szukaj mnie

Nigdy nie zostanę rekinem. Biznesu czy czegokolwiek. Żeby zostać rekinem, trzeba mieć niepodważalną wiarę w siebie i własne siły, a oprócz tego niezachwianą pewność oraz przekonanie, że ja i moje cele jesteśmy najważniejsi. Brzmi głupio, ale taka jest prawda, przynajmniej patrząc na moje aktualne życie zawodowe. Mimo tego, że wiele rzeczy robię dobrze, mam mnóstwo debilnych skrupułów wobec ludzi, którzy wobec mnie nie mają ich za grosz. Co gorsza idiotycznie [i mam świadomość tego idiotyzmu] pałuję się myślami, że może z czymś przesadziłam, że mogłam odpuścić, że niepotrzebnie o coś walczyłam, bo teraz KTOŚ TAM pomyśli COŚ TAM, a ja wyjdę na KOGOŚ TAM. I nawet nie chodzi o to, co myślą inni, bo to przecież mało ważne, najgorsze, że to JA myślę o sobie źle. I nie wiem dlaczego, bo nie robię nic złego, robię to, co robią wszyscy wokół mnie, czyli próbuję dbać o swoje interesy. A mimo wszystko ciągle czuję, że może jednak przesadzam, że przecież to nie jest aż tak ważne. Nawet kiedy już poczuję zew, podejmę walkę, to potem żałuję, bez względu na to, czy wygrałam, czy nie. Zastanawiam się też nieraz, czy gdzieś na świecie jest dla mnie miejsce. Zawodowo. Miejsce, w którym byłabym po prostu szczęśliwa. Robiła coś istotnego, coś więcej niż sprzedawanie gówna w papierku. Gdzie otaczaliby mnie ludzie choć odrobinę podobni do mnie, a nie tacy, którzy są moim całkowitym przeciwieństwem w większości fundamentalnych spraw. Gdzie nie będę musiała gryźć się w język za każdym razem, kiedy ktoś powie coś naprawdę niefajnego o kimś ciemnoskórym/grubym/INNYM w dowolnym słowa znaczeniu, kiedy ktoś pogardliwie wypowie się o kobietach, kiedy ktoś będzie mi mówił, żebym tylko NIE ZACIĄŻYŁA [koleżanka z pracy właśnie zaszła w ciążę i poszła na zwolnienie] i żeby żadna z nas NIE ZACIĄŻYŁA, bo BĘDZIE TRAGEDIA i żebyśmy może trochę popracowały i SIĘ DOROBIŁY zanim ZACIĄŻYMY. Bulwersuję się czasem tak bardzo, że aż czerwienieję na twarzy ze złości i zażenowania, jak można być takim prostakiem i tak bardzo nie wiedzieć, że tego typu wypowiedzi w dzisiejszych czasach są już piętnowane przez duże korporacje [podobno]. Że tak mówić nie wypada i nie wolno. Dotyka mnie to wszystko, przyprawia o mdłości i wiem, wiem, niejeden oddałby wiele za moją pracę i moją płacę, ale to bardzo smutne, że za pieniądze trzeba się w tym kraju wyzbyć godności, sumienia, a przekonania schować do kieszeni. Jedyne, co mogę, to nie być takim człowiekiem jak oni. Być dobrym dla ludzi, miłym dla ludzi, otwartym dla INNYCH w każdym tego słowa znaczeniu, pielęgnować swój własny ogródek i nie zatracić do końca tego, co uważam, że czyni mnie względnie porządnym człowiekiem. Mówię względnie, bo do bycia porządnym i uczciwym człowiekiem brakuje mi porządnej i uczciwej pracy. Ale dosyć o pracy.

Moje zdrowie ma się lepiej. Lekarz zmniejszył mi dawkę mocno mulącego leku, dodał mi drugi, jestem bardzo ciekawa efektów. Czuję się lepiej. Ćwiczę mniej, ale robię to z nieco większą radością niż wcześniej. Znowu ograniczyłam dość mocno kalorie, spadły 2 kg, czyli straciłam to, co przybrałam na reverse diet i walczę wciąż. Obawiam się, że może być ciężko. O męża też się trochę obawiam, czy nie wpada w jakąś męską odmianę anoreksji czy innej obsesji na punkcie dążenia do doskonałości cielesnej, ale regularnie wbijam mu do głowy, że dopóki jest zdrowy i tak piękny jak zawsze, to nie musi niczego zmieniać. Oczywiście nie działa, bo na obsesje kilka komplementów [choćby najszczerszych] nie pomoże, no ale robię co mogę. Ostatnio zdradza objawy wyjałowienia i przetrenowania organizmu, uświadomił to sobie i trochę próbuje modyfikować myślenie i działanie, o tyle dobrze. W każdym razie siedzimy w tym razem.

Znowu przyszły duże wydatki. Zamówiliśmy nowe okna do salonu, bo od pół roku bardzo poważnie przeciekają nam drzwi od balkonu, parę razy przy zacinającym deszczu nas zalało, więc trzeba przed zimą się zabezpieczyć. Zamówiliśmy też nową kanapę, bo nasza jest już tak obleśna, że jak na nią patrzę, to mi się robi niedobrze. Zakupy oczywiście czynią nas szczęśliwymi, ale ja już boję się, jak przeżyjemy najbliższe trzy miesiące obciążeni tymi poważnymi wydatkami. Jakoś trzeba będzie.

Znowu zmieniłam fryz. Na jesień zrobiłam sobie na włosach brąz zbliżony do mojego naturalnego, pozbyłam się jeszcze więcej włosów, zostało mi ich trochę z prawej strony i nie ukrywam, że świetnie się czuję w takiej fryzurze, która oprócz tego, że jest efektowna, to jeszcze najłatwiejsza na świecie w utrzymaniu. Myję rano głowę, włosy schną same i wyglądają świetnie. Trochę lakieru i lecę w świat.

Po ostatniej kontroli u ginekologa uświadomiłam sobie, że nienawidzę poczekalni ginekologicznych. Czuję się tam, jakbym grała w teatrze. Te wszystkie kobiety z wielkimi ciążowymi brzuchami rozszczebiotane o swoich ciążach, porodach, dzieciach. I ja między nimi, bo mnie zagadują. Udaję, że wiem o czym mówią i rozumiem je świetnie. A tak naprawdę czuję ogromny dyskomfort i odliczam minuty do mojego wejścia do gabinetu, żeby uwolnić się z potrzasku. Wiem, nie jestem matką, dla niektórych pewnie nie jestem nawet prawdziwą kobietą, bo nie rodziłam, ale naprawdę… Ciekawa jestem, jak wygląda kolejka do urologa. Jak rozmawiają i czy w ogóle rozmawiają ze sobą mężczyźni.

Czuję się ostatnio trochę mniej szczęśliwa, niż być powinnam teoretycznie. Czasami w nocy nie mogę spać, napadają mnie moje własne myśli, czy w życiu robię i sięgam po to, co naprawdę bym chciała. I czego tak naprawdę chcę. I chyba nawet nie wiem, czego tak naprawdę chcę. Nie mam pomysłu na życie, choć jeszcze parę miesięcy temu miałam już całą wizję. Gdzieś zagubiłam sens i kierunek dążenia, plan przestał być tak wyrazisty i oczywisty. Znowu mam lęki, obawy i wątpliwości. Znowu wydaje mi się, że unieszczęśliwiam jedynego człowieka, który jest dla mnie naprawdę ważny. I łapię się na tym, że ja naprawdę, ale to naprawdę siebie nie lubię. I wcale tak z serca sobie dobrze nie życzę. Ciężko jest być bezwzględnie mną. Dlatego jestem mną coraz rzadziej. Nie wiem nawet, kiedy bywam sobą. Jestem mieszaniną tego, kim muszę być, żeby wytrwać w codzienności. Tym dziwadłem, którym staję się w pracy. Niemalże latającą na skrzydłach radości przy rodzicach, żeby nie być dla nich zmartwieniem. Zupełnie zadowolona z życia przy znajomych. Gdzieś zgubiłam siebie i nie wiem, jak się odnaleźć. Jak to śpiewała Pani Geppert:

Szukaj mnie
Cierpliwie dzień po dniu
Staraj się podążać moim śladem
Szukaj mnie
Bo sama nie wiem już
Bo nie wiem kiedy sama się odnajdę.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na „szukaj mnie

  1. tysiowaa pisze:

    Ostatnio nachodzi mnie wiele podobnych myśli. Także nie wiem co konstruktywnego mogłam bym napisać. Tule,ściskam :)

  2. anika pisze:

    Kurczę, gdzie człowiek nie spojrzy teraz to wszędzie jakaś idiotyczna rywalizacja, ludzie nie umieją współpracować, dogadywać się, każdy tylko w swoją stronę patrzy… u mnie też… ja to bym najchętniej wybyła gdzieś na jakąś bieszczadzką wieś, tyle, że nie mam pomysłu, co mogłabym tam robić…

  3. bajan pisze:

    Jesteś po prostu dobra a dla siebie za surowa. To, że się zmieniasz nie czyni Cię kimś obcym.

  4. linka85 pisze:

    A wiesz, że przez wszystkie stresy w pracy ja też zaczynam coraz mniej lubić samą siebie? Bo staję się osobą, jaką wcześniej nie byłam i jaką nigdy nie chciałam być – zrzędliwą, wiecznie zmęczoną, czepialską i coraz mniej zrównoważoną emocjonalnie. Obłęd, z którym nie potrafię skończyć. Oby było lepiej, bo sama ze sobą nie wytrzymam.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s