tym wszystkim chodzio o bezinteresowną miłość, za samo istnienie, za poświęcenie się dla kogoś. Ja mam w planach kiedyś,kiedyś.

    Najlepszego!

  10. jestesczesciamnie pisze:

    Mimo, że jestem mamą nie zgorszył mnie Twój post :) Sama jakiś czas się wzbraniałam przed decyzją o dziecku. Teraz nie wyobrażam sobie bez niej życia. Wiem jednak, że nie każda kobieta musi/chce urodzić dziecko. I szanuję to :) Róbcie to z Mężem co uważacie za słuszne i co czujecie, presję najbliższych delikatnie mówiąc „olejcie”. Buziaki :*

  11. Każda decyzja jest dobra, jeżeli jest Twoją decyzją.
    A rodzice niech sobie gadają, nie oni potem będą wychowywać :)

  12. napiecyku pisze:

    Okres, kiedy syn był mały, był wyjątkowym w życiu. Wracam myślami do tego okresu, jak do najwspanialszych wakacji. Rób to co podpowiada Ci serce, lepiej nie mieć dziecka, niż wychowywać dziecko nie kochane :(

  13. Wu pisze:

    I bardzo dobrze. Twoje ewentualne macierzyństwo, Twoja sprawa. :)
    Mam nadzieję, ze gardło już ok, bo widziałam, ze grill też się w końcu odbył!

  14. kaja pisze:

    coraz więcej par w moim otoczeniu jest bez dzieci, bo nie chcą, bo kredyt,praca, strach przed przytyciem itp.
    Patrzyli na nas jak na ufo, bo co wiosna, lato , jesień- tyle par butów do kupienia, kurtki, książki do szkoły, kasa nam płynie…
    Wśród tych bezdzietnych par czułam się trochę jak patologia, choć ja szanowałam ich wybór, czasem im nawet zazdrościłam ;)
    Wszystko fajnie, ale do czasu. Znam 3 bliskie przypadki że faceci pod 40 się obudzili, że oni się jednak znudzili takim życiem i chętnie zostaną tatusiami. Dwa związki wiszą na włosku bo mimo prób, chęci, strachu, lekarzy i cudotwórców- nie udaje się.
    tym trzecim się udało,przypłacili 2 poronieniami, ogromnym stresem czy dziecko będzie zdrowe,
    Moja rodzona siostra nie ma dzieci a jest kilka lat starsza od Ciebie. Wkurzała się jak ktoś o to ją pytał, teraz nikt nie pyta, a partner nie daje jej spokoju. Naciska okrutnie.
    A ona jest zagubiona, bo niby chce a nie chce. W ogóle ciekawe czy może.
    Więc Kochana M wszystko przed Wami :)
    Najważniejsze że się kochacie i szanujecie swoje zdanie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s