nowe życie

Pierwszy raz od kilku dni nie przebudziłam się całkowicie o 5.00. Przymusiłam się wprawdzie do dalszego snu, ale czułam, że jest mi to potrzebne. O 7.00 nieśpiesznie podniosłam się z łóżka, szybkie ważenie. Znowu trochę w dół. Jasiek wysysa tłuszcz? Fenomen jakiś. Potem wielka szklanka wody z cytryną. Zaczęłam ją pić, kiedy tylko zaczęłam podejrzewać. Dzisiaj nic nie włączam, telewizora, muzyki. Dzisiaj jest mój dzień na poukładanie sobie nowej rzeczywistości, nowego świata i nowego życia. Obok mnie czeka już całkiem zdrowe śniadanie i duży kubek kawy. Jedyny dzisiaj. Na jeden dziennie pozwalam sobie, od kiedy zaczęłam podejrzewać.

Los jest bardzo przewrotny. Grudzień miał być miesiącem katorżniczej pracy i kompletnie nieświątecznego nastroju. Okazuje się jednak, że spędzę go na L4, dzisiaj zaczynam. Myślę, że przyszedł czas, by opowiedzieć Wam pewną historię.

Gdzieś w okolicach czerwca 2016 pojawiła się w naszych sercach nieśmiała myśl o tym, że może to już czas na poważnie pomyśleć o powiększeniu rodziny. Dla mnie był to przełom, bo musiałam dosłownie pokonać siebie. Po pierwsze, żeby uwierzyć, że jestem w stanie psychicznie poradzić sobie z wszystkim, co prowadzi do pojawienia się dziecka na świecie, a po drugie pokonać swoje chore ciało, o którym przecież od 23. roku życia słyszę, że raczej nie będzie w stanie dać dziecka. Na początku, kiedy klamka zapadała, że tak, próbujemy, zbierało mnie na wymioty ze strachu. Mówię serio. A kiedy w końcu postawiłam największy krok i zapisałam się do specjalisty, którego polecano w internecie, cała się trzęsłam. Na pierwszej wizycie zrobiłam z siebie kretynkę, bo tak bardzo byłam przerażona, że nie wiedziałam co mówię. W każdym razie ustaliłam, po co przyszłam. Dostałam skierowanie na badania. Miałam też w tym okresie swoje pierwsze podejrzenie raka jajnika, które na szczęście okazało się nie potwierdzone, byłam teoretycznie zdrowa (nie licząc policystycznych jajników, przez które mój prawy jajnik był całkowicie wyłączony i totalnych zaburzeń hormonalnych). Po stwierdzeniu, co jest ze mną nie tak, zaczęliśmy leczenie. Dostawałam leki. Co miesiąc kolejne, bo te pierwsze nie przynosiły rezultatu. Miesiąc po miesiącu USG pokazywało brak owulacji. I tak z każdą wizytą bardziej pragnęłam zobaczyć wreszcie na USG pęcherzyk na jajniku. Przez cały okres leczenia czułam się fatalnie. Leki, które przyjmowałam, sprawiały, że odechciewało mi się żyć, czułam ogrom bólu przez długi czas, a potem chroniczne zmęczenie. Ale dopóki wiedziałam, po co je biorę, brałam chętnie. Plusem całej tej sytuacji jest też to, że wyleczyłam się z lęku przed pobieraniem krwi, miałam tak dużo badań, że po prostu przestałam mdleć po każdym ukłuciu. Śmiesznie.

W swojej głowie zawsze zakładam najgorsze scenariusze, już widziałam nas jako jedną z tych nieszczęśliwych par, których małżeństwo zniszczyła wieloletnia walka o dziecko, moje bolesne leczenie w stylu przetykania jajników, czy inne inseminacje czy w końcu zbieranie kasy na in vitro. Ale z drugiej strony ciągle wierzyłam i miałam też już wypisany scenariusz, że w listopadzie przedłużają mi umowę, ja zachodzę w ciążę i od stycznia idę na zwolnienie. Takie, wiecie, marzenie.

Na listopadowej wizycie lekarz zobaczył na moim jedynym sprawnym jajniku dwa pęcherzyki, po czym kazał mi łapać męża za uszy i ciągnąć do łóżka. Pamiętam, że byłam bardzo szczęśliwa – jak wyszłam z gabinetu, to nawet uroniłam parę łez, zadzwoniłam od razu do Męża, ucieszył się razem ze mną niesamowicie. Pojawiła się nadzieja.

A potem leciał tydzień za tygodniem, nadzieję straciłam, kiedy zaczęłam czuć bóle menstruacyjne i inne objawy miesiączki. Coś przestało mi grać, kiedy w dzień spodziewanej miesiączki ona się nie pojawiła. Czułam typowy ból, a krwawienia nie było. Zaczęłam czytać w internecie i dopasowywać kawałki układanki. Moje piersi powiększyły się znacznie, stały się bardzo bolesne i zmieniły swój wygląd dość znacząco. Dużo częściej sikałam, a do tego w ogóle nie nabrałam wody, jak to w okresie okołomenstruacyjnym zawsze u mnie było, nie byłam ani trochę spuchnięta. Powiedziałam mężowi, że jak do jutra nie pojawi się krwawienie, idę po test.

Kupiłam od razu dwa. Zrobiłam pierwszy. Nie ma ciąży – stwierdził mocno zawiedziony Mąż, patrząc na samotną kreseczkę testu. Wrzucił go w śmietnik. Ja nie dowierzałam testowi, bo czułam, że coś się ze mną dzieje innego niż zawsze. I miałam rację nie dowierzając. Mąż coś tam poczytał w necie i zaraz poszedł szukać testu w śmietniku. Złapał go i zaczął wołać, że jesteśmy w ciąży. Okazało się, że na teście druga kreseczka była bardzo, bardzo blada, ledwo widoczna. Po chwili zrobiłam drugi test, tu już druga kreseczka wyszła dużo wyraźniejsza. Nie mogliśmy uwierzyć, popłakaliśmy się razem i nadziwić nie mogliśmy nad tym cudem życia, który stał się naszym udziałem. To był bardzo poruszający moment, nigdy nie widziałam mojego Męża w takim stanie, takiego szczęśliwego, wzruszonego, widać było, że to dla niego coś wielkiego, być może największego w życiu.

Tego samego dnia jeszcze zapisałam się do lekarza. Moja euforia lekko przygasła, kiedy dowiedziałam się, że mam olbrzymią torbiel na jajniku, a ciąża być może jest, ale bardzo wczesna. Kolejne skierowanie na badania i kolejny stres. Musiałam niestety w tym stresie i niepewności przeżyć weekend, na badania poszłam dopiero w poniedziałek. Ciąża się potwierdziła, badania wyszły w porządku. Żeby móc pójść do lekarza w trakcie pracy, musiałam wtajemniczyć kierownika, który nie był zachwycony zaistniałą sytuacją, czym również mnie zestresował, ale do lekarza ostatecznie puścił. Wizyta okazała się być w miarę pozytywna, ciąża definitywnie jest, widać już zarodek zagnieżdżony w macicy [kolejna obawa rozwiana, bo oczywiście mistrzyni czarnych scenariuszy widziała oczyma wyobraźni ciążę pozamaciczną], a torbielą-gigantem mamy się nie przejmować, powinna sama się wchłonąć z czasem. A nawet jeśli nie, to do rozwiązania i tak nic z tym nie zrobimy. Dostałam przykaz odpoczywania, dbania o siebie, zwolnienie z pracy, a kiedy zapytałam, co z moją aktywnością fizyczną, bo przecież przed ciążą dużo trenowałam siłowo i biegałam, lekarz spojrzał na mnie jak na świra i powiedział, żebym sobie odpuściła, że zostaje mi co najwyżej basen i spacer. 9 miesięcy leniucha.

Bardzo stresowałam się reakcją w pracy, w końcu zostawiam zespół w grudniu, najgorszym możliwym czasie. Na początku trochę dyskutowałam z lekarzem, czy może zaczekamy z tym zwolnieniem na styczeń, ale zarówno lekarz, jak i mąż wybili mi to z głowy. Porozmawiałam z kierownikiem, śmiał się histerycznie, pogadałam z koleżanką, utwierdziła mnie w przekonaniu, że dobrze robię i że na pewno sobie poradzą. Spakowałam swoje rzeczy, a na koniec pracy jakoś tak nawet smutno i nieswojo mi się zrobiło. Co ja teraz będę robić? Rozpisałam sobie wprawdzie trochę planów na miesiące mobilne i te, w których będę już miała pokaźny bęben, ale i tak…

Przykrym aspektem jest też brak moich ćwiczeń fizycznych, nie ukrywam, że jestem przerażona tym, że mogę stracić to, co sobie ostatnio wypracowałam, że prawdopodobnie nadrobię sporo straconych w pocie czoła kilogramów, a moja fantastyczna sprawność odejdzie w zapomnienie. Ale próbuję sobie tłumaczyć, że nie można mieć wszystkiego, że teraz walczymy o coś wielkiego i jakieś ofiary tej walki być muszą. A jeśli wszystko skończy się szczęśliwie, to na pewno będę miała moc, żeby odbudować sprawność i zrzucić kilogramy. Tak się przynajmniej pocieszam ;) Jak na razie od momentu dowiedzenia się o ciąży schudłam 2 kg, ale podejrzewam, że to hormony szaleją i niedługo wszystko obierze zupełnie przeciwny kierunek.

Moja Mama i Tato są bardzo szczęśliwi, Mąż w euforii, chodzi i śpiewa piosenki o tym, że będziemy mieć dziecko. Wszyscy bardzo o mnie dbają, czuję wokół siebie mnóstwo miłości i opieki. Sis nie wierzy w tą całą sytuację, śmiać mi się chciało, kiedy myślała, że to jakaś wpadka mimo antykoncepcji :D

Oczywiście mam mnóstwo obaw. Począwszy od tego, czy moja ciąża zakończy się szczęśliwie. Czy ją donoszę. Boję się właściwie absolutnie wszystkiego w związku z tym, boję się nawet tego, co będzie za dwa lata, jeśli nie zechcą mnie z powrotem w pracy, ale obiecuję sobie, że dzisiaj, w tej notce, wspominam o tym po raz ostatni. Po raz ostatni mówię o strachu, obawach, niepokoju, postanawiam wyrzucić ze swoich myśli negatywne nastawienie i myśleć tylko pozytywnie, żeby Jasiek rósł w spokoju i nigdy niczego się nie bał. Wszystko będzie dobrze, M. :)

A Jasiek od fasoli, nic zobowiązującego ;)

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

18 odpowiedzi na „nowe życie

  1. Gratulacje i trzymam kciuki bardzo mocno!

  2. kaja pisze:

    Gratulacje i dużo zdrówka. Ja jestem w szoku… Twoja notka o tym jak bardzo nie chcecie dzieci mocno utkwiła mi w pamięci… Była bardzo mocna. ale i tak sobie pomyślałam- przyjdzie taki czas… i przyszedł :) Trzymam kciuki za Jaśka

  3. innam pisze:

    Z ciekawości przypomniałam sobie te notkę i powiem Ci szczerze, że dla mnie wcale nie jest taka mocna. Jak na etap w życiu, na którym byłam wtedy była dla mnie wręcz bardzo zrozumiała. I nawet wciąż się zgadzam z tym wszystkim, co tam napisałam. Ale czas w życiu mam już inny, stabilniejsze życie, dlatego poczułam, że czas na zmiany :) A tak już całkiem na marginesie, to ja nigdy nie chciałam mieć dzieci, mój mąż zawsze chciał. Dlatego właśnie na końcu tamtej pamiętnej notki pisałam, że taka decyzja nie jest tylko moja, bo nie jestem w życiu sama :)

  4. Aldona pisze:

    Czytam Cię od bardzo dawna, czuję się tak, jakbym zaglądała do dobrej koleżanki i sprawdzała co u niej słychać. Pamiętam przez co przechodziłaś, jak było Ci ciężko. Czasami jak mi samej nie było najłatwiej w życiu wchodziłam tutaj i jakie by nie były Twoje notki to jakoś zawsze podnosiły mnie na duchu. Tak więc stwierdziłam, że koniecznie muszę Ci pogratulować, cieszę się ogromnie, że Wam się udało i że byłaś na tyle odważna żeby w ogóle spróbować pomimo problemów zdrowotnych. Wzruszyłam się bardzo, może dlatego że sama ostatnio coraz mocniej czuję, że chciałabym być mamą, ale u mnie to jeszcze niemożliwe, niestety. Będę trzymać kciuki żeby przez najbliższe miesiące wszystko było u Was jak najlepiej!
    Ściskam i pozdrawiam serdecznie,
    wierna czytelniczka ;)

  5. innam pisze:

    Bardzo Ci dziękuję za miłe słowa i aż trudno mi uwierzyć, że ktoś czyta mnie tak długo a ja o tym nie wiem :D A czy Ciebie można gdzieś poczytać? Chętnie bym Cię poznała :)

  6. jestesczesciamnie pisze:

    Gratulacje Kochana :) Wszystko będzie dobrze, tylko musisz w to wierzyć :) Dbaj o Was :)

  7. Kardiowersja pisze:

    bardzo się cieszę, wreszcie jakaś dobra wiadomość dzisiaj;)

  8. tysiowaa pisze:

    Ja od dłuższego czasu przeczuwałam co się święci :P I cieszę się Waszym szczęściem. Gratuluję :*

  9. arrow pisze:

    A mojemu Michałkowi już 14 roczek idzie :-) Bardzo się Cieszę Twoim szczęściem – buziaczki

  10. martynia pisze:

    Ja tu u Ciebie mam zawsze kłopot z komentowaniem, więc nie wiem czy uda mi się coś więcej niż na fc. Ale, po pierwsze też mi utkwiła ta notka, o której mowa wyżej, więc kiedy pojawiły się moje przypuszczenia, że coś szykuje, przypominała mi się ta notka i pukałam się w głowę. A parę takich sygnałów było. Po drugie pojawił się arrow. Co u Ciebie chłopaku?;)

  11. Gratulacje :) Chyba będziemy miały równolatków :)

  12. linka85 pisze:

    Haha, tak to jest z tymi, które nie są do końca przekonane. Później szybko mądrzeją ;). Widzę, że mniej więcej w podobnym momencie zaczęłyśmy patrzeć podobnie na pewne sprawy. Sami z mężem już na poważnie myślimy o powiększeniu rodziny, tyle że na razie jeszcze moje zdrowotne perturbacje na to nie pozwalają, Ale już nawet strach przed porodem nie jest mnie w stanie skłonić do zmiany decyzji. I tylko czekam na dzień, kiedy będziemy mogli rozpocząć starania, choć niestety przyjdzie nam czekać jeszcze przynajmniej kilka miesięcy.
    A Wam serdecznie gratuluję :). To na pewno jeszcze mocniej scementuje Wasz i tak cudowny związek :). Oszczędzaj się, dbaj o siebie i nie martw się na zapas. To jest Twój czas na szczęście wynikające z faktu bycia w ciąży i oczekiwania na pierwszego potomka :). Nie mogę się doczekać Twoich kolejnych notek, przyszła mamuśko :).

  13. eulalia87 pisze:

    Trzymam kciuki mocno ;)

  14. purplehair pisze:

    Po pierwsze: ogromne ogromne gratulacje i trzymam kciuki. Z radościa czytam, jak zmieniasz poglądy podobnie jak zmieniły się niedawno mnie. Oczywiście mówię decyzji o rodzicielstwie. Jakiś czas temu pisalas, że sobie nie wyobrażasz, że to ble. A tu o :)
    O kilogramy zupełnie się nie martw, jeśli tylko uda Ci się karmić piersią (niewygodne to jak cholera ale korzystne dla dziecka) to bardzo szybko stracisz mnóstwo kg, maleństwo wyciągnie z Ciebie WSZYSTKO. Ja się obecnie zmagam z niedowaga i obniżoną odpornością ale jakoś zakończyć kp jest mi trudno.
    Ogromnie mi miło, że tak się wszyscy o Ciebie troszczą, to super ważne. Zwłaszcza jak już brzuch pod koniec troszkę przeszkadza i z tym samopoczuciem bywa różnie…
    Tylko pozazdrościć, że udało Wam się jeszcze remont zrobić, teraz już możecie spokojnie oczekiwać fasolki :)
    Ostatnie co chcę powiedzieć jest nieprzyjemne, zwłaszcza że ja dla Ciebie obca- nie tyraj się. Naprawdę, nie tyraj się niewiara w siebie. Wszystkie swoje kompleksy wyrzuć do kosza- w macierzyństwie zmierzysz się z tyloma nowymi sytuacjami, że mam nadzieję, iż nie będziesz mieć na to czasu. W przeciwnym razie, przerzucisz swe myślenie na dziecko. Uwierz mi, że ja codziennie o tym myślę, jak sprawić by mój syn mial wiarę w siebie, nie to co ja…sciskam mocno i teraz to już na pewno będę zaglądać regularnie. Jedyna platforma na jakiej się intensywnie udzielam od jakiegoś czasu to Insta. Buziaki.

  15. arrow pisze:

    >> martynia dzięki że zauważyłaś ;-) buziaki haha

  16. Helen pisze:

    No i super:)) Szybko wam poszło, bo ja mam w okół same kobiety, które bardzo długo walczyły o dziecko. Wszystkim się udało, ale było ciężko, z in vitro włącznie.
    Więc skoro tak sprawnie poszło z produkcją, to i reszta musi pójść dobrze:))
    Z wagą oczywiście nie ma co histeryzować, ale też odpuszczać nie wolno. Bardzo ciężko będzie to potem zrzucić, jeśli przytyjesz z 30 kg. Dziecko naprawdę nie wymaga, żeby matka „jadła za dwóch”. Ja jadłam oszczędnie, przytyłam tylko 12 kg a dziecko ważyło 4 kg. Jak słoń:))
    Czego i tobie życzę.:))

  17. Ina3b pisze:

    Gratuluję i życzę powodzenia, Tobie i Mężowi ;)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s