za dużo „szczęścia”

Dawno, oj dawno nie pisałam. Jakoś natchnienia i klimatu mi brak ku temu. Ale dzisiaj mam wolne, mąż śpi po nocce, a mi stygnie w kubanie owocowa herbata. To myślę: spróbuję.

Styczeń jest dla mnie dużo lepszym miesiącem niż kilka minionych, mam dużo więcej czasu wolnego. Wprawdzie nadal pracuję po 12 godzin, ale za to mam więcej wolnych dni, dzięki czemu mój dom został gruntownie sprzątnięty i stan ten udaje się jako tako podtrzymać, jestem dużo bardziej wypoczęta i zaczynam nabywać umiejętność relaksowania się mimo stresu w pracy.

W pracy coraz lepiej, wprawdzie dalej się uczę na własnych błędach, ale popełniam ich coraz mniej i coraz mniej również odstaję wiedzą i umiejętnościami od koleżanek po fachu. Coraz rzadziej wychodzę z pracy załamana, raczej udaje mi się kończyć dni z uśmiechem i pełnią energii do życia. Ta praca stanowi dla mnie ogromne wyzwanie, jest tam też sporo aspektów, które mi się nie podobają, ale z czasem nabywam również umiejętności akceptowania sytuacji jaką jest i wypracowuję metody radzenia sobie czy też poukładania w głowie spraw niewygodnych na tyle, żeby umieć z nimi funkcjonować. Obiecuję sobie cały czas, że nie dam się wessać w niszczycielski, w amerykańskim stylu korporacyjny wir, w którym konkuruję z całym światem, muszę być najlepsza albo druga po najlepszych, gdzie obietnice dodatkowych złotówek w wypłacie wywracają do góry nogami system wartości i znów stawiają pracę na pierwszym miejscu. Nie chcę nigdy już w czymś takim być, nie chcę czuć tej presji i nie chcę dać się zmanipulować i ściągnąć w to ciemne miejsce, w którym całkiem niedawno byłam. Więc walczę z tym chorym systemem po swojemu, przytakując, udając, że przejmuję się wynikami tak samo jak wszyscy (choć pewnie się przejmuję też), a w duchu powtarzam sobie: no i co się stanie, jak słupki nie wskoczą tam, gdzie powinny? No co się stanie? Nic. Jedno wielkie nic. Kierownik regionalny się zdenerwuje, przyjedzie, nastraszy. Pokrzyczy, upodli. Ale tylko ode mnie zależy, czy dam temu wszystkiemu do mnie dotrzeć, dotknąć mojej „miękkiej tkanki”, czy dam sobie przesiąknąć atmosferą terrroru, strachu, pędu i uciekających złotówek, za którymi tak wszyscy gonią. Będę walczyć, żeby nie wpaść znów w to bagno.

Mój kochany mąż zmienił pracę, wprawdzie doszło mu parę nowych obowiązków, ale oszczędność czasu i pieniędzy na dojazdy rekompensuje wszystko. Wraca z pracy dużo mniej zmęczony i mam wrażenie, że jest szczęśliwszy. A ja razem z nim, bo czuję się dużo lepiej wiedząc, że jak wybije godzina końca zmiany, to za pół godziny będzie w domu. A nie za dwie czy więcej. No i jak on wygląda w nowym mundurze, jejuuuuniu. Ultra sexy ;)

Przeżywaliśmy parę dni temu pierwszą rocznicę ślubu. Poszliśmy do restauracji rekomendowanej przez jedną polską znaną restauratorkę, której nazwisko pewnie każdy zna. Zachwytu nie było. Ceny wysokie, jakość poprawna, a smaku brak. Jakieś wszystko mdłe i niedoprawione. I klimat knajpy żaden. Nie podobało nam się. Ale przyznam, że miło było wyjść gdzieś i zjeść jak ludzie, bo nam się takie wyjścia często nie zdarzają.

Jeśli miałabym podsumować pierwszy rok mojego małżeństwa, to musiałabym napisać, że był to rok zmian. Wielu zmian na lepsze, poprawy jakości naszego życia w bardzo znacznej mierze. Poprawy relacji z moją rodziną, która [szczególnie matka] wciąż z niedowierzaniem traktuje moje deklaracje o pełnej małżeńskiej zgodzie, szczęściu i spokojnym, dobrym życiu. Bo takie właśnie jest nasze życie. Proste, skromne, ale ogromnie szczęśliwe, dlatego, że potrafimy docenić siebie wzajemnie, naszą przyjacielską relację i nasze życie, które w porównaniu z wieloma trudnymi chwilami, przez które dane nam było przejść, jest teraz usłane różami. Pewnie wielu mogłoby się z nas śmiać, że zadowalamy się ochłapami, bo może dla niektórych to są ochłapy. Ale dla mnie to, co teraz mam, jest ogromnym, ogromnym szczęściem. I nie zamieniłabym się z nikim.

Instytucja małżeństwa dodatkowo przechodzi kryzys w moim otoczeniu. Starzy znajomi się odzywają i co jeden to mówi, że jakby mógł cofnąć czas, to nigdy by się nie ożenił. Są nieszczęśliwi, zawiedzeni, a nie rozwodzą się z powodów finansowych albo innych zobowiązań wobec rodzin własnych i partnera. Mówią też, jak bardzo nam zazdroszczą, bo się idealnie dobraliśmy, bo jesteśmy dla siebie dobrzy i się wzajemnie szanujemy. I wtedy się naprawdę głęboko zastanawiam, czy takie podstawowe sprawy, jak bycie dobrym dla najbliższej w życiu osoby i szacunek do niej to aż tak trudna i niespotykana sprawa? Wydawać by się przecież mogło, że to absolutna podstawa każdej relacji. Ale okazuje się jednak, że nie. Nie chcę, żeby ktoś sobie pomyślał, że my sobie z mężem tylko z dzióbków spijamy, a nasz związek jest idealny, bo tak nie jest. Nie ma idealnych związków. Kłócimy się, mamy ciche godziny [ciche dni nie występują, bo żadne z nas nie jest w stanie wytrzymać w konflikcie dłużej niż parę godzin ;)], bywamy dla siebie nieprzyjemni i na sobie odreagowujemy nieraz trudy dnia codziennego. Mamy też obszary w związku, które wymagają naszej ciągłej ciężkiej pracy i zaangażowania, żeby nie stały się na tyle dużym problemem, by nas kiedyś od siebie odsunąć. Ale stoimy za sobą murem. Wiemy, że możemy na siebie liczyć w każdej sytuacji. I ta pewność daje siłę.

Płynnie przechodząc z tematów małżeńskich w inne obszary muszę napisać, że zapisaliśmy się w końcu na siłownię. Muszę się pochwalić, ponieważ dla mnie to nie lada osiągnięcie. Musiałam przełamać własne kompleksy, żeby to zrobić. Czułam się bardzo niepewnie, kiedy szłam tam pierwszy raz, ale okazało się, że zupełnie niepotrzebnie. Ćwiczyłam już dwa razy, trzeci raz idę dzisiaj i naprawdę super sprawa. Karnet na miesiąc opłacony, więc motywacja podwójna. Trochę gorzej idzie mi z dietowaniem, wprawdzie kaloryczność spożywanych przeze mnie dobowo posiłków jest zupełnie normalna jak dla aktywnej kobiety, ale chyba za duża, żeby zrzucić wagę. No i te słodkości, którymi od świąt raz na parę dni się raczę… Ech. Wiecie, wszystko wkalkulowane niby, ale żeby chudnąć muszę obciąć jakieś 500 kcal z takiego „słodkiego” dnia, a nie zawsze mi się to udaje, moja silna wola jakoś osłabła przez prezenty z pracy. No ale mam mocne postanowienie od dzisiaj nie dawać się skusić nikomu i niczemu. Po prostu nie i koniec. Moja waga nie drgnęła od 1,5 miesiąca, więc liczę, że dzięki siłowni i ponownej stuprocentowej kontroli nad przyjmowanym cukrem uda mi się ruszyć z kopyta. A czego ciekawego się dowiedziałam na siłce, to że żeby najbardziej efektywnie palić tłuszcz, muszę się ruszać dużo mniej intensywnie! Wcześniej nieraz katowałam się ostro, że mało serducho mi nie wyskoczyło, a tu mi pani trenerka mówi, że jak będę tak robić, to zamiast palić tłuszcz to sobie spalę mięśnie. Zaskoczenie wielkie. No więc teraz sobie leciutko śmigam na bieżni, na orbitreku, tak po dwie godzinki dziennie [a ćwiczę tylko w wolne dni, bo inaczej by się nie dało] i jest fajnie. Przyjemnie. Endorfiny płyną, a ja zyskuję nową energię. Ciekawostką również jest, że nie miałam pojęcia, że jestem taka szczupła. Hehehehe. Znaczy się wiecie, jak na moją miarę. Mąż mnie nagrał, jak ćwiczę na orbitreku. Jak mi pokazał potem film, to myślałam, że to ktoś inny, bo ja ciągle mam w głowie obraz swojego ciała sprzed 25 kg, nawet jak patrzę w lustro to nie widzę tego ubytku, ciągle czuję się tym wielkim schabem sprzed pół roku. A tu się okazuje, że wyglądam jak inne kobiety, które ja osobiście uważam za takie pulchnej budowy, ale nie mocno otyłe. I jakoś dodało mi to mocy. Mocy dodaje też fakt, że mimo miesięcznej przerwy w treningach, moja forma jest zadziwiająco dobra. Ciało pracuje intensywnie, zaczęłam czuć mięśnie w niespotykanych miejscach dotąd :D No jestem szczęśliwa, że pokonałam siebie i poszłam ćwiczyć wśród ludzi.

Za oknem śnieg, dużo śniegu, prawdziwa zima w pełni. Na parapecie siedzi biały kot w rude plamy i myje sobie łapki. Za ścianą chrapie mąż. Dopiłam zimną już herbatę i myślę sobie, że mam w życiu mnóstwo szczęścia. Szczęście coś za często przewija się w tej notce. Dla równowagi coś się pewnie musi spieprzyć :D Ale póki co cieszę się tym wszystkim, upajam harmonią życia i wszelkim dobrem, które na mnie spływa. Czego i Wam życzę :)

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

11 odpowiedzi na „za dużo „szczęścia”

  1. kaja pisze:

    piękna notka :)

  2. Ina3b pisze:

    Gratuluję rocznicy – szczęśliwe małżeństwo dodaje sił ;) Mam nadzieję, że ja też kiedyś doczekam się takiej siły ;)
    A co do siłowni to super sprawa! Tak na prawdę zależy, co chcesz ze sobą zrobić, bo jest od cholery różnych rodzajów treningów, które wpływają na różne partie mięśni. Także wytrwałości!

  3. tysiowaa pisze:

    Cudownie.
    Dalszy komentarz zbędny 😀

  4. Helen pisze:

    Dobrze się to czyta. :)) Jakaś życiowa mądrość bije z tego tekstu, choć skąd u takiego szczawia tyle mądrości…? )))
    Cóż dodać – tak trzymać! Cieszyć się każdą chwilą, mieć w dupie co inni myślą, męża trzymać krótko, bo gonienie króliczka musi pozostać na wiele lat naczelną zasadą.
    Zaufaj mężatce z ponad 30-letnim stażem:)
    A w temacie chudnięcia…. Tak jest, że po gwałtownym spadku organizm się stabilizuje, uczy żyć z tego, co dostaje i nie chce już chudnąć. Pytanie, czy ty chcesz być Anją Rubik, czy raczej zachować trochę kochanego ciała? Jeśli twój mąż poślubił cię dużo grubszą, to znaczy, że nie przepada za kościotrupami.
    A żeby jeszcze trochę zrzucić musisz faktycznie inaczej rozkładać siły, no i stosować żelazne zasady – zero mąki pszennej, cukru, kartofli. Za to fantastyczne naleśniki i kopytka wychodzą z mąki jaglanej, z ciecierzycy i z amarantausa. Jestem na etapie odkrywania tych cudów i stwierdzam, że życie naprawdę może być piękne! Już nie trzeba piec ciastek z otrębów! Te z amarantusa wychodzą równie pyszne, słodzone suszonymi owocami.
    Wszystkiego dobrego:))

  5. cicicada pisze:

    No i pięknie!

  6. purplehair pisze:

    Noo to kazalas na siebie czekac w tym miesiacu :) najwazniejsze jednak ze powialo wreszcie optymizmem, wiekszym zadowoleniem z siebie i pewnoscia siebie, super! Tak trzymaj, od razu lepiej sie czyta :*:)

  7. pestapesta pisze:

    Witaj :)
    Nie zostawiam zwykle komentarzy, ale widziałam zdjęcie na Insta z tej restauracji, o której piszesz. A ponieważ jeszcze bardziej śmiem przypuszczać, że mieszkacie w mieście rodzinnym mojego Te, tym bliżej mi do Ciebie myślami :)
    Cieszę się, że dobrze u Ciebie (u Was). I za każdym razem kiedy na chwile wpadać będziemy do teściów, machać będę łapką w Twoim kierunku (gdzie?) :)
    Buźka. Duża.

    Trzymam kciuki za Ciebie na siłowni. Walcz, Królowo bieżni i orbitreka.

  8. anika pisze:

    No to oby się nie spieprzyło :-) Nie zawsze musi :-) Małżeństwa Ci zazdroszczę, ja jeszcze muszę trochę poczekać, ale też liczę właśnie na takie zwykłe, spokojne szczęście. No i oczywiście życzę Wam obojgu jak najwięcej chwil wolnych, abyście mogli się cieszyć swoją obecnością.

  9. napiecyku2 pisze:

    To nie są ochłapy, to są najfajniejsze chwile… umiesz się cieszyć drobnymi rzeczami i czerpiesz z nich radość, to dobry znak na przyszłość :))

  10. linka85 pisze:

    Jak dobrze, że odnajdujesz na co dzień w tym zabieganym życiu największe dobro i szczęście – własnego kochanego męża :). Niech tak pozostanie przez kolejne lata Waszego małżeństwa :). Chciałabym umieć się tak zdystansować od pracy, ale póki co nie potrafię. Niech Twoja dobra passa trwa :).

  11. flamenco88 pisze:

    Siłownia to nie straszne miejsce, jak są fajni trenerzy to i sporo się dowiesz. Zawsze się trafi ktoś, kto będzie uważał się za najlepszego, ale takich ludzi najlepiej olać. Mi pomagają słuchawki i muzyka wtedy wiem, że to czas tylko dla mnie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s