Rodzinka w komplecie

Mam córkę. Jestem mamą. Ile razy bym sobie tego nie powtarzała, ciągle jeszcze nie dociera do mnie, że ta mała przecudowna istotka zostaje ze mną na zawsze. Że to nie jest stan przejściowy, że za miesiąc będzie po wszystkim i wrócę do swojego życia. Mojego życia – dawnego życia – już nie ma. Teraz jest nowe, do którego ciężko jest się zaadaptować. Ale przyznaję, że z każdym dniem jest lepiej, łatwiej.

Najgorsze były pierwsze dwa tygodnie. Potem powoli zaczynałam ogarniać co i jak, a dzisiaj wiem już, że jak Złocistą ze snu wyrywa płacz, to trzeba odbekać, że jak płacze i czerwienieje to kupa, że jak przestaje się ruszać z takim pustym wzrokiem to siki, że jak ssie łapkę to głodna. A czasem kompletnie nie wiem co robić, żeby to dziecko uspokoić albo uśpić, ale w końcu się udaje, tylko nie wiem czy moja w tym zasługa, czy zmęczenia dzidzioka. Czasami jak zostaję z dzieckiem sama na więcej niż 12 h, a ono w dodatku jest marudne, a ja za mało się prześpię i nie jem czternastą godzinę, a potem jeszcze popatrzę w lustro, a podczas porządków w szafie zmierzę spodnie sprzed ciąży, które są tak małe, że mam wrażenie, że już nigdy w nie nie wejdę, to mam dużo złych myśli, denerwuję się, wpadam w popłoch, wspominam swoje życie sprzed dziecka i myślę sobie, że nie powinnam być matką, bo robię to źle, bo te inne matki takie wspaniałe, szczęśliwe cały czas, zadbane (nie wiem jak to robią i kiedy), nigdy nie tracą cierpliwości i zimnej krwi, a ja to szkoda słów. I jeszcze to karmienie. Czy raczej produkcja. Bo przystawianie dziecka do piersi stało się dla mnie stresujące od czasu szpitala, kiedy dziecko wyło bez przerwy podczas karmienia, bo nie miałam pokarmu. A teraz wyje, bo jej niewygodnie, bo jakieś mam te cycki niewymiarowe, jakby zupełnie nie były przeznaczone do karmienia, muszę się gimnastykować, wyginać, trzymać, więc zamiast relaksować się podczas karmienia, mam napięte wszystkie mięśnie, które drżą z wysiłku. Bez sensu. Zarzuciłam przystawianie dziecka, zaczęłam tylko i wyłącznie ściągać pokarm laktatorem. A i tu nie jest wesoło, bo ciągle mam go bardzo mało i ściąganie zajmuje mi co najmniej 4 h dziennie, odbierając mi czas na cokolwiek innego poza dzieckiem i spuszczaniem mleka.

Moja matka nadal ma na nas wywalone, tak ją czasem próbuję podejść psychologicznie, sprawdzić czy ją sumienie czasem nie gryzie, ale najwyraźniej skutecznie ucisza je kupowaniem prezentów dla wnuczki, której zbytnio nie chce oglądać i pieniędzmi na chrzest, którego nie będzie. Kompletnie nie potrafię zrozumieć, jak to możliwe, że moja matka tak bardzo nie chce mieć z nami nic wspólnego, ojciec nie jest lepszy, ale jednak wydawałoby się, że kobieta lepiej kobietę rozumie, że młoda matka potrzebuje pomocy, wsparcia, choćby ciepłego słowa, obecności. A ja, jak to przez całe moje życie, znowu jestem sama. Ale powiedziałam sobie, że nie pojadę więcej do rodziców, skoro oni nie chcą mnie odwiedzić choćby na pół godziny. Dobrze, że chociaż męża mam. Rzadziej to rzadziej, bo pracuje, ale dobre i tyle. Sytuacja z moją rodziną jest dla mnie bardzo przykra, czasem trochę płaczę, czasem nie śpię w nocy, jak spać powinnam, zachodzę w głowę o co tu chodzi i dlaczego tak jest, ale odpowiedzi raczej nie poznam. Wiem, że powinnam w końcu odpuścić ten temat, bo nie jestem w stanie nic na to poradzić, no ale to naprawdę bolesne.

***

Oczywiście, że te notki piszę na raty. Nie ma takiej opcji, żeby siąść sobie na godzinę z kawusią i ze spokojem poopowiadać, co u mnie.

No więc Złocista, którą nazywamy też Krakenem albo Oreo, skończyła już 5 tygodni, przestała być noworodkiem, wyrosła z całkiem pokaźnej ilości ciuszków, a włosy na głowie wytarły się tak, że wygląda jak Trevor z GTA. Do tego zaczęła się uśmiechać szeroko, ale nie mam pewności, czy to rzeczywiście uśmiech, czy tylko taki grymas. Od kiedy wyczailiśmy, że ma problemy z brzuszkiem i wprowadziliśmy środki zaradcze, nasze dziecko dużo mniej marudzi, prawie nie płacze, jest spokojniejsze i w ogóle widać, że szczęśliwsze. Zaczęłam też wreszcie czuć więź między nami, czuję też realny wpływ mojej bliskości na jej samopoczucie, zaczynam lubić wspólne chwile i mniej panikować, jak dziecko nagle i intensywnie sygnalizuje swoje potrzeby.

Nie bez znaczenia jest fakt, że po miesiącu uroczyście zakończyłam karmienie piersią, czy raczej produkcję mleka. Już dawno nic nie dało mi takiej radości i poczucia wolności. Moja laktacja i tak była śmiechu warta, więc bez żalu zakończyłam tę farsę, przestałam ściągać mleko, a ono w 3 dni znikło na amen. Teraz wszyscy są szczęśliwsi: ja, bo naprawdę odzyskałam ciało na własność i mam więcej czasu; dziecko, bo mam lepszy humor i dużo więcej czułości w sobie, bo nie stresuję się głupim mlekiem; mąż, bo mam lepszy nastrój i więcej czasu na cokolwiek innego. Bez karmienia piersią macierzyństwo cieszy mnie dużo bardziej.

Drugim ważnym aspektem mojego lepszego samopoczucia jest fakt, że wreszcie mogę wychodzić na spacery również sama. Mąż zrobił miejsce w piwnicy na wózek i teraz jak on jest w pracy, to i tak mogę zabierać dziecko na świeże powietrze i sama przy tym poczuć się jak człowiek. Bo wiecie, siedzenie w domu źle robi na głowę, szczególnie kiedy nie ma się nawet motywacji, żeby się przebrać z koszuli nocnej ;) spacery popchnęły mnie do zadbania o siebie. Musiałam kupić nowe spodnie, bo zanim ciążowy brzuch się wchłonie i zanim zrzucę przybrane kilogramy to jednak trochę potrwa, a chodzić w czymś trzeba. Wybrałam się też wreszcie do fryzjera, więc od razu lepiej. Zaczęłam się nawet malować znowu, więc to znak, że sprawy obrały właściwy kierunek.

Byłyśmy już ze Złocistą na dwóch wizytach u lekarzy, jest zdrowa jak rydz, a u lekarza bardzo spokojna. Oby tak dalej.

W wolnych chwilach, czyli kiedy mała śpi albo tata jest w domu, żeby małą zabawić, ja sprzątam i gotuję, więc wnioskuję jednak, że skoro na ogół wielkiego bajzlu w domu nie ma, to nie mogę być taką znowu najgorszą gospodynią. Radzę sobie. Wprawdzie kosztem snu nieraz, ale zawsze.

A poza tym jestem standardową matką z internetów. Cieszy mnie każda kupa mojego dziecka, każde beknięcie i bąki, których nie powstydziłby się stary chłop. Jestem nieraz obrzygana, obsikana, kupa też mnie nie omija, pachnę kwaśnym mlekiem (tak mi się wydaje), bo mnie dziecko opluje, ale w sumie nie jest źle. Jest inaczej, ale nie jest źle. A dziecko stało się centrum mojego świata, sama nie wiem czy to dobrze, czy nie.  Czekam na każdy kolejny dzień, bo ona z każdym dniem się zmienia, nabiera nowych umiejętności, wydaje nowe dźwięki, robi nowe grymasy. Trochę tylko jestem niewyspana, chociaż właściwie przyzwyczaiłam się już do nocnego wstawania i do snu w stanie czuwania mimo zatyczek w uszach (dzieci przez sen są baaaaardzo głośne). Jeszcze trochę i ponadrabiam blogowe zaległości, jestem na dobrej drodze do wyjścia na prostą :)

Ściskam serdecznie blogowych przyjaciół i dziękuję za dobre słowo w chwilach kryzysu :*

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

6 odpowiedzi na „Rodzinka w komplecie

  1. arrow pisze:

    jak dobrze, że już dobrze ;-) buziaki

  2. Iwona pisze:

    No i super, wrzucilas na luz i od razu swiat lepiej wyglada :)

  3. linka85 pisze:

    No i proszę, jak świetnie sobie radzisz – mówiłam Ci, że tak będzie :). Oczywiście szkoda, że nie masz żadnej pomocy i oparcia w swojej rodzinie, ale tego jak widać żadną miarą nie da się zmienić. W każdym razie nie mam wątpliwości, że jesteś wspaniałą mamusią – póki co trochę zestresowaną, ale to przecież normalne na początku :). Jestem przekonana, że z każdym dniem będzie coraz to lepiej, a i Wasza więź z córeczką będzie się zadzierzgała coraz bardziej :). Jestem z Ciebie dumna i mam nadzieję, ze kiedyś sama dam sobie radę równie dobrze jak Ty :). Uściski.

  4. tysiowaa pisze:

    Ja nie rozumiem zarówno Ciebie jak i mojego K. dlaczego na akceptacji i względach waszych rodzin wam tak zależy, kiedy w zamian otrzymujecie takie traktowanie.

    Madzia masz już swoją rodzinę, żyjecie na własny rachunek, trzeba przestać się oglądać za siebie i zdystansować. Kontakty zminimalizować do momentu kiedy oni będą chcieli. Przykre co napiszę, ale wielokrotnie liczylaś, że w tych relacjach coś zmieni. Zawsze to są pozory.

    Buduj własne szczęście z Niedźwiadekiem i córą.
    Jesteś dobrą matką i będziesz jeszcze wspanialszą 😊
    Ten uśmiech jeszcze nie jest świadomy, a i tak kradnie serce. Buuuziaki

  5. Anna pisze:

    O właśnie – jak pisałam niżej, z czasem tylko lepiej. Ściskam Was :)

  6. martynia pisze:

    A wcześniej wydawało się, że te relacje z rodziną się polepszyły i byłam pewna, że narodziny dziecka je pogłębią. Można się pomylić. Rozumiem Twój żal, ale pozostaje się skupić w takiej sytuacji na odkrywaniu szczęścia we własnym gronie: tylko Ty i mąż i dzieciątko, które z każdym dniem będzie dawać więcej radości.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s