traktat o rozmowie

Myślałam, że czasy, kiedy byłam INNA skończyły się bezpowrotnie gdzieś koło 25 roku mojego życia, kiedy to umownie zakończył się okres dorastania i młodzieńczych zawirowań, jakie dały początek temu blogowi. Okazuje się jednak, że to poczucie inności może mnie już nigdy nie opuścić. Zawsze miałam się za osobę, która z łatwością adaptuje się do nowych warunków. No, może łatwość to za duże słowo, bo czasem przychodzi to z bólem i trudem, ale przychodzi dość szybko i skutecznie. Nowe doświadczenia udowadniają mi jednak, że nie jestem tym, za kogo się zawsze uważałam. Myślałam, że dobrze radzę sobie w kontaktach z ludźmi. Że wzbudzam sympatię, łatwo zjednuję sobie innych, budzę zaufanie i potrafię z każdym porozmawiać na niemal każdy temat. No cóż, okazuje się inaczej. Fakt, sympatię prawdopodobnie budzę, zaufanie nie zawsze, bo niektórym osobom wydaję się zbyt miła, żebym mogła być szczera i prawdziwa, nie pomaga mi również fakt, że jestem bardzo kulturalną osobą wobec obcych i nowych dla mnie ludzi, bo tak zostałam wychowana, a niektórzy chyba nie nawykli albo może odwykli od ludzi kulturalnych [i nie, nie schlebiam sobie, taka jestem, przy pierwszym kontakcie uchodzę za osobę bardzo kulturalną, wręcz sztywniarę]. Ale co najgorsze, to ja chyba nie potrafię rozmawiać. Ja albo wszyscy ludzie dookoła mnie.

Od kiedy moje relacje w pracy zaczęły przybierać coraz sympatyczniejszy obrót [spędzamy ze sobą w końcu całe dni, w nieustającym bezpośrednim kontakcie przerywanym zadaniami związanymi z rozmową z klientem] przyszedł również czas na swobodne rozmowy. O niczym i czasem o czymś więcej. I zabijcie mnie, zabijcie dwa razy, ale coś mi tu nie gra. Zawsze wydawało mi się, że rozmowa to taki proces, w którym wymieniają się zdaniami co najmniej dwie strony. Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że w tych rozmowach biorę udział bardzo bierny. I nie chodzi o to, że nie wiem co powiedzieć albo wstydzę się odezwać. Ba! Czasem bardzo bym chciała. Ale niemal każdy z moich rozmówców sprawia wrażenie, jakby zupełnie nie interesowało ich, co mam do powiedzenia, potakują i przerywają mi w pół zdania. Póki ich wszystkich wyczuwałam, to tak bardzo mi to nie przeszkadzało, czułam się bezpiecznie w roli obserwatora, zbierałam po cichu informacje, żeby zanalizować je w głowie i odpowiednio wykorzystać w budowaniu relacji, ale teraz, kiedy podstawy mamy zbudowane, chciałabym też czasem być wysłuchana. No ale niestety.

Przez ostatnie kilka lat nie miałam zbyt wielu okazji do poznawania nowych ludzi i nawiązywania relacji, więc nie miałam pojęcia, że tak może być, ale teraz jestem zmuszona niemal każdego dnia poznawać nowych ludzi i budować relacje. I jak wydawało mi się wyjątkiem to, że Sis może nie dawać mi dojść do słowa na naszych spotkaniach, a moja matka nawet nie próbuje udawać zainteresowania moim życiem, tak teraz zaczynam podejrzewać świat o jakąś chorobę cywilizacyjną, która nazywa się całkowitym brakiem umiejętności słuchania. No chyba, że to ja jestem chora i oczekuję wzajemności. Zniechęca mnie to. Bo czasem myślę, że może z którąś z tych osób mogłabym się zakolegować, tak trochę więcej niż ze względu na dzielenie obowiązków czy współuczestniczenie w procesach, ale kiedy zaczynamy rozmawiać o czymś naprawdę ciekawym, a ja próbuję zabrać głos, cały czar pryska. Więc zamykam paszczę, uśmiecham się kpiąco i przytakuję, przytakuję, przytakuję i „interesuję się” tak, jak nakazuje mi kultura osobista wyniesiona z domu.

Druga rzecz jest też taka, że często, jak już uda mi się odezwać, czuję się nierozumiana, bo weszłam w środowisko dość hermetyczne, skrzywione. Ja, co się za dużo książek za młodu naczytałam i mam trochę za szerokie horyzonty w niektórych sprawach. Czasem się w ogóle nie odzywam, jak wchodzą tematy drażliwe, gdzie wszyscy mają zdanie to samo, a ja jedna mam ochotę wykrzyczeć, że się nie zgadzam. Próbowałam kiedyś rozmawiać z koleżankami o seksizmie w naszym miejscu pracy, ale one kompletnie nie rozumiały, co ja mówię. Tak bardzo nasiąkły tym wszystkim, że uważają za normalne przedmiotowe traktowanie, nierówność wobec kolegów płci męskiej zarówno pod kątem zarobków, jak i stosunku ze strony przełożonych czy klientów. Mnie to dotyka, czuję się nieraz tak zażenowana głupimi uwagami na temat mojej [wątpliwej] urody, słoneczkowania mi, dziewczynkowania mi, proszeniem o buziaczka przez wstrętnego wąsacza, zaczepkami o zabarwieniu erotycznym… Ale w tym miejscu jest to zupełnie normalne i wszystkie kobiety mają to za naturalne. A mnie zbiera na pawia. Zaraz pewnie jakiś facet napisze, że nie mam do siebie dystansu i brak mi poczucia humoru, ale coś mi się wydaje, że jakby role się odwróciły, to nie byłoby facetom tak do śmiechu. To trzeba poczuć i przeżyć na własnej skórze. Ja mam tyle szczęścia, że co do seksizmu w pracy rację przyznaje mi już jeden facet, a mianowicie mój mąż. I z pewną przykrością stwierdzam również – bo jest to niewątpliwie smutne – że jest on jedyną osobą w moim życiu, która rzeczywiście słucha i to co mówię jest dla niej istotne.

I kiedy tak dzisiaj idąc do pracy rozmyślałam o tym, jak bardzo ludzie są skupieni na sobie, wiecznie mówią tylko o sobie, „ja, ja, ja i ja” i w kółko to samo, jak bardzo mają w dupie współrozmówcę, to doszłam do wniosku, że tak właściwie na co mi ci rozmówcy. Mam jednego wiernego, który mnie słucha, który rozumie, a jak nie rozumie, to próbuje zrozumieć. Który wie, a jak nie wie, to się dowie po to, żeby dobrze nam się rozmawiało. Dla którego każde moje słowo jest istotne i wie, że to działa z pełną wzajemnością. Mój mąż, mój przyjaciel, mój partner w rozmowie. Od zawsze i mam nadzieję, że na zawsze. Bo od tego się zaczęła nasza znajomość. Od dobrej, długiej, prawdziwej rozmowy, która była kluczem, bo pozbawiona była jakiejkolwiek fizyczności. Tylko słowa. Aż słowa.

Pozdrawiam wszystkich cierpiących na syndrom samotnego słuchacza. Wszystkich, którzy czują się inni tak w zupełnie negatywnym znaczeniu. Mam nadzieję, że jest nas więcej, mam nadzieję, że nie tylko ja tak się czuję i nie tylko ja to widzę. Powiedzcie, że też to widzicie. Że to nie ze mną jest coś nie tak.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

9 odpowiedzi na „traktat o rozmowie

  1. anika pisze:

    Z Tobą jest jak najbardziej w porządku. Właśnie dlatego tak lubię do Ciebie zaglądać, bo jesteś normalna w tym pędzącym świecie, gdzie ludzie często już nie mają czasu się zatrzymać, przemyśleć co nieco, cieszyć się zwykłym codziennym szczęściem, zainteresowani są jedynie czubkiem własnego nosa.

  2. Joanna R. pisze:

    Masz absolutną rację ;/ Nie martw się, ważne że masz wiernego słuchacza. Lepszy jeden niż tysiąc zapatrzonych w czubek swojego własnego nosa. Buziaki :)

  3. Czym właściwie jest normalność? Ludzie są bardzo różni. I różne są środowiska.

    Trafiłaś do środowiska, które jest Ci odległe, do innej bajki, niestety. To się zdarza.
    Zostaje utrzymywać kontakty profesjonalne, a bliższych znajomych szukać poza pracą.
    Też byłam w miejscu pracy, w którym czułam się zupełnie niezrozumiana, jakbym mówiła innym językiem. Łatwo wtedy poczuć, że coś jest z Tobą nie tak, że nie pasujesz, że to Twoja wina. A figa. Po prostu jesteś z innej bajki. Trzeba to zaakceptować i znaleźć sposób żeby przetrwać – ja nauczyłam rozmawiać się skupiać na obowiązkach, a w przerwach gadać o zupełnych pierdołach, a koniec końców i tak zmieniłam pracę. I teraz jestem w swojej bajce, i jest miło, i rozmawia się dobrze.

    Poza tym jesteś introwertykiem, i to nadwrażliwym, a takie osoby szukają czegoś więcej w konwersacji niż cała reszta. It’s not a bug. It’s a feature ;).

  4. Kardiowersja pisze:

    Najważniejsze że masz własne zdanie, Twoje. Ja nie wiem czy jestem dobrym słuchaczem ale jakby co z przyjemnością czytam Twoje notki ze zrozumieniem (chyba). Pozdrowienia

  5. linka85 pisze:

    Niestety ja również oraz częściej obserwuję brak umiejętności słuchania innych w swoim otoczeniu. I wiem, jakie to jest męczące. Najwięcej kontaktów na co dzień w pracy mam z koleżanką, która jest całkowicie skoncentrowana na sobie i dobrze, kiedy czasem uda mi się wtrącić choć zdanie na jakiś temat. Ludzie mają bardzo wiele do powiedzenia, ale wcale ich nie interesuje, co myśli ktoś inny… Oczywiście są wyjątki, ale no właśnie – już chyba tylko wyjątki :/.
    Ja związek ze swoim mężem też zaczęłam budować na bazie wielu rozmów na ważne dla nas tematy. I po dziś dzień mamy sobie wiele do powiedzenia, a uczucie wciąż jest mocne :). Więc cieszmy się, że mamy tego jednego wiernego słuchacza – najważniejszego zresztą :).

  6. tysiowaa pisze:

    Hmm, ja obracam się w małym gronie także komunikacja jest podstawą, bynajmniej w jakimkolwiek wydaniu. Ale i tak zgadzam się z twoim stwierdzeniem. Szczęściem przez ogromnym jest fakt,że zanazłaś tego jedynego, który potrafi słuchać, część ludzi nie ma tego szczęścia, albo kieruje się złymi pobudkami.

  7. flamenco88 pisze:

    Cóż sporo ludzi jest skupionych na sobie, ale mi to średnio przeszkadza. Staram się otwierać na innych i wysłuchać ich, bo mimo wszystko takie osoby po jakimś czasie się odwdzięczają, a jak nie to trudno. Jakoś przeżywam ;).

  8. purplehair pisze:

    Moze trzeba dojrzec do sluchania. Niektorzy tak sie w zyciu spiesza, ze nie maja czasu dojrzec..

  9. postal pisze:

    Szkoda czasu na ludzi, którzy komunikują się w systemie simplex. Zamiast sluchac powiedz „wypierdalaj” na pewno zyskasz zainteresowanie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s