Ostatnie 4 tygodnie w duecie

Łojeżusiu słodki. Prawie nie zasiadam do laptopa, bo mi niewygodnie. Internety ogarniam w telefonie, a seriale puszczam na telewizorze. Mój duży brzuch absolutnie odmawia współpracy w pozycji siedzącej zrelaksowanej i wpółsiedzącej z komputerem na kolanach, bo nie widzę klawiatury. Tak. Teraz usiadłam przy jadalnianym stole na małym krześle i siedzę wyprostowana jak struna, bo inaczej się nie da. Dziecko prostuje mnie od środka.

Jestem w 36 tygodniu ciąży i weryfikuję swoje o ciąży wyobrażenia. Dobra, nadal jestem super zdrowa. Mam świetne wyniki badań, ciśnienie w większości w normie [chociaż na ostatniej wizycie jak zaczęliśmy z lekarzem gadać o porodzie, a ja się prawie z emocji popłakałam, to skoczyło mi tak, że mierzył 3 razy aż spadło, bo początkowo było takie, że tylko do szpitala jechać:D], wylot szczelnie zamknięty, pozycja główkowa, a doktór wróży, że dzidziok nie będzie gigantem [w co szczerze wątpię, bo ja i mąż byliśmy mocno przerośniętymi noworodkami…]. Nie dowiedziałam się nic o tym, jak urodzę, natomiast w przyszłą niedzielę jadę do szpitala, w którym zamierzam dziecko powić, by dać się szczegółowo przebadać, pooglądać dzidzioka i może wreszcie czegoś się dowiedzieć. Umówiliśmy się też na ostatnią wizytę przed rozwiązaniem [!!!!!!] i jakieś takie realne się to wszystko stało, że w niedzielę właściwie ciąża donoszona i moja córka może się śmiało rodzić, bo da sobie radę na świecie.

Nie tak sobie ciążę wyobrażałam. Prawdopodobnie mam dużo szczęścia, bo nadal nie zaznałam zgagi [wciąż nie wiem, co to jest, bo w życiu nie miałam], puchnę tylko od czasu do czasu i to dość nieznacznie [ale na to może jeszcze przyjść czas], taka totalna bezsenność noc w noc mnie nie dotyka, tylko od czasu do czasu. No i wciąż mogę chodzić, chociaż jest to często ogromna trudność i dyskomfort. Czego się za to nie spodziewałam, to tego, w jaki sposób się ten dyskomfort odczuwa. Myślałam, że trudności w poruszaniu będą wynikać z ogólnej ociężałości dodatkowo obciążonego dzieckiem i kilogramami ciała, ale nie, nieeeeeee… Tu chodzi o ten brzuch. Ten doskonale wyczuwalny balon z wodą, guz, nowotwór, no pęcherz z dzieckiem no. To ciało obce, kosmitę, samonapinające się mięśnie i niekontrolowane ruchy nie z tego świata. Że tu coś ciągnie, tu szarpie, tam rozdziera. Piecze i kłuje. Boli i ciąży. I czasem iść się nie da, ale trzeba, to wtedy tak drobię jak gejsza, kroczek za kroczkiem, w ślimaczym tempie. Dostałam raz takich skurczy, w domu na szczęście, że śmiałam się i płakałam jednocześnie, bo bolało jak jasna cholera i nie przechodziło przez 20 minut. Już myślałam, że urodzę wcześniaka. Ale jakoś rozchodziłam, rozruszałam. I ten ból niemały dał mi pogląd na to, jak bardzo będzie bolał poród właściwy. Będzie bolał bardzo. BARDZO.

Z takich spodziewanych negatywnych ciążowych atrakcji mogę wymienić zerowy komfort snu, podczas którego nieraz więcej się nacierpię niż wypocznę, bo biodra bolą niesamowicie, ból pleców, ból nóg i stóp jak za długo postoję. No i całkiem bolesne ruchy dziecka. Ej, serio, to boli :D Czasami mała tłucze się tak mocno, że nie mogę tego znieść. No ale co zrobić, żywiołowe dziecko ;) Depilacja jest prawdziwym wyzwaniem, golenie stało się niemożliwe już parę tygodni temu, więc przerzuciłam się na krem do depilacji. Efekty działania muszę dawać do oceny mężowi, bo nawet z pomocą lusterka nie widzę kompletnie nic.

Wbrew temu, co sobie obiecywałam na początku ciąży, i tak czytam jakieś ciążowe fora i nie mogę się od tego uwolnić. Dziewczyny z terminem na mój miesiąc już rodzić zaczęły. I z jednej strony uzależniłam się od dobrych wieści, bo lubię poczytać, że urodziło się szczęśliwie jakieś dziecię, takie to budujące, ale z drugiej strony jak się naczytam o porodach z komplikacjami, to mnie ogarnia lęk i przerażenie, co to ze mną, z nami będzie. Jak moje biedne, trochę starawe jak na rodzenie pierwszego dziecka ciało, da sobie radę. Co rano budzę się myśląc o porodzie, ale też i o mojej córce, którą mam nadzieję zobaczyć już wkrótce całą i zdrową i liczę na to, że nie poszarpie mi za mocno wnętrzności, że może coś jeszcze ze mnie po tej naszej wspólnej akcji zostanie.

No i tyję sobie miarowo. Mogłoby mnie pewnie bardziej dołować to, że tyję sporo, bo przed ciążą w cholerę dużo schudłam i teraz jest to jak by nie patrzeć odzyskane, ale jakoś tak od 30 tygodnia mniej mnie to martwi, bo mam inne zmartwienia i obawy. Więc pozwalam sobie na bycie grubasem teraz, pozwalam sobie na jedzenie bez żalu, bo wiem, że są aktualnie na świecie problemy większe niż poziom tkanki tłuszczowej w moim organizmie. Poza tym mam niezłe przeczucia co do utraty wagi po ciąży. Tak po prostu. Czuję, że nie będzie wcale tak źle. Najważniejsze jest to, że ja nie mam obsesji na punkcie perfekcyjnego ciała, bo nigdy takiego nie miałam, ba, jest dość zniszczone chudnięciem i tyciem przez całe życie. Bardziej chodzi mi o osiągniętą sprawność i dobre samopoczucie. Ale myślę, że wrócę do tego w ciągu roku.

Wyprawka dla malucha skompletowana, jestem gotowa do porodu. Torby spakowane. W drodze jest pierwsza przytulanka dla mojej córki, którą skrupulatnie wybierałam szukając takiej, która będzie ją maksymalnie rozwijać. Wiem, że nie przyda się przez pierwsze tygodnie, ale chciałam, żeby ją miała. Na pamiątkę. Od pierwszych dni życia. Dom względnie sprzątnięty. Robię generalne porządki po jednym pomieszczeniu za każdym razem, jak mój mąż ma dyżur, co poważnie mnie wykańcza, ale i daje spokój ducha. Czymś trzeba zajmować ręce i myśli, kiedy czekasz na coś ekscytującego, a i niepokojącego zarazem. Podczas sprzątania słucham treści wątpliwych, bo materiałów na temat tajemniczych zbrodni czy seryjnych morderców, ale co zrobię, że mnie to interesuje :D Staram się też wychodzić na spacery, ale mój maksymalny dystans spadł do 4 km, a najchętniej robię nie więcej niż 3 jednorazowo. Jest mi naprawdę ciężko czasami. No i jak przychodzą upały, to nigdzie się nie ruszam, bo strach.

Odwiedziła nas ciotka z Ameryki. Przyjechał też Bro z żoną i córką. Zjazd można by uznać za udany, gdyby nie moja matka. Ale szczerze mówiąc chyba chcę zapomnieć o tym wydarzeniu, bo siedzi mi dużą drzazgą w sercu, nie mogłam z matką rozmawiać ani na nią patrzeć przez 3 tygodnie potem. Wyłam trzy dni po nocach, bo taki mam teraz sposób na emocje, było mi przykro, że rodzina wystawia mnie na taki poziom stresu w ostatnich tygodniach ciąży i nie widzi w tym nic złego, a matce to myślałam, że nigdy nie wybaczę. No ale minęło parę tygodni, sprawy ucichły, a ja próbuję pogodzić się z faktem, że moja rodzina to jedna wielka popieprzona patologia, w której nigdy nie będzie normalnie i jedyne, co mogę zrobić, to spróbować uchronić przed tym wszystkim moje dziecko. Na tyle, na ile się da, bo przecież moi rodzice to jedyni dziadkowie, jakich będzie miała blisko, bo na rodzinę męża też zupełnie nie można liczyć. Zupełnie jakby jej nie było. Ale z ciekawych i milszych rzeczy. Ciotka z Ameryki po kilku ładnych latach bez kontaktu okazała się być fajną osobą, zapraszała nas do siebie zarówno turystycznie, jak i na stałe, gdybyśmy kiedyś chcieli zacząć nowe życie z zieloną kartą wygraną na loterii. Zabraliśmy ją na obiad, a ona obdarowała nas prezentami. I jeszcze wysłała paczkę z prezentami dla małej, która prawdopodobnie jest już w drodze. Jeszcze nigdy nie dostałam paczki ze Stanów, hehe, takie emocjonujące oczekiwanie jak na Mikołaja :D Generalnie ucieszyłam się z odnowionego kontaktu. Ja też wyślę paczkę do Stanów, ale z rzeczami, na których ja się znam, czyli polskimi kosmetykami wartymi przetestowania i polskimi słodyczami, które ciotka uwielbia. Ale to już po porodzie, jak pierwsze emocje trochę opadną.

No i co, no i czekamy. Teraz już tylko czekanie pozostało. Staram się względnie organizować sobie czas i poza sprzątaniem dużo też piekę. Robię domowe pieczywo, które naprawdę świetnie mi wychodzi i chciałabym robić je nadal po porodzie i tylko takim pieczywem karmić w przyszłości córkę, piekę też ciasta, smażę naleśniki, robię kotlety. Taka trochę oszczędna pani domu się we mnie odezwała, bo robię zapasy, mrożę, kombinuję, żeby było taniej i ciekawiej. Czasem, jak sił brak, to przesiedzę cały dzień na kanapie, grając w Wiedźmina albo oglądając seriale. Wszystko, byle za dużo nie rozmyślać. Pewną przykrość stanowi też dla mnie Sis, która zupełnie nie cieszy się z perspektywy narodzin mojego dziecka, ba, nawet nie udaje radości. Wiem, że nie każdy się musi tym ekscytować, ale od najbliższych oczekuje się minimalnego zaangażowania w najważniejsze życiowe sprawy. A tu nic. No cóż. Pozostaje mi radość własna i ojca mojego dziecka. Musi nam wystarczyć :)

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

6 odpowiedzi na „Ostatnie 4 tygodnie w duecie

  1. Trzymam kciuki mocno i czekam na dobre wieści :)

  2. Ina3b pisze:

    Ja też trzymam kciuki!

  3. tysiowaa pisze:

    I ja trzymam kciuki :)

  4. linka85 pisze:

    Będzie dobrze, świetnie sobie radzisz i masz do wszystkiego zdrowe podejście :). Twoja córka ma szczęście, że będzie miała taką mamę :). Ja też trzymam kciuki za pomyślne rozwiązanie i jak najmniej bólu :). Przesyłam gorące pozdrowienia z Chorwacji :).

  5. Helen pisze:

    Wśród moich maluchów w Otwocku większość ma 3-4 miesiące. Kiedy je podnoszę, czuję już jakiś ciężar. Ale ostatnio przyłożyłam się do nowego malca, nie spojrzawszy na date urodzin. I… prawie mi wyleciał w powietrze, bo nic nie ważył:))
    Przeczytałam karteczkę nad głową – 10 dni. :))
    Zobaczysz, jakie to cudne uczucie, tulić taką kruszynę. Jeszcze chwilkę, wytrzymaj. Nie wycofaj się:)))
    Najlepszego. Tylko nie każ za długo czekać na wiadomość.

  6. arrow pisze:

    powodzenia :-)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s