wake up call

Rozpoczyna się upalne lato. Za oknem słońce, na stoliku kawa. Na stopach mam świeże pęcherze po porannym długim spacerze, a serce bije mi spokojnie i miarowo. Takiego spokoju nie czułam od co najmniej pół roku. Czas napisać, co u mnie.

Ostatni raz w pracy pojawiłam się gdzieś w połowie czerwca, w stanie skrajnego wyczerpania i chyba jakiegoś załamania, bo mam wrażenie, że myśli w mojej głowie jednocześnie pędziły i bulgotały jak zupa na małym ogniu. Klamka zapadła, dokładnie sprawdziłam, czy spakowałam wszystkie swoje rzeczy, wyczyściłam służbową pocztę, a także cały komputer z wszelkich śladów mojego użytkowania. Z nikim się nie żegnałam, udawałam, że to dzień jak każdy, a w windzie przeżywałam, że jeszcze tylko czwartek, piątek i weekend. Nawet nie czułam ulgi, jak stamtąd wyszłam, mimo że wiedziałam, że to prawie pewne, że nigdy tam nie wrócę. Nie czułam też ulgi jadąc ostatni raz na trasie praca-dom. W ogóle nic nie czułam.

Za to wieczorem zaczęłam czuć podwójny stres. Następnego dnia zaplanowałam sobie wizytę u świrologa [dzięki, postal, za ostatniego komcia]. Czemu się stresowałam? Ano dlatego, że zostałam wychowana na twardziela. Wiecie, psychika ze stali, te sprawy. A jak się czujesz źle, to znaczy, że sobie wmawiasz. Dlatego bałam się iść do psychiatry i powiedzieć co mi leży, bo po pierwsze sama nie byłam przekonana, że moje samopoczucie może wynikać z czegoś więcej niż „wmawianie sobie”, a po drugie – skoro sobie wmawiam – psychiatra mi nie uwierzy. A po trzecie to się zwyczajnie bałam, że skoro mi już nie uwierzy, to każe mi wracać do pracy w podskokach, a tego nie zniosę.

Na swoją pierwszą wizytę u tego specjalisty udałam się w asyście męża. I niestety, jako wyszkolony w grze aktorskiej osobnik, tak się w tej swojej grze zapętliłam, że nie potrafiłam tak po prostu opowiedzieć o swoich problemach, zamiast tego uśmiechałam się do lekarki, a ona zamiast wywiadu zadawała mi pytania, które tylko ją upewniały, że przecież nic mi nie jest. Inna sprawa, że dopiero potem uświadomiłam sobie brutalną prawdę, że to nie ja byłam „fałszywym pacjentem”, tylko ona złym lekarzem, ale o tym później. W każdym razie zapisała mi pigułki szczęścia, a gdyby nie mąż to faktycznie wracałabym do pracy w podskokach, bo przycisnął ją, że ja potrzebuję odpocząć i żeby mi dała zwolnienie. Dała, na dwa tygodnie. Po wizycie czułam się skacowana moralnie. Wyśmiana, zbagatelizowana. Dostałam kilka złotych rad w stylu: musi pani zmienić pracę; musi się pani mniej denerwować; musi pani odpocząć. A jednocześnie na prośbę o zwolnienie powiedziała, że jestem za młoda na siedzenie w domu i że muszę pracować. Bardzo źle się czułam, jak stamtąd wyszłam. Możecie sobie tylko wyobrazić. Wszystkie moje wizje okropnej wizyty u psychiatry się ziściły, tylko zamiast robienia ze mnie wariata, zrobiono ze mnie przewrażliwioną panienkę i lenia. Ale na NFZ widocznie właśnie tyle można dostać.

Za drugim razem udałam się do lekarza prywatnie. Trochę wyć się chce, że za 100 zł od wizyty kupujesz sobie troskę i opiekę, jaka powinna Ci się należeć za te kolosalne pieniądze, które co miesiąc są Ci zabierane z wypłaty. Moja druga wizyta nie miała kompletnie nic wspólnego z pierwszą, ba, wreszcie poczułam, że dobrze zrobiłam, udając się do specjalisty. Po pierwsze lekarz przeprowadził ze mną bardzo szczegółowy wywiad, na temat całego mojego życia, począwszy od dzieciństwa, przez dorastanie, wczesną dorosłość, pracę, sytuację rodzinną. Dowiedziałam się o sobie mnóstwa rzeczy. Koleś czytał we mnie jak w otwartej księdze. Powiedział, że w mojej branży takie osobowości jak moja są świadomie wybierane, bo jestem typem człowieka, który ekscytuje się nowymi wyzwaniami, jest na początku pełen entuzjazmu, potrafi pracować na zwiększonych obrotach, dawać z siebie 200% i odnosić olbrzymie sukcesy. Ale taki wysiłek nie pozostaje obojętny dla organizmu. Że nie da się tego obejść, że musiało dojść u mnie do takiego spadku. I że właśnie taki dołek teraz zaliczam, ale że to jest zupełnie naturalne i że to wszystko minie. Mówił, że w mojej branży leczy wszystkie szczeble, od najniższego po najwyższe, bo to właśnie taka dziedzina, która eksploatuje ludzi tak bardzo, że przestają dawać sobie radę, a ten problem urósł do rangi choroby cywilizacyjnej. Przeraziłam się, kiedy zmierzył mi ciśnienie. Sam zrobił duże oczy, szczególnie jak zobaczył, jakie mam rozkurczowe i moje tętno. Wtedy dopiero sobie uświadomiłam, że ja sobie nie wmawiam. Że ja naprawdę mam prawo czuć się źle i że jak mi się z nerwów robiło ciemno przed oczami w pracy, jak ręce mi się trzęsły jak przy parkinsonie, czy jak czułam ucisk w klatce piersiowej to nie dlatego, że nie panuję nad emocjami, tylko że moje ciśnienie prawdopodobnie było tak wysokie! Do pigułek szczęścia dodał mi jeszcze lek, który uspokaja pracę serca i obniża ciśnienie, łagodzi przy tym niepokój. Do tego wszystkiego powiedział, że mam się niczym nie przejmować, że należy mi się zwolnienie lekarskie, że teraz dostaję na miesiąc, a jak przyjdę za miesiąc, to sama zdecyduję, czy już się czuję na siłach wrócić do pracy. O wow. Siedziałam u niego 40 minut i wyszłam stamtąd podbudowana, podniesiona na duchu i w poczuciu bycia pod opieką kogoś, kto wie o czym mówi.

Pierwsze dwa tygodnie zwolnienia były dla mnie trochę straszne. Jak człowiek nie pracuje, to zaczyna dwa razy bardziej odczuwać swoje dolegliwości, bo po prostu może się na nich skupić. Czułam się jak na kacu, który nie chce przeminąć. Źle spałam, było mi niedobrze, a z klaty wcale nie schodził znajomy ciężar. Dopiero po tej drugiej wizycie i przyćpaniu tych leków na ciśnienie zdałam sobie sprawę z tego, co ja przeżywałam. Że to głośno walące serce i odczuwanie pulsu od pasa w górę to nie jest norma, że moje wieczne napięcie i stan gotowości to był stan chorobowy. To był dla mnie ten sławny amerykański wake up call. To tylko proste równania. Stres gigant + niezdrowy tryb życia = nadciśnienie [+ możliwa wada serca…] Nadciśnienie + otyłość = śmierć. A śmierć jest tuż obok. Ludzie w moim wieku UMIERAJĄ na zawał. Nie trzeba szukać daleko, 4 miesiące temu zmarł chłopak z innego zespołu, 2 lata starszy ode mnie. I nagle poczułam, że zmiana pracy to najrozsądniejsze rozwiązanie i bardzo się ucieszyłam, że taką decyzję podjęłam. Wolę żyć biedniej, ale dłużej na tym łez padole.

Dzięki temu, że mam więcej czasu i bity miesiąc na skupienie się na sobie, wprowadziłam zmiany w swoim życiu, o których marzyłam już od dawna. Codziennie uprawiam jakąś aktywność fizyczną – od spacerów po ostre cardio, ale codziennie jest COŚ, co chociaż odrobinę podkręca moje krążenie. Zmieniłam dietę na swoje ulubione low carb. Odstawiłam tabletki anty, ponieważ postanowiłam zrobić sobie badania krwi, zarówno morfologię, jak i poziom hormonów, żeby zobaczyć, jak to tam w środku wygląda. Mam też mocne postanowienie udania się do swojego rodzinnego po skierowanie na EKG, którego nigdy nie robiłam, a coś mi się wydaje, że to by było wskazane. Nie wiem, na ile mi się uda ten plan badań zrealizować, bo do lekarza mi nigdy po drodze nie było, a wszelkie badania, które naruszają powierzchnię mojej skóry są przeze mnie znienawidzone, ale coś mi się wydaje, że długo się taka okazja może nie zdarzyć ponownie. Szczególnie, że szukam pracy.

Dzisiaj byłam np. na rozmowie. Niby praca spoko, zarobki fajne, w mieście zamieszkania. Ta kierownik jakieś głupie pytania mi zadawała, serio. Zastanawiam się, co jej dawały moje równie głupie odpowiedzi. Nie wiem, może sprawdzała, jak sobie radzę w idiotycznych sytuacjach. Rozmowa jak rozmowa, chyba mi szczególnie nie zależy na tym konkretnym zatrudnieniu. Albo po prostu jeszcze nie zregenerowałam sił, bo entuzjazmu nie mam za grosz. Ale na rozmowy będę chodzić, choćby dla sportu i żeby nie wypaść z obiegu.

Matka wyciągnęła ode mnie prawdę odnośnie do mojej nieobecności w pracy. Pisałam Wam, że od początku była przeciwna, żebym z pracy odchodziła, że próbowała mi wmówić, że to najlepsza praca, jaką mogę mieć, bo daje kasę i prestiż, a moje argumenty o braku życia kwitowała, że w moim wieku nigdzie nie będzie życia. Ale kiedy usłyszała prawdę, usłyszała że byłam u lekarza i że mam konkretne problemy zdrowotne to… bardzo, bardzo się przejęła. Aż mnie zaskoczyła. Chyba dotarło do niej, że kiedy mówiłam, że praca mnie zabija, to wcale nie żartowałam. Powiedziała, że podjęłam dobrą decyzję i zaczęła nade mną skakać, jak nad kaleką. Rozbawiła mnie tym. Próbowałam jej tłumaczyć, że jeszcze nie umieram, że po prostu próbuję działać, zanim nie będzie odwrotu, ale chyba nie do końca dociera.

Mam za sobą również nieprzyjemną rozmowę telefoniczną z szefową, która telefonami mnie nęka. Bardzo mnie te telefony dręczyły na początku, ale wczoraj byłam już taka lekko rozluźniona i sobie z nią pogadałam. Gadanie polegało na tym, że bardzo spokojnie, acz stanowczo odpowiadałam jej na pytania „co dalej”. Były standardowe zagrywki, czyli próba wyciągnięcia szczegółów „choroby”, zgrywanie przyjaciółki, mające na celu otrzymanie informacji, kiedy wrócę, a potem straszenie, że na moje miejsce przyjmie kogoś innego. Trzeba mieć tupet, żeby tak robić, żeby niepokoić kogoś na chorobowym w taki sposób. Ale mam to za sobą, ciekawości nie zaspokoiła, ale może da mi chociaż święty spokój w tym miesiącu.

Także takie oto przygody wyeksploatowanego do cna pracownika korporacji. W ciągu tych pierwszych nieprzyjemnych tygodni „wolnego” dla zabicia niepokoju bawiłam się w perfekcyjną panią domu. Efektem tego jest, że oprócz idealnie wysprzątanej chałupy, mam idealnie poukładaną szafę, w której leżą same wyprasowane ubrania, a ja regularnie prasuję rzeczy przed schowaniem do szafy, co całe moje życie było niemożliwe do osiągnięcia. Do takich zboczeń pchnął mnie stres :P Ale wracam do życia!

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

11 odpowiedzi na „wake up call

  1. Ł. pisze:

    Rany koguta…może masz tak jak ja : dopóki sama nie będziesz przekonana, że chcesz coś zrobić a sytuacja Cię do tego zmusi to nic z tego nie będzie! Tak wywnioskował swego czasu mój NFZtowski psycholog. Rada brzmiała następująco : nie rób nic wbrew sobie.
    Szkoda, że tak się w życiu nie da ;)

  2. Paulina pisze:

    Bardzo słuszna decyzja. I ta o odejściu z pracy i ta pójściu do odpowiedniego lekarza.
    Ponad 6 lat temu podobnie zaryzykowałam i dzisiaj wiem, że to było najlepsze co zrobić mogłam, chociaż wcale łatwo nie było jak praktycznie z dnia na dzień zakręciłam sobie kurek z dopływem niemałych pieniędzy.
    Żyj pełnią życia! ja wierze, że wszystko już teraz ułoży się po Twojej myśli…

  3. linka85 pisze:

    Cieszę się, że Twoja mama dostrzegła sedno problemu. I że prywatnie trafiłaś na specjalistę, który ma na uwadze dobro pacjenta i nie bagatelizuje problemów. Ciesz się zwolnieniem, odpocznij i zregeneruj siły :). A nowa praca się znajdzie :).

  4. O mamo, gdzie Ty pracujesz ??? Chociaż ja nabawiłam się nadciśnienia również w pracy, ale jestem sporo starsza od Ciebie. Kontroluj ciśnienie. Dobra, lekka książka niejednego wyciągnęła z depresji. Robótki ręczne, druty i szydełko też bardzo wyciszają. Trzymam kciuki, a praca na pewno się znajdzie :)

  5. Loona pisze:

    Tak, korporacja… każda działa w ten sam sposób…

    Cieszę się, że trafiłaś do specjalisty już za drugim razem, pierwsza pani doktor … cóż również pracuje w korporacji finansowanej przez NFZ – przynajmniej tak sobie tłumaczę wizyty u lekarzy w ramach kasy chorych.
    I muszę to napisać – podziwiam Cię za odwagę! Jesteś Wielka Kobieto!

  6. tysiowaa pisze:

    Wracaj Kochana. Najwyższa pora. Jeśli Ty sama o siebie nie zadbasz, nikt to nie zrobi.

  7. postal pisze:

    Poczekaj ze 2 tygodnie az piguly zaczna robic robots. Dobry towards dostalas?

  8. Vann Zawss pisze:

    Przez kilka lat chodziłam do lekarza z moimi dolegliwościami, oczywiście na NFZ, i żaden nic nie wiedział. Poszłam do prywatnego za 80 zł i powiedział co mi dolega. Wiadomo, kasa…

  9. bardziej pisze:

    Da się. Ja te wszystkie rzeczy wbrew sobie strasznie odkładam, a później one mnie gonią i prześladują. Uczę się od razu mówić nie. Bo po co mam się męczyć, jeśli i tak tego czegoś nie chcę, nie jestem przekonana co do jego wartości i ważności?

  10. grafomanka pisze:

    Wracaj wracaj. Życie czeka.

  11. Monika pisze:

    Strasznie dawno mnie tu nie było, a tu aż tak… grunt, że zrobiłaś pierwszy krok, że masz świadomość. A co do serca… EKG to nie jest dobry pomysł. Skierowanie do kardiologa od rodzinnego bierz. A tam już echo serca, holter, holter ciśnieniowy w Twoim przypadku. Podstawowe badania przy takich objawach jak u Ciebie i przy skokach ciśnienia i tętna. Uwierz cioci sheryll, która kardiologów odwiedza zarówno z sercową Grzdylką jak i ze sobą i Małżem

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s