opowieści dziwnej treści

Jak na dobrą żonę i gospodynię przystało, przywitałam męża po pracy pysznym śniadaniem, czystym domem i herbatą, a wszystko to doprawiłam szczyptą porannej miłości ;) Teraz mąż śpi, a dobra żonka już zdążyła udusić indycze nogi, kupić szparagówkę, a jak tylko skończy pisanie, zabierze się za szykowanie obiadu. Jestem dzisiaj szczęśliwą żonką, bo zgodnie z obietnicą zajęłam się swoim zdrowiem [przy okazji mężowskim również].

Zaczęłam od gina, bo niestety, ale po odstawieniu antykoncepcji nie stał się cud i nie zaczęłam normalnie miesiączkować [a na cud chyba liczyłam trochę…], a zamiast cudu dostałam dziesięciokrotność przeżywanego standardowo zespołu napięcia. Z najlepszych smaczków: piersi mnie jeszcze nigdy w życiu tak nie bolały, zaczęły mnie nawiedzać nawet chore myśli o jakiejś nadnaturalnej laktacji i nocnym dokarmianiu piersią jakichś demonów, bo jedyne o czym potrafiłam chwilami myśleć, to czy krem do sutków dla kobiet karmiących mógłby złagodzić moje dolegliwości :D Przybrałam również bez mała 5 kg wody, niemalże z dnia na dzień, czułam się jak napompowana baryła, wszystkie ubrania zrobiły się po prostu za ciasne, a istnienie macicy i jajników było dla mnie tak namacalne, jakby wcale nie były schowane pod warstwami tkanek. To było potworne. Męczyłam się tak 3 tygodnie… Liczyłam na przeprowadzenie jakichś badań, jeśli o to chodzi, ale gin stwierdził, że nie ma to sensu, dopóki nie zechcę zajść w ciążę i nie napotkam trudności. Zapisał mi za to luteinę na wywołanie i dalszą antykoncepcję hormonalną. I w sumie chyba się nawet ucieszyłam, bo po pierwsze byłam wykończona zespołem napięcia, a po drugie naczytałam się, że to badania hormonów zasysają dużo krwi, a pobieranie krwi to jeden z moich ogromnych lęków. Wystarczyła jedna tabletka luteiny, nie minęło pół godziny, zawór się odkręcił, a ja zostałam trochę sponiewierana, ale już kilka dni później moje ciało wróciło do upragnionej normy. Pięć kilo zniknęło jak ręką odjął i nic mnie już nie boli.

Potem udałam się do lekarza rodzinnego po skierowanie na ogólne badania. Trochę kręciła nosem, ale ją przycisnęłam. Przy okazji mężu również sobie takie skierowanie wziął i przy okazji wolnego dnia wspólnie udaliśmy się, by nam trochę krwi upuścić. Była duża kolejka do pobieralni, nerwowa atmosfera. Przyszła nasza kolej, najpierw wszedł mężu i to, jak długo tam siedział, wzbudziło mój wielki niepokój. Komplikacje czułam w powietrzu. Potem zawołał mnie i chyba wprowadził pielęgniarki w temat, bo od razu kazały mi się kłaść na kozetce. I zaczęło się piekło. Nigdy nie miałam problemu, jeśli chodzi o widoczność moich żył i pobieranie trwało kilka sekund. A teraz trafiłam chyba na niezbyt kompetentną osobę, bo nie mogła mi nic znaleźć. W zgięciu łokcia w ogóle się bała, więc próbowała z wierzchu dłoni. Poraniła mnie tylko, a krwi nie pobrała. Spanikowała i powiedziała, że musi kogoś innego zawołać. Nie muszę chyba wyjaśniać, że leżałam na tej kozetce zielona i zlana zimnym potem, dysząca ciężko i miejscami roniąca łzy przerażenia. Przyszła pielęgniarka środowiskowa i zrobiła co trzeba w minutę. Trochę wprawdzie szukała igłą w ramieniu i bolało, ale poszło szybko. No ale potem jeszcze kazały mi leżeć. I leżeć, i leżeć. Fakt, było mi słabo, ale trzeźwiąco działały na mnie baby awanturujące się na korytarzu, że za długo tam siedzę. Spędziłam tam chyba z 30 minut w sumie. Było okropnie. Do tego wszystkiego mogę jeszcze dodać, że zaginął mój mocz :D Śmialiśmy się, że może się ktoś połakomił, w każdym razie badanie zlecone, próbki dostarczone, a wyniku nie było. Już zgłosiłam, ale czy oni to wyjaśnią, to nie wiem.

Dobra nowina jest taka, że jestem zdrowa jak rydz, jedynie tarczyca dała niepokojąco wysoki wynik w górnej granicy normy i tak sobie myślę, że pójdę z wynikiem do rodzinnej i zobaczymy co dalej. W sumie mam objawy niedoczynności… No ale to już po weekendzie. A cała reszta badań jest wzorcowa, a nie sądziłam, że po tak długim okresie fatalnego trybu życia może być tak dobrze. Mąż tak samo, wyniki ma super. Duża radość. Jeśli chodzi o serce, to rodzinna kazała mi tylko mierzyć ciśnienie codziennie przez dwa tygodnie. A ciśnienie mam teraz niższe niż kiedykolwiek w moim życiu. Więc może po prostu się już uspokoiłam i trochę zrelaksowałam? Sama nie wiem.

Także takie to miałam sensacje z badaniami i lekarzami. Najgorsze już chyba za mną, teraz tylko kontynuuję swoją misję dbania o siebie. Pilnuję diety, staram się mieć codzienne aktywności fizyczne i po prostu odpoczywać.

Mam wprawdzie poczucie winy, że nie pracuję i się obijam, przez pierwsze 2 tygodnie miałam obsesyjne myśli o pracy, że muszę, że szybko. Ale mąż namawia mnie, żebym się nigdzie nie śpieszyła, bo i nie ma do czego, a poprzedni rok naprawdę dał mi mocno w kość, więc może warto zwolnić tempa i po prostu dać na luz. Również staram się przyjmować jego tok myślenia, ale różnie to z tym bywa.

Cieszę się, bo mam dużo czasu dla rodziny. Na co dzień spędzam całe dni z mężem, a jak jest w pracy, to jadę do rodziców i pomagam im robić obiad, farbuję mamie włosy, robimy porządki w szafie. Jeździmy na działkę i robimy wspólnie zakupy. Czasem spotkam się z Sis, czasem sama się gdzieś przejdę na spacer. A czasem spędzam dzień na porządkach albo oglądaniu seriali. Nie chwaliłam się jeszcze, ale drastycznie obcięłam włosy, miałam bardzo krótkiego boba z geometryczną grzywką [fryzura mojego pomysłu], ale że włosy szybko mi rosną, to już planuję, co sobie zrobię na koniec lata. Miałam również czas zająć się kotełkami, odrobaczyliśmy je i zaszczepiliśmy, więc znowu na trochę będzie spokój. I tak póki co płynie moje życie, niby powoli, ale jakoś tak te dni uciekają. Chyba wszystko co dobre, szybko się kończy ;)

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

8 odpowiedzi na „opowieści dziwnej treści

  1. Vann Zawss pisze:

    Tylko pozazdrościć przeżyć. ;)

  2. wszystkie te sprawy, które jak opisałaś – już załatwiłaś, ja cały czas odkładam na później. Sprzątanie, szczepienie i odrobaczanie kotełków, o wizycie u ginekologa nie wspominając. Błagam, daj odrobinę motywacji, niech mnie się coś zachce w ten duszny dzień!

  3. Helen pisze:

    „…zajęłam się swoim zdrowiem. Zaczęłam od gina..”
    Od GINU chyba, chciałam wrzasnąć, ale się zreflektowałam, że każdemu głodnemu co innego na myśli.:)))
    Gratulacje, że się udało tyle badań zrobić. A tak narzekają na tę uspołecznioną służbę zdrowia!
    No dobra, za to pobieranie krwi należy im się niezły opier…
    Dzielna jesteś:))

  4. napiecyku pisze:

    Miło poczytać, że u Ciebie wszystko w porządku, korzystaj z lata i wolnych chwil pełnymi garściami, to naładuje Twoje akumulatory :)

  5. Anonim pisze:

    O matulu,ja okresowo też tak cierpię.Przy czym ja mam taki ból krzyża, że wariuję, a i jeszcze uda, uda mnie prze-okrutnie bolą no i rzygam.To tyle z chwalenia się.O zdrowie trzeba dbać, a żeby chorować trzeba mieć końskie zdrowie

  6. myjegary pisze:

    O matulu,ja okresowo też tak cierpię.Przy czym ja mam taki ból krzyża, że wariuję, a i jeszcze uda, uda mnie prze-okrutnie bolą no i rzygam.To tyle z chwalenia się.O zdrowie trzeba dbać, a żeby chorować trzeba mieć końskie zdrowie

  7. linka85 pisze:

    Żadnych wyrzutów sumienia, wykorzystaj dobrze ten czas na podreperowanie zdrowia, zwłaszcza psychicznego, nawet pomimo dobrych wyników. Całe szczęście, że Twój organizm tak dobrze zniósł wszystko to, co mu zaserwowałaś przez ten rok. A jak Twoje życie rodzinne na tym skorzystało :). Wszystkiego dobrego, kochana :). Miło poczuć powiew optymizmu od Ciebie :).

  8. tysiowaa pisze:

    Mąż dobrze Ci radzi, na spokojnie, bez pośpiechu :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s