W koło Macieju

Każdy mój dzień wygląda bardzo podobnie. Zaczyna się między 4.00 a 6.00 popłakiwaniem mojej córki. Zmieniamy pieluchę, witamy się, gadamy, karmimy i chwilę bawimy. Potem ona bawi się chwilę sama, ja przeprowadzam chociaż częściowy poranny obrządek i zaczynam „taniec ze Złocistą”, czyli naprzemiennie karmienie, pielucha, przytulanie, zabawa, drzemka, spacerek. W koło Macieju. Matka ostatnio zapytała mnie, jak mi się podoba takie życie w domu, z dzieckiem. Hehe. Raz bardziej, raz mniej, zależy jak bardzo jestem niewyspana i zmęczona. Może byłoby łatwiej, gdybym nie stawiała sobie tak wysoko poprzeczki, że oprócz zadbanego dziecka muszę mieć zadbany dom i w miarę zadowolonego męża. Oczywiście większość wszystkiego biorę na siebie, bo jakoś tak logicznie wynika, że skoro on pracuje, to po pracy odpoczywa. A ja w trakcie drzemek Złocistej zamiast samej odpoczywać, sprzątam, piorę, gotuję. Czy nawet się kurna myję, bo czasem i tego nie ma czasu zrobić, jak jest gorąca atmosfera i napięty grafik ;) Mój dzień się właściwie nie kończy, przynajmniej ja tak tego nie odczuwam. Wieczorem mamy rytuał kąpieli i usypiania, w nocy karmienie lub dwa. Mam to przeogromne szczęście, że moje dziecko częściej śpi dobrze niż kiepsko, ostatnio nawet nauczyła się właściwie sama zasypiać, po kąpieli robi się hiperaktywna i zamiast bezwładnie opadać z każdym łykiem mleka, ona się aktywizuje. Więc odkryłam, że od kiedy tak ma, trzeba ją po prostu odłożyć do łóżeczka, dać smoka, puścić biały szum i w 3 minuty dziecka nie ma. Przypuszczam, że bez szumu też da radę, ale daję go na wszelki wypadek, jakby zdarzyło nam się narobić wieczorem hałasu. Ja zaś powoli uczę się normalnie spać, kiedy mogę. Bo do tej pory moje spanie to było głównie czuwanie między karmieniami. Teraz udaje mi się zapaść w głęboki sen, czym ratuję swój przemęczony mózg.

Zdarzyło nam się też wylądować na dziecięcym sorze. Złocista z dnia na dzień kompletnie przestała jeść, więc kiedy w ciągu 22 godzin wciągnęła na raty równowartość jednego normalnego posiłku zadzwoniłam do swojej położnej i zapytałam, czy powinnam się już mocno martwić. Szczególnie, że dziecko bardzo senne, prawie się nie budzi. Kazała mi iść do pediatry, a pediatra wysłała nas na sor. Teraz z perspektywy czasu wiem, że niepotrzebnie, ale pewnie nie chciała brać na siebie odpowiedzialności, gdyby się okazało, że to jednak nie gwałtowny skok rozwojowy. Na sorze nas przyjęli na oddział, zrobili badania, podali kroplowke, przy czym się dziecko strasznie nacierpiało, a ja tam prawie wyłam razem z nim. Jeszcze w trakcie przyjmowania na oddział zaczęła jeść, wyniki były w normie, dla świętego spokoju zostaliśmy do rana, do obchodu, a potem wyszliśmy na żądanie. Oczywiście, że chcieli nas zatrzymać, bo szpital biedny, ale nie ma sensu narażać zdrowego dziecka na choroby dla widzimisię ordynatora. To były okropne 24 godziny, mimo że moje dziecko nie cierpiało (oprócz tego upuszczania krwi i wenflonu), ale nigdy więcej nie chcę musieć być z dzieckiem w szpitalu. Coś okropnego. W nocy przy dziecku czuwał Niedźwiadek, bo chciał, żebym się wyspała, ale to przecież niemożliwe. Oka w nocy nie zmrużyłam, a cisza i puste dziecięce łóżeczko ściskały za gardło. Nie chcę nawet wyobrażać sobie, co czują rodzice naprawdę chorych dzieci. Losie uchowaj.

Dzisiaj już wiem, że skoki rozwojowe mogą się objawiać w najróżniejszy sposób, więc aż tak nie panikuję. Teraz za to schizuję się, że Małą zaraziłam. Od kilku dni walczę z ostrym przeziębieniem, jestem już na końcówce, ale potwornie kaszlę jeszcze, no i pewnie nadal zarażam. Wątpię, że moje pilnowanie higieny, mycie rąk, staranie się, żeby Złocista miała jak najmniejszy kontakt z wirusem coś dało, dlatego podejrzliwie nasłuchuję oddechu, liczę kichnięcia, częściej czyszczę nosek, zastanawiam się czy to zakrztuszenie śliną czy może jednak kaszel. No nic. Będę się schizować dalej, gorączki w każdym razie nie ma.

Jak na codzień jestem osobą raczej skromną, tak moje dziecko jest moją dumą i się nim chwalę otwarcie, jeśli tylko ktoś chce słuchać. Taka madka ze mnie typowa. Moja córka jest najpiękniejsza na świecie, no co Wam będę ściemniać ;) gdzie nie pójdę, tam się każdy rozpływa nad jej śliczną buzią (ostatnio ktoś użył sformułowania „klasycznie piękna, jak z reklamy” :D) i rozbrajającym bezzębnym uśmiechem. Jest też oczywiście najmądrzejsza, ale tym się jeszcze nie chwalę za mocno, bo dla normalnych ludzi to, że dziecko chwyciło grzechotkę raczej nie świadczy o mądrości, ale dla mnie owszem. Jest genialna i kropka :D Nie wyobrażam sobie już bez niej życia i wyobrażać sobie nie chcę, chociaż wcale nie jest zawsze kolorowo i cudownie. Zresztą, dzietne koleżanki wiedzą o co chodzi, a bezdzietnym tylko powiem, że ja narzekam, a mam anioła a nie dziecko, a pomyślcie jak to jest mieć dziecko trudne ;) Mózg w kawałkach. Zawsze podkreślam, że ja się na matkę niezbyt nadaję, dlatego pewnie Matka Natura (niech jej będzie chwała!) dała mi takie dziecko, żebym była w stanie jakoś podołać. Odpukać w niemalowane. I splunąć przez lewe ramię.

Czeka mnie niebawem kilka towarzyskich spotkań. Czekam na nie bardzo, bo dawno takich spotkań nie miałam, ale też będą to pierwsze takie spotkania przy dziecku. I nie wiem jak to wyjdzie. Jak tu dzielić uwagę i czas i samą siebie. Jest to dla mnie stres, ale z drugiej strony jakoś trzeba wracać do normalnego życia, inni ludzie mają życie mając dziecko, więc czemu ja miałabym nie mieć. Myślę, że to kwestia nastawienia. Pracuję też nad tym, żeby nie mieć takiego poczucia winy, kiedy podczas dnia ze Złocistą nie poświęcam jej ciągle dużo uwagi, tylko np. zostawiam pod karuzelką albo w bujaczku, żeby trochę zajęła się sobą sama. Mam takie dziwne uczucie wtedy, że słaba ze mnie matka, że dziecko mnie potrzebuje, a ja je tak zostawiam same sobie, żeby tylko mieć chociaż chwilę od niej wolną. Wiem, że to głupie, bo przecież tak trzeba robić, bo inaczej by człowiek utonął w chlewie, sikał pod siebie i nie jadł, ale i tak mam takie dziwne odczucia wtedy. Muszę wrzucić na luz. Powoli się tego uczę.

I nie mogę schudnąć. No normalnie nie idzie i już. A tak się staram…

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „W koło Macieju

  1. tysiowaa pisze:

    Oj Madziulka, cudne to w koło Macieju.
    Powiem Ci, że naprawdę ciesz się masz spokojne dziecko. Bo z takim non stop płaczącym dzieckiem bardzo ciężko, jakbyś miłością pocinnała sobie żyły. Mojej dobrej koleżance się taka historia przytrafila, widziałam na własne oczy sceny bobasa. Jednak nie ma tego co by matka nie przetrwała. Teraz dajesz sobie radę i dasz w trudnych momentach. Zobacz tyle obaw..a tu ❤
    Wszyskie wiedziałyśmy, że tak będzie. Za jakiś okaże sie, że może drugie 😁

  2. linka85 pisze:

    Tak jak napisała J., wiedziałyśmy, że nie będziesz widziała świata poza córką ;). I wspaniale, że tak jest. Dla każdej matki jej dziecko powinno być największym skarbem i cudem :). I naprawdę wspaniale sobie radzisz z tym natłokiem codziennych matczynych obowiązków :). Nie martw się, jak mała podrośnie, to i nad swoją wagą będziesz mogła popracować i powrócić do bardziej aktywnego sportowo trybu życia. Ważniejsze, żebyś była szczęśliwą mamą niż szczupłą :).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s