it’s a girl!

Wiosna od czasu do czasu pokazuje rumiany policzek poprzez słoneczne ciepłe przedpołudnia, kiedy ćwierkają ptaszki, a gołębie wygrzewają się na trawie jak kokoszki, gdzieniegdzie spółkując parami bezgłośnie i spokojnie. Na krzewach nieśmiało rozwijają się pierwsze listki, a trawa świeżo zielenieje. Łyse drzewo zza okna zdaje się mieć już jakieś pączki, tylko czekam aż gałęzie zaczną machać mi na wietrze nowym życiem. Słońce wprawdzie częściej jest za chmurami, a wiatr jeszcze zimny, ale to już. Już prawie. Czuję, że to kwestia dwóch-trzech tygodni, kiedy będzie można wyjść na dwór bez kurtki.

Nie lubię pisać, kiedy się czegoś boję i na coś oczekuję z niepokojem. Dlatego nie odzywam się do nikogo, nie piszę na blogu, nie odpisuję na maile, kiedy zbliżam się np. do wizyty kontrolnej. Teraz czekałam na badanie połówkowe, oczywiście w pełnym przerażeniu jak zawsze. Może trochę innym, bo już od dłuższego czasu czuję w moim brzuchu całkiem żwawe życie, ale istnieje ciągle ten niepokój, że USG pokaże coś strasznego. Mąż miał ze mną wejść, ale pech chciał, że lekarz się spóźnił, a Niedźwiadek musiał wracać do pracy. Czas oczekiwania w kolejce umilały mi przezabawne pacjentki, z którymi śmiałam się głośno i gadałam wesoło i nawet pomyślałam sobie, że ta pani w wieku mojej mamy byłaby dla mnie świetną koleżanką. Przez myśl przemknęło mi zaproponowanie jakiejś wymiany kontaktów, ale poczucie niestosowności propozycji wzięło górę.

Badanie przebiegło sprawnie, lekarz nie widzi nieprawidłowości, dziecię rozwija się idealnie zgodnie z wiekiem ciąży. Moje parametry zdrowotne też w normie. No i prawdopodobnie będziemy mieć córeczkę. Płeć jeszcze do potwierdzenia, niespodzianki się wszak zdarzają, ale na razie przyjmujemy, że dzidziok w moim brzuchu to dziewczynka. Nie mogłam nie podzielić się tą informacją niemal z całym światem, wszyscy bliscy bardzo się cieszą, mój ojciec przede wszystkim, bo ja byłam córeczką tatusia, a teraz będzie jeszcze wnusia dziadziusia. Czego jej życzę, bo ojca mam naprawdę fajnego i myślę, że dziadkiem będzie jeszcze lepszym. Z Niedźwiadkiem planujemy i przewidujemy z coraz większym zaangażowaniem, bo nadaliśmy córce imię i stała się dla nas pełnoprawną osobą z własną tożsamością, szczególnie, że jest już fizycznie namacalna zarówno dla mnie, jak i męża, który często łapie się na jej kopniaki i nasłuchuje ruchów w brzuchu. Zapisałam nas też na jeszcze jedno USG, tym razem wybierzemy się wspólnie i pooglądamy dzidzioka razem, może upewnimy się na sto procent co do płci. Nasza dziewczynka ostro kotłuje się w brzuchu, coraz silniej i wyraźniej, czasem ustawi się tak, że wiem, że prawdopodobnie to twarde, co czuję pod dłonią to jej plecy albo pupa. Zrzuca mi kota z brzucha, jak ten za długo leży w niewygodnej dla niej pozycji. I mimo że czasem te kopniaki i rozpychanki bywają już lekko nieprzyjemne, to lubię czuć te ruchy. Uspokajają mnie.

Ostatnio zrobiłam się podejrzanie wylewna, chyba brakuje mi kontaktów z ludźmi. Na siłowni zagadała mnie pani, którą widuję regularnie, że chyba codziennie przychodzę. Odpowiedziałam, że owszem, ale że raczej już niedługo, bo już powoli nie daję rady. Zapytała dlaczego. I wtedy mi się zaczęło chcieć śmiać, bo bęben już mam spory, ale w sumie jestem też gruba, to może ktoś mógł nie skojarzyć, że to nie taki zwykły brzuch. Więc się roześmiałam i mówię, że jestem w piątym miesiącu ciąży i już powoli robi mi się za ciężko na taki wysiłek każdego dnia. Bardzo się zdziwiła, że ja w ogóle na tę siłownię chodzę w ciąży, gratulowała mi i mówiła, żeby się teraz wagą nie przejmować, bo to nie czas. Jakoś po tej rozmowie głupio mi się zrobiło, bo to do mnie bardzo niepodobne tak się dzielić z obcymi swoim życiem, ale potem sobie pomyślałam, że tak robią normalni ludzie, a ja po prostu jestem zryta. Tak samo po wizycie u gina wyszłam do tych fajnych babeczek do poczekalni i mnie pytały, jak tam, czy wszystko w porządku i też nie mogłam się powstrzymać, żeby im nie powiedzieć, że będę miała córkę. Taka wylewność to naprawdę nie w moim stylu, a jednak mi się ulewa.

Urodziny bratanicy się udały, całkiem fajne rodzinne spotkanie, a mój pierwszy kontakt z małym dzieckiem był bardzo nieśmiały i pełen obaw. Wzięłam małą na ręce tylko raz, co mnie zaskoczyło to to, jaka gładka i miękka jest dziecięca skóra. Teściowie brata wywróżyli mi syna, bo podobno wypiękniałam w ciąży [ach, te ciążowe zabobony…]. Generalnie czuję, że będę dla bratanicy taką daleką ciotką, co to się jej prawie nie zna, ale gdzieś tam istnieje. Mojej wizyty na swoich pierwszych urodzinach nie będzie nawet pamiętać. Za to kompletnie rozłożył mnie na łopatki widok mojego męża z małą dziewczynką na rękach, aż miałam łzy w oczach. Rola ojca u niego to +100 do seksowności :D

Świeże wiadomości z pracy, które uzyskałam podczas ostatniego dostarczania zwolnienia, nie napawają optymizmem. Kierownik złożył wypowiedzenie, regionalny odchodzi, tak więc jak wrócę z macierzyńskiego nie będzie komu wstawić się za moim przedłużeniem umowy. Najprawdopodobniej nie mam do czego wracać. Ale na razie nie chcę o tym myśleć i się przejmować. Jakieś plany zapasowe mamy już naszykowane, więc co by nie było, to jakoś to zawsze będzie. Na razie skupiam się na rodzinie i sobie. Zaczynamy rozglądanie się za wózkiem, łóżeczkiem, wanienką i przewijakiem.

Niestety robię się coraz większa, cięższa i ociężała. Szybciej się męczę, mam zawroty głowy, zdarza mi się osłabnąć, jak za długo nic nie zjem. Od wczoraj też już zaczynam czuć plecy, co do tej pory mi się nie zdarzało. Nie da się ukryć, że podążam już w kierunku, gdzie trzeba jednak zwolnić. A ja sobie tak do końca zwalniać nie pozwalałam do tej pory, bo ciągle mam poczucie, że marnuję czas. Ale jak ja sobie nie pozwolę, to ciało mnie zmusi, czasem się po prostu nie da pokonać słabości. Trudno mi uwierzyć, że nie daję rady już spędzać 6 godzin na nogach bez przerwy, że muszę dużo odpoczywać, siadać, poleżeć. Bo jak nie, to ból i zawroty głowy. Duża zmiana w bardzo aktywnym fizycznie życiu. Od poniedziałku zaczynam ostatni tydzień na siłowni, potem przerzucam się na spacerki, może spróbuję jeszcze wspinaczki po schodach, ale mam raczej słabe przeczucie co do własnych możliwości w tak intensywnym treningu. Pogorszył mi się też wzrok, czuję to wyraźnie, ale może po porodzie wróci do normy.

Czekam na rozpoczęcie sezonu grillowego, kiedy to wcielę się w rolę leniwej królowej, rozsiądę się na działkowym leżaku i pozwolę się obsługiwać :D Będzie cudownie!

Opublikowano Bez kategorii | 4 komentarze

pierwsze kopniaki

Jestem dużo szczęśliwsza i spokojniejsza od czasu, kiedy wyczułam ruchy dziecka. Wspominałam, że bodajże w 16 tygodniu zaczęłam czuć bulgotki w brzuchu, ale nie byłam pewna, że to dzidziok. Upewniłam się w dzień po wizycie u gina, kiedy poszłam do pracy zanieść zwolnienie i koledzy włączyli głośną muzykę z głębokimi basami. Czułam się, jakbym grała w „Obcym”, takie harce zaczęły się w moim brzuchu dziać. I wtedy też spłynęło na mnie oświecenie, że to małe, że żyje, wierci się, wierzga i reaguje na dźwięki. Potem zaczęła się stała obserwacja. Uaktywniał się zawsze w porze odpoczynku, nigdy nie czułam go w ruchu, wierzga jak zjem jabłko albo coś kwaśnego, albo w ogóle jak coś zjem. Każdego dnia ruchy stawały się mocniejsze, aż do przedwczoraj, kiedy leżąc z mężem w łóżku wyczułam pierwszego, solidnego kopa pod swoją trzymaną na brzuchu ręką. Ależ to było uczucie. Wczoraj zaś mąż też coś poczuł i śmialiśmy się razem ze łzami w oczach z tej radości. Małe jest coraz aktywniejsze, ruchy coraz silniejsze, dobrze reaguje na głos ojca. Zastanawiałam się, czy wszystko ze mną na pewno ok, albo czy moje dziecko nie jest jakoś nad wyraz wyrośnięte, bo wszędzie piszą, że w pierwszej ciąży cokolwiek da się wyczuć dopiero w 20 tygodniu, a bycie grubaskiem jeszcze sprawę utrudnia i opóźnia odczuwanie ruchów dziecka. A ja zaczęłam czuć w 16. Ale tłumaczę sobie, że może po prostu dobrze znam swoje ciało.

Na koniec tygodnia jedziemy z rodzicami na pierwsze urodziny mojej bratanicy pod Warszawę, zabrzmi strasznie, ale dopiero pierwszy raz swoją bratanicę zobaczę. Poznamy się właściwie. Szykuje się gruba impreza i poczułam przymus wyglądania jak człowiek. Poszłam więc do fryzjera i skróciłam włosy jeszcze bardziej niż poprzednio i wróciłam do bycia rudą. To chyba mój kolor jednak, najlepiej się w nim czuję. Kupiliśmy już małej prezenty, mam też coś dla jej mamy. Podróż – mam nadzieję – będzie w miarę komfortowa, bo jedziemy autem rodziców, oby czas był spędzony naprawdę miło.

Zrobiłam też przegląd ciuchów, połowa szafy okazała się już niezdatna do noszenia ze względu na za mały obwód w biuście bądź bycie za krótkimi [brzuch przedziwnie skraca bluzki…], tak więc spakowałam te za małe w wór, a z uzyskanej przestrzeni mam półkę na rzeczy dla dziecka. Ostatnio w sklepach moją uwagę zaczynają przykuwać działy niemowlęce, trochę z niedowierzaniem oglądam smoczki, buteleczki, kostki sensoryczne, pieluchy, śliniaki i te malusie, malusie czapeczki. Że też to stanie się moim udziałem niebawem… Z zakupami wstrzymam się do połówkowej kontroli, bo jakoś tak boję się ciągle cieszyć na to wszystko. Ale po kontroli trzeba będzie zacząć zakupy, bo ani się obejrzę, a stanę w drzwiach domu z nowym człowiekiem w rękach, a ekwipunku żadnego.

Ostatnio mąż powiedział mi podczas naszych wieczornych rozmów w łóżku, że cieszy się, że nie spuszczam się tak nad tym dzieckiem, wiecie, że nie nazywam go skarbem, cudem, że nie ćwierkam i nie szczebioczę o błogosławionym stanie noszenia dziecka pod sercem. To fakt, nie robię tego. Ale to dlatego, że ja nie zwykłam okazywać miłości słowami. Nie przepadam za tym do końca, bo słowa to tylko słowa. Dużo bardziej wolę przekaz niewerbalny, wydaje mi się prawdziwszy. Dlatego lekko irytujące, ale chyba bardziej śmieszne, wydaje mi się, kiedy moja matka z namaszczeniem głaszcze mnie po brzuchu albo oglądając zdjęcie usg mówi, że dziecko ma śliczną rączkę. Wolałabym, żeby zamiast tych pustych słów pokochała moje dziecko co najmniej tak, jak córkę jej ulubionego syna. A z doświadczenia własnego wiem, że z miłością mojej matki może być ciężko. No ale. Nie uprzedzajmy faktów.

Wiosna nadchodzi dość niepewnie i z marcową ociężałością. Trudno się dziwić, rok temu o tej porze padał śnieg. Ale patrząc na znudzenie, jakim napawa mnie już ćwiczenie na siłowni, pora, żeby wiosna już się rozbujała i pozwoliła mi na długie spacery w słońcu. Ćwiczę dalej, jest mi coraz trudniej, ale nie poddaję się. Wierzę, że dzięki temu daję dobry start dzidziokowi. Niech ma, od matki w prezencie.

Opublikowano Bez kategorii | 4 komentarze

Bulgotki nieznanego pochodzenia

Ale za to dzisiaj mogę się cieszyć pogodą, która z każdym dniem jest piękniejsza. Na najbliższe dni zapowiadają po kilkanaście stopni. Byłabym naiwna wierząc, że wiosna zawita na dobre, bo ciągle mam w pamięci kwiecień przed paru laty, kiedy jednego dnia poszliśmy na spacer w krótkim rękawie, a następnego spadło 30 cm śniegu, który leżał kolejne dwa tygodnie i sparaliżował miasto. Nie przeszkadza mi to jednak cieszyć się bardzo z tego słońca, które świeci mi prosto w twarz i zapewne generuje piegi. 

Wykupiłam karnet na kolejny miesiąc na siłkę, myślę, że to już ostatni tej ciąży, bo potem zamierzam ruszać się na powietrzu licząc na piękną wiosnę. A póki co dalej kręcę się każdego dnia i zastanawiam, o co chodzi tym kolesiom, którzy mają potrzebę zagadywania do grubych, spoconych, zziajanych kobiet, które wyraźnie unikają kontaktu wzrokowego, bo nie mają ochoty w takich okolicznościach przyrody zawierać nowych znajomości czy nawet prowadzić luźnej rozmowy. Szczególnie, że najczęściej pojawiam się tam z wczorajszymi włosami, bez makijażu (a pryszcze mam jak nastolatka) i w ciuchach sugerujących, że nie przywiązuję zbytniej wagi do wyglądu. Mam też plamy na skórze i blizny po zagojonych pryszczach, więc naprawdę nie wyglądam atrakcyjnie. Nie wiem co tymi ludźmi kieruje. Może litość :D 

Miałam dzisiaj kontrolę, na której wymusiłam na lekarzu usg, bo się bałam tego samego, co zawsze, czyli czy moje dziecko żyje. Żyje, ma się dobrze, ma dwie ręce, dwie nogi, klatkę piersiową, która kojarzy mi się z rybimi ośćmi i wierzgało w mem łonie jak szalony pajacyk. I jak zobaczyłam, jak tam skacze, pływa i wariuje po raz pierwszy poczułam, że już kocham to dziecko. Takie dziwne uczucie do kogoś, kogo faktycznie się jeszcze nie spotkało, ale sama świadomość istnienia już wystarcza. Małe nie raczyło ujawnić swej płci, więc będę musiała uzbroić się w cierpliwość do mojej kolejnej kontroli, która będzie już kontrolą POŁÓWKOWĄ! Co jest kompletnym szaleństwem. Czas nigdy nie płynął tak szybko. 

Z Sis już się widzieliśmy, poszliśmy razem na obiad, trochę nadrobiłam zaległości z jej życia. I refleksja mnie naszła taka, że chociaż znamy się od dzieciństwa, to różnimy się kompletnie wszystkim. Kompletnie. Ale to nie przeszkadza nam podtrzymywać tę znajomość, choć czasem wydaje się być absurdalna, bo nie bierzemy wzajemnie udziału w swoich losach, nie jesteśmy elementami swoich opowieści. Myślę, że czas takich przyjaźni, w których ktoś rzeczywiście jest częścią mojej historii, a ja częścią czyjejś, odszedł już bezpowrotnie. 

Z ciążowych ciekawostek. Najpierw te na minus. Jestem wciąż zdrowa jak ryba, wyniki wzorowe, ale zaczynają się drobne problemy z pęcherzem, więc doktor kazał mi łykać preparaty ziołowe, co by się bakterie nie mnożyły. No to łykam. Oddechu mi brak też. Łapię zadyszkę podczas zbyt intensywnej rozmowy, a już spacer i rozmowa to gwarantowane sapanie. Nie to, że spadła mi wydolność, bo nie, w nogach mam dużą moc, ale oddychanie stało się po prostu trudniejsze. Zaczęły mnie też boleć zęby, bardzo mocno boleć. Z nadwrażliwości. Problem rozwiązała specjalistyczna pasta i supermiękka szczoteczka. Byłam też u dentysty, żeby wyleczyć ubytek jeszcze sprzed ciąży, zęby mi się nie pogarszają. To już na plus. Z plusów też wydaje mi się, że część moich bulgotków w brzuchu to zasługa małego, że to te niezdefiniowane pierwsze ruchy. Ale wciąż nie mam pewności. W sumie skąd mam mieć, skoro to mój pierwszy raz. No i jeszcze seksy. Seksy w ciąży są naprawdę fajowe. Gwarancja satysfakcji, InnaM poleca :D 

Tyle na dzisiaj. Idę w kimono. Buziaczki :) 

Opublikowano Bez kategorii | 3 komentarze

napiłabym się piwska.

Nie jest wcale późno, bo dochodzi 20.00, a ja ledwo patrzę na oczy. Głowa boli mnie niemal nieustannie od co najmniej tygodnia, może nawet więcej, raz bardziej, raz mniej. Ale to podobno normalny objaw ciąży. No więc cierpię po cichu. Poszłabym spać, ale wstawiłam mężowi boczek do piekarnika, żeby miał na jutro upieczony na miły dzień wolny po pracy. Dom standardowo wysprzątany, jak w każdy taki dzień, w którym jestem sama w domu, a ciszę zakłóca jedynie porywisty wiatr za oknem. Jakaś wichejra. Martwię się o moją kotkę, bo dzisiaj zauważyłam, że kuleje na jedną łapkę, a nie mogę nawet obejrzeć, co jej jest, bo nie daje się przyjrzeć. Jutro z mężem zobaczymy, jeśli to nie jest żadna łatwa do usunięcia drzazga czy coś, to pojedziemy do weta.

Porzuciłam już swoje standardowe dżinsy na rzecz ciążowych, z których tak na marginesie jestem średnio zadowolona, bo są za luźne, mimo że rozmiar i wymiary moje. I spadają mi z tyłka jak chodzę. Ale wolę spadanie z tyłka, niż bardzo nieprzyjemny ucisk na brzuch od za ciasnych spodni. Może zapoluję na coś jeszcze, coś co mogę nosić w tych chłodniejszych dniach. Bo potem zamierzam na luzaku nosić się w legginsach.

Zaczęło się dość szybkie przybieranie na wadze. Schizuje mnie to, ale staram się nie dawać zwariować. Ćwiczę codziennie, staram się być aktywna i nie zasiedzieć. To jedyne, co jestem w stanie zrobić, bo dieta mi nie wychodzi i bardzo chętnie zjadam pokaźne ilości rzeczy tak bardzo kalorycznych, jak pysznych. Nie muszę chyba pisać, że Tłusty Czwartek był naprawdę tłusty? [nie licząc kilku obrzydliwych, popsutych pączków, na które nieszczęśliwie trafiliśmy z mężem… a wyglądały na takie pyszne!].

Dużo i często płaczę. Robię to nawet na ulicy, bo np. w słuchawkach leci wzruszająca piosenka. Szlocham na siłce, jak akurat w aktualnie oglądanym serialu jakaś łzawa scena. W domu też szlocham. Bez powodu i z powodów wszelakich. Ale co ciekawe, w mojej ciąży nie ma euforii. Nie czuję jej od początku. Tak jak pisałam już nieraz, jestem typem raczej depresyjnym i raczej więcej we mnie smutku niż czegokolwiek innego. Ewentualnie czasem jest obojętność, która swoją drogą jest dla mnie uczuciem pozytywnym, bo rzadko w moim życiu dane było mi ją odczuwać.

I nie wiem, czy ten świat się zmienił na lepsze, czy teraz po prostu mam więcej czasu, żeby mieć szansę zauważać i doświadczać takich rzeczy, ale ludzie są dla mnie dobrzy. Obcy ludzie. Zupełnie nieproszeni robią mi przysługi. A to jakiś dziadek zaproponuje odpalenie od swojego auta, kiedy zauważył, że naszemu wysiadł po mrozie akumulator. A to jakiś młody mężczyzna widząc, jak skrobię szyby w Złotej Strzale po mroźnej nocy podszedł z odmrażaczem, spsikał mi wszystkie okna i powiedział, żeby chwilę zaczekać i przetrzeć. Tak sam z siebie. A to ktoś zatrzyma się i zapyta, czy mi w czymś nie pomóc. Może to tą ciążą mi tak z oczu patrzy i ludziom się włącza instynkt opiekuńczy, a może są po prostu dobrzy z natury, ale ja tego wcześniej nie dostrzegałam. W każdym razie jest to naprawdę przemiłe.

Czasami czuję się tak dobrze, że zapominam, że jestem w ciąży. Szczególnie od kiedy za oknem, po paru dniach deszczu, niemal całkowicie zniknął śnieg, chodniki są suche, a jak rano wychodzę na siłkę, to świeci piękne słońce. I to są takie fajne chwile, kiedy się zapomina o tej całej odpowiedzialności, o przyszłości, która wielką niewiadomą czeka za rogiem, o badaniach i niepokojach, czy wszystko jest wciąż dobrze. Dryfuje sobie człowiek w bezmyślnym spokoju do momentu, kiedy nie zda sobie sprawy, że to bardzo podejrzane, że tak nic nie musi właściwie, a potem sobie przypomina, dlaczego nic nie musi. I wszystko wraca w mgnieniu oka.

Za tydzień mam kontrolę i mam nadzieję, że wszystko jest nadal w porządku. Mam też nadzieję poznać płeć dziecka. To będzie wielkie wydarzenie.

W przyszłym tygodniu również przyjeżdża Sis, więc liczę na jakiś wspólny czas poza domem. Bardzo mi tego potrzeba. Nie napiję się wprawdzie piwka [a alkohol od paru dni jest moim dużym chciejstwem…:D], ale chociaż wejdę trochę pośród ludzi i pobędę pełnoprawnym człowiekiem. Oby.
PS. Pospieszyłam się trochę z zadowoleniem z pogody. W nocy znów spadł śnieg… Bu. 

Opublikowano Bez kategorii | 5 komentarzy

coraz bliżej do wiosny

Na pewno jest mi lepiej psychicznie. Dużo lepiej od ostatniej notki. Myślę, że wiele pomaga mi zupełnie przypadkowo stworzone kółko wsparcia ciężarnych, które utworzyło się między mną, Asią i moją dobrą koleżanką z dawnej pracy w banku. Napisała do mnie na fejsie, okazało się, że jest w ósmym tygodniu ciąży i jest dokładnie tak samo przerażona i zagubiona, jak ja byłam w tamtym czasie. I wiedziała o ciąży i tym całym zamieszaniu dokładnie tak samo niewiele, jak ja wtedy. Obecność kobiet w podobnej sytuacji znaczy naprawdę wiele w takim czasie niepewności i niepokoju, ktoś jest dla mnie wsparciem, a ja mogę być wsparciem dla kogoś. I widząc tę moją drogą koleżankę, jak się czasem boi i martwi, sama zyskuję mnóstwo mocy przybywając do niej z pozytywną, wirtualną odsieczą. A do mnie z odsieczą przybywa Asia. I tak się ten krąg zamyka. Dobrze, że mamy z kim pogadać.

Z dobrych wieści, wyniki badań prenatalnych mamy doskonałe, zarówno USG, jak i PAPPA (do którego to testu zmusiłam swojego lekarza, pomimo jego niechęci) wskazują na bardzo nikłe prawdopodobieństwo trisomni, co znacznie poprawiło moje nastawienie psychiczne. Oczywiście nadal schizuję się tym, że nie czuję ruchów swojego dziecka i tak naprawdę nie wiadomo, jak ono się tam ostatecznie ma, ale pocieszam się, że na ruchy jest jeszcze za wcześnie, a ja niepotrzebnie wkręcam sobie złe myśli, bo na bank wszystko jest dobrze. Bo czemu miałoby nie być, skoro jestem zdrowa jak ryba. Trochę gruba, ale jednak zdrowa :) Na razie nie tyję ultra szybko. Przybieram oczywiście na wadze, ale dzieje się to wolniej niż się obawiałam, że będzie. Mimo, że jem sporo i wcale nie dietetycznie, zaspokajam swoje nawet niezdrowe smaki na bieżąco. Pewnie tyłabym szybciej, gdybym nie spalała podczas codziennych treningów około tysiaka kcal, ale między innymi po to ćwiczę, żeby móc sobie jeść i nie robić sobie aż takich wyrzutów, jakie robiłabym, gdybym była nieaktywna.

Brzuszysko rośnie. Dzisiaj po wnikliwych obserwacjach oszacowałam, że za tydzień, góra dwa, moje spodnie się już nie zapną, nawet na siłę. Powzięłam więc kroki i zamówiłam sobie ciążowe jeansy. Oprócz tego jeszcze zamówiłam poduchę dla ciężarnych i karmiących w kształcie litery U, jako że spanie zaczyna być powoli wyzwaniem, bo moja ulubiona pozycja „na brzuchu” robi się niemożliwa do wykonania. Ogólnie coraz gorzej śpię, a podczas którejś nocnej brutalnej zmiany pozycji [gwałtownego przerzucenia się z boku na bok] poczułam, jakby w moim brzuchu ktoś fiknął koziołka razem ze mną. Nie wiem, czy to to, czy nie to, ale podekscytowałam się bardzo. Tak więc ciąża rozkręca się pełną gębą.

Pełną gębą rozkręca się również moje przeziębienie, które rozpoczęło się od niewinnego pobolewania gardła. Gardło bolało dwa dni, teraz rozpoczął się katar, który nie pozwala oddychać i ból głowy taki, że ciężko go przetrwać. Ale dzielnie się trzymam. Dopóki nie gorączkuję, nie będę się fatygować do lekarza. Zresztą mam wrażenie, że choróbsko samo przejdzie bez jakichś specjalnych środków. Mąż mnie skrzyczał, że mimo złego samopoczucia poszłam na siłownię, ale co ja zrobię, że siłownia poprawia mi samopoczucie nawet w chorobie? ;)

Zrobiłam sobie dzisiaj maseczki na twarz, maseczkę na włosy. Zdepilowałam wąsa. Tak, jestem gotowa na Walentynki :D I jak przystało na „zamożną” klasę średnią udamy się z mężem na odświętny posiłek. W KFC :D Restauracja została wybrana ze względu na dietetyczne ograniczenia mojego męża, który aktualnie znowu jest na tłuszczówce, a tam może zjeść posiłek, który jako tako wpisuje się w założenia tej diety. A ja mogę se zjeść cokolwiek i będę zadowolona, szczególnie, jeśli całość zostanie podsumowana lodami. Albo mlecznym szejkiem. Albo jednym i drugim, czego nie wykluczam.

Tak więc jest lepiej. Szczęśliwiej. I mimo śniegów za oknem i mrozów szczypiących w nos, z każdym dniem coraz bliżej do wiosny.

Opublikowano Bez kategorii | 5 komentarzy

Ciążowe osamotnienie w sezonie grypowym

Brakuje mi rodziny. Nie widziałam ich na dłużej niż 5 minut chyba z dwa tygodnie i ciągle dzieje się coś, co uniemożliwia mi wizyty. Mimo, że matka mnie często drażni, to bardzo potrzebuję bliskich, bo teraz w ciąży czuję się samotna i wyobcowana totalnie. Miałam odwiedzić ich wczoraj, ale oczywiście drogi były tak oblodzone, że niebezpiecznie było wsiadać do auta, bo samochody wypadały z zakrętów i kolizja za kolizją… Wcześniej chorowali na grypę, więc musiałam ich unikać, dzisiaj znowu dzwoniłam do mamy i teraz choruje już cały dom, łącznie z Młodym i Dziadkiem, więc znowu nie zobaczymy się kolejny tydzień. Bardzo mi z tym źle. Ciężko mi potwornie. Pocieszeniem jest dla mnie Asia, która odezwała się do mnie na instagramie i bardzo podnosi mnie na duchu swoim doświadczeniem i dobrym słowem. No i wyszukiwanie czegoś dobrego do zjedzenia i jedzenie też poprawia mi humor ;) 

Moi czytelnicy, jeśli macie ochotę pogadać, to ja bardzo chętnie, tylko zostawcie na siebie jakieś namiary, żebym wiedziała, dokąd uderzać. 

Waga zaczęła szybciej rosnąć. Brzuch puchnie i ja puchnę. Chyba naprawdę weszłam już w ten drugi trymestr, mniej sikam, spanie się unormowało, zasypiam o porach odpowiednich dla osób dorosłych wreszcie, a nie między 18.00 a 20.00. Lepiej się czuję i mam trochę więcej energii. Znowu wszystko mi smakuje, łącznie z kawą z cukrem, od której miałam ostre odrzucenie od samego początku ciąży. To na plus. Na minus jest moja cera, moje włosy, które wyglądają źle, ale nie widzę sensu w pójściu do fryzjera przed wiosną, bo ani nie bywam nigdzie, ani bez czapki nie chodzę. Mogę wyglądać jak pryszczaty bej. No i samopoczucie psychiczne na minus, ale sama nie wiem czy to ciąża, czy po prostu parszywa zima, której mam już dość. Jestem więźniem w domu, dobrze, że chociaż siłka jest, moja jedyna ostoja. 

Czytam czasem jakieś podręczniki o ciąży, czasem jakieś artykuły w sieci i wyję za każdym razem, jak czytam, że teraz potrzebuję największego wsparcia bliskich, zrozumienia i pomocy. Bo ja kompletnie nie mam bliskich, nie mam wsparcia. Jestem sama jak palec. To przerażające być samemu w pierwszej ciąży, naprawdę przerażające. Mam męża, robi co może, ale to nie wystarcza mi w tym momencie. Ten czas powinien wyglądać zupełnie inaczej. Takie przynajmniej mam odczucia. Czuję się czasem jak jakaś samotna, nastoletnia matka, bez pojęcia o tym, co z nią będzie. Echh… Dobra, nie narzekam już. Wybaczcie. 

Znowu spadł śnieg, dużo śniegu. Aby do wiosny. 

Opublikowano Bez kategorii | 4 komentarze

Ciążowa desperacja

Dzień zapowiadał się świetnie. Od wczorajszego kontrolnego usg miałam świetny humor, bo przezierność w normie, Kosmitek ma śliczny, wyraźny kręgosłupek i trochę strasznie wygląda z profilu, bo usg pokazuje, jakby w pełni ukształtowana szczęka świeciła się na biało :D oprócz tego fiknął koziołka, bo znajduje się w dokładnie odwrotnej pozycji w stosunku do ostatnich zdjęć. W każdym razie póki co oboje wyglądamy na zdrowych. Byłam też zadowolona, bo postawiłam na swoim względem mojego lekarza, który jeszcze mocniej próbował mnie naciskać na różne rzeczy, trochę straszyć, ale rzeczowo i stanowczo mu przedstawiłam swoje stanowisko i kompletnie nie dałam się zmanipulować ani sprowokować. Ale też skłamałabym, jakbym napisała, że to nie dlatego, że ćwiczyłam sobie tę rozmowę w głowie przez ostatnie 1,5 tygodnia. Im więcej ideologii w pracy, tym bardziej nieprofesjonalnie i niegodnie zaufania prezentuje się taki specjalista. Poza tym poczułam się już drugi raz potraktowana jak taka bezrozumna istota, która przecież i tak nic nie zrozumie z tego, co szanowny Pan doktor ma do powiedzenia. No przykre to. W każdym razie test pappa zrobiłam sobie dzisiaj rano, na wynik będę czekać dwa tygodnie. Trzymajcie kciuki, żeby był dobry :) 

Miałam wrażenie, że weszłam wreszcie w ten magiczny moment, o którym piszą w internetach, że rozpoczyna się w drugim trymestrze, gdzie pojawia się świetny nastrój, wracają siły, nabiera się wiary w to, że wszystko pójdzie dobrze, a pęcherz przestaje być ciągle pełny po brzegi (dzisiaj w nocy wstawałam tylko 3 razy, dzięki czemu wyspałam się perfekcyjnie). Bo rzeczywiście spłynął na mnie spokój i jakby radość. Do czasu, aż nie zaczęłam czytać książki o ciąży i porodzie. Niech doświadczone matki mi powiedzą, czy mogę wydać na świat dziecko i kompletnie nie mieć świadomości, jak to przebiega? Pójść na spontan? Bo ja od samego czytania mam mdłości i ogarnia mnie przerażenie. A co mówić o zagłębieniu się w temat i nauce… Moje marzenie to narkoza i przebudzenie po fakcie. Nic nie wiedzieć, nic nie czuć. Super by było, ale to się raczej nie zdarza, więc czeka mnie piekło, co kompletnie popsuło mi humor. Dziękuję bardzo, nie chcę wiedzieć nic więcej! 

Moja ciąża póki co przebiega super w porównaniu do tego, co opowiadały mi koleżanki. Mdłości szybko ustąpiły i nie dokuczają mi już wcale, nie przytyłam w pierwszym trymestrze więcej niż zakłada zdrowy przebieg ciąży, a nawet mniej niż się spodziewałam. Nie przejadam się i nie czuję wilczego apetytu, raczej smaczki od czasu do czasu na trochę mniej oczywiste niż zwykle rzeczy. Ale i też wcale sobie nie żałuję. Liczę na to, że częste sikanie też już się skończyło, chociaż to pierwsza noc, kiedy zauważyłam spadek częstotliwości. Weszłam gładko w drugi trymestr,  bo Kosmitek nadrobił zaległości i prawie zrównał się wiekiem z długości ciałka z wiekiem z ostatniej miesiączki. Tak więc najniebezpieczniejszy czas za nami. 

Nadal nie mam z kim pogadać. Matka, choć próbuje, nie zdaje egzaminu na bycie przyjaciółką, bo niby słucha, ale tak naprawdę ma gdzieś, co do niej mówię, co więcej zawsze podejrzewa mnie o wszystko, co najgorsze. Sis nie była nigdy w ciąży, więc mam świadomość, że ma głęboko w dupie takie tematy i wcale nie chce o tym gadać, poza tym sama przeżywa małą rewolucję w życiu. Z nadzieją czekam na odnowienie kontaktu z moim internetowym znajomym, który może wniesie trochę świeżości w moją codzienność i da mi poczucie, że chociaż minimalnie interesuje go to, co u mnie. Fantazjuję czasem o spotkaniu z jakąś fajną młodą mamą, kiedy już moje dziecko się urodzi, że się poznamy na spacerku i magicznie będziemy nadawać na tych samych falach a ja nie będę zwyczajowo chorobliwie nieufna i wpuszczę ją do swojego świata, bo będzie godna zaufania. Czuję autentyczne zażenowanie własnymi wynurzeniami i problemami społecznymi :D 

Na koniec napiszę, że miło mi się dzisiaj budziło, bo całą noc padał deszcz, więc w myślach miałam już wiosnę. Rzeczywistość brutalnie mnie spoliczkowała, kiedy musiałam spacerować po lodowisku i modlić się o to, żeby nie upaść. Tragedia. 

Na koniec jeszcze pytanie do wszystkich. Znacie jakieś fajne miejsca w internecie, jakieś grupy na fejsie, fora, gdzie można fajnie pogadać i poczuć namiastkę życia towarzyskiego? Tak, jestem zdesperowana. 

Opublikowano Bez kategorii | 10 komentarzy