spacery, zmiany, sentymenty

Bycie aktywną fizycznie ciężarną to duże wyzwanie. Po pierwsze przychodzi w końcu ten moment, kiedy brzuch rzeczywiście ciąży i człowiek zaczyna bujać się jak pingwin spacerując. Zaczyna się bardziej męczyć, nogi bolą już nie po dziesięciu czy piętnastu kilometrach, a po siedmiu. Po pięciu zaczynają boleć plecy, a od trzeciego czuje się, że brzuch u dołu podlega grawitacji i ciągnie z lekka boleśnie. Po drugie, każde wyjście na spacer to jedna wielka kalkulacja. Czy doniosę. Mocz. W pęcherzu. Do najbliższego punktu z publiczną toaletą. Jak idziemy do lasu, nie ma to większego znaczenia, znajdzie się zawsze jakieś ustronne miejsce w dole wyoranym przez dziki czy za zwalonym drzewem. Gorzej, gdy spaceruje się po mieście. Jak przypili, to człowiek nagle organizuje sobie w głowie mapę miejsc publicznych z ewentualną toaletą, a potem zastanawia się, czy to tak wypada z ulicy wpaść, nic nie kupić i się wysikać. Nie zastanawiam się zwykle długo, bo parcie na pęcherz jest silniejsze niż wszelkie skrupuły.

Pogoda na szczęście rozpieszcza od kiedy skończył mi się karnet na siłkę, więc codziennie robię sobie długi spacer, czy to z mężem, czy sama. Dobrze mi to robi, chociaż jak wracam to jestem tak wykończona, że trochę się martwię, kiedy ja się wezmę za te wiosenne porządki, które sobie obiecałam. Że cały dom na błysk, że wypoleruję wszystko, a fugi podłogi szczotą wyszoruję. Jakoś oddala się ta perspektywa. Mówię sobie, że przecież jeszcze do lata będzie trochę deszczowych wiosennych dni, kiedy nie będzie pogody na spacery, to wtedy się za to wezmę :D

Nie umiem się też kompletnie zmusić do porządnego researchu w sprawach poważniejszych zakupów dla dziecka. Boru, jak mnie się nie chce w ogóle tych zakupów robić. Ze mną jest chyba coś nie tak, bo kompletnie nie czuję tego instynktu do „urządzania”. Wiecie, szykowania choćby kącika dziecięcego. Koleżanki wyszukują gadżety, ozdoby, plakaty do dziecięcych pokoików, przeglądają pod tym kątem internety, a mnie to kompletnie nie jara i nie chce mi się nawet o tym myśleć. Jeno lękam się, że ciągle nie mam wózka, fotelika i łóżeczka, bo te zakupy wydają mi się najbardziej czasochłonne i najważniejsze, bo te takie dziecięce pierdółki mogłabym pewnie zorganizować w jeden dzień. Byliśmy już z mężem w kilku sklepach stacjonarnych, ale mnogość możliwości wyboru oraz ceny kompletnie spoza naszego zakresu finansowego osłabiły początkowy zapał. Najchętniej zwaliłabym na kogoś odpowiedzialność za zakup wózka, żeby był tylko w miarę dobry, nie za drogi i uniseks. Nie ma tak łatwo.

Parę dni temu przeżyliśmy z mężem wspaniałe doświadczenie pierwszego wspólnego USG. Było fantastycznie. Poszliśmy do innego lekarza, do przychodni, gdzie mają nowoczesny sprzęt i pooglądaliśmy nasze dziecko od góry do dołu. Mąż był oczarowany i przerażony jednocześnie, za każdym razem, jak lekarz coś mierzył i opowiadał, ten bał się, że usłyszy, że coś nie tak. Ale wszystko w super porządku. Dziecko nadal jest prawdopodobnie dziewczynką, nadal płeć do potwierdzenia, bo nie chciała nam się córeczka ustawić tak, żeby rozwiać wszelkie wątpliwości. Ale za to zsikała się na wizji :D Nie wiedziałam, że takie rzeczy w ogóle widać, a tu proszę. Widzieliśmy też kawałek jej buźki. Z dzieckiem wszystko super, ze mną też, jak na razie moja budowa wewnętrzna w kwestii ciąży jest wręcz wzorcowa. Oby tak dalej.

Po wyjściu z badania poszliśmy na lody, a ja zauważyłam, że do męża dopiero dotarło, że to tak serio-serio, że dziecko naprawdę się urodzi za parę miesięcy, że będziemy rodzicami. I powiedział, że skoro tak ładnie nam idzie [mając na myśli zdrową ciążę] od razu zróbmy sobie całą piątkę, bo to cudownie musi być mieć piątkę dzieci :D Wzruszające to było bardzo, widzieć go takiego szczęśliwego i zaangażowanego.

Brzuchol mam już ogromny, coraz większy każdego dnia. Rozpoczął się etap intensywnego rozrostu. A dzieciak w środku jest bardzo aktywny i ruchliwy. Jego kopniaki i uderzenia widoczne są już gołym okiem na zewnątrz, robi tam taką imprezę, że nieraz cały brzuch skacze. Małe waży już prawie pół kilo, a rano lubi zwinąć się w kłębek tyłkiem na zewnątrz po lewej stronie brzucha. Lubię budzić ją głaskaniem, po niedługiej chwili się rozciąga i układa poprzecznie.

Matka dalej jest matką. Czasem mam wrażenie, że mnie wspiera, a czasem, że jedynym jej celem życia jest krytykowanie mnie i moich wyborów. W ostatnim czasie nie podobały jej się już moje nowe włosy, moje brwi, moja koszula, moja opinia o moim lekarzu, moje oczekiwania co do opieki szpitalnej, a ostatnio – najostrzejsza szpila – imię mojej córki. Że dziwne, że ona nikogo o tym imieniu nie zna, że do kogo się dziecko będzie porównywało, że krzywdę dziecku zrobię… No cóż, jakby znała mnie choć trochę to wiedziałaby, że takim gadaniem tylko utwierdza mnie w wyborze. Czemu mam wrażenie, że mojemu starszemu bratu nigdy nie ośmieliłaby się robić takich uwag, tylko z zachwytem wykrzykiwałaby imię wnuczki, że takie piękne? Ale ja to ja, to gorsze dziecko, można mu podokuczać. Różnica jednak między dawniejszą mną a teraźniejszą jest taka, że mówię matce głośno, że wygaduje głupoty i że nie będę tego słuchać, bo jest śmieszna. Jako kobieta spodziewająca się potomstwa zaczynam dostrzegać, że moje czucie się nikim wyniosłam prosto z domu i prosto od mamy, która potrafi nawet z imienia zrobić powód do wstydu czy niepewności. Nie można nie mieć zaburzonego obrazu siebie wychowując się w otoczeniu takiej osoby, która krytykuje absolutnie wszystko. Obiecuję Ci, córeczko, że będę lepszą matką niż moja matka. Pewnie niewiele lepszą, ale spróbuję wychować Cię na pewną siebie, silną kobietę. Spróbuję dać Ci oparcie, jakiego ja nigdy nie miałam.

Po pamiętnym badaniu USG siedzieliśmy z mężem na zalanej zachodzącym słońcem ławce deptaku, jedząc pierwsze lody z maszyny tego sezonu i zrobiło się jak w filmie. Bo mąż powiedział, że nie może uwierzyć, ile lat już jesteśmy razem, jak wiele przeszliśmy i jak daleko zaszliśmy w naszym wspólnym życiu. Że gdyby tak spotkać starych znajomych, to nikt by nie uwierzył, że dzisiaj jesteśmy małżeństwem i spodziewamy się dziecka. Tak wiele się zmieniło od mojego pierwszego wyjazdu na Podkarpacie do chłopaka z internetu :) Tak bardzo się zmieniliśmy. Nie mam już za wiele wspólnego z dziewczyną ze zdjęcia na jednym z bieszczadzkich szczytów, a mój mąż z tym pucołowatym chłopakiem. Po prawie 10 latach od tamtego momentu, czuję, że ewolucja poszła w dobrą stronę. Mamy się dobrze, mamy siebie.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

8 odpowiedzi na „spacery, zmiany, sentymenty

  1. tysiowaa pisze:

    Pomyśleć, że wtedy się odważyłaś :)
    A dlaczego Twój mąż nie przyjechał do Ciebie???

    Wszystko poszło w idealną stronę <3

  2. innam pisze:

    Jeśli dobrze pamiętam chodziło o warunki mieszkaniowe. Dzielilam wtedy pokój z koleżanką :)

  3. anika pisze:

    Coraz więcej wokół mnie tej miłości z internetu ;) Chociaż do mnie to on przyjechał, ale już moje dwie najlepsze przyjaciółki też pojechały do chłopaków z internetu, dziś obie są szczęśliwymi mężatkami z dwójką dzieci ;)

  4. Ania pisze:

    Ja mojego też poznałam przez net, w przyszłym roku mija 15 lat o.O

  5. martynia pisze:

    Jakoś mnie ta końcówka wzruszyła..

  6. Też się wzruszyłam, no.

  7. linka85 pisze:

    Jak słodko :). Będziecie wspaniałymi rodzicami, a Ty na pewno w wielu kwestiach nie będziesz w ogóle przypominała swojej mamy. Ciekawa jestem, co za imię wywołało u niej taki opór. Ale to Wy jesteście rodzicami i Wy decydujecie, jakie imię nadacie dziecku. A ona będzie się musiała z tym pogodzić :).

  8. Helen pisze:

    Bardzo czule i optymistycznie zabrzmiało, i tak trzymać!
    A z toalety kobieta zawsze ma prawo skorzystać, takie jest prawo w Europie. Facet powinien kupić chociaż wodę. Ale ja zawsze mam z tym problem, wolałabym zapłacić i się nie szczypać.
    Choć nie jestem w ciąży też zawsze trasy analizuję pod kątem dostępności. Taki charakter…
    Kiedyś w Paryżu źle wyliczyłam czas i w metrze mnie dopadło. Nigdzie ani śladu WC, więc wypadliśmy z mężem na najbliższej stacji i na górę. A to był plac… Pigalle.
    Było mi wszystko jedno, wpadłam jak bomba do jakiegoś baru z panienkami. Facet siedzący przy ladzie nawet nie zapytał, tylko szerokim gestem pokazał kierunek. Wszystko miałam wypisane na twarzy:))))
    Najlepszego, dla waszej trójki! Wesołych świąt!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s