być jak Rocky Balboa

Nie zawsze jest dobrze i pozytywnie, nie zawsze szczęśliwie i radośnie, ale ja akurat jestem tą osobą, która własne szczęście i radość umie sobie projektować. A przynajmniej z różnym skutkiem próbuje.

Utrudniają mi moje projekcje trudne życiowe koleje, które mnie osobiście dotykają niewiele, bo z jednej strony nie jestem do nich dopuszczana tak, jak bym chciała, a z drugiej jak już jestem, to w brutalny i niewłaściwy sposób. Dziadkowi coraz gorzej. Parę dni temu koło drugiej w nocy odebrałam od matki telefon, że Dziadzio wyszedł z domu. W mojej głowie od razu pojawiła się myśl, że wyszedł nago, w samej pielusze, bo przecież nie jest w stanie się już sam ubrać [a cewnikowanie odpadło ze względu na zbyt duże zmiany miażdżycowe…]. W trakcie, jak mama dzwoniła na policję, ja dzwoniłam do centrali taksówek z prośbą o rozglądanie się za starcem bez okrycia wierzchniego. Potem razem z mężem zaczęliśmy się ubierać, by ruszyć na poszukiwania po mieście. Nie zdążyliśmy przekroczyć progu, jak okazało się, że policja już go znalazła i zawiozła na pogotowie. Okazało się, że miał cukier 400 i w ogóle nie było z nim kontaktu [i rzeczywiście wyszedł w samej pielusze]. Znając go, najadł się w nocy słodyczy i totalnie stracił kontrolę. Do dzisiaj jest w szpitalu i jest z nim spory problem, bo niby wyniki są już ok, ale zachowuje się bardzo agresywnie. Wyrywa wenflony i krzyczy. A oprócz tego totalnie nie kontroluje swoich odruchów fizjologicznych. Starość to straszna, straszna rzecz. Współczuję też moim rodzicom, bo to na ich barkach spoczywa ten ciężar i nie chcą się nim ze mną podzielić. A jeśli już, to matka dzwoni, żeby się poskarżyć, a kiedy próbuję dać jej jakąś radę czy rozwiązanie, reaguje na to nieprzyjaźnie, prowokując mnie niemal do łez. W stylu, że po tym, co ja proponuję dla dziadka, ona się boi jak ja nią będę zajmować się na starość. Tylko dlatego, że zaproponowałam konsultację psychiatryczną, cewnikowanie i leki na uspokojenie. Rozwiązania – wydawałoby się – zupełnie oczywiste. No ale jak zwykle musiała złamać mi serce i stwierdzić, że chcę dla dziadka źle, a i swoich rodziców będę skazywać na podobne tortury na starość. Przykre bardzo. Co zrobić. Nie mój problem. Jeszcze.

Martwię się też o Młodego, bo jego zdrowie poważnie szwankuje, przez przyjmowanie interferonu nie może poradzić sobie z grypą od paru tygodni, temperatura mu nie spada, jest mocno osłabiony, a od antybiotyku ma jeszcze problemy z żołądkiem. Niewesoło bardzo. Mam nadzieję, że w końcu stanie na nogi.

Ale żeby nie było tak całkiem przygnębiająco, to napiszę, że po pierwsze dzisiaj jest mój pierwszy dzień siedmiodniowego urlopu, na który czekałam bardzo, bo zmęczyłam się pracą i chcę się spróbować zrelaksować. A nic mnie tak nie relaksuje, jak dobry wycisk na siłce.

Tak! Trenuję siłowo. Pierwszy trening był sporym stresem. Przyjście na nową siłkę było w ogóle stresem, ale że jestem zaprawiona w wychodzeniu ze strefy komfortu ostatnio, to podeszłam do jednego umięśnionego pana-właściciela i poprosiłam o konsultację, co do obsługi maszyn. Dostałam szybki instruktaż werbalny, a drugi równie sprężysty pan pokazywał mi naocznie, co i jak. A potem zaczęłam sama. Najbardziej przerażające jest to, że na takiej maszynie do wyciskania ciężarów w górę [pewnie ma to jakąś fachową nazwę, ale kij z tym] nie byłam w stanie unieść ciężaru samego urządzenia, bez dodatkowego obciążenia. Poczułam się słaba jak nigdy, wręcz chorobliwie. Postanowiłam, że to musi się skończyć i ruszam do boju. Zrobiłam po 4 serie na kilku maszynach rozgrzewając się wcześniej na orbitreku, a całość podsumowałam bieżnią. Było bosko, czułam się jak młody bóg. Do następnego poranka, kiedy to nie mogłam ruszyć ani ręką, ani nogą. Ból był nie do opisania, ale generalnie tego się można było spodziewać po stopniu zastania moich mięśni. Ale z każdym kolejnym treningiem jest lepiej, ból minął, a ja czuję wręcz euforię, kiedy się tak męczę, a pot kapie mi z twarzy. Wiem, obrzydliwe, ale naprawdę tak jest. A największe szczęście czuję, kiedy po satysfakcjonującym treningu siłowym wskakuję na bieżnię i potrafię 10 minut bez najmniejszej zadyszki truchtać. TRUCHTAĆ. Ja, która łapałam zadyszkę przy żwawszym marszu. Teraz już wiem, że bieganie jest moim wiosennym celem, że to jest właśnie to, co da mi największą przyjemność i satysfakcję. Siłownię zostawię sobie na miesiące zimowe.

Dzisiaj, kiedy kręciłam kółka na orbitreku w rytm muzyki, zdałam sobie sprawę, że ja nie ćwiczę – ja tańczę. Nie sprawia mi to najmniejszej trudności, przykrości czy dyskomfortu. Przypomniałam sobie, jak w czerwcu zeszłego roku zaczynałam pierwsze ćwiczenia, jak z wysiłku prawie wymiotowałam i się dusiłam z zadyszki. Jak bardzo ten ruch był dla mnie nieprzyjemny, trudny i okropny. To wspomnienie jest dla mnie teraz jak zły sen, pokonałam siebie i największe trudności do tej pory. Bo skoro ruch jest przyjemnością, dalsza droga będzie dużo bardziej oczywista. Obserwowałam się w lustrze, a w oczy najbardziej rzuciły mi się moje obojczyki. MAM OBOJCZYKI! Śmiejcie się, ale jeszcze do niedawna byłam opatulona taką warstwą tłuszczu, że kompletnie nie było ich widać. A teraz dumnie przesuwają się pod napiętą skórą w rytm muzyki.

Pisałam wcześniej, że odchudzanie mi się zatrzymało. Ja pewnie czekałabym dalej na cud, kontynuując swoje praktyki żywieniowe, ale mój mąż jest dużo bardziej niecierpliwy w tych sprawach i bez mojej wiedzy wykupił plan żywieniowy u dietetyka sportowego, który dopasował go do naszych potrzeb, również finansowych. Podchodziłam do tego bardzo sceptycznie, bo o dietetykach miałam swoje zdanie dość mocno wyrobione, ale okazało się, że to był naprawdę świetny krok. Po pierwsze jedzenie jest proste i w miarę niedrogie. Po drugie, posiłki są różnorodne i najczęściej naprawdę przepyszne. Po trzecie, poziom cukru mam wyrównany, bo nie zauważyłam u siebie wilczych napadów głodu i dużo łatwiej jest mi pokonać zamiłowanie do słodyczy. Po czwarte, waga ruszyła jak szalona. Schudłam kolejne 4 kg i jestem o krok od rekordu życia, jeśli chodzi o wagę jako osoba dorosła. Jednym słowem zaszłam już bardzo, bardzo daleko, a dzięki temu, że to się dalej dzieje, że wyniki nadal są, moja motywacja skoczyła jak szalona i z radością ważę każdy składnik posiłków i wyciskam siódme poty ćwicząc. Czuję, że żyję, czuję się jak Rocky Balboa, kiedy pokonuję każdy kolejny trening z podniesionym czołem, czuję, jak zdrowe jedzenie płynie moimi żyłami i daje mi wszystko, co najlepsze i potrzebne, by dalej wspinać się po drabinie mojego osobistego sukcesu, jakim jest pokonywanie własnej słabości.

Bałam się też na nowej siłowni, tego, że tam wszyscy są tacy piękni i wyrzeźbieni. Ale wystarczyło pójść tam kilka razy o różnych porach, by spotkać normalnych ludzi: starsze panie, krągłe mamuśki po porodach, a także moich braci i siostry grubasów, którym mam ochotę podać rękę i poklepać po plecach. Tak więc nie jest źle, jedyną wadą jest zatłoczenie, rzadko jest tam komfortowo luźno. Ale jak już wspominałam – strefę komfortu już opuściłam i sobie z tym radzę.

Co planuję na urlop? Zrobić wiosenne porządki, dokończyć porządkowanie szafy [w której niewiele już zostało z rzeczy, które mogę nosić bez wyglądania jak w worku], codziennie odwiedzić siłownię, spotkać się z Sis i zapolować na pasujące na mnie ciuchy na lumpeksowych wyprzedażach. Bo nie zamierzam kupować nic drogiego w fazie przejściowej mojego ciała. A przede wszystkim zapomnieć o pracy, co mi na razie nie wychodzi, ale i tak jest dobrze. I tym pozytywnym akcentem zakończę swój wpis. Buziaki :)

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

9 odpowiedzi na „być jak Rocky Balboa

  1. Akurat też jestem w tematach fitnessu, bo próbuję się wzmocnić od początku roku i zgubić pare kg przy okazji. Ćwiczenia siłowe są super! Chociaż ja wolę korzystać głównie z masy własnego ciała + ciężarków. Do siłowni nie jestem w stanie się przekonać – zapach i brak prywatności przeszkadzają mi w czuciu tego flow, które dają ćwiczenia.
    Jeżeli mogę coś polecić, to Fitness Blender (mają stronę i kanał na youtube) to świetne miejsce, od którego można zacząć układanie swoich tygodniowych planów treningowych. Ja do tego dokładam jeszcze codzienną praktykę jogi (po treningu trzeba się porządnie rozciągnąć tak czy tak) – i czuję się super :).

    Wydaje mi się też, ze najważniejszą rzeczą w tym wszystkim nie jest nawet chudnięcie, a przyzwyczajenie się do regularnego ruchu i zdrowego jedzenia – bo to zaprocentuje na całe życie. Tak więc łączę się w motywacji, jesteśmy zajebiste :D.

  2. Helen pisze:

    Ja też po pierwszym treningu z Chodakowską prawie zemdlałam. A po roku się złoszczę, że puls mi już nawet nie chce wejść na 120, co byłoby najbardziej wskazane przy ćwiczeniach. Ale jak piszesz, nie sztuka chudnąć, sztuka mieć przy tym kondycję, a to z samej diety się nie weźmie.
    Co do „pięknych i wyrzeźbionych” na siłowni, to wystarczy wejść do sauny w publicznych obiektach, żeby się wyleczyć z wszelkich kompleksów. Ludzie nie mają żadnych oporów, żeby się rozbierać do goła mając 30 kg nadwagi i tak paradować.
    Gratuluję dalszych postępów:))

  3. linka85 pisze:

    Gratulacje i oby tak dalej :)! Sama muszę się w końcu na poważnie za siebie wziąć, ale brak mi takiej dyscypliny, samozaparcia i czasu przeważnie. Choć wiem, że chcieć, to móc. Przykre jedynie, że z Twoim dziadkiem coraz gorzej, a jeszcze brat ma problemy ze zdrowiem… Oby i to się naprostowało. Naprawdę mocno trzymam kciuki i życzę zdrowia. No nic, póki co obowiązki wzywają. Wszystkiego dobrego!

  4. flamenco88 pisze:

    Trening siłowe są świetne, chociaż wolę dynamiczne ćwiczenia i tu na pomoc przychodzi CrossFit, polecam próbować i szukać ;)
    Dużo szczęścia!

  5. tysiowaa pisze:

    Podpisuje się pod słowami Ewelinki, dokładnie to samo chciałam napisać.
    Starość jest bezlitosna.Heh.

  6. grafomanka pisze:

    Gratuluję Ci bardzo tego spadku wagi, tej mobilizacji tego nowego stylu życia. Nie ustawaj! :)

  7. pestapesta pisze:

    Kochana, będę na Święta u teściów. Będę na chwilę, pewnie od piątku wieczora do niedzieli, ale może masz ochotę na szybką kawę gdzieś „w mieście”? :) O ile mieszkasz w Ch… (jak domniemuję :) )

  8. innam pisze:

    Schlebiasz mi niesamowicie takim zaproszeniem, ale obawiam się, iż będę poza wszelkim zasięgiem w tym czasie :D I wydaje mi się, że mogę mieszkać tam, gdzie myślisz :)

  9. pestapesta pisze:

    Ajaj… jednak jakbyś miała chwilę wolnego to będę na Wolności. Czyli rzut beretem do centrum ;) i z chęcią odejdę od stołu żeby Cię na kawę zaprosić. :*

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s